Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Byłam i jestem bezkompromisowa!

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Byłam i jestem bezkompromisowa!

Byłam i jestem bezkompromisowa!

05.08.13

Jest polską reżyserką, choć do tej pory kręciła filmy wyłącznie w Stanach Zjednoczonych. Wreszcie przygotowuje się do projektu, który zostanie zrealizowany w Polsce. Jako reprezentantka amerykańskiego kina niezależnego, wspiera tamtejszych twórców kupując bilety do kina, nawet jeśli nie wybiera się na seans. Agnieszka Wójtowicz-Vosloo.

 

Miło spotkać Cię znowu w naszym kraju. No właśnie, jak często bywasz w Polsce?

Nie tak często, jakbym chciała, ale staram się przyjeżdżać, kiedy tylko mam okazję, bo brakuje mi Polski.

 

Jesteś reżyserką amerykańską - tak należałoby powiedzieć?

Jestem polską reżyserką, zawsze to podkreślam.

 

To dlaczego cały czas pracujesz w Stanach Zjednoczonych?

Tak potoczyło się moje życie. Może tak miało być. Tam skończyłam wydział reżyserii, na uniwersytecie nowojorskim, w Tisch School of the Arts. Dalej w Stanach zrobiłam swój pierwszy film krótkometrażowy „Pâté”, który miał premierę na Sundance. A potem mój debiut pełnometrażowy „After.Life”. Zresztą, moim marzeniem zawsze było zdawanie do Łódzkiej Filmówki, ale niestety - po mojej maturze nie było naboru dla mojego rocznika. Wyjechałam więc, składając papiery na Uniwersytet Columbia i NYU.

 

W konsekwencji wyjechałaś na stałe?

Byłam zaraz po maturze i właśnie zakochałam się. Po sześciu miesiącach od spotkania mojego obecnego męża wzięliśmy ślub i wyjechaliśmy. Paul jest Anglikiem, poznaliśmy się w Warszawie. Ale naszym domem jest teraz Nowy Jork. Zresztą poznaliśmy się, kiedy poszliśmy do kina...

 

Na jaki film, pamiętasz?

Filmu nie pamiętam, pamiętam Paula! (śmiech)

 

Poszliście do kina, a nie na film...

Dokładnie! Po czym wyszliśmy z kina... Myślę, że to jest niecenzuralne... (śmiech)

 

Studiowałaś więc w Nowym Jorku i wtedy zrobiłaś swój pierwszy film?

„Pâté” powstał na pierwszym roku i był szalenie ambitny. Do tego stopnia, że profesorowie zakazywali mi jego realizacji. Amerykanie tak naprawdę nie potrafią wychodzić poza przyjęte reguły. Sami często stawiają sobie ograniczenia, mimo że mówi się w tym kraju o „american dream”.

 

Powszechnie uważa się, że to kraj otwartości, wolności. W amerykańskiej sztuce bywa różnie?

Być może jest to świadome przygotowanie młodego twórcy do tego, że robiąc potem film w studiu filmowym, też będzie musiał liczyć się z ograniczeniami. Takie są tu realia. Nikt tego głośno nie powie, ale może właśnie przez to Amerykanie wcześnie uczą się pewnego kompromisu. A sztuka kompromisu nie znosi. Ja jestem i zawsze byłam bardzo bezkompromisowa. Mam to we krwi. Robiąc ten film, złamałam chyba wszystkie zasady w NYU, do tego stopnia, że myślałam, że będą chcieli się mnie pozbyć. Jednak właśnie za ten film, Ci sami profesorowie, którzy zakazali mi go robić, potem przyznali mi najważniejszą nagrodę.

 

Dostałaś wiele nagród…

Tak, ale ta pierwsza jest zawsze najważniejsza – Wasserman Award for Directing. Lew Wasserman otworzył Universal Studios. Tę samą nagrodę otrzymał Martin Scorsese, kiedy był młody. Również Spike Lee, Oliver Stone. To jest nagroda, o której marzy każdy student NYU.

 

Co było dla nich tak trudne do przyjęcia w pomyśle „Pâté”, że nie chcieli, abyś w ogóle ten film zrobiła?

Przede wszystkim fakt, że to był mój pierwszy film, a ja chciałam go zrobić na taśmie 35 milimetrowej. Wtedy wszyscy kręcili na czarnobiałej ósemce lub cyfrowo, no i bez dźwięku. Ja wymyśliłam sobie film z dialogiem, który był jednocześnie bardzo bogaty wizualnie. To był skok na głęboką wodę, który mógł bardzo różnie się dla mnie zakończyć. Nie miałam właściwie żadnego budżetu, ale miałam ogromną wizję i do tej pory wspominam, jak zbierałam śmieci, żeby zbudować dekoracje. Akcja filmu rozgrywała się po Apokalipsie. To była metaforyczna historia o arystokratycznej rodzinie, która przetrwała zagładę i musi nauczyć się życia od początku. Pokazywałam świat, w którym są tylko kobiety, karaluchy i jeden jedyny mężczyzna. To wszystko było dla nich zbyt przerażające (śmiech).

 

 

 fot. na planie After Life, z archiwum Reżysera

 

Może zbyt turpistyczne, obrzydliwe?

Myślę, że tak naprawdę zbyt ambitne. Wtedy ludzie na moim roku kręcili filmy w akademiku na białej ścianie, w których grali koledzy z roku. To były raczej ćwiczenia, a nie filmy. A ja chciałam popracować z aktorami, pobawić się formą, kolorem. Stworzyć prawdziwy film z kostiumami, dekoracjami. Robiłam różne, dziwne rzeczy zbierając to, co Amerykanie wyrzucają na ulice. A wyrzucają wszystko. W niektóre dni można znaleźć na przykład kanapy czy fotele, które były idealne do filmu.

 

Nie potrzebowałaś więc wielkiego budżetu, żeby stworzyć scenografię...

Właśnie. Ale za to musiałam znosić do mieszkania te wszystkie graty. Mieszkałam wtedy na czwartym piętrze bez windy, więc w efekcie miałam bardzo duże bicepsy. (śmiech) Potem paliłam zasłony na dachu. Niestety, mój sąsiad, który był daleki od wspierania sztuki, wezwał strażaków. W piętnastu wdrapali się po schodach i zobaczyli dziewczynkę, która stała z zapałkami...

 

No wariatka, tak?

Wariatka! Chcieli mi dać mandat, ale gdy wyjaśniłam im, o co chodzi, uśmiali się. Zaprosiłam ich na kawę i stwierdzili, że sami pomogą mi popalić te zasłony.

 

Palące się zasłony były niezbędne w filmie?

Oczywiście. To ta moja bezkompromisowość. Każdy detal się liczył. Ten film powstał dzięki ludziom dobrej woli. Chodziłam do wielu sklepów prosząc o bezpłatne wypożyczenie rekwizytów, zrobiłam taką wizualną książkę ze storyboardami, przedstawiająca wizję filmu... Chciałam udowodnić sobie, że można zrobić film bez pieniędzy. Zawsze lubię tworzyć coś z niczego. Nie chciałam korzystać z tego, że mój mąż zarabia. Mogłam po prostu poprosić go o czek.

 

W ogóle się nie dołożył?

Nie, nie pozwoliłam mu. Oczywiście chciał. Wspierał mnie jednak mentalnie i to było najważniejsze. Najbardziej wtedy, kiedy wywołałam nakręcony materiał i obejrzałam go po raz pierwszy. Pamiętam, że nic mi się nie podobało... widziałam same niedociągnięcia. Może to także było to, że nagle po raz pierwszy, musiałam skonfrontować cały obraz jaki miałam w głowie z obrazem zarejestrowanym na taśmie. Zaprosiłam Paula do szkoły. Tam był projektor, mały ekran i pokazałam mu jeszcze wtedy nie zmontowany materiał. Powiedziałam: „Słuchaj, to mi się nie podoba. To w ogóle nie jest to, czego chciałam. Wyrzucę to, spalę i zacznę od początku!”. A on na to: „Zwariowałaś? Bardzo mi się to podoba, zmontuj to!”. Paul jest dość krytyczny, nigdy nie daje mi taryfy ulgowej. Wiedziałam więc, że mi nie kadził, tylko naprawdę coś w tym dostrzegł. Ja byłam zdeterminowana, żeby zacząć od początku, ale zmontowałam tylko dla niego. Potem wysłałam dvd na Sundance Film Festival, dostałam zaproszenie i premiera filmu odbyła się właśnie tam.

 

 

fot. z planu After Life, z archiwum Reżysera

 

Nagród przybywało, a to był dopiero Twój pierwszy krótki film. Zanim zadebiutowałaś w pełnym metrażu, miałaś okazję współpracować z Laurie Anderson.

To była niesamowita współpraca. Ona zobaczyła właśnie „Pâté” i do mnie zadzwoniła. Moja ciężka praca zaowocowała zresztą wieloma ciekawymi rzeczami. Ten film jest nadal oglądany, chociaż to tylko krótki metraż. Mówię „tylko”, jako że w Ameryce wszystko ukierunkowane jest na komercję. Krótkimi filmami nikt się specjalnie nie interesuje, bo nie można na nich zarobić. Ten film jednak przetrwał i otworzył mi bardzo wiele drzwi. Laurie wtedy zaprosiła mnie do projektu, nad którym pracowała ze swoją przyjaciółką Trishą Brown, niezwykłą choreograf tańca nowoczesnego. Premiera tego multimedialnego projektu odbyła się w Operze Garnier w Paryżu. Laurie poprosiła mnie o wybranie polskiego wiersza. Chciała, żebym mówiła do niej po polsku. Mówiłam więc, a jej bardzo podobało się brzmienie naszych „sz”, „cz” i powiedzeń takich jak „chrząszcz brzmi w trzcinie”. Potem zaczęłam czytać jej wiersze. Przyniosłam Szymborską, Herberta i oczywiście Miłosza. Skończyło się na „Odzie do ptaka” Miłosza. Miałam okazję wejść do studia i przeczytać ten wiersz. Nie chodziło o aktorską interpretację, ale raczej o bawienie się brzmieniem, językiem. Opowiedzenie tego wiersza tak, jakbym rozmawiała przez telefon albo mówiła o tym, jak dojść na pocztę. Potem Laurie skomponowała do tego muzykę, a ja stworzyłam obraz, który stał się tłem, przed którym tańczyły klasycznie wytrenowane baleriny, w nowoczesnej choreografii Trishy.

 

Powstał więc rodzaj impresji filmowej?

Tak, multimedialnej - głos, obraz, taniec. To była niesamowita współpraca. Ciągle chcemy zrobić coś nowego, ale na razie brakuje nam czasu. I trudno spotkać się w tym samym miejscu. Laurie bardzo dużo podróżuje. Ostatnio w NASA robiła swój indywidualny program...

 

W filmie „After.Life”, Twoim pełnometrażowym debiucie fabularnym, zaproponowałaś szczególny, jak na młodą autorkę temat. Skąd ten pomysł?

Tak - temat śmierci, ale dla mnie to był film o życiu. Ciągle wiele osób mówi mi, że twórcy zwykle kończą na temacie śmierci. Stają się coraz starsi, inaczej oceniają życie, zastanawiają się, co będzie, kiedy odejdą. Ja chciałam od tego zacząć, bo kiedy miałam 10 lat straciłam mojego tatę. Miał wtedy 33 lata. Nigdy nie rozumiałam śmierci. Zawsze się jej bałam.

 

 

 

W ten sposób chciałaś ją zrozumieć?

Musiałam się do niej zbliżyć. Mój tata zmarł po wypadku samochodowym. Pamiętam siebie jako dziesięcioletnią dziewczynkę, która stała nad grobem i patrzyła w tę głęboką, czarną dziurę nie wiedząc co jest dalej. A mój tata, mimo że żył tylko 33 lata, przeżył bardzo pełne życie. Te dwa kontrasty bardzo mnie interesowały. Nie zrobiłam jednak filmu o sobie, nie zrobiłam filmu o dziesięcioletniej dziewczynce, która traci ojca. Musiałam się od tego tematu oddalić, a jednocześnie zbliżyć, oswoić. Stworzyłam więc opowieść o kobiecie, która nie żyje pełnią życia. To kobieta, która nagle umiera, a może nie... i znajduje się na stole w zakładzie pogrzebowym. Otwiera oczy, słyszy głos Liama Neesona, który gra dyrektora zakładu pogrzebowego, i pyta gdzie jest? A on jej odpowiada: „Umarłaś. Przygotowuję twoje ciało do pogrzebu”. Od tej sceny zaczyna się film. Liam chciał bardzo głęboko wejść w tę rolę. Poprosił mnie, abyśmy zaczęli chodzić do kostnic i zakładów pogrzebowych. Ja zresztą robiłam to już wcześniej, pisząc scenariusz, więc miałam bardzo wielu „znajomych” (śmiech). Martwiło to dość mojego męża, bo był taki okres, kiedy dostawałam maile wyłącznie od pracowników zakładów pogrzebowych, nie mówiąc już o załączonych zdjęciach. Ale ja potrzebowałam się do tego jak najbardziej zbliżyć. Zawsze powtarzam, że wycieczka do kostnicy powinna być obowiązkowa, bo zmienia sposób patrzenia na życie...

 

Uczy dystansu?

Bez wątpienia, ale przede wszystkim uświadamia nam, że tak wielu z nas przeżywa życie, nie przeżywając go naprawdę. Nie zauważa tego, ilu wokół jest intrygujących ludzi, rzeczy, miejsc, które należy tylko dostrzec. Nie musieliśmy się starać o nasze życie, bo ono zostało nam dane. A to, co zostaje nam dane, bardzo często jest przez nas niedoceniane. Pamiętam moją pierwszą wyprawę do kostnicy w Los Angeles. To kostnica nad samym oceanem w Santa Monica. Był piękny i typowy kalifornijski dzień: słonecznie, lekki wiaterek, palmy, piękne niebieskie niebo, białe puszyste chmurki. A ja weszłam do wielkiego pomieszczenia wypełnionego zapachem formaliny. Było bardzo przepełnione, bo powinno tam być 300 ciał, a było ich wtedy 800. Przechodzisz przez ten próg życia i śmierci, i nagle dochodzisz do wniosku, że np. ta niedawna utarczka o miejsce na parkingu była zupełnie nieistotna.

 

Inna niezwykła rzecz dla debiutantki to fakt, że w obsadzie miałaś dwie gwiazdy. Wspomniałaś już o Liamie Neesonie, ale była też Christina Ricci.

Była Christina Ricci, z trzynastoma tatuażami na swoim ciele. A jeden większy od drugiego...

 

Ona rzeczywiście ma tyle tatuaży?

Ma ich dokładnie trzynaście i zamierza mieć jeszcze więcej. Ona je kocha, ma np. pięknego ptaka na klatce piersiowej, czy imię swojego psa Jacka wytatuowane na żebrach. Przygotowując się do roli bardzo dużo rozmawiałyśmy o jej podejściu do życia i śmierci. W Hollywood wciąż brakuje dobrych ról dla kobiet, więc miałam okazję spotkać się z wieloma aktorkami, które były zainteresowane tą rolą. Ale od początku czułam, że to właśnie ma być Christina.

 

 

 fot. Nicy, z archiwum Reżysera

 

Na przykład kto?

Jennifer Connelly, chociaż to zupełnie inny typ aktorki, inny człowiek. Naomi Watts także bardzo chciała zagrać postać Anny. Z kolei z mężczyzn, na przykład Ed Harris czy Geoffrey Rush. Ja jednak wymarzyłam sobie Liama Neesona.

 

Od razu wiedziałaś z kim chcesz pracować?

Już po pierwszej rozmowie z Christiną wiedziałam, że chcę spotkać się z nią na planie. Opowiedziała mi o tym, jak reanimowała swojego ukochanego psa metodą „usta-usta”. Nie udało się go uratować, ale to co zrobiła, uświadomiło mi, jak ważne jest dla niej życie. Jej ojciec był psychiatrą, a gabinet lekarski z jej pokojem dzieliła tylko ściana. Ojciec specjalizował się w terapii krzykiem Janova. Możesz więc sobie wyobrazić tę małą dziewczynkę, którą widzieliśmy w „Rodzinie Addamsów” czy w „Jeźdźcu bez głowy” Tima Burtona, która dorastała słysząc krzyki pacjentów. To samo w sobie jest tematem na film…

 

Może go kiedyś nakręcisz... A czy nie obawiasz się, że Twoje filmy, w które wkładasz tak wiele wysiłku, mogą zostać skradzione? W Stanach Zjednoczonych macie poważny problem z pirackim kopiowaniem utworów artystycznych?

Niestety mamy, ale w tym momencie jest to coraz aktywniej zwalczane i coraz bardziej surowo karane. Według ostatnich szacunków tylko same Stany tracą około $58 bilionów rocznie przez piractwo. Nie mówiąc już o Chinach gdzie piractwo jest na poziomie 90%. Niestety, według tego samego badania, Polska również mieści się w tej mało zaszczytnej czołówce.

 

Monitoruje się to, w jaki sposób ludzie korzystają z sieci?

Bardzo. Coraz częściej mówi się o tym na co dzień. Piractwo na pewno nie jest dobrze widziane.

 

Ludzie jednak wciąż ściągają nielegalne pliki?

Tak, ale powiedziałabym, że robią to głównie ludzie z pewnych grup społecznych.

 

Masz na myśli emigrantów?

Również. Mogę Ci opowiedzieć historię, związaną i z Polską, i ze Stanami. To było przy okazji pokazu „Ślubów panieńskich” Filipa Bajona w Nowym Jorku. Miałam przyjemność przedstawić ten film amerykańskiej publiczności, głównie Polakom. Potem było przyjęcie, podczas którego podeszła do mnie pewna pani. Powiedziała: „Widziałam twój film, jestem zachwycona!” – „Tak? A gdzie pani widziała?” – „Ściągnęłam z Internetu”. Ona zupełnie nie widziała w tym nic złego.

 

O którym filmie mówiła?

O „After.Life”. Mimo że film był w normalnej dystrybucji w kinach, na przykład na 42. ulicy na Time Square czyli w największym kinie w Nowym Jorku. Mogła więc pójść zobaczyć, ale nie chciała zapłacić 12 dolarów za bilet, tylko ściągnęła film z Internetu. Słyszałam wiele historii o tym, jak Polacy w Stanach robią swój własny dubbing, nagrywają go gdzieś w piwnicy. To nie tylko nie etyczne ale i bardzo przykre, kiedy twórca miał coś na myśli, a ktoś tego nie uszanował i jeszcze źle zinterpretował tworząc własną piracką wersję. A teraz ta wersja jest dalej przekazywana. A co było jeszcze bardziej dziwne to to, że „After.Life” był w kinach na całym świecie, we wszystkich krajach oprócz Polski.

 

Wszyscy zainteresowani zdążyli wcześniej ściągnąć go nielegalnie z Internetu?

Na początku zupełnie nie wiedziałam, co o tym myśleć. Potem dowiedziałam się, że Kino Świat chciało wprowadzić go do polskich kin. Tak się złożyło, że film najpierw był pokazywany na festiwalu w Gdyni, potem na Camerimage i jeszcze na kilku innych, więc w momencie, kiedy dystrybutor zainteresował się filmem, zrobiono badania i okazało się, że był to jeden z najbardziej spiratowanych filmów na rynku. Bardziej nawet niż duże hollywoodzkie produkcje.

 

To pewnie dla Ciebie tym bardziej przykre, że pochodzisz z Polski.

Bardzo przykre.

 

 

fot. Bart Babinski

 

Jednak w Stanach Zjednoczonych powszechny stosunek do piractwa jest zdecydowanie negatywny?

Jest negatywny do tego stopnia, że czegoś podobnego, co powiedziała wcześniej wspomniana Polka, nikt by nie powiedział, nie przyznałby się. To tak jakby ktoś przyznał się, że Cię okradł i nie widział w tym nic złego. Amerykanin nie powiedziałby głośno, że spiratował film, w dodatku jeszcze reżyserowi tego filmu.

 

Nie przyznałby się, bo to wstyd?

To jest coś co jest po prostu źle widziane. Istnieje też poczucie i świadomość, że kultura zasługuje na jak największe wsparcie. W środowisku filmowców często dostajemy specjalne DVD od studia filmowego czy producenta. Mam stos najnowszych filmów, które mogę sobie obejrzeć w domu i tak naprawdę mogłabym nie chodzić do kina. Ale nawet kiedy nie mam czasu pójść do kina, to często kupuję bilet czy dwa przez Internet. Choćby wtedy, kiedy jest to film niezależny, dla którego twórców każdy sprzedany bilet jest ważny, szczególnie podczas pierwszego weekendu.

 

Kupujesz bilet i nie idziesz na seans? Traktujesz to jako formę wspierania niezależnej twórczości?

Dokładnie. I nie tylko ja. To nie jest tak, że tylko ja jestem tak wspaniałomyślna.

 

To często spotykana praktyka?

W moim środowisku tak. W przypadku mojego filmu wiele osób kupiło bilety i napisało do mnie: „Niestety nie możemy przyjść, ale kupiliśmy parę biletów, żeby wesprzeć twój film”. To jest na porządku dziennym.

 

W Polsce z takim zjawiskiem raczej się nie spotkamy. Może dlatego, że ludzie tutaj mają mniej pieniędzy?

Tak, ale ile warta jest kultura?

 

Właśnie, ile jest warta?

Dla mnie jest ważniejsza niż większość innych rzeczy. Uważam, że kultura nie ma ceny. Wolę wydać pieniądze na kulturę, nawet nie oglądając filmu, ale wesprzeć w ten sposób filmowca, bo wiem, ile wkłada w to pracy. Nie ma na to ceny, bo to jest niesamowicie ciężka praca. Każdy z nas, reżyser czy scenarzysta, poświęca pracy nad filmem blisko trzy lata życia. Od momentu, kiedy pojawia się pomysł, aż do momentu, kiedy uda nam się zrobić ten film i być na jego premierze. Współcześnie mamy łatwy dostęp do kultury. Filmy możemy teraz oglądać nawet w telefonie. Może dlatego ludzie zapominają o tym, że jeżeli coś jest w Internecie, to nie znaczy, że ta rzecz nie ma właściciela, że jest bezpańska. To jest efekt wieloletniej pracy dużej grupy ludzi. Ta pani z Greenpointu, która zapewniała mnie, że „kocha” kino, nie potrafiła wyrazić szacunku dla twórców kupując bilet, tylko ściągnęła film z Internetu.

 

Sama doświadczyłaś tego, że w Polsce zjawisko piractwa występuje wciąż na dużą skalę. Jakie widziałabyś rozwiązanie tego problemu? Może są jakieś amerykańskie pomysły, które można by przenieść na polski grunt?

Myślę, że gdyby taki pomysł istniał, to piractwa już by nie było. Jedynym lekarstwem na nie jest zmiana sposobu myślenia. Świadomość, że to co jest w Internecie, nie jest niczyje. W Stanach ludzie już rozumieją, że z piractwem jest jak z paleniem. Nie wiem, czy to jest dobre porównanie, ale to też jest źle widziane. Robienie krzywdy nie tylko sobie, ale i innym ludziom.

 

Ważna jest więc edukacja społeczna?

Edukacja przede wszystkim. W Stanach już się nie mówi, że to jest złe, bo każdy to wie. Większa część społeczeństwa uważa piractwo za coś, czego się nie robi, co jest źle widziane, po prostu za kradzież. Mamy różnego typu klipy, spoty, kampanie społeczne. Za każdym razem pojawia się w nich wprost słowo „kradzież”. Jest jeden spot, o którym zawsze pamiętam: chłopak, który kradnie torebkę, a potem ktoś, kto ściąga film z Internetu. I pojawia się pytanie: „Czy wiesz, że to jest to samo, że to też jest kradzież? Czy też ukradłbyś torebkę?”. Banalnie proste, ale to działa. Jeżeli nie ma dowodu, to nie wszyscy postrzegają to jako przestępstwo, bo jest to tak łatwe: siedzimy w Internecie, wciskamy tylko jeden guzik i zabieramy nie tylko prawa do tego filmu, ale też pozbawiamy filmowców dochodu, który przychodzi później. Przychodu od tego, ile razy film został pokazany, tzw. tantiemy. Często filmowcy tworząc filmy w Stanach, mówię tu o kinie niezależnym, decydują się pracować bez pensji. Robią swój pierwszy film, zarabiając grosze, a pensję przeznaczają na dodatkowy dzień zdjęciowy z nadzieją, że kiedyś dostaną swoje wynagrodzenie właśnie z tantiem.

 

 

fot. Shawn Kim

 

Pozostajesz w kręgu kina niezależnego? Jakie są Twoje kolejne projekty filmowe?

Jest kilka projektów. Zawsze mówię, że każdy reżyser musi mieć kilka piłeczek w powietrzu. Żonglujemy projektami, bo nie są do końca od nas zależne. Zależą również od producentów, aktorów, terminów. Także od tego, co jest sukcesem w kinie w tym miesiącu, a co będzie w następnym. Mam kilka filmów w rożnym stadium rozwoju. Wszystko jednak wskazuje na to, że kolejny film będę kręciła znowu w Ameryce.

 

Wiem, że masz też w planach projekt polskiego filmu.

Tak, pojawił się projekt, który zrobię w Polsce, bo bardzo chciałam zrobić tu film. Właśnie kończę scenariusz. Wreszcie znalazłam temat, który mnie zainteresował. Nie wiem, czy mam pozwolenie od producentów, żeby o tym mówić. Film będzie anglojęzyczny, chociaż akcja rozgrywa się w Polsce.

 

Zagrają w nim polscy aktorzy?

Zależy mi na tym, żeby zagrało jak najwięcej polskich aktorów, ale główną rolę chciałabym dać aktorce, dla której język angielski jest pierwszym językiem. Mam upatrzoną taką osobę, myślę, że byłaby idealna...

 

Znamy?

Znamy. (śmiech) Co roku jest nominowana do Oscara.

 

Ale nie jest to Meryl Streep?

Nie, ale wszyscy mówią o niej, że to będzie nowa Meryl Streep...

 

...Jessica Chastain? Pamiętamy jej kreację w filmie „Wróg numer jeden”.

Dokładnie! Udało mi się zjeść z nią lunch parę tygodni temu i ujęła mnie swoją skromnością. Teraz wszyscy o nią zabiegają, ale ta sława nie przyszła do niej wcześnie, nie była nastoletnią gwiazdą. Musiała latami chodzić na wiele castingów, dopóki nie zauważył jej Al Pacino. Tak naprawdę to on dał jej pierwszą szansę w teatrze. A potem Terrence Malick w „Drzewie życia”. W każdym kolejnym filmie tworzyła piękne kreacje. Chciałabym przywieźć ją do Polski, jeśli się zgodzi.

 

To byłoby wydarzenie!

Miejmy nadzieję że tak się stanie. Teraz to wszystko już w rękach filmowych bogów. (śmiech)

 

Dziękuję Ci bardzo za rozmowę.

To ja bardzo dziękuję i pozdrawiam wszystkich. I proszę trzymać kciuki!

 

 

Dla Legalnej Kultury rozmawiał Ryszard Jaźwiński


© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.





Publikacja powstała w ramach Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura.



Do góry!


Społeczna kampania edukacyjna Legalna Kultura realizowana przez Fundację Legalna Kultura

W 2019 roku dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego