Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Mam akordeon i nie zawaham się go użyć

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Mam akordeon i nie zawaham się go użyć

Mam akordeon i nie zawaham się go użyć

10.06.22

Mój dziadek sprzedał krowę i kupił za nią akordeon mojemu tacie. I w ten sposób zapanowała harmonia w rodzinie Wyrostków… I tak już jest aż do dzisiaj, bo potem ja go przejąłem, a teraz mój synek też zaczyna coś grać.” – tak o początkach swojej przygody z akordeonem opowiada Marcin Wyrostek. Z artystą rozmawiał Paweł Rojek.

Jesteś już po pierwszym koncercie jubileuszowym. Jakie są twoje wrażenia? Czy wszystko poszło zgodnie z planem?

To są duże emocje, bo to były nasze pierwsze koty za płoty. Jeżeli chodzi o opowieść o mojej drodze, to rzeczywiście jest trochę takich sentymentalnych, wzruszających momentów. Trochę chwil podsumowujących i zbierających w całość to, co było. Więc miałem straszny stres, żeby czegoś albo kogoś nie pominąć, żeby wszystko zagrało tak, jak miało zagrać. Ale miałem znakomitych muzyków z tyłu – mój zespół Coloriage, Corazon oraz Elbląską Orkiestrę Kameralną i Ariela Ludwiczaka, który ją poprowadził. Czułem się wśród swoich. To jest ważne. I cała ta opowieść, każdy z tych etapów, który jubileuszowo świętuję i każdy z motywów muzycznych związanych z różnymi płytami, który był cytowany podczas koncertu, to wszystko się rozbija o ludzi. O ludzi, z którymi działałem, z którymi działam, z którymi miałem okazję przyjemność się spotkać na scenie, w życiu. Starałem się zachować według scenariusza, który był. Miałem z resztą ściągi na pulpicie, żeby wszystko było tak, jak sobie to zaplanowałem. I rzeczywiście tak było. Najważniejsze, że publiczność dopisała. Bardzo fajnie włączyła się wielokrotnie podczas koncertu, śpiewając, mrucząc, pstrykając i gwiżdżąc w momentach, gdzie ludzi tego uczyłem. Organizacja też jest świetna na festiwalu Gdynia Classica Nova. Więc wszystko zadziałało, zażarło. Teraz przed nami jeszcze druga i trzecia odsłona.

To porozmawiajmy w takim razie o twojej drodze, może od samego początku, czyli od pierwszego akordeonu.

Na pierwszy akordeon właśnie patrzę… Mój dziadek sprzedał krowę i kupił za nią akordeon mojemu tacie. I w ten sposób zapanowała harmonia w rodzinie Wyrostków… I tak już jest aż do dzisiaj, bo potem ja go przejąłem, a teraz mój synek też zaczyna coś grać. Ja zaczynałem, gdy miałem 6 lat. Wtedy miałem swój pierwszy występ w przedszkolu, potem kolejny. Później, gdy byłem w pierwszej klasie szkoły podstawowej muzycznej, siostra zaczęła mnie prowadzić po cukierniach zamiast do domu, bo właściciele cukierni częstowali nas słodyczami za to, że u nich grałem. Więc siostra była moim pierwszym menadżerem… I od tamtej pory, czyli od 35 lat, z tym instrumentem się nie rozstaję.

Gdy jako dziecko zacząłeś grać na akordeonie, co było dla ciebie najtrudniejsze?


Powiem ci, że nie pamiętam myślenia w takich kategoriach. Trudne było to, że brałem cały czas coraz trudniejsze utwory. Bo sięgałem po utwory, które mnie zainspirowały. Miałem nauczyciela, który przyjechał z Białorusi 30 lat temu i przywiózł mnóstwo różnych nut. On jeszcze uczył w czasach, kiedy nie było ksero i wszystko przepisywał. Przepisywał każdy utwór po 30-100 stron zanim mógł to w ogóle zacząć grać. I ten nauczyciel nauczył mnie tego, że trzeba bardzo systematycznie codziennie ćwiczyć i pracować. Pamiętam, jak raz przyszedłem nieprzygotowany, bo nie wyćwiczyłem jakiegoś fragmentu – od razu wyrzucił mnie z klasy. Dostałem ochrzan od niego, dostałem ochrzan w domu i ćwiczyłem. Ten nauczyciel opowiadał nam, że jak był dzieckiem i nie chciał grać na akordeonie, to go zamknęli z akordeonem w pokoju i musiał grać. Według takich metod był chowany i według takich nas uczył. Ale powiem ci, że dzięki temu nie było rzeczy trudnych. Były po prostu rzeczy niewyćwiczone.


Mnie chodziło bardziej o kwestie techniczne. Bo na fortepianie lewa ręka i prawa idzie osobno, a tu jeszcze jest miech, który dodaje ci trzeci rytm, nad którym trzeba zapanować…


Ale to było wtedy takie naturalne. Siadałem, ćwiczyłem i to nie było trudne, było po prostu do zrobienia. Mój nauczyciel miał świetne podejście pedagogiczne. Kiedy grałem jakiś fragment i różne rzeczy tam się działy czy z miechem, czy z prowadzeniem, czy z trafianiem w guziki, mówił: „Poćwiczysz w ten sposób dwie minuty, a w ten sposób trzy minuty.”, jak trener personalny. Słyszałem: „Zrobisz taką serię ćwiczeń i wracasz do mnie”, szedłem na godzinę, ćwiczyłem, wracałem i grałem. On zmieniał mi zestaw ćwiczeń i szedłem ćwiczyć przez kolejną godzinę i wracałem. Ja w szkole muzycznej spędzałem po 8 godzin. Miałem lekcje, grałem, szedłem ćwiczyć, dostawałem wskazówki, szedłem dalej znowu ćwiczyć. I podobnie spędzałem też soboty, niedzielę, ferie, wakacje, święta. Pamiętam, w Wielkanoc też siedziałem w szkole muzycznej. I to było fajne. I wiesz co? Nie było mówienia, że to jest trudne – było zawsze mówienie, że to trzeba wyćwiczyć.


Fot. T. Kamiński - 25. Festiwal Gdynia Classica Nova


To porozmawiajmy o kolejnych elementach twojego jubileuszu – od 25-lecia drogi artystycznej w rodzinnym zespole muzycznym. Co to był za zespół? Jak to się zaczęło?


Mój tato całe życie był niespełniony muzycznie. Zdał do liceum muzycznego we Wrocławiu, zaczął się tam uczyć w internacie, ale musiał przerwać. Mój dziadek miał wypadek i mój tatuś, jako najstarszy spośród siedmiorga rodzeństwa, zjechał do domu i zajął się rzeczami bardziej prozaicznymi. Edukacji muzycznej już nie realizował w szkole, ale założył swoją kapelę i przez całe życie grał na różnych zabawach. Z kim żeśmy się nie spotykali, mój tato zawsze brał akordeon. Całe życie był z muzyką związany i moja edukacja w szkole muzycznej w Jeleniej Górze była tego wynikiem. Uczył mnie tam taki świetny nauczyciel Wiktor Oleszkiewicz i zachęcił nas do tego, żebyśmy wzięli udział w festiwalu rodzin muzykujących w Filharmonii. I tak się wszystko zaczęło, że zagraliśmy – ja, moja siostra, mój tata, i nasza ciocia, która kiedyś grała na skrzypcach, ale tutaj dostała pałeczkę i miała uderzyć kilka razy w ciągu utworu w hi-hat i… ani razu nie trafiła. Wszyscy mieli z tego niesamowitą radochę, a ciocia się do tego stopnia zestresowała, że schodząc ze sceny zamiast wejść na backstage, weszła do szafy, gdzie się chowa fortepian… Poza tym festiwalem grałem z tatą i siostrą w kapeli na zabawach, począwszy od ósmej klasy szkoły podstawowej. To był fajny czas estradowego życia i bardzo dobra praktyka. Dzięki temu nie miałem nigdy problemu z tym, że nie mam nut i coś muszę zagrać ze słuchu. I taki był mój początek muzykowania 25 lat temu.

Grałeś w rodzinnym zespole muzycznym i chodziłeś do szkoły muzycznej, ale nie musiało to oznaczać, że będziesz studiował na Akademii Muzycznej. Jednak tak się stało. 20-lecie rozpoczęcia studiów to drugi Jubileusz, który teraz obchodzisz…

W 1997 roku spotkałem studentów z Akademii Muzycznej w Katowicach, którzy przyjechali do Jeleniej Góry i pojechaliśmy razem do Szwajcarii na konkurs akordeonowy do miejscowości Reinach. To było takie egzotyczne. Ponad to od 1990 r., czyli 8 lat przed studiami, jeździłem na uczelnię na zajęcia z akordeonu. Naturalnie ukierunkowywałem się na Katowice, nawet gdzieś mi się to śniło po nocach, że jadę gdzieś w otchłań z Jeleniej Góry. Teraz młodzież poprzez telefony ma dostęp do całego świata, a mi się wtedy wydawało, że wyjazd do Katowic, to jak na drugi koniec świata. Ale ktoś zaczął mi odradzać, że może muzyka to nie jest nic dobrego w życiu i pojawiła się we mnie malutka wątpliwość… Asekuracyjnie złożyłem dokumenty równolegle na Akademię Muzyczną i na Politechnikę. Dostałem się w oba miejsca i później, gdy musiałem zdecydować, serce wybrało dalszą edukację muzyczną. Mnie granie na akordeonie bardzo ekscytowało. Żyłem w takim otoczeniu muzycznym – mój tato, mój nauczyciel Wiktor Oleszkiewicz, mój przyjaciel ze szkoły muzycznej Jarek Gałuszka, z którym słuchaliśmy różnych nagrań, szukaliśmy nut i graliśmy razem w duecie akordeonowym. Wybrałem więc muzykę i dobrze wybrałem. Przyjechałem do Katowic na studia i od razu się tam zadomowiłem. Pamiętam pierwszy dzień, jak przyjechałem do akademika – dostałem 3-osobowy pokój, a w nim łóżko i nad łóżkiem szafkę z dwoma drzwiczkami, w której miałem cały swój dobytek. No i akordeon przy łóżku. Od razu poczułem, że to jest moja droga. W Katowicach zacząłem chodzić na przesłuchania, trafiłem do instytucji Silesia, która promuje muzykę i zacząłem z ich ramienia grać i opowiadać o akordeonie w szkołach i przedszkolach. Później poznałem ówczesnego prezydenta miasta Katowice, Piotra Uszoka i on mnie zauważył na jednym z koncertów, zapraszał mnie potem wielokrotnie na wydarzenia w urzędzie miasta. I z czasem poczułem się tu jak u siebie. Chociaż ja jestem, gorolem, bo tutaj są hanysi na Śląsku, więc jestem z zagranicy. Ale zadomowiłem się i do dzisiaj tutaj mieszkam. Jestem także dumny, że obecny Prezydent Miasta Katowice objął patronatem honorowym Jubileuszową Trasę Koncertową.

Wspomniałeś o konkursie akordeonowym w Reinach. Wygrałeś ten konkurs, ale to nie był twój pierwszy wyjazd, prawda?

Nie, wtedy w 1997 roku, zająłem drugie miejsce. W 2003 roku pojechałem do Reinach po raz drugi. Wtedy byłem już studentem i wybraliśmy się w piątkę moim samochodem – Oplem Kadetem przerobionym na gaz. Nie było wtedy nawigacji, więc miałem ze sobą mapę Niemiec, gdzie punktami zaznaczyłem stacje z LPG (bo tam był jeszcze Erdgas, czyli gaz ziemny, ale nie można go było tankować do mojego samochodu). Miałem też listę stacji benzynowych z godzinami ich otwarcia i trzeba było planować trasę tak, żeby przejechać dany odcinek, zatankować pełen zbiornik paliwa i jechać dalej. I zdarzyło się, że nie zatankowaliśmy w jednej planowanej stacji, bo była w remoncie. No i my studenci, na naszym studenckim budżecie, na benzynie nie jechaliśmy, bo to byłaby burżuazja. Więc przespaliśmy 5 godzin na parkingu w moim Kadecie – pięć osób z czterema akordeonami i jakimiś frakonoszami, spodniami i koszulami. Spaliśmy do 5 rano czekając, aż inną pobliską stację z gazem otworzą. Te 5 godzin było tak naprawdę mniej cenne niż ta benzyna. Ale takie kuriozalne były wtedy wyjazdy. Pamiętam też, że na granicy nas zatrzymali i przetrzepali. Musieliśmy wszystko z samochodu wyciągnąć, nawet obicia w drzwiach sprawdzali. Miałem folder tego festiwalu, więc pokazałem go tłumacząc, że my nie jesteśmy przemytnikami, że my na festiwal jedziemy. I jeden celnik na koniec powiedział: „A ja znam ten festiwal, moja kuzynka też tam gra”. I zamiast nam odpuścić, to chyba chciał konkurencję z Polski wykończyć :) W końcu dojechaliśmy do Szwajcarii, zagraliśmy, wygrałem ten konkurs, pogodziłem się z tym festiwalem i wróciliśmy. I potem były kolejne konkursy, wyjazdy i przygody. W czasie studiów jeździłem do Niemiec, do Szwajcarii, do Włoch, na Węgry i na Słowację. Grałem na festiwalach, ale też na ulicach, w parkach i w centrach miast. W 2005 roku byłem na festiwalu w Stanach Zjednoczonych. Moja droga życia była i nadal jest ciekawa – jadę gdzieś, poznaję jakiś ludzi, gram razem z nowo poznanymi muzykami, wokalistami, dyrygentami i orkiestrami. To mnie w 2000 roku przekonało do tego, żeby wybrać Akademię Muzyczną w Katowicach i akordeon.



Fot. T. Kamiński - 25. Festiwal Gdynia Classica Nova

Rozumiem, że same studia były dla ciebie ważne też dlatego, że były formą zbierania doświadczenia poprzez występy w różnych miejscach?

Tak, bo na studiach też trzeba było się jakoś utrzymać. Zatem latem jechałem gdzieś pograć, a potem miałem trochę budżetu na rok studiów. I w międzyczasie jeszcze miałem różne audycje, koncerty, koncerciki i z czasem coraz ciekawsze koncerty biletowane, jakieś wydarzenia, uroczystości, a to w Domu Kultury, a to w jakiejś szkole. Coraz więcej takich różnych, drobnych występów dawałem, bo to zasilało mój studencki budżet. W ten sposób zbierałem na moje wyjazdy do Niemiec czy do Szwajcarii. Bo wszystko musiałem sobie sfinansować – transport, nocleg, wpisowe i tak dalej. Żeby działać potrzebowałem środków do życia, więc grałem.

15 lat od ukończenia Akademii Muzycznej z wyróżnieniem... Dla niektórych koniec studiów to początek problemów. Jak to jak to było w twoim przypadku?

Na studiach cały czas byłem pomiędzy jakimiś koncertami, próbami i wyjazdami. Trochę grałem w teatrze w Chorzowie, trochę w teatrze w Gliwicach. Cały czas byłem w ruchu. Nawet nie odczułem tego, że się studia skończyły. Co więcej, przeoczyłem galę z rektorem i wręczenie dyplomu z wyróżnieniem. Nie przyszedłem, bo prowadziłem swoje lekcje w szkole muzycznej w Zabrzu. Pamiętam, że pani dyrektor pytała mnie, czemu mnie nie było na rozdaniu dyplomów na uczelni, bo chyba dwie czy trzy osoby zostały wyróżnione spośród absolwentów. A ja o tym zapomniałem. Całkowicie o tym zapomniałem. Pamiętam, że byłem w Niemczech na trasie w Monachium i Dusseldorfie. Byłem też w Holandii, na Litwie. Cały czas jeździłem z takimi mini koncercikami. Byłem też w Stanach, po raz pierwszy daleko, samolotem. Cały ten wyjazd był możliwy dzięki mojemu przyjacielowi Januszowi Kurkowi z Katowic, który mi trochę podpowiedział: „Musisz napisać podania i wysyłać do różnych firm.” Gdy na podstawie przesłanych nagrań zakwalifikowałem się do konkursu i zbierałem na bilet lotniczy do Stanów, przez trzy miesiące zamiast ćwiczyć, chodziłem po różnych firmach na dziesiątki spotkań. W samochodzie miałem taki zeszyt i mapę i jeździłem szukając sponsorów. Uzbierałem tu 200-300 zł, czasem 100 zł, czasem 500. I udało się, pojechałem do Stanów. To był taki wyjazd życia: byłem na polu golfowym, poznałem ludzi z FBI, zobaczyłem takie rzeczy, które kiedyś widziałem tylko w telewizji. Nagle znalazłem się w świecie z takiego z obrazka z Hollywood. To była mega przygoda. Byłem w Detroit, więc odwiedziłem muzeum Henry’ego Forda. Poznałem menedżera koncertowego Eminema i jego mamę, bo u niej spałem. Opiekował się mną Omar Guevara, kardiochirurg z Argentyny. Zawsze ważni są ludzie, którzy cię poprowadzą, wesprą, coś ci podpowiedzą. Później zacząłem grać w takim składzie folkowym, w takim trio z Piotrkiem Zaufalem i Krzysiem Nowakowskim, później z Mateuszem Adamczykiem. To był dla mnie ważny moment w życiu – wyjechałem do Stanów, skończyłem studia z wyróżnieniem, powstał mój zespół Coloriage, a za chwilkę Corazon. W tamtym czasie uformował się rdzeń ekipy, ludzie, z którymi gram do dzisiaj. To był sygnał, że obrałem właściwy kierunek.

Akordeon jest takim instrumentem, z którego się trochę żartuje. Kiedy poczułeś, że możesz odczarować to jego biesiadne postrzeganie? Kiedy wygrałeś „Mam talent”?

W tym czasie, gdy dużo występowałem w wielu miejscach i grałem 5 koncertów dziennie i czasami jeszcze jakiś wieczorny, spotykałem się z wieloma komentarzami, że ludziom się podobało, że nie zdawali sobie sprawy, jakie akordeon ma możliwości. Zwłaszcza dzieci dawały mi fantastyczną informację zwrotną swoimi żywiołowymi reakcjami na koncertach. Mam takie nagranie z Filharmonii w Opolu, gdzie grałem koncert z moim ówczesnym zespołem Dromaders Band i po ostatnich dźwiękach widownia po prostu szaleje. Te żywiołowe reakcje dzieci to był dla mnie sygnał, że to do nich trafia. Dzieci nie są modowe, nie są spaczone jakimś zewnętrznym trendem, są otwarte i to jest fajne. Do dorosłych czasami jest trudniej dotrzeć, bo ktoś na przykład przyklei sobie etykietkę do pewnego gatunku muzyki i powie: „Nie, ja tego nie lubię.” A dzieciaki są czystą kartką i weryfikują, czy to, co robisz, jest dobre. Dzieciaki i osoby starsze w wieku 50, 60, 70 lat to była moja najfajniejsza publiczność. Oni mi dawali nadzieję i motywację. Więc jeździłem w różne miejsca. Tu jakiś festiwal, tu jakaś ulica, tu koncert w domu kultury… Zacząłem też grać z niesamowitą pieśniarką, Joanną Słowińską z Krakowa w jej kapeli folkowej. Repertuar był ambitny i różnorodny – utwory Zygmunta Koniecznego, pieśni pasyjne, Ewa Demarczyk. To była praktyka, która znów dała mi jakąś ogładę sceniczną i doświadczenie. Każdy z tych wyjazdów motywował mnie do tego, żeby jechać jeszcze dalej, bo często ktoś mi mówił na koncercie: „Szkoda, że Cię nie znałem wcześniej, bo rok temu robiłem jakiś fajny projekt muzyczny, rok temu robiłem jakiś festiwal, zakładałem jakąś orkiestrę i przydałoby mi się takie brzmienie…” I zawsze byłem krok do tyłu. „Mam talent” to była jedna z wielu takich prób, żeby się pokazać. I to był też moment, w którym postawiłem sobie deadline na poszukiwania tego magicznego momentu. Bo doszedłem do punktu, w którym wyglądało to już fanatycznie – nie spałem, nie jadłem, tylko jeździłem z miejsca w miejsce i grałem. Po dłuższym czasie zdrowie mi podupadło i spotkałem się ze szpitalem jednym, drugim i trzecim. Zacząłem myśleć, że chyba nie uda mi się dotrzeć do tego, co sobie wymarzyłem, zacząłem wątpić. Postanowiłem, że dociągnę do końca 2009 roku i później zrobię rok przerwy, bo inaczej padnę. I „Mam talent” akurat był w tym granicznym roku. Wpadłem na casting z jakiegoś przyjazdu, nie wierząc już trochę, że coś tam się wydarzy. Ale pomyślałem: „Zagram, żeby się pokazać z tym co robię, żeby nie było takiej sytuacji, że znów jestem za późno.” No i wygrałem ten program! Nagle stało się to, o czym marzyłem! To dało mi taki power! Mimo tego, że byłem już naprawdę u resztek sił, to nagle znalazłem nowe pokłady energii. I tak minęło już kolejnych 10 lat plus 2, bo pandemia przesunęła nam ten rok jubileuszowy. A w tym czasie pojawiły się nowe płyty, nowe projekty, nowe wyzwania, wyjazdy i nowe przygody. Więc „Mam talent” było zwieńczeniem pewnego etapu w moim życiu, odnalezienia tego momentu, gdzie potrzebne jest szczęście, żeby to wszystko działało razem.

Czyli akordeon stał się wreszcie medium, dzięki któremu mogłeś odżyć. Myślę, że trochę Ci pomógł też film „Amelia” i ścieżka dźwiękowa Yanna Tiersena, bo dzięki niej akordeon był bardziej obecny w świadomości publiczności…

Tak, już go każdy słyszał… Pomogła mi też muzyka Grace Jones, która śpiewała „Libertango” w tytule „Strange”. To też było popularne. Poza tym, wiesz, jak jesteś wariatem, masz klapki na oczach i słyszysz akordeon wszędzie… Golec uOrkiestra, Brathanki, różne utwory popowe – tu był akordeon i sprawdzał się. Widziałem, że inspiruje cały czas wielu różnych twórców, wokalistów, kompozytorów. Więc to był taki sygnał, że ta droga jest właściwa, dobra. I trzeba było nią iść. Najciekawsze jest to, że oglądając w telewizji Festiwal Opole czy Sopot, jakoś tak widziałem się na tej scenie. To było kolejne moje marzenie – myślałem, że chciałbym na tej scenie grać. I rzeczywiście się to potem wydarzyło wiele razy, więc myślę, że warto marzyć. Ale trzeba, oczywiście, do tych marzeń uparcie dążyć. I przypomina mi się zawsze taka maksyma, że kłody pod nogami nie są po to, żeby ciebie do czegoś zniechęcić, tylko żeby sprawdzić, jak bardzo ci na czymś zależy. I próbowałem się właśnie tym zawsze kierować. Szedłem do przodu, mimo że było tych kłód tak dużo, że pewnie każdy by się gdzieś tam poddał, ale jak jesteś wariatem, grasz na tym akordeonie i idziesz do przodu.

Ja, kiedy pierwszy raz zobaczyłem akordeon, zastanawiałem się, jak można ogarnąć te wszystkie klawisze…

Jest to do ogarnięcia. Musisz wypracować sobie wyobraźnię przestrzenną. Grając na fortepianie możesz sobie zerknąć na klawiaturę, na akordeonie ich nie widzisz. No i jeszcze masz ten miech wspólny dla prawej i lewej ręki. Praca nim to jest taka nauka dyplomacji, jak z żoną, mamą czy teściową. Miech jest duszą akordeonu. Powietrzem z niego wywołujesz dźwięk. To jest fajne ustrojstwo, co prawda waży prawie 20 kg, ale zawsze bierzesz go na plecy i masz go ze sobą i nigdy się nie zawahasz się go użyć.



Fot. T. Kamiński - 25. Festiwal Gdynia Classica Nova


Masz jeszcze dwa koncerty jubileuszowe, miało ich być więcej, natomiast wiadomo – okoliczności się zmieniły. Powiedz, co będzie dalej.


Plan jubileuszowy był taki, że jeszcze miał być koncert w Chicago. I organizatorzy z Chicago ponowili kontakt, bo tam też mają swój jubileusz. Tam jest orkiestra symfoniczna imienia Paderewskiego i miał być koncert w Copernicus Center. I jest już nowy termin – październikowy, więc w sumie ten koncert wrócił nam do jubileuszu. Za nami już Gdynia. 19 czerwca gramy w Warszawie w Filharmonii Narodowej, a 26 czerwca gramy dwa koncerty w Katowicach. Pierwszy koncert się szybko wyprzedał, więc dołożyliśmy drugi koncert, jeszcze w tym samym dniu. Na koncertach 19 i 26 czerwca planujemy kawałek zespołu Queen. A poza tym, to jeszcze najważniejsze, czyli o godzinie 12:00 każdego z tych dni – 19 czerwca i 26 czerwca – gramy koncerty dla dzieci. Ja zawsze do tego wracam, bo to jest coś, co mi dawało zawsze siłę i wytchnienie. Jak już myślałem: „Wyrostek zajmij się czymś poważniejszym niż graniem na akordeonie”, to te dzieciaki dawały mi informację, że to jest właściwy kierunek. Dlatego cały czas robimy takie koncerty edukacyjne. To są takie koncerty, które mają na celu zarażać muzyką, zarażać muzyką instrumentalną i wokalną, bo też jest z nami Marcin Jajkiewicz. Gramy utwory z Disney'a, z różnych baje, utwory ilustracyjne. Pokazujemy, że dźwiękiem możesz naśladować pojazdy, ale też przedstawiać bardziej abstrakcyjne idee czy imitować odgłosy natury jak w „Pory roku” Vivaldiego. Opowiadamy o tym, czym jest akordeon, jak jest zbudowany. Dzieci wchodzą na scenę, uczą się tego, czym jest rytm. Biorą czynny muzycznie udział w koncercie, więc to jest taka fajna zabawa i przy okazji przemycamy tym maluchom dużo wiedzy i ciekawostek. I to jest fajna publiczność, bo ona potrafi naprawdę szaleć na koncercie, jakbyś był na koncercie rockowym i to jest super. Na koniec wszyscy wstają, tańczą i tupią, gdy na scenę wchodzi król Julian, czyli Marcin Jajkiewicz. Więc to jest taka fajna zabawa i fajna publiczność, totalnie spontaniczna i prawdziwa. I to jest też dla nas mega dawka pozytywnej energii. A ponieważ na te koncerty edukacyjne przychodzą dzieci z opiekunami, to też przy okazji przemycamy tam coś ciekawego muzycznie dla rodziców. Więc to jest taka familijna forma edukacji muzycznej na koncercie. I później są koncerty wieczorne, pewnie dojdzie jeszcze koncert w Chicago. I jest jeszcze masa innych koncertów. Cały czas jesteśmy w trasie: z Gdyni jechaliśmy szybko do Legnicy. Chwilę potem wracaliśmy na Śląsk. I zaraz będzie kilka kolejnych koncertów: Kraków, Bochnia, Katowice. Po jubileuszu, na początku lipca, od razu jest jeszcze Świnoujście, Rzeszów, Świerzawa, Koziegłowy, Głuszyca. I potem kolejne, kolejne, więc cały czas w trasie.

Jakim kluczem kierowałeś, żeby dobrać gości na swoje jubileuszowe koncerty?

Ciężko byłoby mi zaprosić wszystkich, bo chciałbym zaprosić ze 200 osób. To niemożliwe, bo byśmy się nie wyrobili w czasie koncertowym. A do tego jeszcze nie każdy mógł i odbijaliśmy się od terminów pierwszych koncertów, które trzeba było w pandemii przenosić. Zaprosiłem osoby, które najbardziej zapadły mi muzycznie w serduchu. Po pierwsze – Kayah, z którą miałem przyjemność zagrać kilkadziesiąt koncertów. To niezwykle sympatyczna, szalona muzyczka. Jest wokalistką, ale dla mnie muzyczką, która potrafi czarować, malować. Jest niezwykle charyzmatyczna, nieprzewidywalna na scenie, zawsze świeża i to jest fajne. Po drugie – Kuba Badach, który jest moim idolem od wielu, wielu lat. Pamiętam przełom millennium i jego występ na festiwalu w Opolu, Poluzjantów i potem wszystkie kolejne płyty. Spotykałem Kubę na różnych koncertach i graliśmy razem w Katowicach na koncercie noworocznym. Jest niesamowitym wokalistą. Następnie – Magda Steczkowska, z którą też zagrałem kilka koncertów i bardzo żeśmy się zaprzyjaźnili. Jest spontaniczna, szalona i ma serce na dłoni. I Stasiu Sojka – kolejny mój idol, osoba, która osiągnął tak wiele przez swoją osobowość, przez swój szacunek do publiczności, do dźwięku i do współwykonawców. Miałem okazję z nim grać w Atlas Arenie w Łodzi i jest mi niezmiernie miło, że zgodził się wystąpić ze mną w duecie na moich koncertach. Na koncertach będzie też moja siostra jako wspomnienie naszych rodzinnych występów. No i cały mój zespół i Marcin Jackiewicz, który na co dzień śpiewa i raz jest królem Julianem, a za chwilkę Frankiem Sinatrą, bo gra w teatrze muzycznym w Łodzi. Niezwykle zdolny człowiek o takim serduchu jak główny bohater „Zielonej mili”, ten wielkolud, który wszystkim pomaga. I będzie jeszcze Iwonka Zasuwa, która na stałe śpiewa z Kayahą. Będą także orkiestry, z którymi miałem przyjemność współpracować – Elbląska Orkiestra Kameralna pod batutą Ariela Ludwiczaka, Orkiestra Kameralna „Archetti” z Jaworzna, którą zadyryguje Maciej Tomasiewicz i Orkiestra Kameralna NOSPR, którą poprowadzi wspomniany już wcześniej Ariel Ludwiczak. Sami swoi, taka banda Wyrostków. Mamy takie wspólne flow na scenie i to jest najważniejsze. Bo jak jest taki wspólny muzyczny przelot, to wtedy można naprawdę na scenie poszaleć. To wtedy więcej już nie jest potrzebne.

Teraz poza koncertami jubileuszowymi zajmujesz się też działalnością charytatywną, czyli pomagasz uchodźcom z Ukrainy.

Też się zaangażowałem w pomoc, jak i moja żona. Teraz jest to bardziej zorganizowane, ale na początku było tak, że mnóstwo rzeczy było potrzebnych na raz: pieluchy, ubranka, łóżeczka, wózki, nawet komputery. Różne rzeczy do nas przyjeżdżały, rozparcelowywaliśmy je i były rozwożone do różnych miejsc w Katowicach, gdzie osiedlali się uchodźcy z Ukrainy. Miałem też bardzo dużo zapytań i próśb przez różne aplikacje i komunikatory o różne instrumenty ukraińskie, więc zacząłem pomagać w zbiórce. U nas na Ligocie osiedliło się kilkaset osób w dwóch akademikach, które zostały szybko przystosowane do tego, żeby te osoby mogły tam zamieszkać. I tam właśnie w Domu Kultury, zaraz po sąsiedzku, organizowane są zajęcia muzyczne i tam była prowadzona zbiórka gitar i bajanów. Bajan to jest ukraiński instrument narodowy, akordeon guzikowy. Tam też umówiłem się na taki mini-koncert dla uchodźców z Ukrainy. Ostatnio w Jeleniej Górze, w moim rodzinnym mieście, też odwiedziłem podobną placówkę z takim mini-koncertem dla uchodźców. Mieli chociaż na godzinę taką malutką odskocznię dla swoich głów od tego, co się dzieje. I podeszła do mnie pani ze zdjęciem swoich rodziców z instrumentami i powiedziała, że ona też grała na instrumencie. Tylko że ona grała na domrze. I pokazała mi jeszcze zdjęcie z domrą. Brałem także udział w paru koncertach: jeden w Arenie w Łodzi z TVN-em a na scenie z Kayah i Daną Vytytską, drugi na Stadionie Śląskim z Marcinem Jajkiewiczem, gdzie powstała też piosenka „Siostra Ukraina”, którą napisała żona Marcina. Zaangażowałem się w wiele różnych działań w tej dziedzinie, w której mogę się najbardziej przydać. Każdy działa jak może, jak mu serce podpowiada.

Dużo wykorzystujesz cudzej muzyki, tej, którą grasz ze słuchu i tej, którą grasz z nut. Jak rozwiązujesz sprawę prawa autorskiego?

Jeżeli gramy te utwory na koncercie, to organizator zawsze odprowadza ZAiKS od tych utworów. A jeżeli nagrywamy jakiś utwór na płycie, to od tego utworu jest odprowadzane ZAiKS z płyty. Więc prawa autorskie są zawsze zachowywane i docierają do autorów. A wykorzystuję dużo muzyki, bo szukam dróg, żeby pokazać, że akordeon może się wcielić w różne postacie – i muzyki rockowej i bajkowej, orkiestrowej i organowej… Pojawiają się u mnie też utwory sprzed 100 lat, które są już niechronione prawami autorskimi, bo po 70 latach od śmierci autora przechodzą do domeny publicznej. Także wszystkie prawa autorskie są rozliczane, a ja cieszę się, że mogę grać tak różną muzykę. Cieszę się też, gdy słyszę, że ktoś gra moje utwory. Ostatnio na Youtube trafiłem na nagrania, na których różni wykonawcy w różnych krajach grają moją muzykę. Z mojej perspektywy jako autora to jest bardzo miłe, że mogę swoje rzeczy usłyszeć w czyimś wykonaniu.


Fot. T. Kamiński - 25. Festiwal Gdynia Classica Nova


W tym, co mówisz, słyszę, że ważne jest dla Ciebie przekazywanie tego dalej – w Akademii Muzycznej, w szkołach muzycznych. Czy to Twoje posłannictwo, że krzewić kulturę muzyczną?

Nie wiem, czy to jest posłannictwo. Może to jakiś kompleks panujący wśród akordeonistów? Bo nie jestem misjonarzem, który pełni jakąś misję. Ale może podświadomie robię coś takiego… Bo, wiesz, jak mówisz, że grasz na akordeonie, to ludzie pytają: „A co robisz w ogóle na poważnie?” Bo spotyka się takie określenia na akordeon jak: ciąża, świnia, muł, syntezator marszczony, wstyd na szelkach, kaloryfer… Ten instrument ciągnie za sobą dużo takich przaśnych naleciałości i może rzeczywiście ja podświadomie próbuję z tym walczyć. I dla siebie i dla innych, żeby udowodnić, że akordeon to nie jest coś przaśnego. Że można nim jeszcze zaskoczyć. Bo akordeon najczęściej kojarzy się z weselami. Ale to jest młody instrument, ma niespełna 200 lat. Krótka historia, jeżeli chodzi o kompozycje. Teraz mamy czasy bardzo różnorodne, jeżeli chodzi o muzykę. Kiedyś było to usystematyzowane – był romantyzm, był barok i w tych epokach byli wielcy kompozytorzy, którzy pisali na skrzypce i na instrumenty dęte. A akordeon powstał dopiero w XIX wieku i wpierw grali na nim ludowi muzycy. Dopiero w XX wieku zaczęły powstawać pierwsze koncerty na akordeon z orkiestrą. To jest historia niespełna 100 lat literatury i to mało popularnej. Więc ja myślę, że potrzebujemy jeszcze 200-300 lat, żeby akordeon ugruntował się w świadomości jako instrument taki sam jak skrzypce. Bo na skrzypcach grają na festiwalach muzykę góralską, a więc ludową, ale też skrzypce kojarzą nam się szybko z kwartetami, kwintetami i muzyką symfoniczną. Akordeon jest dopiero na początku tej drogi. Więc stąd moja rola, żeby ten instrument prowadzić do góry. Bo dzięki niemu prowadzę do góry też swoją drogę. W dowód wdzięczności chcę pokazywać, że można z nim eksperymentować. Dlatego biorę i wykonuję na nim utwory z totalnie innego świata, żeby przekornie przełamać stereotyp.

Czyli nie pozostaje mi nic innego, jak z okazji jubileuszu życzyć Ci tych 200-300 lat zdrowia, życia i energii.

No właśnie, lekkich akordeonów i 300 lat zdrowia, to byłoby super. Dziękuję bardzo.


Spot „W czerni kina” w autorskim wykonaniu Marcina Wyrostka, który usłyszycie w kinach przed filmem „Elvis”



Zdjęcie główne: T. Kamiński - 25. Festiwal Gdynia Classica Nova








Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura






Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Spodobał Ci się nasz artykuł? Podziel się nim ze znajomymi 👍


Do góry!