Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Reni Jusis. Nie będzie spania

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Reni Jusis. Nie będzie spania

Reni Jusis. Nie będzie spania

– Czuję, że jestem znów na początku. Nie czuję, jakbym odcinała kupony. Przede mną sporo nowych wyzwań i "wiem, że nic nie wiem". Lubię eksplorować nowe przestrzenie muzyczne. Oczywiście zmagasz się z myślami, że nic dwa razy w życiu się nie zdarza, ale czy warto ścigać się z samym sobą? Czasami też trzeba się z tym pogodzić, że może ta najważniejsza piosenka jest już za nami – mówi Reni Jusis. O zmianach na rynku muzycznym, polskiej scenie elektronicznej i piosenkach z drugim dnem rozmawiamy przy okazji nowej płyty "Ćma" i trasy koncertowej, która jej towarzyszy.



Na początek pytanie bardzo "poważne", bo o włosy (śmiech). Otóż w wideoklipie do "Tyyyle miłości" - pierwszego singla z Twojej najnowszej płyty "Ćma", zaprezentowałaś nowy, zapadający w pamięć wizerunek, którego częścią była właśnie intrygująca fryzura. Zdradzisz, co to był za kolor?

To był neonowy kolor, określiłabym go jako chyba limonkowy. Ot, taki kobiecy eksperyment, zresztą ja miałam już na głowie chyba wszystkie kolory, łącznie z czarnym, granatowym i rudym, ale o rudym ciągle myślę. Dziewczyny tak mają. (śmiech)

Wymyślasz sobie samą siebie za każdym razem, kiedy powracasz? Bo jesteś taką "powracającą dziewczyną"… I do tego mam wrażenie, że chyba to lubisz, a na pewno - świetnie umiesz.

Postrzegam mój zawód jako działania na wielu płaszczyznach, oczywiście najważniejsza jest muzyka, ale dopełniają ją również wideoklipy, które czasem ze średniej piosenki robią piosenkę ważną. Uważam, że uzupełnia to również kostium, wizualizacje na koncertach, w ogóle oprawa graficzna, to się wszystko bardzo dzisiaj łączy. I czasami, gdy dojdzie do synergii wszystkich czynników - to się robi coś wyjątkowego. Lubię łączyć te wszystkie czynniki. Gdy jestem np. na etapie miksowania utworów, to wyświetlają mi się scenariusze teledysków. Gdy jadę pociągiem i słucham muzyki - nawet cudzej - to też wyświetlają mi się teledyski, cale sceny. W sumie cały czas łączę muzykę z obrazem.

Czyli radio, jako medium, jednak nie wystarcza?

Radio jest doskonałą inspiracją, towarzyszy mi, ale od razu "włącza mi" projekcje obrazów. Pamiętam z dzieciństwa, jak patrzyłam w tylną szybę, albo za okno, i to było dla mnie tło dla muzyki. Zawsze układało mi się to w jakiś obraz, film. Zresztą kocham też bardzo kino, zawsze zastanawiam się, która z moich piosenek mogłaby być soundratckiem w kinie. To jest w ogóle moje marzenie, żeby jakiś mój utwór tak naprawdę "wszedł" w jakiś obraz, stworzył z nim nierozerwalną całość.



Wiele Twoich utworów zasłużyło sobie na status kultowych. Moim numerem jeden jest "Nigdy Ciebie nie zapomnę", przy okazji też bardzo "filmowy".

Gram ten utwór na koncertach, mimo upływu czasu - minęło 15 lat od "Trans Misji"- nawet mój producent Stendek jest pod wrażeniem, jak ten kawałek wciąż oddziałuje na ludzi. Są takie utwory, "przydarzają się" raz na jakiś czas, które mają w sobie taki ładunek emocjonalny, który pozwala im na długo zachować aktualność. A "Nigdy Ciebie nie zapomnę" do dzisiaj gramy na koncertach w ramach bisów. Świetnie nam się to gra, mamy taką nieskromną satysfakcję i gdy czasami spotykam się z moim byłym producentem, z którym nagrałem ten utwór, przybijamy sobie piątki i mówimy, że zdarzyła się nam naprawdę fajna rzecz.

Czy to jest tak, że przeczuwa się, że jakaś piosenka ma taki potencjał?

To jest bardzo trudne, w ogóle nie do skalkulowania, nie do przewidzenia. Wszystkie moje odczucia nigdy się nie sprawdzały… Już opowiadałam kiedyś tę historię, tj. gdy dowiedziałam się, że "Kiedyś Cię znajdę" będzie singlem z płyty, to po prostu się załamałam, bo uważałam, że to najprostsza piosenka z płyty, w ogóle nie reprezentatywna, i w zasadzie to pożałowałam, że ją napisałam. (śmiech) Co jest o tyle głupie, że gdyby mi się nie podobała, to nie znalazłaby się na płycie. Natomiast moje ówczesne podejście, tj. że single powinny być ambitne, jest błędem, bo właśnie komunikatywne piosenki porwą szerszą publiczność i dadzą szansę grania koncertów, co w tamtym czasie wydawało się trochę niewyobrażalne. Po "Elektrenice" mieliśmy trudne czasy, żadne radio nas nie grało. Wtedy koncerty to była ogromna nagroda za ten trud i lata bytu w nicości. A więc nie, nie da się tego przewidzieć. Czasami są takie momenty, gdy piszesz utwór, to zastanawiasz  się czy ktoś będzie się z nim identyfikował, czy komuś są bliskie te problemy, sytuacje. Teraz nastąpiła niesamowita rzecz. Tuż po premierze płyty dostawałam od fanów mnóstwo linków, screen’ów, hasztagów, filmikiów z komentarzami do moich nowych utworów. I mimo, że ja ciągle narzekam na social media, ile one zabierają nam czasu i jaki robią z głowy "śmietnik", to po raz pierwszy poczułam, że za pośrednictwem tych narzędzi otrzymałam tak wiele wsparcia i bezpośredniego feedbacku. Nawet nie potrafię tego jeszcze ogarnąć. Dostaję filmiki, w których ludzie śpiewają moje numery, interpretując je w samochodzie, czy gdziekolwiek są. To robi na mnie ogromne wrażenie, bo oni śpiewają je, jak swoje. Nawet oczy mrużą w tym samym momencie, co ja w studio podczas nagrań. Doceniam te wymianę emocji z moją publicznością.

Widzisz ich na co dzień, nie raz na jakiś czas, jak to było kiedyś.

Wreszcie mam z nimi namacalny kontakt i to w czasie rzeczywistym. Kiedyś, jak wydawałam płytę, to ona po prostu pojawiała się w sklepach na półce, to była jej premiera. Mogłam wtedy np. zorganizować koncert. Teraz, jeszcze zanim to wszystko nastąpi, dostajemy informację zwrotną. A o co w tym wszystkim chodzi? O emocje! Jeśli ktoś interpretuje mój utwór - abstrahując od warsztatu, bo to w ogóle nie jest ważne - to naprawdę widać, że podchodzi do tego, co robię emocjonalnie. To jest dla mnie definicja spełnienia artystycznego. Bezcenne doświadczenie.

Na co dzień jesteś w Sopocie, gdzie zdajesz się spędzać czas między kolejnymi "powrotami" na scenę. Jaka jest to kondycja - takie czekanie. To wygodna pozycja?

Do tej pory tak było, tj. dozowałam sobie koncerty, wywiady. Wynikało to z mojego sfokusowania się na rodzinie. W tej chwili natomiast zwiększyłam tempo pracy, bo po trasie koncertowej do poprzedniej płyty, czyli "Bang!", od razu weszliśmy do studia i - tak jak poprzednio - "zrobiliśmy" płytę w cztery miesiące. Po prostu "siadamy i pracujemy". Nie chodziło o narzucanie sobie jakiegoś temta, po prostu usiedliśmy i wyrzuciliśmy z siebie wszystko to, co chcieliśmy. Natomiast nie wiem, czy ja znowu chcę się na dwa lata "zamykać", tj. że na rok jadę w trasę, a potem przez kolejny rok będę robić płytę. Chyba powoli zaczynam widzieć sens i potrzebę bycia w ciągłym kontakcie z moją publicznością, zastanawiam się, czy przez następny rok, jak już skończę promocję tej płyty, nie będę wydawać na bieżąco singli. To jest jeszcze długa droga, bo tę płytę skończyłam dopiero w styczniu, trochę się z nią już oswoiłam, teraz jestem z nią w trasie, ale… już myślę o nowych numerach i nowych wyzwaniach. I nie wiem czy chce mi się z tym czekać dwa lata, chyba chciałabym nowe kawałki publikować na bieżąco.

Wspomniałaś już o fanach. Porozmawiajmy zatem o nich. Śpiewają, wchodzą w interakcję z Twoją twórczością. Pprzyglądając się im, można powiedzieć, że to ludzie którzy w pewnym sensie "dorastali" razem z Tobą - mają od 20-parę do 40-paru lat…

Szeroka to jest grupa.

Można powiedzieć, że to dojrzali ludzie młodzi. Czujesz, że oni czekają na Twoje kolejne płyty?

Przy poprzedniej płycie zastanawiałam się, czy ktoś jeszcze w ogóle o mnie pamięta. Czułam się jak debiutantka, bo jednak 7 lat przerwy to bardzo dużo. Dzisiaj myślę sobie, że miałam sporo odwagi, żeby wrócić. I podobnie bardzo odważną była decyzja wcześniejsza, tj. żeby się wycofać, na taki długi okres. Wiem, ile mnie kosztowało, żeby "wrócić" i w zasadzie jeszcze cały czas "wracam". Kiedy widzę osoby, które przychodzą na mój koncert i mają kilka moich starych singli do podpisu, to wiem, że to są fani, których mam od wielu lat i jestem im za to wdzięczna. Ale przychodzą też osoby, które mówią: to był mój siódmy Twój koncert w tym roku. A ja na to: "Wow, czym Ty się zajmujesz, że masz na to czas?" To jest bardzo szerokie spektrum publiczności.

A czujesz też odpowiedzialność wobec nich, albo presję, bo np. oczekują, że dasz im kolejne "dancefloorowe" przeboje?

To rzeczywiście czułam parę dni przed premierą, takie oczekiwania, bo poprzednia płyta miała entuzjastyczne recenzje i jeszcze uskrzydlił nas Fryderyk, a teraz: "co tu zrobić, żeby ich nie zawieść?". Ścigać się sama ze sobą? Albo jeszcze bardziej eksperymentować? To jest takie trudne. Czym znów zaskoczyć?  Natomiast po paru tygodniach zastanawiania się…

Odpuściłaś.

Pomyślałam sobie: a może zrobić po prostu krok do tyłu - niektórzy tak odbierają "Ćmę" - bo już nie eksperymentuję, nie "walczę" z nowymi rytmami, tylko wracam do klasyki. Bo na płycie są przecież oldschoolowe, house’owe bity, nawet "ejtisowe". Może tak jest, że tamta płyta była ciekawsza dla krytyków, a mam nadzieję, będzie bliższa publiczności. Bo tak naprawdę jest kontynuacją trasy koncertowej i jej energii. Przełożyliśmy to, co nam się najlepiej grało, i to, co najlepiej "żarło", na te nowe utwory.  I po pewnym czasie po prostu wiedzieliśmy, czy to jest dobre miejsce, żeby "przeczytać" tam n.p. "Bilet wstępu"(utwór z płyty "Bang" - przyp. JN) , czy może nie… Czasami się udawało, czasami publiczność była głośniej od nas, a czasami to my ich zagłuszaliśmy, a oni milczeli. To była taka praca, że od razu widać było rezultat. W dużej mierze to nas "pokierowało" przy nagraniu "Ćmy".



Chciałem też o tej muzyce tanecznej pogadać, ale jak sama Ty to nazywasz? Bo sama mówiłaś o house’ie, "ejtisach"…

Chyba nazwałabym to electropopem, bo raczej jest to już pop.

Przepraszam, że Ci wchodzę w słowo, ale scena electropopowa czy też popu alternatywnego jest coraz szersza.

A kogo byś tam wymienił?

Zależy czy rozmawiamy o brzmieniu bardziej popowym, czy bardziej alternatywnym, ale są chłopaki z zespołu KAMP!, są The Dumplings - i obie grupy wydały właśnie świetne płyty - jest  Xxanaxx…

Jest Natalia Nykiel. Przy czym w ogóle tę scenę nazwałabym taneczną. Bardzo rozwinęła, jest duży napływ tego brzmienia i jest ono na bardzo wysokim poziomie.

Czujesz się jej - tej sceny - "matką chrzestną"?

Nie. Myślę, że połowa z tych ludzi mnie już nie pamięta, bo się urodziła dawno po moich pierwszych płytach.

O! Myślę, że jednak pamiętają! (śmiech)

Z każdą osobą, którą wymieniłeś, mam jakiś kontakt. Kuba Karaś zrobił dwa numery na moją poprzednią płytę, bardzo się lubimy. Z chłopakami z KAMP! spotkałam się w Trójce kilka tygodni temu, robią mi remix do "Bez filtra", nie mogę się doczekać rezultatów. Z Michałem Wasilewskim z Xxanaxxu zrobiliśmy razem numer dla Flirtini, a Natalia Nykiel wręczyła mi Fryderyka rok temu. To było piękne, symboliczne, że razem na jednej scenie.

Jedna wielka rodzina!

Mimo, że jest mega tłok na rynku, nie patrzymy na siebie jak na konkurencję, staramy się współpracować. Mogą z tego wyniknąć z ciekawe rzeczy.

A podoba Ci się to jak ta scena wygląda?

Tak, słucham ich często, mam ich kawałki na swoich playlistach i też bacznie obserwuję, żeby się nie powtórzyć. Bardzo mi się podoba ostatnia płyta KAMP!, gra u mnie "na repeat'cie". The Dumplings również. W ogóle jest fajna, ciekawa jesień muzyczna. I jeszcze się będzie działo, jeszcze ten Pan wyda zaraz płytę…

Czyli Dawid Podsiadło, którego słychać w tle, gdy nagrywamy ten wywiad. Ale porozmawiajmy o "Ćmie". A więc, tak jak powiedziałaś, usiedliście, żeby "wyrzucić wszystko z siebie". Z jednej strony jest leciutko, jeśli chodzi o tonację, ale w warstwie tekstowej powiedziałbym, że ta płyta jest bardzo o czasach, w których żyjemy. Jeśli zabierasz nas na parkiet, to, że tak powiem "jest przed czym tam uciekać". Zgadzasz się z tym stwierdzeniem?

Tak, zawsze miałam misję, żeby nie tylko tańczyć na parkiecie, ale też żeby się wzruszać, żeby jakieś refleksje się pojawiły. Mam coś takiego i wydaje mi się, że to się też udziela publiczności, że jak wpadam w trans, to do głowy przychodzą mi przełomowe myśli. I słuchając cudzej muzyki, i czasami na moich koncertach, było parę takich momentów, że się wyłączałam - na chwilę myślami byłam gdzie indziej… Po zejściu ze sceny mówię do chłopaków: "taki remix mi przyszedł do głowy, słyszałam w tym kawałku syntezatory Giorgio Morodera i ja wiem, że byłam w tym kawałku". A więc myśli poszły już dalej. Myślę, że muzyka ma w sobie taką siłę, żeby czasami zabrać nas z tej rzeczywistości, postawić obok i zobaczyć pewne rzeczy z dystansu. Wydaje mi się, że na świecie jest mnóstwo grup elektronicznych, które, oprócz melancholii, gdzieś tam przemycają te treści. Mam taką ambicję, żeby śpiewać po polsku, bo też poważniej podchodzę do tematów, które poruszam. Po angielsku to jest jednak trochę bardziej zawoalowane, a jak już uderzyć kogoś w głowę, to siekierą. (śmiech)

Albo miłością. Jak w piosence "Tyyyle miłości"…

Bo w życiu trzeba robić rzeczy odważne. Dlatego mam poczucie, że jak już śpiewać, to po polsku, żeby to miało jakąś wagę.

Jest na przykład utwór "Święta wojna", który jest bardzo "dziewczyński".

Dosyć feminizujący, zastanawia mnie często, jakby to wyglądało, gdybyśmy to my, dziewczyny miały pójść na...

"Kochanie, Ty zostań w domu, zaopiekuj się dziećmi. Ja idę na barykady" - parafrazując tekst tej piosenki.

Z drugiej strony przecież to się już dzieje, przecież wiele dziewczyn działa oddolnie, angażuje się społecznie. Pewnie, jak wejdziesz do parlamentu, to kobiet jest tam wciąż mniejszość, ale w codziennym życiu, w inicjatywach społecznych, obywatelskich, są one, a w szczególności matki, bardzo aktywne. Macierzyństwo rodzi w nas poczucie misji, chęć zmiany świata na lepsze. Ja też tego w jakiś sposób doświadczyłam. Faktycznie więc, na "Ćmie" jest kilka utworów bardziej "społecznych", tak jak "Zabierz mnie na pustynię bez postów".

Bez postów, oczywiście tych w sieci?

Nawet bez polityki, bez newsów, bez oceniania i agresywnych informacji, bo życie w czasach, w których jest tyle przemocy słownej i napędzania strachu jest niezwykle trudne, a jeszcze jak się dzieciaki wychowuje i ma się poczucie odpowiedzialności za nie, potrzebę dawania bezpieczeństwa - to jest ogromne wyzwanie. Pewnie też stąd Sopot, żeby tak trochę się ukryć, mieć większe poczucie spokoju. Jeden z fanów napisał mi taką przepiękną recenzję, która miała dwa zdania: "na "Ćmie" mienią się nie tylko cekiny, ale też łzy". I taki był mój cel, żeby moja płyta była pełna emocji, nie tylko do tańca…

Jest też utwór szczególny, tak ze względu na tekst, jak i osobę, której głos w nim słyszymy, czyli Kubę Gierszała - "Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka".

Jakiś czas temu, kiedy trafiłam na wiersz Stanisława Barańczaka, bardzo mnie poruszył i przed dłuższy czas nie mogłam się od niego uwolnić. Oczywiście zapragnęłam, żeby zilustrować go muzyką. Najpierw ten wiersz czytałam sama, na moich demówkach, ale nie chciałam powtarzać patentu z "Biletu wstępu", w którym czytałam opowiadanie o antykonsumpcyjnym przekazie. Z tą formą melodeklamacji eksperymentowałam na poprzednim albumie. Pomyślałam, że o recytację poproszę kogoś innego, najlepiej męski głos. Długo myślałam, kto to może być, najpierw miał to być Pan Franciszek Pieczka, już nawet do niego dotarłam - myślę, że prędzej czy później muszę coś z nim zrobić, bo jest dla mnie bardzo ważną postacią - ale doszłam do wniosku, że nie tutaj, bo jego obecność nada wierszowi zbyt poważny przekaz.  Zdecydowałam się na to, żeby przeczytała go jednak młoda osoba, która dopiero wkracza w życie, nie podsumowuje go, szuka swojej drogi…

Albo rozeznaje się w tym świecie.

Tak, bo to jest ciekawy drogowskaz, też tak postrzegam ten wiersz. To są refleksje, do których doszłam po wielu latach i ciągle się uczę tego spojrzenia: że nie na zawsze, nie na własność, żeby się tak po prostu nie wiązać z przyziemnymi rzeczami.

To bardzo współczesne, bo mówisz do słuchaczy, którzy - przepraszam za trywialne określenie - pracują na umowach śmieciowych, świata, który znali ich rodzice albo ludzie starsi o 10 lat, oni - już tego świata nie znają. Jest za to głównie płynność, niestałość i niepewność.

Jednym słowem ciągle zmiany, do których musimy się przystosowywać. Szukając gościa do tego utworu postanowiłam znaleźć młodą osobę, która przeczyta to właśnie bardziej jako drogowskaz, a nie podsumowanie. W pewnym momencie natrafiłam na parodię Taco Hemingwaya, którą Kuba zrobił wierszem dla SNL Polska. Po pierwsze bardzo mnie to rozbawiło, bo widać tam dystans do tego, co robi Taco, a po drugie pomyślałam, że Gierszał ma świetne poczucie rytmu. Świetnie wypadł jako raper, wokalista.

Poczuł konwencję.

Tak. Jest bardzo elastyczny i jest niezwykle zdolnym aktorem. Myślę, że do współpracy przekonał go właśnie sam wiersz. Bardzo cieszę się, że mogliśmy się spotkać w studio.



Nie brakuje Ci trochę tzw. "żywych" instrumentów dzisiaj?

Poczułam taki moment produkując tę płytę ze Stendkiem. Dlatego też w kilku utworach na bębnach zagrał Kuba Staruszkiewicz, oraz mój mąż Tomasz Makowiecki zagrał parę solówek na syntezatorach, więc powoli "wjeżdżam" z żywymi instrumentami, bo może niekoniecznie mi tego bardzo brakuje, ale czuję radość, że nasza grupa twórcza się rozszerza i każdy daje od siebie coś takiego innego, wyjątkowego.

Ale nie będzie chyba tak, że żywe instrumenty przeminą i będziemy się komunikować tylko elektronicznie?

Wszystko zależy od konwencji. Bardzo często powtarzam, że styl sam w sobie nie jest moim celem, tylko narzędziem. Chciałam, żeby utwór "Tyyyle miłości" był bardzo zimny, wręcz taki lodowaty, właśnie po to ta cała elektronika.

Wtedy rozrzucasz te słynne włosy, od których zaczęliśmy rozmowę.

Czasem wypełnia cię uczucie, które topi ten chłód i topi go też w innych osobach, jeśli tylko zdecydujesz się na to "ujście". Nawet w codziennych relacjach, gdy jest tyle agresji słownej, czujesz po prostu, że to "społeczeństwo jest niemiłe", cytując Dorotę Masłowską. Tutaj to narzędzie totalnego synthpopu, elektronicznego bitu było ciekawym balansem dla tekstu, przeciwwagą. Uważam instrumenty elektroniczne i akustyczne za doskonałe narzędzia do wywołania emocji. Za coraz bardziej ciekawe uważam łączenie różnych elementów, żeby jak zwykle iść do przodu, rozwijać się.

Czyli przychodzi Reni Jusis do klubu i daje nam balsam kojący, mówiąc "zrzuć tę aureolę". Myślisz, że to "Aureola" będzie hymnem parkietowym, czy raczej "Ćma", której kilka remiksów już dostaliśmy?

Zobaczymy jak z tą "Aureolą" będzie, ma dosyć nieoczywisty tekst, którego autorką jest Gaba Kulka. Bohater tego tekstu zmaga się z tym, czy iść "ze sztandarem", czy "chować siniaki". Bardzo ciekawy to jest tekst i jestem też ciekawa jego interpretacji. Ja lubię nieoczywistości i dylematy, bardzo się zgrabnie udało to Gabie zawrzeć. Zresztą  Gaba świetnie uchwyciła mój zamysł, aby muzyce stricte dyskotekowej dodać refleksję i treść do przerobienia.

Muzyka wiodąca na barykady?

Chyba to za daleko idąca interpretacja, ale "Święta wojna", mój mały feministyczny manifest ma tak dyskotekowy bit, że wszyscy na to zwracają uwagę. To kolejny przykład tego, jak muzyka potrafi nam pomóc dotrzeć z przekazem. Bo być może gdyby tam był tylko delikatny aranż, to utwór w ogóle nie byłby zauważony, a tak wszyscy się mu poddają i obdarzają go większą uwagą.

A czy kiedy gracie, czy utwory z nowej płyty, to w naturalny sposób wracają, na zasadzie skojarzeń, te z "Trans Misji" czy "Elektreniki"?

Mamy bardzo prosty plan na tę trasę koncertową, najpierw  gramy nowy materiał w całości. Mamy tak napisany scenariusz, że dwa razy budujemy napięcie - w środku ono gaśnie i znowu zaczynamy od nowa, takimi cięższymi utworami. Potem znów budujemy napięcie, aż do totalnie rozkręconej dyskoteki, mam nadzieję (śmiech). A później zrobimy taką część, kiedy będziemy losować bisy. Będziemy mieli ich z 15, za każdym razem będziemy grali numery, które wybierz publiczność.

A będzie można krzyczeć, dopominając się o konkretny numer? (śmiech)

Nie. Trzeba wejść na scenę i wylosować. Serio. Moi fani już wymyślili, że będą mieć własne kartki w rękach i będą przychodzili z takimi sztosami, co to ja już nawet nie pamiętam ich tekstu. (śmiech)

Policzyłaś, ile jest tych piosenek do nauczenia?

Jest 8 płyt, każda ok. 10 kawałków, czyli z jakimiś "featuringami", mam około "stówy" na koncie. To niesamowite, na rynku jestem już ze dwie dekady na rynk, i czasem zapominam tekstow własnych utworów.

"Nigdy Ciebie nie zapomnę" brzmi ironicznie w tym kontekście. (śmiech)

On akurat był singlem, więc jeszcze tę piosenkę pamiętam. Ale utwory jak "Tylu tu ludzi", "Kto pokocha?" albo "Wynurzam się" - ten ostatni słyszałam jakiś rok temu w taksówce. Nagle, słyszę, że "wchodzi jakiś syntezator", i mówię: "o fajnie!", a potem mój wokal: "wow, to mój numer?". To był wstęp do "Wynurzam się" z "Trans Misji". To nie samozachwyt, ja naprawdę tego nie pamiętam!

Czy to było za dnia czy w nocy?

Oczywiście, że w nocy. Jakie to było radio nawet nie pamiętam, ale zrobiło na mnie wrażenie, że dopiero po pierwszej minucie - ten utwór ma długi wstęp - zorientowałam się, że to mój utwór. Bardzo wielu kawałków już nie pamiętam. Mamy taką swoją grupę fanowską na Facebooku, gdzie głównym tematem jest, kto ma  - i które - moje archiwalne single. Nawet im napisałam, że odkupię, za każdą cenę, ale nikt nie chce sprzedać (śmiech). Są też archiwalne kasety - z "Elektreniki".  Kaseta? Ile bym dała, żeby je mieć… Poza tym są takie single, featuringi, których ja w ogóle nie kojarzę, ale moi fani mają to wszystko w małym malcu.


Jan Niebudek i Reni Jusis, fot. Instagram

Powiedziałaś, że dwie dekady jesteś na rynku. Zauważasz coś takiego jak upływ czasu? Bo ja mam wrażenie, że on się Ciebie nie ima, ale też Ty chyba się go nie boisz…

Ima się mnie, ima. Ale ważny jest też stan umysłu, jak powiedział Wojciech Waglewski na pytanie "jak się Pan czuje będąc dziadkiem?" - "Dziadkiem spoko, tylko żebym nie zdziadział". I to jest wyzwanie. Czuję, że jestem znów na początku. Nie czuję, jakbym odcinała kupony. Przede mną sporo nowych wyzwań, i "wiem, że nic nie wiem". Lubię eksplorować nowe przestrzenie muzyczne. Oczywiście zmagasz się z myślami, że nic dwa razy w życiu się nie zdarza, ale czy warto ścigać się z samym sobą? Czasami też trzeba się z tym pogodzić, że może tę najważniejszą piosenkę masz już za sobą.

A może warto też próbować inaczej?

Myślę, że najważniejsze, to nie oglądać się za siebie. Na tej płycie jest bardzo dużo o przemijaniu, chociażby w utworze "To tylko podróż", albo "Bez filtra". My, kobiety, uczymy się tego całe życie. Zmienia się wszystko, my się zmieniamy, nasze ciało się zmienia, nasze emocje, podejscie do świata, wszystko wokół.

Dzieci rosną, nasi rodzice też nie są coraz młodsi. To widać po kolejnych pokoleniach.

Często współpracuje w młodymi muzyki, zauważam ich inne spojrzenie na świat. Ale mnie osobiscie bardzo mnie ciekawi, co jeszcze przede mną. Chciałabym robić takie rzeczy, których jeszcze w życiu nie robiłam.

A zdarza Ci się podchodzić z przymrużeniem oka do rzeczy, które robiłaś muzycznie?

No pewnie, że tak.

"Zakręcona" na przykład?

Nadal gram ten utwór w remiksie na koncertach, publiczność bardzo na to czeka, co jest mega nieprawdopodobne, bo czasami ma mniej lat, niż ta piosenka. Bawi mnie to, co znaczy hit, który w pewnym momencie zmienia się w antyhit, którego wszyscy mają serdecznie dosyć. Ale to chyba z mlekiem matki przechodzi, te dzieci, młodzież - skąd one znają ten kawałek? Może radia przypominają go co jakiś czas. W każdym razie mam do tych starszych piosenek sentyment i wiem, ile im zawdzięczam. Bardzo dużo.

Takie to czasy, że coraz bardziej koncerty, coraz mniej fizyczny nośnik, bo "wszystko jest w chmurze", każdy może sobie posłuchać. Myślisz, że dzięki temu możemy być teraz bardziej niż kiedyś "ok" wobec artystów?

Płacisz abonament, albo nie płacisz, bo godzisz się na odsłuchiwanie reklam - to jest jakoś usankcjonowane i to jest ok. Ale w tym natłoku, mam wrażenie, że to jest ogromne wyzwanie wybić się. Ja mam już nazwisko, ale w tym całym natłoku - co jest z jednej strony świetne, bo, nigdy w życiu nie posłuchałabym tylu zespołów z Nowej Zelandii - jedna rzecz mi się spodobała i już streamowałam podobne - czy Australii! Moje ukochane zespoły są teraz z Australii, nigdy bym tam nie dotarła, gdyby nie portale streamingowe, to są bardzo ciekawe czasy.

Z jednej strony wybór dużo większy i trudniej się wybić, łatwiej być legalnym i fair w stosunku do artystów. Pamiętasz swoje pirackie kasety?

Pamiętam jak 20 lat temu szłam Placem Konstytucji i panowie na stolikach mieli porozkładane wszystkie nowe płyty, łącznie z moją. Któregoś razu pomyślałam sobie: "dobra, dzwonię na policję. Zobaczę, co mogę zrobić jako szary obywatel". Zaczęło się spisywanie, musiałam iść na komisariat, spędziłam tam godzinę. Na drugi dzień ten pan stał znowu w tym samym miejscu, więc to była walka z wiatrakami.

Dziś postęp tego pana wyrzucił.

Ogromną drogę przeszliśmy, dotyczy to także koncertów. Koncert 20 lat temu wyglądał tak, że większość artystów grała imprezy otwarte, organizowane przez miasta. Na te koncerty wstęp był wolny, co kończyło się tym, że słuchacz w jednej ręce miał piwo, w drugiej kiełbasę. I to naprawdę nie miało nic wspólnego z przyjemnością dla wykonawcy, a to były ogromne sceny, ogromne koncerty i ogromne trasy. Pamiętam, że pierwszą artystką, która się zdecydowała z tego zrezygnować była Anna Maria Jopekl Wszyscy byli w szoku: "jak to, przecież to są pieniądze". A jej manager zacząl organizować wyłącznie biletowane koncerty. To było wtedy naprawdę odważne i nowe, że ludzie musieli zapłacić za bilet. Teraz jest to rzecz normalna.. Jest tyle tras koncertowych, one się wyprzedają, a nawet zaczynają się wyprzedawać jeszcze przed koncertem. To buduje zupełnie inną relację i szacunek dla artysty.

A Reni Jusis gra koncerty, oczywiście biletowane i zamknięte.

19 października gramy w Warszawie i będziemy w trasie do końca listopada. Najbardziej lubię grać w klubach, bo wtedy mam prawdziwy kontakt z moją publicznością, widzę ich twarze. Miałam parę razy okazję zagrać na większych scenach, albo supporty przed gwiazdami zagranicznymi. Pamiętam, że grałam kiedyś przez Wisłę w Krakowie i dźwięk dochodził do mojej publiczności kilka sekund po moim wykonaniu, to było bardzo trudne doświadczenie. Jak się utwór kończył, to dopiero po kilku sekundach dochodziły do mnie brawa. Także myślę, że jestem klubową artystką. I tak już zostanie.

A gdy ktoś po zakończonym koncercie będzie chciał Cię poprosić do tańca w rytm piosenek, które tak pięknie śpiewasz na płycie, to dasz się zaprosić?

Ogłosiliśmy afterparty po jednym z koncertów i od razu pojawiły się informacje: że co, tylko w Warszawie? Także chyba musimy zrobić kolejne, w których wezmę udział w innych miastach. Nie będzie spania.

Rozmawiał: Jan Niebudek
Zdjęcia: Łukasz Murgrabia


Posłuchaj płyty Reni Jusis "Ćma" w legalnych źródłach



Do góry!