Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Gdyby nie rola Adasia Miauczyńskiego, nie udźwignąłbym Gierka

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Gdyby nie rola Adasia Miauczyńskiego, nie udźwignąłbym Gierka

Gdyby nie rola Adasia Miauczyńskiego, nie udźwignąłbym Gierka

20.01.22

Dzwoni Janusz Iwanowski i mówi: „Słuchaj, właśnie zostałeś Gierkiem.” A ja myślę: no chłop zwariował. Ja Gierkiem? Powiem szczerze, że nie marzyłem całe życie, żeby grać rolę Edwarda Gierka. Bardziej Jimiego Hendrixa, ale nie ten kolor skóry. Albo Kurta Cobaina. Ale nie Gierka. Ale wiedziałem, że to jest prestiż, że to jest wyzwanie. Więc zacząłem o nim czytać, przytyłem do tej roli. - mówi Michał Koterski. Z aktorem rozmawiał Paweł Rojek.

 

Powiedz, jak to jest, jesteś Misiek czy Michał?

 

Misiek czy Michał? No właśnie, to jest dobre pytanie i ciągle mi zadawane. Im starszy jestem, tym więcej osób mi zarzuca, że to już nie jest Misiek, tylko dorosły chłop, ale ja sobie cenię to, że gdzieś tam potrafię pielęgnować w sobie dziecko i ten Misiek przy moim nazwisku – Michał „Misiek” Koterski – zawsze mi o tym przypomina. I też wiąże mi się z czymś takim ciepłym – taką ciepłą energię daje. Myślę, że już się od tego nie uwolnię, że już w świadomości ludzi młodych, starszych, zresztą w każdym wieku, już tym Miśkiem jestem. I po prostu niech tak zostanie. Mnie to nie przeszkadza, bo tak naprawdę wiem, że nie nazwa świadczy o człowieku, tylko jego czyny. Długo do tego musiałem co prawda dochodzić, ale w końcu to zrozumiałem.

 

A w takim razie kim w końcu jesteś, no bo piszą, że jesteś aktorem, satyrykiem, dziennikarzem? W czym się czujesz najlepiej?

 

Kim jestem? No przede wszystkim jestem ojcem. To jest teraz najważniejsza rola w moim życiu.  Jestem partnerem. No i oczywiście też aktorem chyba. Satyrykiem często mnie nazywają, ale ja satyrą nie mam nic wspólnego. Po pierwsze zawsze mnie śmieszyło, że mnie przedstawiają jako satyryka. A ja nienawidzę kawałów, nigdy nie brałem udziału w żadnym kabarecie, w żadnych skeczach, nigdy nie pisałem do żadnych gazet, więc tak naprawdę nic satyrą nie mam wspólnego. Ja jestem na pewno showmanem telewizyjnym, bo takim przez pewien czas swego życia byłem, a dzisiaj już raczej tylko aktorem. Już telewizją się nie zajmuję. Też musiałem długą drogę przejść i doświadczyć, żeby zobaczyć w czym czuję się najlepiej i co najbardziej lubię robić. No i jednak to jest tak, jak w tym słynnym alchemiku Paulo Coelho, którego wszyscy czytali, że człowiek musi zatoczyć koło, żeby dowiedzieć się, że to, czego w życiu pragnie albo co daje mu szczęście, jest tuż na wyciągnięcie ręki.

 

U mnie zawsze na wyciągnięcie ręki, w moim filmowym domu było aktorstwo i przede wszystkim film, którym zaraził mnie mój tato. Magia kina. Wspominam, że kiedy byłem małym chłopcem i pamiętam, że to były jeszcze czasy komuny w telewizji nie było nic, poza jazdą figurową na lodzie i „Niewolnicą Izaurą”, na którą zresztą moja mama chodziła do sąsiadki, bo mieliśmy czarno biały telewizor. Ludziom się wydawało, że reżyser śpi na pieniądzach. No nie. Wtedy to były takie czasy, że artyści generalnie bidowali. No, a moja koleżanka, której tata był taksówkarzem, miała już video i kolorowy telewizor. My mieliśmy czarno biały i mama chodziła oglądać „Niewolnice Izaurę” do sąsiadki, bo oni mieli właśnie ten kolorowy telewizor. I co dla dzieci było? „Pan Kleks”! Dlaczego mówię tę historię? Dlatego, że w tych najmłodszych latach nie rozumiałem kim jest reżyser. I jak mnie pytano w szkole, to nawet się wstydziłem mówić. Po prostu kłamałem jako dziecko, że tata jest lekarzem albo adwokatem. A dzieci mówiły kłamię, bo wiedziały mój tata jest za reżyserem. A ja się zapadałem pod ziemię ze wstydu, bo sam myślałem, kto to jest ten reżyser? Co to jest za zawód? Chłop do pracy nie chodzi, mama na ósmą do roboty, zawsze mnie wyszukuje. Mama była nauczycielką klas 1-3 w szkole podstawowej, a tu ojciec w domu siedzi, coś tam bazgrze, nic nie robi, jakieś tam papiery przerzuca. No leń generalnie. Tu się nie ma czym chwalić. I dopiero po jakimś czasie, kiedy byłem w 2 klasie podstawówki, wróciłem z workiem na kapcie do domu, otwieram drzwi, patrzę, a tam mój tata z panem Kleksem siedzi na pomidorowej. Wtedy dla mnie to był pan Kleks, a nie Piotr Fronczewski. To by dla mnie była postać filmowo-bajkowa, niezwykła, magiczna, no każdy to pamięta. Pamiętam, że to tyle emocji mnie kosztowało. Dodatkowo Piotr Fronczewski miał akurat brodę, nie taką doklejoną, ale swoją, do spektaklu zapuszczoną. Siedziałem, słuchałem ich rozmowy i sobie myślałem: „Jezus, Maria, mój ojciec zna pana Kleksa!”. I pamiętam, że to kosztowało mnie tyle emocji, że jak mama na drugie danie poddała knedle ze śliwkami, i ja jedząc te knedle, cały czas patrzyłem i na tego Kleksa i na tego mojego ojca. A już pan Kleks wyszedł i zamknęły się drzwi, to ja z emocji puściłem pawia i wszystkie knedle wylądowały na posadce. I od tamtej pory nie jem knedli ze śliwkami. I teraz widziałem, że Maciej Kawulski wykupił prawa do „Pana Kleksa” i będzie remake robił. No i właśnie tę historię sobie przypomniałem i mu na Instagramie opisałem.

 

No i właśnie między innymi dlatego to mówię, że ja się w takim domu wychowałem, do którego pan Kleks przychodził na pomidorową; w domu, gdzie mój tata znał pana Kleksa. I od tej pory, kiedy mnie dzieci pytały, kim jest mój tata, to ja mówiłem, nie wiem, ale za to zna pana Kleksa i wszystkie dzieci patrzyły z niedowierzaniem. No i mało, że pana Kleksa, to potem Franza Maurera. Nie Bogusława Lindę, tylko dla mnie Franza Maurera. Każdy chciał być Franzem Maurerem – twardzielem, który łamie serca kobietom, który walczy o sprawiedliwość. Mimo że jest gdzieś tam tym złym, zepsutym mężczyzną, zniszczonym przez życie, niosącym wielki bagaż doświadczeń, to każdy chciał być Franzem Maurerem. I też nie zapomnę, że jak byłem dzieckiem i mieszkaliśmy w Łodzi, to tata zabierał mnie często do wytwórni filmów fabularnych. I tam były takie kręte schody. I pamiętam, że po tym, jak ten film już wszedł do kin, szliśmy po tych schodach i nagle schodził on „boski Bogi” – Franz Maurer – w długim płaszczu, w kowbojkach. Do dzisiaj pamiętam, jak był ubrany. I mój ojciec podał mu rękę. I ja też podałem. Uścisnąłem rękę samemu Franzowi Maurerowi.

 

Więc tak do tego dotarłem, oczywiście próbując różnych rzeczy w życiu, i między innymi też telewizji, że jednak kino, teatr, film to jest magia, w której się wychowałem, która jest najbliższa mojemu sercu. I uwielbiam to robić, uwielbiam grać w spektaklach. Uwielbiam rozwijać się. Uwielbiam grać w filmach. Telewizja jakby zupełnie zeszła na dalszy plan i rzeczywiście żadnych programów nie prowadzę. Nawet już zrezygnowałem z prowadzenia koncertów, aczkolwiek mam to w jednym palcu. Nieskromnie powiem, że akurat do tego mam talent, ale to nie jest to co lubię robić. Czasem jestem zapraszany do różnych programów, bo wiedzą, że zrobię show, bo ja się po prostu na tym znam, bo to robiłem przez wiele lat. Ale najbliżej mi jest do kina.

 

Opowiedz, jak to się zaczęło. Czy to ty przez tę magię, przez tego pana Kleksa bardzo chciałeś u taty wystąpić? Czy to tata ci zaproponował i powiedział: „Teraz masz swoją szansę”, a ty miałeś wątpliwości?

 

Myślę, że z to aktorstwo było mi pisane. Jestem osobą wierzącą i dzisiaj wierzę w to, że każda historia jest zapisana, łącznie z błędami. Oczywiście Bóg dał wolną wolę i my możemy tych błędów nie popełniać, ale jeśli je popełniamy, to po to dostajemy te przeciwności losu, żeby wrócić na ten tor, który jest zapisany, czy gdzie ta wola Boża jest. I myślę, że u mnie ta wola Boża już od dziecka była, żebym ja był aktorem. Ja generalnie byłem dzieckiem nieśmiałym, w co pewnie trudno teraz ludziom uwierzyć, bojącym się panicznie oceny. Strasznie się tego bałem. Po prostu nawet jak umiałem materiał i szedłem do tablicy, to nie byłem w stanie wydukać zdania. Zawsze wolałem pisać i rzeczywiście pisemna matura to mi poszła, że tak powiem, jak za dotknięciem magicznej różdżki. A przy odpowiadaniu, to ta ocena klasy i nauczyciela mnie paraliżowała tak, że nie byłem w stanie nic wydukać.

 

Kadr z filmu „7 uczuć”, fot. WFDiF 

 

Pamiętam, że to też chyba druga klasa podstawówki była i przygotowywane było przedstawienie – „Kopciuszek”. No i oczywiście, w klasie ja byłem takim nieśmiałym, zamkniętym w sobie dzieckiem, które miało problem z nawiązywaniem kontaktów. Ale jak w każdej klasie był ten przystojniak – błyskotliwy, odważny Maciek, którego wszystkie dziewczynki uwielbiały, na niego patrzyły, no i się w nim kochały. We mnie pewnie nie albo jeśli już, to jakaś inna nieśmiała. Ja dostałem oczywiście rolę jakiegoś halabardnika, niemą. Oczywiście grała tam najładniejsza dziewczynka z klasy, bo to zawsze tak jest. No i przygotowania trwały. Aż tydzień przed premierą, ten kozak, przystojniak metaforycznie narobił w pampersa i się rozchorował. Nie wytrzymał ciśnienia. No bo wiadomo, że w tym zawodzie, nie sztuką jest jeszcze coś potrafić czy mieć talent. Sztuką jest wyjść przed ludzi i wytrzymać to ciśnienie. To jest po prostu chyba największa z magicznych tajemnic tego zawodu. Każdy z nas się boi. Nie wierzę, że tak nie jest. Nawet wielcy aktorzy zapytani o to, potwierdziliby, że zawsze się boją. Mimo tak wielkiego doświadczenia. I on takiej presji nie wytrzymał. I tydzień przed premierą klapa – nie ma księcia, książę dał nogę. No i co? Oczywiście kogo w to wmanewrowali? Mnie, bo ja byłem taki gapa i mnie było łatwo we wszystko wmanewrować. I tydzień przed premierą mnie na księcia pasowali. Pamiętam, do dzisiaj mam zdjęcia tego księcia, że moja mama dała mi taką swoją koszulę, miała takie złote buciki, które na mnie pasowały. No i słuchajcie, zagrałem tę rolę i tak, jak wcześniej byłem jednym z takich uczniów niezauważalnych w całej szkole, to po tym przedstawieniu poczułem pierwszy raz, co to znaczy zawód aktora. Całe życie wstydziłem się na dyskotekach podejść do dziewczynek. Nikt na mnie nie zwracał uwagi. A tu zobaczyłem, że po przedstawieniu, w którym zagrałem, nagle nie musiałem już podchodzić do dziewczyn, bo wszystkie same do mnie podchodziły. Każda chciała zatańczyć z księciem. I wtedy pomyślałem sobie: „Zarąbisty to jest zawód, ten aktor”. No i tak to się mniej więcej potoczyło.

 

Ale tak na poważnie, to było moje pierwsze zetknięcie z aktorstwem, ale generalnie mnie do aktorstwa nie ciągnęło. Ja oczywiście byłem zauroczony tym, co robi mój ojciec, ale troszkę moja droga była inna. Jako chłopak, to teraz może dziwnie zabrzmieć, zawsze chciałem zostać gangsterem. Gangsterzy mi imponowali. To były lata 90. Grand Hotel w Łodzi. Mój ojciec jeździł, to każdy wie z filmów o Adasiu Miauczyńskim, starym pomarańczowym trupem, czyli maluchem, który był tak rozklekotany, że trzeba było wsiadać od drugiej strony, bo drzwi się nie zamykały. I to nie imponowało mi w żaden sposób. A kiedy szedłem pod Grand Hotel, to tam mafiosi z łódzkiej ośmiornicy wsiadali do pięknych samochodów. Pamiętam wtedy jeden jeździł takim Renault Fuego. W tamtych czasach, jak miałeś poloneza, to byłeś kozak, a Renault Fuego czy inne zagraniczne auta to była petarda. Mało kto mógł sobie na to pozwolić, żeby mieć taki samochód. A oni mieli piękne samochody, piękne dziewczyny i sobie pomyślałem: „Tak, ja bym chciał zostać gangsterem”.



Kadr z filmu „Dzień świra”. Materiały prasowe Vision Film


Tego wątku nie będę rozwijał, ale no aniołem nigdy nie byłem i pewnie nie będę. Mój ojciec oczywiście nieraz proponował mi jakąś rolę, ale mnie to nie interesowało. Ja nie chciałem grać w tych filmach. A potem kiedyś znowu mi zaproponował i tak chyba z ciekawości sobie zagrałem w „Ajlawju”, bo bardzo lubiłem Pazurę. Ale to też jakoś mnie nie zakręciło. To było raczej na zasadzie takiej przygody. Pierwszą rolą, która rzeczywiście mnie zafascynowała, to była ta w „Dniu świra”. Zaskoczyło mnie to, co się stało po „Dniu świra”, jaką popularność zdobyłem, bo moja rola w „Ajlawju” nie miała takiego oddźwięku. Po „Dniu świra” ojciec, który był już wtedy reżyserem znanym, mówił mi, że uwielbia się w cieple mojej sławy ogrzewać. Bo po tym filmie, kiedy szliśmy z ojcem, to po prostu było coś niesamowitego – ludzie otwierali na okna na ulicy i krzyczeli: „Jak tato jest zrobi dzióbek, to nie ma ***** we wsi”. Mimo, że to nie ja mówiłem ten tekst, tylko Marek Kondrat, to mnie z tym identyfikowali. No i ta scena przeszła do historii polskiego kina. Została uznana za najlepszy żart na gali pięćdziesięciolecia Złotych Kaczek, pokonując sceny z takich filmów jak „Rejs”. Pamiętam, że siedział za nami Andrzej Wajda i kiedy ten werdykt padł, to się tak cieszył i mnie wyściskał. No w szoku byłem. To przerosło nasze największe oczekiwania. Ja wychowałem się na filmach „Miś”, „Seksmisja”, „Rejs”, „Rozmowy kontrolowane”. Pamiętam, że w szkole przerzucaliśmy się tekstami z tych filmów, a tu nagle „Dzień Świra” przykrył filmy, na których ja się wychowałem, które dla mnie były kultowe, w ogóle filmy, które wydawało mi się, że przetrwają próbę czasu. Ale dzisiaj właśnie tę próbę czasu przetrwał „Dzień świra”. I dzisiaj, co są też jest bardzo miłe i w jakiś sposób mi imponuje, choć można powiedzieć, że zostałem zaszufladkowany, kiedy przychodzą młodzi aktorzy na plan serialu czy do filmu to proszą, żebym im postawił dzióbek i pytają, czy wrzucić sobie na Instagrama. To jest myślę niesamowite, że dzisiaj młodzi ludzie, którzy wiadomo żyją już Internetem, jeszcze go pamiętają.

 

Mówimy o kultowości – miałeś okazję zmierzyć się z kultową postacią, czyli Adasiem Miauczyńskim. Najpierw grałeś kilkukrotnie jego syna, a potem...

 

No, a potem rzeczywiście rola Adasia Miauczyńskiego. Powiem szczerze, że jako młody chłopak, kiedy już się zaraziłem kinem przez ojca i przez ten udział w „Dniu Świra”, a to w sumie ludzie mnie zarazili, tą rozpoznawalnością i pozytywną energią, którą od nich dostawałem, to zobaczyłem, że granie jest super. Zacząłem się fascynować filmami ojca i nie ukrywam, że zawsze pomagałem gdzieś mu w castingu na główną rolę. No nie dzwońcie do mnie, nie będę wam pomagał, żebyście zagrali. Ale rzeczywiście od czasów „Nic śmiesznego” zawsze Miauczyńskiego grał aktor, którego ja ojcu podsunąłem. Pamiętam, że w „Nic śmiesznego” miał grać, no może mi wybaczą dzisiaj, Krzysztof Tyniec lub Paweł Wawrzecki. Oni byli na liście mojego ojca i byli najbardziej rozpatrywani, a ja wtedy właśnie po „Psach” uwielbiałem Lindę i Pazurę. I tak mi Pazura pasował do tego, że powiedziałem: „No, ale tato, jest ten Pazura”. A że tak go męczyłem całe ferie, mój stary w końcu wybrał tego Pazurę. No i widzisz Czaruś, jak ci załatwiłem? Żebyś wiedział kto jest ojcem twojego sukcesu! (śmiech) Choć w „Dniu świra” akurat to nie ja wybrałem aktora. To mój ojciec, rzeczywiście, Marka Kondrata wybrał, choć na początku miał być Linda. Pierwszym strzałem mojego ojca był Boguś, ale jakoś to tak się ułożyło, że Linda powiedział, że nie udźwignie tematu, że to nie jest dla niego, że on się w tym nie czuje. No i Marunio został Adasiem. A potem, jeśli chodzi o „Baby są jakieś inne”, to słuchajcie, ja grałem w filmie „Chrzest”, wtedy Adam Woronowicz nie był jeszcze taki znany. Już był po filmie „Popiełuszko” którego nie widziałem, bo to mnie jakoś nie fascynowało. Ale grał ze mną w filmie „Chrzest” świętej pamięci Marcina Wrony, wybitnego, wspaniałego reżysera. Szkoda, że go już z nami nie ma. I jak ja zobaczyłem, jak on gra tego gangstera, to po prostu byłem nim zafascynowany. Myślałem sobie „Niesamowite, że z tego Popiełuszki on nagle gra takiego brutalnego szefa grupy przestępczej” i mówię do ojca: „Kurde, musi grać tego Miauczyńskiego ten Woronowicz” i też go ojcu podsunąłem, bo tak zafascynowany byłem jego grą. Wybitny aktor.

Kadr z filmu „Baby są jakieś inne”. Materiały prasowe Kino Świat

 

I potem, nie ukrywam, że przez te wszystkie lata czytałem te scenariusze. Zawsze ojciec dawał mi jako pierwszemu je do przeczytania i powiem wam szczerze, że tak sobie marzyłem w głębi ducha, że może kiedyś ja będę tym Adasiem. Ale wiem, że mój ojciec tak kocha swoją pracę, tyle poświęca dla każdego scenariusza, że to jest pisane latami, nie jak dzisiaj w dwa miesiące, na kolanie. Jak czasami wyśle ojcu scenariusz i pytam, czy w tym zagrać, to bierze ten scenariusz i mówi: „Co to jest za śmieć?” Ale ja się nie dziwię. Mój ojciec przywiązuje ogromną wagę do języka ma dwa fakultety, jest po polonistyce i po reżyserii. Język jest dla niego bardzo ważny. Mało kto wie, że „Dzień świra” był pisany w trzech czwartych trzynastozgłoskowcem, jak „Pan Tadeusz”, że najważniejsze są dla niego rytmy. Ja też tego nie wiedziałem. Dopiero podczas pracy przy „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” Marek Kondrat mi wytłumaczył, kiedy mieliśmy próby. Ja miałem tam takie gigantyczne monologi. On tylko siedział przy stole i machał głową, a ja do niego mówiłem i pomagał mi się przygotowywać. Pamiętam, mieszkałem w takim mieszkaniu na Powiślu i on codziennie przychodził. Godzinę, próbowaliśmy, a godzinę opowiadał mi o winach. I pewnego dnia ja mówię: „Słuchaj, Marek, tu takie rozpisane nawet te zająknięcia są i te przerwy. Może byśmy to skrócili, uprościli sami”. Wtedy Marek powiedział: „Posłuchaj o nie, nie, nie, nie! Nie ma tak. U twojego ojca jest wszystko jak w utworze muzycznym. Każda nutka ma znaczenie, każde słowo, każdy przecinek, każde zająknięcie nadaje rytm następnemu zdaniu. Jeśli wyrzucimy chociaż jedną nutkę, to już nie będzie ten sam utwór. Tu nie można nic wyrzucić”. Ja płakałem tam. Pamiętam, że mnie to kosztowało strasznie dużo wysiłku.

Kadr z filmu „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”. Materiały prasowe Vision Film

 

I potem, po latach, też troszkę mi pomogło jak mi Robert Więckiewicz opowiadał, jak się uczył do filmu „Baby są jakieś inne”. Wyjechał na dwa tygodnie nad morze i chodził wte i wewte sam po plaży to powtarzał. Ludzie patrzyli na niego nawet jak na wariata. Ale mówił, że nigdy w życiu nie miał takiej trudności z nauczeniem się tekstu, bo wiedział, że mój ojciec nie odpuści ani jednego przecinka. Ale co się okazało? Że ten tekst, kiedy się go nauczy na blachę, tak naprawdę nadaje taki rytm i taką łatwość, że ty masz poczucie, że w każdym zdaniu, które wypowiadasz jest prawda. Że nie słychać, jak to się mówi w naszym języku aktorskim, że szeleści papier tylko, że rzeczywiście te zdania są prawdziwe. Zresztą to nie wzięło się z niczego. Mój ojciec, jak robił dokumenty przez lata, to po prostu spisywał wszystko, co nagrywał na dyktafon od ludzi i zobaczył, że język mówiony jest inny niż język pisany. Że my mówimy totalnie niegramatycznie. Pisząc zdania rzeczywiście zwracamy uwagę na gramatykę, ale kiedy mówimy, to jest kompletny bałagan. W mówieniu jest powtarzanie, przestawianie słów i tak dalej, i tak dalej.

 

No i wiedziałem, jaką mój ojciec wagę do tego przywiązuję i sobie myślałem, może kiedyś ja tym Miauczyński będę. Ale gdzie tam. Tacy wybitni aktorzy zawsze w tych filmach grali: Kondrat, Łomnicki (grał ojca Adasia w filmie „Dom wariatów” – przypis redakcji), Więckiewicz (w filmie „Baby są jakieś inne” grał rolę Pucia/Drugiego), Rola. Gdzie ja tam na tę listę? No oczywiście grałem w tych filmach, ale wydawało mi się, że nigdy roli Miauczyńskiego nie dostanę. I jak to się mówi: „Uważaj co sobie marzysz, bo może to się spełnić”.


Kadr z filmu „7 uczuć”, fot. WFDiF


Ojciec też mi całe życie mówił, że teatr jest najważniejszy, ale jak byłem w tej fazie oszołomstwa, to myślałem: „Co on mi tam będzie gadał! Ja wiem lepiej.” . Ale rzeczywiście, po latach, jak już swoje życie ułożyłem, to wewnętrzne, duchowe i zacząłem budować swój warsztat aktorski, to wtedy zapragnąłem, żeby grać w teatrze. I zacząłem grać jednym przedstawieniu, drugim, w farsach, w komediach. I pamiętam, że mój ojciec przygotowywał się do „7 uczuć”. On zawsze pisze scenariusze pod aktorów, czyli postacie są konstruowane pod aktorów. Oprócz Miauczyńskiego. Za każdym razem do końca nie wie, kto będzie Miauczyńskim. Jak sam twierdzi, spływa to na niego w ostatniej chwili. I tutaj też nie wiedział. I ja miałem grać inną rolę w „7 uczuciach”. I sam mi to opowiadał, że nie wiedział. I tak gdzieś myślał o mnie, ale mówił: „Znam go tylko z ról komediowych”.  Ja już wtedy grałem w teatrze, na przykład w farsach typu „Mayday”. I ojciec to widział i wiedział, że ja sobie daję z tym radę, ale nie widział mnie w żadnej roli dramatycznej. I pamiętam, że Michał Znaniecki, wybitny reżyser taki operowo teatralny, nagle ni stąd ni zowąd zaproponował mi tytułową rolę w przedstawieniu „Historia żołnierza” według Kurta Vonneguta. To była zupełnie inna rola niż jakiekolwiek do tej pory otrzymywałem, czyli rola dramatyczna, opowiadająca o jednym z żołnierzy armii amerykańskiej, który po prostu nie poradził sobie psychicznie i nie dźwignął ciężaru tego, że musi strzelać do innych. I zdezerterował, za co został skazany na śmierć. To z resztą była precedensowa sytuacja w ogóle w historii amerykańskiej armii. No i ta historia o tym opowiada. Bardzo poruszający tekst i bardzo poruszający spektakl. I pamiętam, że ja strasznie się tego bałem, bo to było dla mnie ogromne wyzwanie. No i pamiętam, że już po tym spektaklu, już z taką ulgą, że to się udało, spotykam ojca, a on mówi: „Gratuluję. Właśnie zostałeś Adasiem Miauczyńskim”. Od razu po tym spektaklu. Tak, jak najpierw poczułem radość, to kiedy on już puścił moją rękę, zleciał na mnie ciężar tych wszystkich Adasiów, tego całego tekstu. I mówię: „To chyba się nie dzieje naprawdę. Po co on mi to teraz powiedział?” Nawet nie zdążyłem się nacieszyć tym, że tu mi się udało zagrać i dźwignąć temat, a tu on mi z tym Adasiem wyjeżdża. O którym, co prawda,  marzyłem, ale który okazał się nagle takim ciężarem i tyle mnie to kosztowało stresów i nerwów. I cały czas mi w głowie dudniło „Kondrat, Pazura, Więckiewicz, Woronowicz, Chyra... Jezu, gdzie ja? Gdzie? Ja się do tego nie nadaję! Co on wymyślił?” I słuchajcie, miesiąc się do ojca nie odzywałem, taki byłem po***** w gacie, jak to się mówi. I mój ojciec dzwoni po miesiącu i mówi: „Co się z tobą dzieje człowieku? Aktorzy w Polsce marzą o takiej roli, czekają całe życie na taką propozycję, a ty miesiąc się nie odzywasz.” No i ja już nauczony doświadczeniem powiedziałem o swoich lękach, nie kryłem ich, tylko mu powiedziałem, że mam takie poczucie, że po prostu to mnie przytłacza, że nie wiem, czy dam radę, że tacy aktorzy go grali, że piszą doktoraty o nim, że to jest taka postać kultowa i że to jest w ogóle jego dziecko największe. I mój ojciec mi powiedział wtedy jedną rzecz: „Posłuchaj mnie, dobrze mnie znasz, gdybym uważał, że nie dasz sobie rady, to nigdy bym ci tej roli nie zaproponował. Podczas tego spektaklu, kiedy zobaczyłem cię w tej dramatycznej odsłonie spłynęło na mnie, że ty musisz zostać Adasiem”. I nawet moja macocha, Małgosia Bogdańska mówi, że nagle mój ojciec podczas spektaklu złapał ją za rękę i powiedział „Mamy Adasia!” I, kurde, tak zostałem tym Miauczyńskim.

 

I powiem tak, wszystkie rzeczy, które mają wielką wartość, rodzą się w bólach. I tutaj ten Adaś urodził się w ogromnych bólach, ale rzeczywiście dla mnie ma niesamowitą wartość. Warto było się bać, warto było się stresować, napracować, żeby to marzenie zrealizować.

 

A jakim wyzwaniem, na pewno zupełnie innego gatunku, była postać Edwarda Gierka? Jest to postać, której istnieje w świadomości społecznej. Za jego czasów istniała telewizja, więc ludzie mają szansę wrócić do tej postaci…

 

Myślę, że gdyby nie rola Adasia Miauczyńskiego, to nigdy nie byłbym w stanie udźwignąć roli Edwarda Gierka. Bo ta rola Miauczyńskiego przygotowała mnie mentalnie do zagrania Edwarda Gierka. Chodzi mi tutaj o presje, to co mówiłem na początku – nie sztuką jest świetnie przygotować rolę, nie sztuką jest być świetnym, technicznym aktorem, bo wielu takich jest wybitnych. Sztuką jest wytrzymać na planie to ciśnienie wśród innych aktorów, gdzie idziesz ze świadomością, że ty dopiero zaczynasz, a w twoim filmie gra Dorociński, Ostaszewska, Chyra, Cielecka. I wiesz, że będziesz się codziennie spotykał z pierwszą ligą polskich aktorów, i że ty musisz dorównać do ich poziomu, że ty musisz stanąć przed nimi i się, po prostu jakoś przedrzeć przez to wszystko w swojej głowie. Ten Miauczyński, to „7 uczuć” dało mi po prostu takie poczucie pewności siebie, że ja jestem w stanie już zagrać z każdym i zagrać wszystko. Ale ja bym tego przed „Gierkiem” nie wiedział i nie wiem, czy bym w ogóle to udźwignął. Jestem wdzięczny ojcu i Bogu za to, że taką rolę dostałem, bo ona mi dała wewnętrzną przepustkę do innych ról.

 

Też wracając do „7 uczuć”, pamiętam, jak była pierwsza próba, na której siedzieli Karolak, Figura, Cielecka, Dorociński, Chyra, Więckiewicz. No sami sobie pomyślcie, że jesteście aktorem, który grał takie małe rólki, nawet zawsze nie uważanym za aktora i spotykacie się na pierwszej próbie z pierwszą ligą polskich aktorów. I słuchajcie, ja wiedziałem jedno, że ja, żeby w ogóle im dorównać, muszę być zawsze o krok przed nimi. To mi ojciec powiedział. Słuchajcie, ja na pierwszą próbę przyszedłem już nauczony całego tekstu Miauczyńskiego na pamięć. I pamiętam, że siedzimy – oni wszyscy ze scenariuszami – zaczyna się próba, zaczynają czytać, a ja z pamięci. Andrzej Chyra siedział koło mnie i tak patrzy na mnie i mówi: „Prymus się znalazł!” Ja oczywiście się z tego śmiałem, bo się znamy. Ale co za tym poszło? Okazało się, że na następną próbę już wszyscy przyszli przygotowani, bo ja ich zawstydziłem w pewien sposób. Podniosłem tą poprzeczkę, bo oni są świetni, a ja musiałem im coś udowodnić. I to się ciężką pracą udowadnia. Pamiętam też słowa Marcina Dorocińskiego, który sam mi mówił, że kiedy przychodził na próby, to patrzył na mnie jak na UFO. Ja to czułem, że oni się zastanawiają, że ten stary Koterski to chyba na łeb upadł, że tego oszołoma obsadził w roli Miauczyńskiego. I potem mi Dorociński powiedział: „Przyznam ci się do czegoś – jak przyszedłem tu i się dowiedziałem, że będziesz grał Miauczyńskiego, to byłem przekonany, że będziemy mieć do czynienia z oszołomem, obibokiem, który będzie nieprzygotowany. I to było dla mnie coś niesamowitego, naprawdę z radością patrzyłem, jak ty przychodzisz przygotowany na zdjęcia. Jak się rozwijasz podczas tego filmu.”  To wszystko mi dało przepustkę. Pamiętam też pierwszą scenę, jak siedzę, a obok mnie Simlat, Ostaszewska, Iza Dąbrowska, Edyta Herbuś, Woronowicz i Więckiewicz. I się zaczyna: „Kamera, akcja!”, a ja czuję, że nie oddycham, że takie mam ciśnienie, ale muszę się trzymać, bo eksploduję. I pamiętam, że Więckiewicz siedział obok mnie i tak mnie uderzył łokciem i mówi: „Oddychaj, *****, bo zejdziesz zaraz tutaj!”. I zeszło ze mnie to powietrze i się zaczęło. Maszyna ruszyła.

 Fotos z filmu „Gierek”. Fot. Karolina Grabowska

 

I potem, kiedy dostałem tę propozycję zagrania Edwarda Gierka, po prostu wiedziałem, co trzeba zrobić – przygotować się. Tu nie ma cudów żadnych, każdy się boi. I po prostu muszę się przygotować. I zrobiłem wszystko, co mogłem. Wiedziałem, że muszę przygotować się fizycznie, bo nie wyglądam jak Gierek. Że muszę przytyć. Że żeby to było realne, to ja się muszę poczuć jak Gierek. Jestem wdzięczny producentowi po pierwsze za to, że on mnie w tym obsadził. Myślałem sobie: chłop na łeb upadł, że mnie w tej roli obsadził. Bo na początku to był dla mnie szok. Kiedy tę propozycję dostałem jeszcze robiłem film na Łotwie. Dzwoni Janusz Iwanowski i mówi: „Słuchaj, właśnie zostałeś Gierkiem.” A ja myślę: no chłop zwariował. Ja Gierkiem? Powiem szczerze, że nie marzyłem całe życie, żeby grać rolę Edwarda Gierka. Bardziej Jimiego Hendrixa, ale nie ten kolor skóry. Albo Kurta Cobaina. Ale nie Gierka. Ale wiedziałem, że to jest prestiż, że to jest wyzwanie. Więc zacząłem o nim czytać, przytyłem do tej roli. Wiedziałem, że ja muszę przytyć, żeby poczuć się starszy, cięższy, bo grałem osobę, która jest starsza, i że to mi da możliwość poczucia się w innym ciele, że poczuje się innym człowiekiem, że to mi zrobi dużą robotę. Ale nie całą. Przeczytałem masę książek, masę tych wywiadów rzek z Gierkiem. Przygotowywałem się przez rok. Poświęciłem nawet, no niestety, swoją rodzinę. Pamiętam, jak mówiłem do mamy mojego syna, do Marceli: „Ja muszę się wyprowadzić z domu na pół roku, żeby stać się Gierkiem, bo ja nie umiem go zagrać. Ja po prostu muszę się nim stać. Nie widzę innej możliwości.” Pamiętam, że pytałem ją: „Rozumiesz to?” A ona mi mówiła, że nie rozumie, ale jak się kogoś kocha, to się robi dla niego rzeczy, których się nie rozumie. No i to też było niesamowite.

 

Wszystko, cały wszechświat mi sprzyjał, bo ja wkładałem w to ogromną pracę. I powiem, że ja już tego nie zauważałem. Przed samymi zdjęciami chciałem uciec. Pamiętam, pojechaliśmy do Ustronia na pierwszy dzień zdjęć i ja mówię, że nie wiem, jak zagrać tego Gierka. Dzisiaj wejdę na plan i wszyscy się dowiedzą, że ja nie wiem, jak to zagrać. Ale się okazało, że ja już się stałem Gierkiem. Potem reżyser Michał Węgrzyn mi mówił, że on już się nie martwił, bo on widział podczas prób, że ja już byłem Gierkiem. I rzeczywiście mam poczucie, że zadziałała jakaś magia kina, jakiś cud, że jak to mój ojciec mówi, spłynęło to na mnie. To było ogromnym ciężarem, że Edward Gierek żyje w świadomości ludzkiej, że wszyscy go pamiętają. Wiedziałem, że będą mnie z nim porównywać. Ale mój ojciec dał mi radę: „Nie staraj się go kopiować, bo wyjdzie z tego «Ucho prezesa» i kabaret. Nikt w to nie uwierzy. Nie idź w tę stronę. Po prostu przygotuj się ze wszystkich sił, a przed wejściem na plan zapomnij o Gierku. Ty już po prostu grasz tę postać.” Niedawno była 20. rocznica śmierci Edwarda Gierka i był pokaz filmu. Ja akurat nie lubię oglądać filmów przed premierą i tego filmu też nie oglądałem. A po projekcji było spotkanie z synem Edwarda Gierka i zapytano go, co sądzi o mojej roli. I syn Edwarda Gierka powiedział: „Muszę przyznać, że pan Michał oddał idealnie wszystkie emocje dotyczące mojego ojca. Zapytałem pana Janusza, producenta filmu, czy mógłby mi dać ten film do domu, żebym mógł mieć swojego ojca na co dzień przy sobie.” I to było dla mnie bardzo wzruszające. Ale jak mówi mój ulubiony aktor, Denzel Washington – takie rzeczy się dzieją. My możemy wykonać ogromną pracę, możemy zrobić wszystko, co możliwe, ale bez tego palca Bożego tak naprawdę nie jesteśmy w stanie zrobić nic.

 

Fotos z filmu „Gierek”. Fot. Jarosław Sosiński

 

Spotykamy się przy okazji nagrania spotu do filmu „Gierek”, powiedz mi czy ty korzystasz z legalnych źródeł kultury? Jak to było, kiedy byłeś młodszy?

 

Przyznam się, że kiedyś jako młody chłopak, jakby to powiedzieć, byłem takim lekkoduchem i rzeczywiście ściągałem filmy nielegalnie. Pamiętam, że w liceum to wszyscy byliśmy tym zajarani i też troszkę taka otoczka z tym była związana. Ale myślę, że jak to się mówi, okazja czyni złodzieja. Jest takie powiedzenie i myślę, że nie ma w tym przypadku. Wtedy były takie czasy. Kiedy ja chodziłem do liceum, czy potem studiowałem, to generalnie nie było, gdzie oglądać filmów, nie było takiej możliwości, nawet płatnej. Można jedynie było chodzić na filmy do kina. Wiadomo, że nie zawsze do tego kina można było pójść. A jeśli człowiek chciał w domu czy w pociągu ten film obejrzeć? No nie było takich możliwości. Dzisiaj rzeczywiście, chwała Bogu, za 10 zł miesięcznie czy tam 20, można mieć abonament jakiejś platformy streamingowej. Do filmów mamy pełen dostęp i prawie każdego z nas stać, żeby nawet 5 platform wykupić, jeśli ktoś rzeczywiście kocha kino. Więc oczywiście ja dzisiaj też korzystam. Z takiego najprostszego właściwie powodu, że jest możliwość obejrzenia filmów z legalnych źródeł. Dzisiaj łatwiej jest mówić: „Oglądajcie z legalnych źródeł”, ale kiedyś, jak ktoś mi tak, to ja sam myślałem jako młody chłopak: „No dobra, ale z jakich źródeł ja mam oglądać? Skąd ja wyskrobię za każdym razem dwie dychy na jeden seans w kinie?” To też są koszty dla młodego człowieka. A dzisiaj rzeczywiście są te możliwości. Już nie mówię tego jako artysta, że uciekają moje pieniądze, nie czy uciekają, że są okradani aktorzy, reżyserzy, scenarzyści, no wszyscy, którzy mają z tego tytułu profity, tantiemy i tak dalej. Mówię już z punktu widzenia normalnego widza, że rzeczywiście dzisiaj jest szansa na korzystanie z legalnej kultury. Dzisiaj rzeczywiście nie musimy okradać innych, bo każdego z nas stać, żeby po prostu zapłacić te 20, 40 czy nawet 100 zł za kilka platform i korzystać sobie z tych legalnych źródeł, oglądać filmy do woli, w super jakości. Z poczuciem, że rzeczywiście nikogo nie okradam, że gdzieś tę cegiełkę wrzucam. I że ta ciężka praca naszych ulubionych artystów, aktorów jest doceniona przez to, że ja właśnie za to płacę tę symboliczną przysłowiową złotówkę. Więc tak, ja korzystam z legalnych źródeł i do tego namawiam. I na koniec powiem: „Dziękuję.”

 

Rozmawiał Paweł Rojek

 

Zdjęcie główne – fot. Fundacja Legalna Kultura





Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura




Podobał Ci się nasz artykuł?
Udostępnij:



Do góry!