Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Jestem podobny do ludzi, którzy idą do kina

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Jestem podobny do ludzi, którzy idą do kina

Jestem podobny do ludzi, którzy idą do kina

Kino arthousowe ma sporą rzeszę fanów i znawców. Podchodzą do kina bez uprzedzeń czy kompleksów wyższości. I to odzew widzów na „Sztuczki” w arthousowych kinach na świecie pozwolił znowu stworzyć historię w podobnej stylistyce, niosącej jakieś wartości. Pozwolił stworzyć „Imagine” – mówi Andrzej Jakimowski, reżyser filmu.

 

Mając Lwa, Orła i Paszport Polityki, przystępowałeś do realizacji „Imagine” z większą łatwością?

 

Nagrody są trochę śmieszne. Natomiast fajne jest to, że stoją za nimi konkretni ludzie, bez względu na to, czy jest to jury małego czy akademia dużego festiwalu.

 

Twórca wyróżniony powinien mieć łatwiej, po to się go wyróżnia, by inni wiedzieli, że jest dobry w tym, co robi.

 

Nie dostrzegłem, żeby zwiększył mi się komfort pracy. Jest satysfakcja, że film do kogoś dotarł… Nobilitacji raczej nie ma dzięki nagrodom  żadnej. Przynajmniej u nas.

 

To po co te nagrody?

 

Jest to okazja, żeby się ludzie spotkali i wymienili uwagami na temat kina. Nagrody w Polsce mają charakter towarzyski. Ważna jest ludzka treść tych nagród a nie same statuetki.

 

Twój punkt widzenia jest co najmniej odmienny.

 

Szczery.

 

Co umożliwiło Ci rozpoczęcie realizacji „Imagine” - twoja niezłomność czy dorobek?

 

Nagrody na pewno nie miały na to żadnego wpływu. W tym konkretnym przypadku, „Imagine” jest koprodukcją. Musiałem mieć partnerów, którzy wyłożyli na film pieniądze za granicą. Było to możliwe dlatego, że szczęśliwie potoczyły się losy „Sztuczek”. Do tej pory są sprzedawane do ponad 75 krajów. W około 40 miały dystrybucję kinową.

 

Arthaousową?

 

Oczywiście. Taki film nie może być inaczej dystrybuowany. Jednym z koproducentów „Imagine” jest francuski dystrybutor filmu. Był zadowolony z efektu jaki przyniosły „Sztuczki” we Francji i wierzył, że kolejny projekt ma sens. Tak to powstaje. Nagrody były kompletnie nieistotne, jedynie odzew widzów w arthousowych kinach na świecie pozwolił znowu tworzyć historię w podobnej stylistyce, niosącej jakieś wartości.

 

Męczę Cię tymi nagrodami, nie chcąc broń boże deprecjonować, ale mając Oscara, pracujesz do końca życia nie martwiąc się o nic.

 

W pewnym stopniu tak jest. Nasze lokalne nagrody są podobne, lecz w nieco innej skali. Właściciele Złotej Palmy czy Oscara mają lepiej, ale dobrze wygląda to z naszej perspektywy. Ich praca wiążę się z masą obciążeń i wielkim ryzykiem. Poza tym, śmieszy mnie nadmierne wyróżnianie się i traktowanie wszystkiego w kategoriach wyścigu po nagrody. Jasne, one też są potrzebne. Dla mnie miały znaczenie potwierdzające, że oto film nie jest trudem daremnym. Nikt w niego nie wierzył, a on nagle zaczyna się przebijać z niskiego pułapu.

 

Jesteś reżyserem - twórcą?

 

Chyba tak. Nie robię cudzych scenariuszy, realizuję swoje historie.

 

„Sztuczki” były na świecie rozumiane?

 

To bezpretensjonalna historia, ma pewną lekkość i poczucie humoru. Pomogło to produkcji, bowiem polskie kino jest kojarzone z bardzo ponurym obrazem.

 

Pamiętam ten trailer australijskiego festiwalu z obierającym ziemniaki Jafrey’em Rush’em, nabijający się z naszego kina.

 

To jeszcze nie było najgorsze. Ważne, że dystrybutorzy boją się etykietki polskiego filmu, bo kojarzy się widzom z czymś ekstremalnie poważnym. Spotykałem się z dystrybutorami w wielu krajach, wszędzie byli niechętni albo starali się ukrywać, że „Sztuczki” to polski film. Nie widzieli szansy, żeby Polskością wypromować film. Wyjątkiem była Francja, dlatego, że tam nasze kontakty kulturalne działają pozytywnie, obustronnie. Właściciele kin myślą podobnie, bo boją się, że identycznie uprzedzą się widzowie i nie kupią biletu. To banalny mechanizm. „Sztuczki” przecierały sobie drogę samodzielnie, nie szły żadnym tropem.

 

Jakiś instytut zauważył ten fenomen?

 

PISF przyczynił się najbardziej, udzielając wsparcia zagranicznej promocji filmu. Nie było żadnej obstrukcji, Polacy zachowali się wspaniale. Byliśmy taką kometą, która przeleciała i zniknęła. Smutne trochę, że byliśmy tacy osamotnieni. „Imagine” także będzie sobie mozolnie przecierać szlak.

 

Brakuje wsparcia mediów?

 

Nie spodziewam się znikąd wsparcia, nie mam żadnych oczekiwań co do świata. Jestem generalnie zadowolony, że ktoś chce te filmy oglądać, bo nie widzę powodów, żeby ktoś nagle zapragnął oglądać moje filmy. Jeżeli z jakichś powodów robią to, cieszę się. Uważam, że miałem sporo szczęścia ze „Sztuczkami”.

 

75 krajów. Wynik robi wrażenie.

 

Dystrybucja nie udała się jedynie w krajach, w których było to nieopłacalne – tak, jak w USA.

 

Jak to jest - bierzesz kliszę i jedziesz w świat sam?

 

To jest całkowicie normalne. Dzieje się tak nawet z reżyserami głośniejszymi ode mnie. Zjawiają się gdzieś ze swoim filmem i trafiają do ludzi, wyrabiając nowe kontakty. Jeździliśmy sporo. Teraz nie pałam już taką ochotą by podróżować z „Imagine”. Jest to wyczerpujące, poza tym kontakty, które już mam, mogę utrzymywać elektronicznie. Oczywiście, te objazdy pozwalają dostrzec pełny obraz świata. Z perspektywy tych miejsc, staram się inaczej patrzeć na Polskę i na moje filmy.

 

Który kraj dał Ci najwięcej egzotyki w tym kontekście?

 

Tajwan. Było to bardzo ciekawe, bo Chińczycy na Tajwanie nie wiedzą dokładnie gdzie leży nasz kraj, ale interesują się realiami, jakie pokazuje w filmie i pytają o nie. Wzruszające było, że trafiłem tam na ludzi, którzy widzieli „Zmruż Oczy”. Przyszła do mnie pewna dziewczyna po autograf. Dalekie kraje dają wspaniałą perspektywę. Zaciera się masa rzeczy nieważnych, przez co widać zasadnicze różnice lepiej. Bardzo lubię także całą Amerykę Północną, bo jest tam bardzo fajny świat pasjonatów filmu i w ogóle filmowców. Stany są mniej snobistyczne niż Europa. W krajach europejskich jesteśmy postrzegani jak biedni kuzyni. Jeśli nawet pojawia się jakaś sympatia, podszyta jest poczuciem wyższości, którego nie cierpię. Natomiast w Kanadzie i USA są znakomicie wyrobieni widzowie. Kino arthousowe ma sporą rzeszę fanów i znawców. Podchodzą do kina bez uprzedzeń czy kompleksów wyższości. Jest to bardzo miłe. W Stanach trudne filmy, takie jak „Zmruż Oczy” albo „Sztuczki” miały dobre przyjęcie, tak samo „Imagine”. Pierwszy z moich filmów zakończył swoją całą przygodę w San Francisco i wygrał ten festiwal. „Sztuczki” trafiły do Miami, gdzie robiliśmy premierę filmu i także zwyciężył niemal z marszu.

 

Kto stawał wówczas z tobą w szrankach?

 

Dobre filmy. Były produkcje z Europy i Ameryki Południowej. Z Miami bliżej jest do Ameryki Łacińskiej, dlatego to ważne filmy, którym uważnie przygląda się widownia. Uderzyło mnie jednak, że w USA nie ma żadnych barier do pokonania. Jeśli film jest dobry, to ma automatycznie równe szanse. W Europie jesteśmy tymczasem uważani za gorszych i jeśli ktoś myśli, że tak nie jest, gotów jestem polemizować.

 

Zanussi już dawno przypominał, że skończyła się moda na Polskę.

 

Do czasu upadku żelaznej kurtyny byliśmy atrakcją jako cywilizowany kraj, który siedzi za kratami, dlatego wszystko co stąd pochodziło, było wielkim obiektem zainteresowania. Natomiast od momentu, kiedy zmienił się ustrój i weszliśmy do unii, uważani jesteśmy za mało ciekawe podwórko Europy, zatęchłą prowincję. Nie spodziewają się po nas niczego. Ponad naszymi głowami patrzy się na wschód, w kierunku Moskwy. W tej chwili Europa zainteresuje się Afryką, Azją czy biednymi Indiami. Staliśmy się zapyziali. Z jej punktu widzenia nic ciekawego się u nas nie dzieje. Jesteśmy tacy sami, tylko biedniejsi. Dodatkowo małpujemy Europę we wszystkim, a oni chcą ciekawszych rzeczy. Bynajmniej nie aspirujących bezczelnie Polaków do bycia w ich świecie.

 

Czy w takim razie ktokolwiek z Polski  ma szanse?

 

Wielu. Często polskie filmy mogą znaleźć się w konkursach w USA i mają tam równe szanse, nie będąc postrzeganym jak ktoś, kto ledwie odrobił lekcję z kina.

 

Wyróżnienie na światowych festiwalach przekłada się na prestiż w Polsce?

 

Raczej nie. Festiwale filmowe łącznie z Cannes służą do tego, by promować filmy ambitne i dawać im szansę w dystrybucji.

 

Nie jest to targowisko, gdzie Hollywood wypatruje swoje perły?

 

Być może. Zawsze autorzy festiwalowi cieszą się zainteresowaniem. Łowcy głów śledzą ten rynek. Jednak widać jak skuteczny jest system festiwalowy, bo gdy film zwycięża przed znaczącym jury, może zaistnieć w kinach arthousowych. Prawdziwe obroty robią jednak wielkie produkcje. W Polsce mamy dziwną sytuację, w której łatwiej uzyskać uznanie, kiedy wraca się z odniesionym na zachodzie sukcesem. Stary model, obowiązujący od dawna. Jest to beznadziejne, bo mamy masę znakomitych rzeczy a ciągle oglądamy się na innych. Na tym polega prowincjonalność Polski. Zapatrzenie w Cannes, Berlin czy Hollywood nie najlepiej o nas świadczy.

 

Zmniejsza to rangę naszych festiwali?

 

Oczywiście że tak.  Impreza Stefana Laudyna, przyciągająca coraz większą rzeszę widzów, ma swojego ducha, jest niesłychanie żywotna, posiada rangę międzynarodową. Mimo to jest  postrzegana jako gorsza. To śmieszne. Francuzi wykorzystują dla siebie Cannes, by promować swój przemysł a my tego wciąż nie potrafimy i oglądamy się na innych. Nie jest to fajne, kiedy nie doceniamy światowej rangi zdarzeń, które dzieją się u nas. Podobnie ma się rzecz z Nowymi Horyzontami czy Camerimage. Narzekamy na Gdynię. Ona jest naszym lokalnym festiwalem, który trzeba szanować jako taki. Nie stawiając mu zarzutów, że nie jest imprezą światową, bo nigdy ten festiwal nie miał nią być. Ciekawszy jest dla ludzi z zagranicy, jako nasz Polski festiwal i nie jest przez to mniej wartościowy. Przeciwnie, sami stanowimy o wadze imprezy, pozwalając  zobaczyć dorobek całego sezonu.

 

Twoje podejście do robienia filmów zmieniło się z powodu doświadczeń, o jakich tu mówimy?

 

Myślę, że wcale. Im więcej wiem o świecie, tym bardziej staram się abstrahować i robić swoje, ale reaguje na to co widzę, idąc pod prąd.

 

Na co reagujesz najmocniej?

 

Nie cierpię tzw. kina festiwalowego. Jest sporo filmów obliczonych jedynie na festiwale, które doskonale funkcjonują.

 

Możesz podać tytuł?

 

Podam ci tematykę. Homoseksualizm, eutanazja, kino zaangażowane społecznie. O tym,  jak żyje się biednym ludziom albo ludziom młodym. Osobne przedziałki to jest seks lub przemoc, plus cały zespół rzeczy szokujących, przybierających maskę odkrywania życia społecznego lecz tak naprawdę sprzedające schematyczne wyobrażenia.

 

Na czym polega Twoja opozycja?

 

Robię to, co mnie interesuje a to tematy bliskie życia. Przez to filmy budzą zaskoczenie i ludzie nie wiedzą co z tym zrobić, bo to niczemu nie służy i nie wpisuje się w żaden nurt. W pewnym sensie reaguję na to, co dzieje się dookoła, ale zawsze pod prąd. Często to ciężka droga, ale jeśli komuś to daje frajdę, widzę w tym sens i możliwość zaistnienia. Są ludzie, którzy szukają radości w kinie i nie chcą głupoty. Dla nich mogę sobie robić.

 

To, dla kogo robisz kino pokrywa się z tym, co cię uwrażliwia?

 

Owszem, bo robię filmy dla siebie i przyjaciół. Jeśli dzieje się tak, że ludzie podobni do mnie mogą zobaczyć mój film, na ogół im to odpowiada. Nie jest tak, że sam wybieram sobie publiczność , tylko ona wybiera sobie mnie. Może jestem podobny do ludzi, którzy idą do kina.

 

Pamiętasz ostatnie poruszenie na seansie, myślę o czymś, co zabiera się potem do domu?

 

Czasem się to zdarza. Było tak, gdy na festiwalu zobaczyłem dokument z Norwegii o Lapończykach, na których Szwedzi robili eksperymenty po wojnie, sterylizując Laponki. Poddawali je także elektrowstrząsom. Widziałem to w przejmujących scenach. Film był zrobiony z poczuciem dystansu i humoru.

 

Przy takiej tematyce?

 

Właśnie. To typowe, że w życiu miesza się śmieszność z tragedią. Profesorowie faszystowscy wyglądali bardzo zabawnie, kiedy wyzierała z nich niewiarygodna ciemnota. Faszyzm w tak cywilizowanym kraju był nieco zabawny.

 

Co było bezpośrednim powodem, żeby zabrać się za projekt który nazywa się „Imagine”?

 

Temat interesował mnie ze względów filmowych. Pokazanie świata z punktu niewidomych jest według mnie niesłychanie filmowe. Kino daje najlepsze efekty, kiedy odwołuje się do wyobraźni, nie pokazując w kadrze rzeczy, o których opowiada. Uważałem także, że ten temat jest ciekawy artystycznie. Poza tym miałem w głowie strzępki różnorakich informacji, typu Steve Wonder potrafi poruszać się po scenie, bo słyszy odgłos swoich butów. Zbudowałem sobie fikcyjny scenariusz o człowieku, który się porusza dzięki odbitym dźwiękom. Nie wiedziałem wówczas nic o echolokacji. Scenariusz był gotowy dosyć szybko. Jednak kiedy przeczytałem artykuł o Benie Anderwoodzie, oniemiałem i wyrzuciłem tekst do śmieci. Zacząłem dokumentację i w oparciu o fakty, napisałem scenariusz jeszcze raz.

 

Potem najgorsze, czyli szukanie producenta?

 

Sam produkuję swoje filmy, dlatego jeśli mam już jakiś pomysł, zastanawiam się, jak doprowadzić go do skutku. Chciałem zrobić film w realiach lizbońskich, było to dla mnie jasne już ładne parę lat temu.

 

Dlaczego akurat w Lizbonie?

 

Tam znajdowała się cała prawda tej historii. Scenariusz i kluczowe pomysły powstały w Lizbonie. Nie szukałem niczego na siłę. „Imagine” po prostu tam został stworzony.

 

PISF daje 40% budżetu na film, skąd reszta?

 

Polski Instytut Sztuki Filmowej to bardzo ważny element, bez którego nie da się zrealizować filmu. Jednak trzeba szukać pozostałych, brakujących  pieniędzy. Poznałem za granicą parę osób, dlatego mogłem zacząć się starać pozyskać te środki. Dużą rolę odegrał tu mój francuski dystrybutor, który w międzyczasie zaczął produkować filmy. Znaleźliśmy partnera w Portugalii. Zainteresował się także świetny producent z Londynu. W ten sposób zgromadziliśmy podmioty, które mogły wszystko sfinansować. Były to instytuty filmowe z Portugalii i Francji. Stawianie tego typu produkcji i ogarnięcie całej biurokracji, zajmuje niemal dwa lata.

 

Ile trzeba zebrać, żeby powstał taki film?

 

Nie był drogi, potrzebowaliśmy 2,3 mln euro. Nie przekraczał polskich budżetów.

 

Dużo tracisz przez piractwo?

 

Jest faktem że „Sztuczki” i „Zmruż Oczy” powodowały niemałe problemy. Premiera dvd w Stanach była przyspieszana, żeby wyprzedzić premierę piracką.

 

Piraci ogłaszają nielegalne premiery?

 

Oczywiście. Piractwo ma różne formy. Nie zawsze wygląda to „nieprofesjonalnie”.

 

Na pirackich portalach nie widziałem polskich filmów.

 

„Sztuczki” były na wszystkich portalach pirackich. Było ich kilkadziesiąt. Do tego sporo przed premierami dvd w poszczególnych krajach. Ustaliliśmy listę źródeł pirackich kopii, choć mnożyły się z prędkością światła. Nie mieliśmy jednak możliwości ścigania złodziei. Po pierwsze w USA wymagałoby to procesów w poszczególnych stanach. Po drugie, w pozostałych krajach, środki jakie musielibyśmy przeznaczyć na ściganie piratów, byłyby wielokrotnie większe niż straty, jakie generują piraci.

 

O ironio, piratów nie opłaca się ścigać.

 

Niestety. Przynajmniej w przypadku „Sztuczek”. Zobaczymy jak będzie z „Imagine”.

 

Ile procent wpływów traci się w ten sposób?

 

Nie zrobiliśmy takiego rozeznania. Jest to zbyt trudne i zawiłe. Szacowanie byłoby także kosztowne. Liczy się to na oko. Jedyne co można robić, to dbać o nośniki nowego filmu. Rejestrujemy każdy nośnik, jaki przekazujemy kinom. Jednak prędzej czy później film trafi do obiegu pirackiego i nie ma na to rady.

 

Czyli bilety są za drogie.

 

Zdecydowanie. Na filmach musi zarobić sporo podmiotów, zanim puszczą je w kinach. Nie można potępiać w czambuł ludzi, którzy ściągają filmy, gdyż jest to bardzo zawiłe. Myślę, że kampania budowana na poczuciu winy nie przyniesie takiego rezultatu jak pozytywne pobudzanie świadomości widzów. Poza tym trzeba zrozumieć, że wiele osób nie ma możliwości intelektualnie prześledzić struktury biznesu, mediów i kultury. Choć ma pozytywne potrzeby, by zobaczyć dobry film i porozmawiać o nim.

 

Ściągasz jak nie masz czasu pójść do kina?

 

Nie, bo nie jestem typowym odbiorcą kultury. Nawet jak trafiają do mnie wiadomości, że coś mojego jest spiratowane, proszę o weryfikację specjalistów. Było już kilka alarmów przy „Imagine”.

 

Czyli wracamy do uzdrowienia systemu?

 

Edukacja jest tu najważniejsza.

 

Świat radzi sobie lepiej z piratami?

 

Wszędzie jest podobnie. Każdy mój dystrybutor borykał się z identycznymi problemami. Na świecie może nieco trudniej dostać screenera. Nie otrzyma go każdy, kto o niego poprosi.

 

Usłyszałem niedawno jak mówiłeś w telewizji, że zdarzyło Ci się oglądać filmy przez ścianę. Przyznam, że kiedyś, gdy rodzice wypraszali mnie do swojego pokoju, z obawy przed „scenami”, przez ścianę zobaczyłem „Seksmisję”, „Rambo”, i „Emanuele”. Ale to była gra wyobraźni.

 

Działa prawda? Filmy, które mają dobry obraz, mają na ogół ciekawy dźwięk. Często nawet przez ścianę można poznać, czy film jest dobry, czy nie. Narracja dźwiękiem sprawia, że dialog jest nieoczywisty, do tego sprawdza się granie pauzą. Nawet sekwencje pościgowe w kinie amerykańskim, można niekiedy unaocznić sobie nie patrząc na ekran.

 

„Imagine” można oglądać przez ścianę?

 

Wolałbym ujrzeć widzów w kinie.

 

 

Dla Legalnej Kultury rozmawiał Tomasz Kin

Fot. archiwum prywatne A. Jakimowskiego

 © Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.




Publikacja powstała w ramach Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura


Do góry!


Społeczna Kampania edukacyjna Legalna Kultura realizowana przez Fundację Legalna Kultura

W 2019 roku dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego