Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Kultura jest niedostępna

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Kultura jest niedostępna

Kultura jest niedostępna

Czy kultura jest droga, tania, a może raczej... niedostępna? Jak długo może trwać praca nad książką? Czy książki pisze się tylko dla przyjemności? Kiedy kradzież książki może wydawać się komplementem dla autora? Jak czyta książki młodzież? Z Marcinem Szczygielskim – pisarzem – rozmawiała Marzena Mróz.

 

Marzena Mróz: Kultura jest droga czy tania?

 

Marcin Szczygielski: Kultura jest przede wszystkim niedostępna. Zbierając materiały do mojej najnowszej książki pod tytułem „Poczet królowych polskich”, której akcja rozgrywa się w środowisku filmowym w latach 30. XX wieku, przeszukiwałem archiwa w poszukiwaniu starych polskich filmów. Niestety, było to prawie niemożliwe. Gdybym mógł swobodnie dotrzeć do tych obrazów sprzed lat, kupiłbym możliwość ich obejrzenia bez względu na cenę. Ale kiedy dostępu do dzieł kultury nie mamy, możemy albo zrezygnować z projektu, albo – spróbować ukraść.

 

W myśl przysłowia: okazja czyni złodzieja?

 

Marcin Szczygielski: Konieczność czyni złodzieja!

 

Jak długo powstawał Poczet królowych polskich”?

 

Marcin Szczygielski: Pisałem tę książkę krócej, niż nad nią pracowałem. Sześć lat zajęło mi wyszukiwanie informacji, zbieranie faktów. Nie chciałem popełnić błędu. To pierwsza moja książka, której akcja rozgrywa się w przeszłości. A kiedy wszystkie wiadomości zgromadziłem i poczułem się na tyle pewnie w tym odległym świecie sprzed kilkudziesięciu lat – zabrałem się do pisania, co zajęło mi rok.

 

W sumie pracowałeś nad książką siedem lat. Długo.

 

Marcin Szczygielski: Oczywiście w międzyczasie zajmowałem się też innymi sprawami, a nawet pisałem inne książki. Ale ta historia wciąż trwała w mojej głowie.

 

Czy trudno pisze się książkę osadzoną w odległej przeszłości?

 

Marcin Szczygielski: Wszystko zależy od tego, jaka to jest książka. Gdybym miał napisać powieść, która nie jest w zgodzie z moją osobowością i z tym co czuję, to pewnie bym na tym poległ lub krwawe poty ocierał z czoła. Ale kiedy tworzę coś, co wynika ze mnie, co mnie interesuje i co się we mnie rozgrywa – jestem zły na komputer, że zbyt wolno przetwarza moje myśli w litery. To jest proces, który najbardziej lubię – kiedy udaje mi się wejść na falę, która mnie niesie. To jest bardzo przyjemny, euforyczny stan.

 

Pisanie książki to czynność bardzo osobista.

 

Marcin Szczygielski: To przede wszystkim ogromny wysiłek. Kiedy piszę, staram się ograniczyć wszystkie inne bodźce. Zwykle wyjeżdżam wtedy z Warszawy i tak długo siedzę w odosobnieniu, aż skończę. Finisz książki, każdego dzieła, to jest zawsze ogromna trema. Nadchodzi moment, kiedy czeka się na pierwsze recenzje, na reakcje ludzi. Ja na szczęście nie należę do twórców, którzy tygodniami poprawiają swoje utwory. Przychodzi chwila, kiedy wiem, że zrobiłem wszystko, co mogłem. Kończę wtedy pracę i zabieram się za coś następnego.

 

Jesteś przywiązany do swoich książek?

 

Marcin Szczygielski: Bardzo! Uwielbiam czytać recenzje moich książek bez względu na to, czy są dobre, czy złe. Może dlatego, że czasami krytycy lub czytelnicy widzą w nich coś innego niż to, co chciałem powiedzieć, przekazać. To mnie irytuje i fascynuje.

 

Jak byś się czuł, gdyby ktoś podkradł Ci pomysł? Albo więcej – gdyby ktoś ukradł Ci książkę?

 

Marcin Szczygielski: Ostatnio mi się to właśnie przytrafiło. I muszę przyznać, że nie wywołało to mojej wielkiej złości, a raczej wprowadziło mnie w stan rozbawienia. Po prostu odczytałem ten fakt jako rodzaj komplementu... Wiadomo, książki są piratowane, dostępne na różnych serwerach, gdzie można je sobie pobrać i czytać za darmo. Jedna dziewczyna zrobiła sobie nawet audiobooka z mojej najnowszej książki, którego rozpowszechniała w internecie.

 

Sama ją na głos przeczytała?

 

Marcin Szczygielski: Tak. I teraz jestem rozdarty. Z jednej strony jest mi miło, że  książka spodobała się na tyle, że ktoś tyle czasu i pracy poświęcił, żeby ją spopularyzować. Z drugiej strony – nie mam już nad tą książką kontroli.

 

Piszesz przecież książki nie tylko dla przyjemności?

 

Marcin Szczygielski: Żyję z książek. Ale też taki proceder, jakim jest piractwo, utwierdza mnie w przekonaniu, że robię dobrze to, co robię. Bo skoro ludzie posuwają się nawet do tego, żeby moją twórczość kraść... Oczywiście zdaję sobie sprawę, że takie myślenie jest absurdalne. Może wynika z kompleksów albo z poczucia niższości (śmiech). Z drugiej strony, kiedy pomyślę, że straciłem przez to pieniądze, które pozwoliłyby mi na komfort pisania w spokoju kolejnej książki – odczuwam ból wewnętrzny.

 

W jakich nakładach ukazują się Twoje książki?

 

Marcin Szczygielski: Zwykle pierwszy, wyjściowy nakład nie przekracza czterech tysięcy egzemplarzy, ale „PL  Boy” i „Berek” sprzedały się już w nakładach przekraczających 50 tysięcy. Oddzielna dziedzina mojego pisania to są książki dla młodzieży. Z jednej strony dają mi dużą satysfakcję bo są doceniane i nagradzane. A z drugiej strony – wcale nie sprzedają się tak dobrze, jak książki dla dorosłych.

 

Wciąż siedzi w Tobie mały chłopiec?

 

Marcin Szczygielski: Zdecydowanie! Kiedy miałem siedem lat i samodzielnie zacząłem czytać, upadała komuna. Byłem jedynakiem, mama pracowała na dwóch etatach, nie miałem do dyspozycji specjalnych atrakcji. Dlatego bardzo lubiłem siedzieć sam w domu i czytać książki. Te historie, które wtedy przeczytałem, wciąż żyją we mnie. Dziś zdaję sobie sprawę, jak bardzo mnie ukształtowały, jak wpłynęły na moją wyobraźnię, światopogląd, sposób postrzegania. Wiem, że poważni krytycy literaccy z pewną pogardą odnoszą się do książek dla młodzieży. Ja uważam, że literatura dla dzieciaków jest bardzo ważna, ze względu na wpływ, jaki może wywrzeć. Wymaga wielkiej odpowiedzialności, bo kiedy trafia do młodego człowieka, zwykle zostaje w nim na bardzo długo.

 

Chyba najpopularniejszą Twoją książką dla młodzieży jest  „Omega”. Napisałeś ją zaraz po dużym komercyjnym sukcesie, jakim był Twój Berek”.

 

Marcin Szczygielski: Kiedy wydałem „Berka”, wiedziałem, że grozi mi szufladka „pisarz gejowski”. Jestem gejem i te tematy są dla mnie bardzo ważne, są epicentrum mojego istnienia i życia, ale przecież życie geja składa się z miliona spraw, z czego homoseksualizm i sprawy związane z seksem stanowią tylko pewien – czasem duży – procent. Ale to nie jest całe moje życie! Gdybym więc miał ograniczyć moją twórczość tylko do wątku gejowskiego, byłoby to dla mnie trudne. Dlatego po „Berku” napisałem książkę dla młodzieży, żeby się od tego oddzielić.

 

Duża pozycja, widziałam ją w księgarni. Ma ponad sześćset stron.

 

Marcin Szczygielski: Ukazała się i wpadła – niczym kamień w wodę. Sprzedawała się owszem, dobrze. Nie pojawiały się jednak żadne recenzje, nie miałem żadnego feedbacku od czytelników, żadnych reakcji. Byłem sfrustrowany i pomyślałem, że może powinienem wysłać „Omegę” na jakiś konkurs. Trafiłem na informację o konkursie organizowanym przez Fundację Cała Polska Czyta Dzieciom, a ponieważ trzeba było nadsyłać utwory nowe – w ciągu miesiąca napisałem „Czarny młyn”, który dostał w konkursie nagrodę główną. Pękałem z dumy!

 

Czy książki dla dzieci też są piratowane, kradzione?

 

Marcin Szczygielski: One mają trochę inne życie. Książki dla młodzieży po prostu krążą wśród nastolatków, ich współczytelnictwo jest ogromne. Widziałem przeczytany przez całą klasę egzemplarz „Omegi”. Osiągnął formę strzępka.

 

Co Twoim zdaniem można i należy zrobić, żeby kultura była legalna?

 

Marcin Szczygielski: Dopóki nie będą wypracowane pewne mechanizmy, umożliwiające rozsądny dostęp do kultury, będzie ona rozkradana – tak czy inaczej. Na przykład w Niemczech archiwa telewizji publicznej są udostępnione online. Każdy może zapłacić i obejrzeć sobie dowolny program, pod warunkiem oczywiście, że został on zdygitalizowany. Wiem, że w Polsce trwają przygotowania, aby taką platformę uruchomić i myślę, że byłaby to prawdziwa rewolucja. Czasami kultura jest kradziona dlatego, żeby zaoszczędzić. Zamiast skorzystać z legalnego serwisu, płacąc dziesięć złotych za udostępnienie filmu, ludzie kradną go, żeby tej – niewielkiej przecież kwoty – nie wydać. Pojawia się więc pytanie: czy kultura jest za droga? A może jest za słabo zabezpieczona?

 

Kto odpowie na to pytanie?

 

Marcin Szczygielski: Na pewno nie my. Również nie twórcy piosenki, którzy nie muszą wiedzieć, jak trzeba ją zabezpieczyć, żeby nie była kopiowana. Tu musi wkroczyć prawo i odpowiednie oprogramowania.

 

Czy uważasz, że napisanie i wydanie książki to jest dobry biznes?

 

Marcin Szczygielski: Jeśli autor ma wgląd w sprawy promocji, sprzedaży, dystrybucji, to – tak jak w moim przypadku – może być sposób na życie. Ja na swoich książkach zarabiam tyle, że mogę spokojnie żyć, pisząc kolejne. Abstrahując od pieniędzy – uważam, że pisanie jest znakomitym biznesem, ponieważ pisząc, po prostu jestem szczęśliwy.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Fot.: Joanna Charytonowicz/Legalna Kultura



Publikacja powstała w ramach Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura


Do góry!


Społeczna kampania edukacyjna Legalna Kultura realizowana przez Fundację Legalna Kultura

W 2019 roku dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego