Ja w internecie

PROGRAM SZKOLENIOWY W ZAKRESIE ROZWOJU KOMPETENCJI CYFROWYCH



Wyszukaj na stronie "Ja w internecie"



Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Grzegorz Turnau: Jestem przerażająco leniwy

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Grzegorz Turnau: Jestem przerażająco leniwy

Grzegorz Turnau: Jestem przerażająco leniwy

03.01.22

Jestem chyba nietypowym przypadkiem, bo prawie zawsze opieram się na konstrukcji literackiej. Kompozytorzy piosenek zazwyczaj tworzą melodię, refreny, a potem się zastanawiają, o czym to będzie. Ja jestem zbyt leniwy. Wieszam się na tekście. Nawet jak piszę słowa sam dla siebie — co rzadko, ale jednak mi się zdarza — muszę najpierw zobaczyć tekst. Podkreślam słowo: zobaczyć. Jestem wzrokowcem. – mówi Grzegorz Turnau. Z artystą rozmawiał Paweł Piotrowicz.

 

Paweł Piotrowicz: Spotykamy się blisko dwa lata po tym, jak świat zmienił się pod wpływem pandemii. Świat i życie wielu ludzi, w tym także artystów. Wykorzystał pan ten czas, jak większość z nich, na tworzenie, pisanie, komponowanie?

 

Grzegorz Turnau: No właśnie — nie bardzo. Nie czułem takiej potrzeby. Kiedyś napisaliśmy z Zabłockim piosenkę: Świat się stworzył / sam ze siebie / ogromnym skupieniem woli. Nie miałem takiego skupienia woli.

 

Pytam o to, zwłaszcza że w ostatnich latach trochę mniej było premierowych płyt z pana autorską muzyką – po „7 widokach w drodze do Krakowa” z 2014 r. ukazała się składanka rzadkich i niewydanych nagrań „L” oraz płyta „Bedford School” z coverami. Nie mogę zatem nie zapytać, jak wygląda pana obecna relacja z weną i czy szykuje pan coś nowego.

 

W roku 2020 miało się dużo pod tym względem dziać, ale przestało — w marcu i praktycznie nie działo się przez rok. Z krótką przerwą latem, kiedy mieliśmy, powiedzmy, wagary covidowe i można było zagrać parę koncertów. W czasie pandemii niektórzy intensywnie pracowali w domowych studiach, mnie jednak ten okres kompletnie nie inspirował. Po prostu dużo czytałem.

 

Dlaczego nie inspirował?

 

Nie czułem żadnej obligacji. Od blisko 40 lat komponuję i występuję pod rygorem terminów. Jestem przerażająco leniwy. Lockdown był dla mnie — proszę wybaczyć szczerość — nagrodą, urlopem. Co prawda — częściowo bezpłatnym, ale bardzo potrzebnym. W sukurs przyszedł mi Teatr Lalka, którego jestem muzycznym kierownikiem od 6 lat. Zaczęliśmy — z fantastycznym zespołem i dyrektorem Kilianem — nagrywać audycje, które potem wchodziły do internetu. Najpierw były to „Baśnie” Andersena, potem „Legendy warszawskie” wg Oppmana, aż w końcu zrealizowaliśmy spektakl „Rycerz Gwiazdy Wigilijnej”, który miał premierę online, a niedawno już z publicznością. Okres ten wypełniła mi więc praca trochę radiowa, ilustracyjna, a trochę teatralna. Od dawna przymierzam się do płyty, która byłaby sequelem „Księżyca w misce” — wybranych piosenek ze spektakli dla młodzieży.

 

Od kilku lat jestem dziadkiem i chciałbym, żeby wnuczka znała moje „baśniowe” piosenki. Mieliśmy zresztą w czerwcu 2020 r. zaplanowany duży koncert na Placu Defilad, właśnie z aktorami Teatru Lalka. I z tego miała powstać płyta — „Sasafrasy, ancymony”. Nie odbył się — z wiadomych powodów, ale ten materiał czeka (i stale się powiększa). Myślę, że wypełni mój następny album. O ile wydawanie albumów będzie jeszcze miało sens.

Pana piosenki powstają według podobnego wzoru?

 

Jestem chyba nietypowym przypadkiem, bo prawie zawsze opieram się na konstrukcji literackiej. Kompozytorzy piosenek zazwyczaj tworzą melodię, refreny, a potem się zastanawiają, o czym to będzie. Ja jestem zbyt leniwy. Wieszam się na tekście. Nawet jak piszę słowa sam dla siebie — co rzadko, ale jednak mi się zdarza — muszę najpierw zobaczyć tekst. Podkreślam słowo: zobaczyć. Jestem wzrokowcem.

 

Śni się czasem panu muzyka? Albo nawet gotowa piosenka, taka, jaka przyśniła się McCartenyowi i powstało „Yesterday”?

 

Nie, takie rzeczy mi się nie zdarzają. Śnię filmowo, że tak się wyrażę — epicko. Długie, wielowątkowe fabuły, często sensacyjno-kryminalne. Większość z nich nie jest wcale tak surrealistyczna, jak bywa w snach. Gdyby mi się chciało, mógłbym je rano zapisywać. A potem — spieniężać. Ale mi się nie chce. Podoba mi się maksyma z pustelni w Grodzisku: „Czym jest sen? Obrazem chłodnej śmierci”. Sen jest właśnie jakąś próbą generalną .



Fot. Rafał Masłow

Kiedy umieramy, podobno widzimy różne rzeczy. Twierdzi tak wiele osób po doświadczeniu śmierci klinicznej.

 

Kto? My? Przed wojną dawno byśmy już nie żyli — jak mawiał Tadeusz Konwicki. A poza tym — zawsze umierają inni.

 

Pan myśli o śmierci? Bo o przemijaniu śpiewa pan często.

 

Pozory mylą. Myślę głównie o tym, żeby załatwić jakieś zaległe sprawy, bynajmniej nie ostateczne.

 

Zresztą z wiekiem staram się myśleć coraz mniej. To jest jednak bardzo męczące.

 

Wspomniał pan „Księżyc w misce”, album z końca lat 90. Popularność, na poziomie największych gwiazd muzyki, zdobył pan właśnie w tamtej dekadzie, kiedy pańskie płyty, choćby „To tu, to tam”, sprzedawały się w setkach tysięcy egzemplarzy, pokrywając się wielokrotnym złotem i platyną. Czuje pan sentyment do tamtych czasów?

 

To bardzo odległy dla mnie okres i siebie z tamtego czasu widzę już właściwie jak kogoś obcego. Ale rzeczywiście — mam dobre wspomnienia z tamtych wydarzeń. Moje piosenki spotykały się z aprobatą lub — nazwijmy to — pogodną tolerancją także ze strony osób, które za „Piwnicą pod Baranami” czy tzw. krainą łagodności wcześniej nie przepadały. Dziś cieszy mnie też renesans moich najstarszych utworów. W ciągu mijającego roku miałem kilka ciekawych spotkań — np. Sanah zaprosiła mnie do wspólnego wykonania, na festiwalu w Chorzowie, „Znów wędrujemy”, jednej z moich pierwszych „licealnych” piosenek do wiersza Baczyńskiego. Czułem się jak Roy Orbison.

 

W latach 90. cała Polska nuciła „Pamięć”, „Cichosza”, „Bracką” czy „Między ciszą a ciszą”. To piosenki, które musi pan teraz śpiewać na każdym koncercie?

 

Nie czuję żadnego przymusu. Staram się grać taki repertuar, jaki odpowiada moim możliwościom i nastrojowi w danym czasie. Myślę, że między mną a osobami, które przychodzą na moje występy, wytworzył się pewien rodzaj wzajemnego zaufania. I nie muszę się bać, że jak czegoś nie będzie, to oddadzą bilet. Na szczęście.

 

W tamtej dekadzie kwitło też w Polsce piractwo fonograficzne – zapewne nieraz zdarzyło się, że był pan na jakimś targu czy ulicy, a tu nagle stoisko, na którym ktoś sprzedaje nielegalne kopie także pańskich kaset czy kompaktów. Co się wtedy czuje?

 

Już w końcówce lat 80. funkcjonowały miejsca, które się nazywały „studiami nagrań”. Nie chodziło o studia, w których zespoły nagrywały piosenki, tylko o miejsca, w których przegrywano płyty na kasety. Kupowano płyty (CD i winyle) na Zachodzie, inwestowano w odpowiedni sprzęt i kopiowano. Oczywiście nie płacono żadnych tantiem, bo prawo autorskie nie obowiązywało. Można, nawiązując do współczesności, powiedzieć: bez żadnego trybu. Dotarcie do świadomości ludzi, którzy — w swoim pojęciu — legalnie słuchali swoich ulubionych zespołów dzięki złodziejskiemu procederowi – było bardzo trudne. Zrozumienie, że jest to nielegalne i powinno się kupować oryginalne nagrania w oryginalnych opakowaniach, musiało trwać.

 

Musiało czy musi?

 

Jesteśmy już w innej epoce. Wszystko jest w chmurze. Wszędzie można się — teoretycznie, ale i praktycznie — włamać. Nie ma już czegoś takiego jak płyta. Przedmiot pożądania. Cenna rzecz. Klejnot, cymelium. Na początku lat 80. sprowadzałem płyty przez znajomego, który — by mu się to opłacało — stosował zasadę sprzedaży wiązanej. Czyli: chcesz najnowszego McCartneya? Musisz kupić jeszcze Pink Floyd. Trudno sobie to dzisiaj wyobrazić, ale po realizacji zamówienia kopiowaliśmy winyl na kasetę, żeby się nie zdzierał, tylko stał — jak relikwia — na półce. A ulubionych zespołów słuchaliśmy na przenośnym grundigu, z syczących kaset.

 

Nie mam pojęcia, czy ludzie, którzy w latach 90. kupowali pirackie kopie moich płyt, robili to świadomie. Wtedy było to jeszcze na porządku dziennym. Po koncertach zwykle podpisywałem płyty i zdarzało się, że ktoś podsuwał mi ewidentnie piracki egzemplarz. Pytałem wtedy: „Czy pani/ pan wie, że to jest płyta piracka?”. W większości przypadków te osoby były szczerze zdziwione.

 

Chyba w 1993 roku Andrzej Sikorowski, mój serdeczny kolega, z którym — jako dwaj krakusi — przejechaliśmy pół świata z programem „Pasjans na dwóch”, napisał tekst: Nie kopiujcie naszych nagrań, piraci / to nie prośba, tylko dobra rada / na tych nutach trudno będzie się wzbogacić / nie dla cepa jest taka ballada. Ten nieco protekcjonalny apel opatrzyłem swoimi nutami i nagrałem z zespołem Pod Budą. Dziś brzmi to już raczej jak epitafium.

 

Ale czy w takim razie walka o legalną kulturę to nie jest trochę walka z wiatrakami? Bo z jednej strony dużo się o tej potrzebie legalności mówi, są kampanie społeczne, ale potem jesteśmy na jakimś fanowskim forum i w każdej niemal dyskusji możemy dostrzec, jak ktoś pisze o nowym filmie, serialu czy płycie „właśnie zasysam”. Czyli ściąga nielegalnie. Książki też.

 

Ja — co za straszne słowo — nie zasysam i nigdy nie zasysałem. Natomiast przypominam sobie sytuację, właściwie obrazującą podejście do tego zagadnienia. Pochodzi z lat już dwutysięcznych.

 

Jesteśmy w Niemczech, gramy koncerty dla polskiej publiczności. I gdzieś w Hamburgu po koncercie podchodzi do mnie dżentelmen i mówi: „Panie Grzegorzu, niechże pan coś zrobi, powie tym swoim wydawcom w Polsce. Przecież oni tak kodują te płyty, że nie można ich skopiować. Pan o tym wie? Czy pan sobie zdaje sprawę z tego, o ile więcej osób by pana słuchało, gdyby to odblokować?”. No właśnie.


Fot. Rafał Masłow

Jak rozumiem, edukować mimo wszystko warto?

 

Zawsze powtarzam, do znudzenia – umiem robić konkretną rzecz. I ona się, powiedzmy, podoba czy bywa potrzebna innym. Ale nie umiem robić bardzo wielu innych rzeczy i muszę je nabyć. Dlatego oczekuję, że i mnie zapłaci się za to, co umiałem zrobić. Tylko tyle — i aż tyle.

 

Jakie jest pana podejście do serwisów streamingowych, w których za słuchanie dowolnej muzyki płaci się miesięczny abonament?

 

A jak się nie płaci, to się słucha reklam.

 

Czy to jest w porządku?

 

Dotykamy bardzo delikatnej materii. Tak naprawdę jedyną uczciwą weryfikacją wartości dzieła sztuki malarskiej jest przyznanie się do myśli, że chcielibyśmy je ukraść z galerii. Z piosenką jest inaczej — nie trzeba kraść, żeby ją mieć. Ona właśnie jest w chmurze, w przestrzeni, jest czymś wspólnym od początku swojego istnienia. I trudno mieć pretensje do osób, które po prostu chcą ją „ukraść” z galerii. Mieć w swojej prywatnej kolekcji, zamkniętej na klucz w prywatnych słuchawkach. Pozostaje pytanie, czy to jest korzystne dla nas — twórców i wykonawców.

 

Przez długi czas narzekano w Polsce, że ludzie nie chodzą na koncerty tak często jak w latach 90., ale mam wrażenie, że się to zmieniło w ubiegłej dekadzie. Jak to wygląda z pańskiej obserwacji?

 

Chyba ma pan rację. Wydaje mi się, że sam początek lat dwutysięcznych był kiepski pod tym względem. Nie mogę powiedzieć, ile to trwało, ale powrót do poziomu lat 90. nastąpił w drugiej dekadzie XXI wieku.

 

Podobno koncertom najbardziej zaszkodziły te wielkie darmowe imprezy w rodzaju Inwazji Mocy. Ludzie przyzwyczaili się, że mają za darmo, i to wielkie gwiazdy.

 

Mogło tak być. Ale bardzo nie lubię narzekania. Starałem się radzić sobie w różnych okresach i nigdy nie było tak, żeby jakoś nie było — jak powiada klasyk.

 

To może banał, ale kultura jest potrzebna. Trudno bez niej chyba myśleć nie tylko o rozwoju narodu, ale i każdego człowieka?

 

Nie mam pojęcia na czym polega rozwój narodu. Sam czuję się już wystarczająco rozwinięty. Nawet chyba zacząłem się zwijać. Uważam, że nie mamy w tym względzie szczęścia — odkąd pamiętam. Tu nie chodzi o to, by władza miała wpływ na meritum, bo jak trujący ten wpływ może być, wiemy z historii i widzimy dzisiaj, kiedy służy wyłącznie propagandzie. Chodzi raczej o racjonalne, organizacyjne wsparcie kultury i sztuki jako podstawowej formy budowania relacji społecznych. Bez ideologii i cenzury. Sztuka to przestrzeń wolności — jakiż banał.

 

Ale przynajmniej mamy Konkurs Chopinowski – tegoroczną edycję znowu śledziły miliony, dzieląc się obserwacjami w mediach społecznościowych. Nie powinniśmy się cieszyć, że mamy w narodzie tylu specjalistów od Chopina?

 

No dobrze, ale przyzna pan, że to jest idiotyczne. Nagle wszyscy się znają na Chopinie, jak na futbolu czy epidemiach. Przecież to nie ma nic wspólnego z kulturą, zostaje tylko dyletancka piana. W ogóle konkursy pianistyczne są dla mnie czymś strasznym. Podziwiam tych artystów, mam zabobonny szacunek dla ich umiejętności i talentu. Ale sportowa presja to zaprzeczenie muzykowania. W każdej kategorii. Zdałem jako dziecko kilka egzaminów z fortepianu i — z zachowaniem wszelkich proporcji — wiem, czym to pachnie.

 

Patrząc na ten ogólnonarodowy entuzjazm, muszę stwierdzić, że jest pan w mniejszości.

 

Być może. Proszę jednak zauważyć, że to nie ma nic wspólnego z budowaniem relacji społecznych, a kultura jest jedyną sferą, która takie relacje może budować na innych niż spożywczo-przemysłowe poziomach. Sto razy bardziej wolę konkurs recytatorski w niewielkim mieście, dom kultury z zajęciami plastycznymi czy teatrem amatorskim dla młodzieży — od bufonady wielkich imprez. Dlaczego w szkołach podstawowych zlikwidowano wychowanie muzyczne i plastyczne? Polacy nie umieją śpiewać. Nawet „Sto lat” jest wybeczane, każdy w swojej tonacji. Tragedia.

 

Na Zachodzie dzieci faktycznie uczą się gry na instrumentach, chociaż wiadomo, że większość z nich muzykami nie zostanie.

 

Bo taka nauka to część normalnej edukacji, rozwoju człowieka, poszerzania horyzontów. Więc — niestety — i tutaj nie mieliśmy szczęścia.

 

Wszyscy spisali lub opowiedzieli swoje wspomnienia, w formie autobiografii lub wywiadu rzeki. Pan o tym nie myślał?

 

Zdarzają mi się takie propozycje — i od znajomych dziennikarzy, i od wydawnictw. Jestem bardzo ostrożny jeśli chodzi o tzw. memuary. Ględzenie o rodzinie, sukcesach i porażkach — bez jasnego pomysłu formalnego — jest zwykłym nudziarstwem i nie chciałbym się w ten sposób nikomu naprzykrzać. Opowiadanie wymaga warsztatu. Od ładnych paru lat mierzę się z pomysłem napisania książeczki o rodzinie Turnauów. Mam już pierwsze zdanie. Jak ułożę drugie, dam panu znać.

 

Kultura mocno oberwała w czasie pandemii. Wierzy pan, że po jej zakończeniu wrócimy do tego, co było?

 

Raczej nie. Nie da się wrócić. To jest wróżenie z fusów. Nie lubię tego robić. Człowiek się adaptuje, przystosowuje do — zdawałoby się — niemożliwych warunków. Zobaczymy.

 

Spotykamy się krótko po koncercie jubileuszowym dla Włodzimierza Nahornego, w którym wziął pan udział. Jakie to było spotkanie?

 

Czułem się wyróżniony, ponieważ nie należę do najbliższych współpracowników Włodzimierza. Piosenka, którą tu zaśpiewałem, czyli „Jej portret” ze słowami Jonasza Kofty, pierwszy raz została publicznie wykonana, kiedy miałem niespełna pięć lat. Zrobiłem to więc niecałe pół wieku później.

 

Spotkaliśmy się przy projekcie związanym z tekstami Agnieszki Osieckiej, kilkanaście lat temu. Śpiewałem piosenki z muzyką Nahornego i bardzo miło to wspominam. Włodek też chyba się jakoś do mnie — jako wykonawcy — wtedy przekonał.

 

Kiedy zostałem zaproszony na jego jubileusz, pomyślałem, że zagram va banque: chcę wykonać „Jej portret”. Podejrzewałem, że ta piosenka jest dawno zarezerwowana. Okazało się, że nie. Wymyśliłem ją troszkę po swojemu, wysłałem pomysł Krzysztofowi Herdzinowi, on poszedł za moją sugestią, rozpisał to na orkiestrę — i tak to wykonaliśmy. Widziałem, że Włodek się uśmiecha. A o to przecież chodziło.

 

Czego życzyć panu na 2022 rok? Właśnie uśmiechu?

 

To dobre życzenie. Można by sparafrazować słynny bareizm: Klient z uśmiechem jest mniej awanturujący się.

 

A czego pan życzy czytelnikom Legalnej Kultury?

 

Jak najlepszej kultury, legalnej i osobistej. No i — oczywiście — zdrowia. Może być nielegalne. Byle szlachetne.



Rozmawiał Paweł Piotrowicz

Zdjęcie główne: Rafał Masłow




Fot. Legalna Kultura




Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura.



Do góry!