Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Stanisław Soyka. Piszę skreślając

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Stanisław Soyka. Piszę skreślając

Stanisław Soyka. Piszę skreślając

08.03.19

– Cały czas marzy mi się, żebyśmy mieli więcej piosenek, które wszyscy mogą zaśpiewać czy zagwizdać. Poluję na takie pieśni. Chcę tak pisać, to jest kwestia dążeń. Poza tym moje kompetencje na gitarze są mikre, co gwarantowało, że nie będę kombinował z formą. I właśnie dlatego postanowiłem posłużyć się gitarą przy tych tekstach-opowieściach. I stało się tak jak chciałem, żeby się stało  o nowej płycie, powrocie do pisania i potrzebie ciszy ze Stanisławem Soyką rozmawia Maciej Ulewicz.



Staszku, co to jest folk z przymrużeniem oka?

Próbuję znaleźć określenie na moją nową muzykę, które byłoby proste i jednocześnie bliskie prawdy. Folk dlatego, że wszystkie piosenki są napisane i powstały na gitarę. Mało tego, zaplanowałem, że na tej płycie będą trzy gitary. Folk też dlatego, że teksty są o człowieczeństwie, a folk z punktu widzenia anglosaskiego to właśnie opowieści o człowieku. W tym znaczeniu ta płyta rzeczywiście jest folkowa, bo są to historie o mnie i napisane przeze mnie właśnie o człowieczeństwie.

Mam ważenie, że to jedna z Twoich najbardziej przystępnych i jednocześnie "ekumenicznych" płyt. Reggae, tango, blues, nawet country tu słyszę.

To jak najbardziej prawidłowe tropy. Jesteśmy ultra eklektykami i jazzmenami. "My" - mam na myśli kompanów, z którymi stworzyłem tę płytę. Józek Antek Gralak na trąbce, który opracował także aranże sekcji dętej, Aleks Korecki na saksofonie, Tomek Jaśkiewicz na gitarze prowadzącej, Przemek Greger na gitarze, na basie Marcin Lamch, na perkusji Kuba Sojka, na keyboardach Antek Sojka, na perkusjonaliach Zbyszek Brysiak. To jest grupa z którą pracuję, z niewielką korektą, od 2001 roku. Zdążyliśmy się stać bardzo zżytą kompanią, co oznacza, że staliśmy się też takim narzędziem do tworzenia muzyki. No i ponownie zrobiliśmy to, co robimy zawsze. Nikt nie mówił jak ma być grane. Jest pewien kościec, główna forma i każdy z muzyków szukał sobie w niej swojej drogi.

Dlaczego postawiłeś na gitary? Pianina też jakby mniej.

Powiem szczerze. Chciałem, żeby to były proste piosenki, dostępne. Cały czas marzy mi się, żebyśmy mieli więcej piosenek, które wszyscy mogą zaśpiewać czy zagwizdać. Poluję na takie pieśni. Chcę tak pisać, to jest kwestia dążeń. Poza tym moje kompetencje na gitarze są mikre, co gwarantowało, że nie będę kombinował z formą. Żadnych alteracji, modulacji. Na fortepianie jestem o wiele bardziej sprawny, w związku z tym mógłbym ulec pokusie. I właśnie dlatego postanowiłem posłużyć się gitarą przy tych tekstach-opowieściach. I stało się tak jak chciałem, żeby się stało.

"Muzyka i słowa Stanisław Soyka" to tytuł Twojej najnowszej w pełni autorskiej płyty, na której zgodnie z tytułem jesteś autorem wszystkich tekstów i kompozytorem muzyki. Dlaczego przez ostatnie 15 lat nie pisałeś?

Zacznijmy od tego, że chyba gdzieś w okolicach 1995-6 roku nastał taki czas, że nie miałem nic do powiedzenia. Było to dojmujące uczucie. Trzeba jednak było zachować spokój. To naturalne, że w pewnym momencie traci się ten "szwung", lepiej więc wówczas nie robić nic na siłę. I w tym momencie pojawił się w moim domu na fortepianie Szekspir. Zaczęło się moje intensywne komponowanie muzyki do poezji. Miałem gwarancję, że słowa są najwyższej jakości. Poeci mówią rzeczy ważkie i robią to bardzo sprawnie i pięknie. Wyjmują Ci z ust to co byś chciał powiedzieć. To też możliwość posługiwania się poetą. A muzyka potrafi rozpowszechniać poezję w sposób mocno multiplikowany. I w imię tego warto to robić. Atakowano mnie za spauperyzowanie Szekspira, były takie głosy. Przy okazji jakiegoś wywiadu świętej pamięci pisarz i tłumacz Maciej Słomczyński powiedział kiedyś: "Ręce precz od pana Soyki, dzięki jego płycie sprzedałem trzydzieści tysięcy egzemplarzy wznowionych "Sonetów" Williama Szekspira.

 Łatwo Ci było wrócić? Po Szekspirze, Leśmianie, Szymborskiej, Miłoszu czy Osieckiej, których śpiewałeś i komponowałeś muzykę do ich wierszy wymagania wobec samego siebie musiały być olbrzymie. Czułeś się jak swoisty debiutant?

Wiesz, ja nie czuję onieśmielenia wobec poetów. Jestem przekonany, że poeci pracują po to, żebyśmy ich czytali i zdobywali się na refleksje. Ja się bardzo dużo nauczyłem od nich przez ten czas. A pisanie nie jest rzeczą prostą. Moim największym problemem, jak wracałem teraz do pisania, było to, żeby nie stać się kaznodzieją, żeby nie wpaść w pułapkę stetryczenia i narracji w stylu "ja wiem lepiej". Poza tym, ponieważ piszę o sobie, to musiałem to zrobić tak, żeby nie zakłopotać bliźnich zbytnim ekshibicjonizmem.



Jak pisze Stanisław Soyka? Jak powstawały te teksty? Jakich warunków potrzebujesz do pisania? Wena przychodzi do Ciebie nagle czy pod wpływem dyscypliny?

Potrzebuję przede wszystkim ciszy. A to co nazywamy weną to dla mnie pewien czas, to nie jest moment. Zacząłem znowu pisać jakieś pięć lat temu. Próbowałem zapisywać myśli, skreślać, znowu zapisywać. Tak naprawdę zacząłem pisać latem 2017 roku i od tego momentu jest to bardzo intensywny proces. Pozostawiłem dużo rzeczy niedokończonych, bo zająłem się płytą, ale jak tylko skończy się kampania promocyjna to wracam do swojej ciszy. Żeby pisać muszę ją mieć. Kiedyś było inaczej. Jak byłem młody nie przeszkadzało mi nic, rejwach dzieci biegających po mieszkaniu. Teraz do pisania chcę być sam.

A gdzie znajdujesz tę ciszę?

Jest kilka takich miejsc, małych ojczyzn, które są dla mnie gościnne: Podlasie, Warmia, Kampinos. Cisza to jest warunek, bo pisanie to bardzo intymna sprawa. Jak powiedziałem piszę głównie skreślając. Zapisuję wrażenia, zwroty, które wydają mi się silne, ciekawe i potencjalnie gdzieś prowadzą. No i potem skreślam, bo widzę swoje strzały na oślep.

To bardzo osobiste teksty. Piszesz o rodzicach, doroślejących dzieciach, upływającym czasie. To już pora na refleksje? Jakoś nie chce mi się wierzyć w Stanisława Soykę przesiadującego jako zadowolony emeryt na ławeczce i patrzącego na toczące się życie.

To nie jest opowieść o takiej wersji mnie. Nie siedzę non stop na tej ławeczce, bo mam co robić i nie zamierzam pozostawać bezczynny. Ale prawdą jest, że bardzo wiele zmienia się w życiu człowieka jak kończy sześćdziesiąt lat. To jest taka cezurka, która ma swoje wartości. Trzeba już bardziej uważać. Ja sportu nigdy nie uprawiałem, ale pozostawałem dość sprawny. Moja lewa kończyna zaczyna mi teraz trochę odmawiać posłuszeństwa. Prawdopodobnie przez otyłość. Muszę zrzucić wagę. Nie dlatego, żeby dobrze wyglądać, tylko, że moja nadwaga jest dla mnie niebezpieczna. Ponieważ ja bardzo kocham żyć, kocham muzykę i to co robię, zależy mi na tym życiu i jego jakości. Ale trzeba się postarać, bo to już beztrosko i bez wysiłku nie przychodzi.

Szczególnym piosenką dla mnie na płycie jest utwór "Nie ma ich". Czy ten utwór to Twoja artystyczna odpowiedź na ponownie wzrastający w Polsce antysemityzm i niezrozumiałe na to przyzwolenie?

Oczywiście. To piosenka, która akurat nie powstała nagle. To jest jedyny tekst, który pisałem od 10 lat. Refleksja jest bardzo oczywista. Zdumiewa mnie to, że tu, w miejscu gdzie praktycznie nie ma społeczności żydowskiej, w domach tli się zupełnie bezinteresowny antysemityzm i nienawiść. Jest to wynik zwykłej niechlujności duchowej i zaniedbania. Kulturowy feler. A 1968 rok kompletnie mnie powala, zupełnie tego nie rozumiem. Nie mam na to skutecznych recept. Ja stosuję swoją ewangeliczną. Kocham bliźniego swego jak siebie samego. I to mnie obowiązuje. Tak to czuję, staram się nie osądzać nikogo, ale bardzo się dziwię.



Na tej płycie jest także miłosne wyznanie do Warszawy. To jest już Twoje miejsce?

Tak, w dużej mierze. Przyjechałem tu jako młody człowiek zdobyć świat i pokochałem to miasto. Wówczas dużo było tu pustych placów, gruzowisk i szaro, jak to w Polsce. Ale był pewien mir, który mnie ekscytował. To dwa wydarzenia, z którymi się zetknąłem jeszcze zanim przyjechałem do Warszawy, czyli festiwale Warszawska Jesień i Jazz Jamboree. Jeszcze jako adept sztuki muzycznej na Warszawskiej Jesieni bywałem trzy razy i raz na Jazz Jamboree. Waletowałem w Warszawie w 1978-9 roku u Zbyszka Wegehaupta, który mieszkał przy ulicy Walecznych. Razem z Jarkiem Śmietaną graliśmy wtedy w jego zespole Extra Ball. Wiedziałem, że jak przyjadę do Warszawy to zamieszkam na Saskiej Kępie. I tak się stało. W ostatnich dwóch dekadach ulica Francuska stała się ulicą moich marzeń. Mnóstwo rożnych kawiarni, restauracji. Mieszkam w wielkim mieście, ale w dzielnicy, która jest zupełnie inna, osobna od reszty miasta. Warszawa jest fascynująca z wielu powodów. Dla mnie również historycznie. To prawdziwy feniks. Tomek Jaśkiewicz, gitarzysta z zespołu Czesława Niemena, z dziada pradziada warszawiak, który urodził się w 1943 roku, opowiadał mi, że jako mały chłopak z kolegami wchodził na jedyną zachowaną wieżę na placu Zbawiciela, z której widzieli całą północną Warszawę całkowicie zrównaną z ziemią. To rzeczywiście niezwykłe i niepospolite miasto, które pięknieje z dnia na dzień. Natomiast jeśli chodzi o mnie to czuję, że nadszedł czas na przeprowadzkę na wieś. Miasto jest dla młodych. A ja czuję, że chciałbym dalej trochę pokomponować w ciszy. Plan jest już w realizacji. To miejsce tylko o godzinę drogi z Warszawy więc w sumie bardzo niedaleko. Przeprowadzka nastąpi prawdopodobnie już w przyszłym roku.

Na nowej płycie zresztą nie po raz pierwszy obecni Twoi synowie. Jak się gra z rodziną? Podczas sesji nadal jesteś dla nich ojcem czy jednak muzykiem, liderem zespołu który zaprosił ich do pracy?

Jestem dla nich tylko i wyłącznie kapelmajstrem i nie ma już między nami żadnej relacji typu ojciec synowie. Już od jakiegoś czasu generalnie nie ma tego, gdyż moje ojcostwo, czyli ta misja w rozumieniu wychowawczym jest już zakończona. Moi synowie są już dorośli. Kuba przecież za chwilę będzie miał 40 lat!

A w sytuacji muzycznej?

Naprawdę, gdyby synowie mi się nie przydawali tak, jak się przydają z tym co oferują i co potrafią, to nie gralibyśmy razem.

A jesteś w stanie znieść uwagi od nich?

Ależ tak, naturalnie. To się już odbywa. I jest to bardzo cenne. Nawet niedawno Kuba mi zasugerował, że niepotrzebnie w pewnym utworze śpiewam o oktawę wyżej. Uwaga od kogoś takiego jak syn ma swoją wielką wartość. Oczywiście to zmieniłem i okazało się to bardzo dobrym posunięciem.

Jak oceniasz pierwszą solową płytę Antka "Po niebie"?

Bardzo mi się podoba. Jak ją usłyszałem pierwszy raz, to powiedziałem Antkowi, że to taka "kulturalna" muzyka. Po którejś kolejnej lekturze stwierdziłem, że to bardzo piękna muzyka, że Antoni ma swoją nutę. Na tej płycie pojawia się jego muzyczny charakter pisma. I to oznacza, że odnalazł swoje powołanie. Jest przygotowany, "uzbrojony", ma doświadczenie, śpiewa, jest dyplomowanym inżynierem dźwięku. Idzie swoją drogą. A ja trzymam już tylko kciuki.

Niedługo obchodził będziesz dość okrągłe urodziny. Czy liczby na Ciebie działają? Czy ten jubileusz coś zmienia w Stanisławie Soyce?

Z jednej strony będzie to rzeczywiście tylko kolejna kartka z kalendarza. Z drugiej lubimy te okrągłe liczby. Myślę, że mam za co być wdzięczny stworzycielowi, jakkolwiek by go nie nazwać. Dał mi dobre życie do dziś i nic nie wskazuje na to, żebym miał mieć gorsze. Wydaje mi się, że cała nowość polega w naszych pokoleniach teraz na tym, że tak długo żyjemy. W wieku sześćdziesięciu lat nie odczuwamy starości i to jest piękne.

Wykorzystując tytuł Twojej kolejnej piosenki chcę Cię zapytać na czym Ci zależy?

Na tym, żeby każdy człowiek na ziemi był szczęśliwy.



Jak się znajdujesz w epoce Facebooka, Twittera, Instagrama, gdzie szybka fotka jest ważniejsza niż słowo, gdzie ludzie ze sobą nie rozmawiają tylko mesendżerują?

Obserwuję i uczę się tego, bo to rzeczywiście są nowe zjawiska. Ktokolwiek do mnie nie podejdzie od razu chce fotkę zrobić sam sobie i ze mną. Nie przeszkadza mi to, jeżeli to komuś sprawia radość, to proszę bardzo. Ale patrzę na to dość uważnie i mam wrażenie, że to małe, ale jednak kroki do apatii i alienacji społecznej. Kiedyś jak się wsiadło do przedziału, siedziało w nim 6 lub 8 osób, to zawsze ktoś się w końcu odezwał, zaczynała się jakaś rozmowa, czasami naprawdę fascynująca. Teraz w pociągu, w open space, każdy ma swój ekran i jest "focused". Jest to dosyć niepokojące, choć nie ma co się na to obrażać. Świat się zmienia, ale podchodzę do tego z ograniczonym zaufaniem. Ja np. nie mam osobistego profilu na Facebooku. Nie mam żadnego stosunku i relacji z anonimowymi internautami.

Jesteś w branży od tylu lat. Jak jako muzyk podchodzisz do zjawiska piractwa? Jak sobie z nim radziłeś i radzisz?

Powszechna dostępność wszystkiego w sieci i przekonanie, że można to mieć za darmo bardzo mnie irytuje. Miałem do czynienia z "ręcznym piractwem", które pojawiło się na początku lat 90-tych, kiedy byłem bardzo popularny. Ponieważ legalnie sprzedałem 600 000 egzemplarzy płyty "Acoustic" i 350 000 płyty "Neopositive" to przyznam szczerze, że ilości sprzedanych tych płyt piracko w ogóle mnie nie interesowały. Miałem wystarczająco dużo pieniędzy, żeby godnie żyć i samemu produkować swoją muzykę. Było to może zbyt wielkoduszne z mojej strony, bo sam proceder był i jest po prostu złodziejstwem. Wtedy tak intensywnie o tym nie myślałem. Teraz próbujemy coś z tym robić w ZAiKS-ie i współpracujemy z CISAC, czyli Międzynarodową Konfederacją Stowarzyszeń Autorów i Kompozytorów. Próbujemy dogadać się z producentami nośników i wszelkiego sprzętu do odtwarzania muzyki, aby zgodzili się na dołożenie do ceny jeszcze opłaty za prawa autorskie. To praktycznie jedyny współcześnie sposób, aby jakkolwiek być beneficjentem korzystania ze swojej twórczości. Ale sytuacja jest trudna. Myślę, że jesteśmy ostatnim pokoleniem, które jest właśnie beneficjentem pewnej filozofii, która dała początek ochronie własności intelektualnej. Podpisanie Konwencji Rzymskiej w 1918 roku ubiegłego wieku było naprawdę wielkim krokiem. Po raz pierwszy uznano fakt własności intelektualnej. Teraz to koroduje ze względu na ogólną dostępność. Jeżeli czegoś nie ma w sieci, znaczy że wcale tego nie ma. Jeszcze pod koniec XX wieku słynne sieci takie jak Tower Records czy Virgin Records, które sprzedawały setki tysięcy płyt z muzyką i filmów, teraz handlują sprzętem AGD. Oprócz punktów prowadzonych przez zapaleńców, melomanów, kolekcjonerów praktycznie zanikają sklepy z płytami. Z tym niestety nie ma co walczyć. Większość konsumpcji muzyki odbywa się teraz w necie. Jest to niestety o wiele bardziej dotkliwe dla twórców, ponieważ tam, oprócz drobnych wyjątków, praktycznie wszystko jest za darmo. Klasyczne piractwo też zanika i zmutowało dość mocno. Dlatego czarującym wydaje mi się obserwowany od jakiegoś czasu powrót płyt winylowych. A "piratowanie" winylu w ogóle nie ma sensu i jest niezwykle drogie.

Może właśnie wymyśliłeś sposób na piractwo muzyczne. Umieszczać muzykę tylko na winylach?

Żeby zachować ten "ręczny", fizyczny świat fonografii, to jest według mnie jedyne wyjście.



Muzyczni mentorzy Stanisława Soyki?

To będzie zawsze niepełna lista. Niezwykle ważny był dla mnie barok i doświadczenie z muzyką barokową już będąc młodym skrzypkiem. Kochałem się w Haendlu, Bachu, Vivaldim, Telemannie. Cała ta muzyka jest we mnie bardzo głęboko do dzisiaj. Później byli jazzmeni, Miles Davis, Ray Charles, Stevie Wonder, Aretha Franklin i w dużej mierze Bob Dylan. Dopóki słabo znalem angielski to traktowałem go jako przedstawiciela amerykańskiej quasifolkowej muzyki, wpisującej się w czasy hippisowskie. Ale kiedy lepiej poznałem język i zacząłem się wsłuchiwać i wczytywać w Dylana to zobaczyłem, że to bardzo poważna literatura, nie bez kozery nagrodzona nagrodą Nobla. Ale to co najbardziej fascynujące w Dylanie to to, że on zwyciężył z Babilonem. Jest kompletnie niezależny od mechanizmów showbusinessu. To on sytuował showbusiness tam, gdzie zamierzał i nigdy nie był jego urządzeniem. Jak mawiał Helmut Nadolski: "Lecz biada Ci jeśli byłeś, jesteś lub będziesz urządzeniem świata". Trzeba o swoją wolność dbać w najwyższym stopniu.

Rozmawiał: Maciej Ulewicz
Zdjęcia: Bartosz Piotrowski



Najnowszej płyty Stanisława Soyki "Muzyka i słowa Stanisław Soyka" posłuchacie w legalnych źródłach.



Publikacja powstała w ramach Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura.



Publikacja powstała w ramach Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


Do góry!


Społeczna kampania edukacyjna Legalna Kultura realizowana przez Fundację Legalna Kultura

W 2019 roku dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego