Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Aneta Todorczuk. Krzyk jest rodzajem ekspresji

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Aneta Todorczuk. Krzyk jest rodzajem ekspresji

Aneta Todorczuk. Krzyk jest rodzajem ekspresji

02.09.19

Mam szczęście do ludzi, z którymi współpracuję, bo dzięki nim mam odwagę mierzyć się z tak trudną formą jaką jest monodram. To jest dla mnie bardzo ważne. Współpraca i zaufanie. Znam osoby, które mówią, że monodram to słaby spektakl, i nie wytrzymują zbyt długo, więc przede mną kuszące i trudne wyzwanie. Z Anetą Todorczuk rozmawiamy o kulisach pracy nad nową rolą sceniczną, o nie zawsze kolorowym życiu aktorki i fascynacji oldschoolem.


Spektakl „Kobieta, która wpadała na drzwi” to nowa realizacja w Teatrze Warsawy. Wspólnie z Adamem Sajnukiem rozkładacie na czynniki pierwsze pewną relację damsko-męską, w której więcej jest bólu niż radości. Pomimo trudnego tematu widziałam, że publiczność była zachwycona, a czytając recenzje teatralne odnoszę wrażenie, że trafiliście w punkt. Jak myślisz dlaczego?


Spektakl jest jedną wielką emocją, takim strumieniem myśli bohaterki, który pochłania i wciąga widza. Ten tekst Roddy’ego Doyle’a jest naprawdę obłędny, na nim opiera się cały spektakl, a muzyka i aranżacje Michała Lamży wzbogacają dodatkowo ten finalny odbiór. Warto zauważyć, iż nie jest to typowy monodram jednego aktora. Integralną część spektaklu stanowią muzycy, którzy nie tylko cały czas towarzyszą mi na scenie, ale przez dwie godziny trwa intensywna interakcja między nami.


A jak doszło do powstania tego spektaklu?


W zeszłym roku przyszła do mnie Pola Sobaś-Mikołajczyk i powiedziała, że chciałaby mi coś przetłumaczyć. Zastanawiałam się co to mogłoby być. Rozmawiałam z Adamem Sajnukiem na ten temat, a on mi powiedział: Weź Sinead O’Connor. Było to kuszące, ale miałam ogrom wątpliwości. Wokal Sinead jest totalny i zastanawiałam się jak bardzo wyłożę się na jej utworach, potem poznałam „Universal mother” i odleciałam. Stwierdziłam, że podejmuję ryzyko wysokiego konia.


Czyli najpierw były piosenki, a potem tekst?


Ja pracowałam z Michałem nad utworami, Adam szukał czegoś, co mogłoby być dopełnieniem tych utworów. Myśleliśmy także o biografii Sinead, ale szczęśliwie Adam znalazł tekst Doyle’a - pełen szczerości i prawdy, niesamowicie dobry i gęsty tekst, w którym wszystko jest ważne.


Zwłaszcza Twoje umiejętności wokalno-aktorskie.


(śmiech) Reżyser był bardzo oporny jeśli chodzi o skracanie tekstu, zresztą trudno było podjąć decyzję, co wyrzucić i skrócić, bo wszystko było w tej historii ważne, ale nie dałoby się znieść trzygodzinnego monodramu i ze względu na dynamikę musieliśmy trochę go skrócić. A jeśli chodzi o mój wokal? W spektaklu nie ma przystanku, oddechu. Śpiewam, opowiadam non stop. To jest trudne do udźwignięcia, ale z tego rozpędzonego rollercostera po prostu nie da się wysiąść.




fot. Rafał Meszka 

Przypuszczam, że dla muzyków również. A właśnie jak na siebie trafiliście?


Granie z nimi to jest spełnienie moich marzeń. Poznałam chłopaków tj. Michała Lamżę i Wojtka Gumińskiego podczas wcześniejszej produkcji Teatru WARSawy - to był taki koncert – „Międzynarodowy dzień odpoczynku od świętowania”. Z perkusistą Szymkiem Linette pracowałam przy „Projekcie Koffta”, więc w zasadzie znamy się od lat. Natomiast z Joachimem Łuczakiem – skrzypkiem – jest to nasze pierwsze spotkanie, fantastyczne. Cieszę się jak dziecko, że wszystko się udało.


A czy Twoim marzeniem było też być aktorką śpiewającą? W internecie wyczytałam, że jesteś także wokalistką.


Nie cierpię tego szufladkowania. Bronię się przed tego typu określeniami, gdy tytułują mnie aktorką i wokalistką. Nie jestem wokalistką. Skończyłam szkołę teatralną, jestem aktorką z tytułem magistra i od 20 lat śpiewam. Dla mnie śpiew jest przedłużeniem emocji, których nie można wyrazić kiedy kończą się słowa. Ja tak zawsze podchodziłam do śpiewu. Napisałam nawet pracę magisterską na ten temat i otworzyłam przewód doktorski. Krzyk jest rodzajem ekspresji, takim niewerbalnym sygnałem. Pojawia się, gdy nie jesteśmy w stanie mówić, artykułować swoich myśli. Ten rodzaj komunikatu można również usłyszeć w naszym spektaklu pt. ”Kobieta, która wpadała na drzwi”. Mam nadzieję, że w moich poczynaniach ze śpiewem odkryłam coś nowego dla siebie i na pewno jest to dla mnie zupełnie inny rodzaj śpiewania.


Miałam poczucie, oglądając ten spektakl, że jesteś głosem tym wszystkich kobiet, które nie potrafią albo nie mają siły mówić głośno o problemach z jakimi się spotykają w domu, pracy, w relacjach z innymi.


Mamy świadomość tego, że ten spektakl może być ważnym społecznie tematem. Tym bardziej, że w naszym kraju często przymyka się oko na problem przemocy fizycznej, czy psychicznej. Myślę, że nie trzeba doświadczyć przemocy fizycznej, żeby poczuć spójność z Paulą Spencer. Uważam, że teraz jest ważny czas dla nas – kobiet. Wiele z nas odważa się iść po swoje. Oczywiście taka postawa budzi wiele kontrowersji, ale mam nadzieję, że to dopiero początek i tak łatwo nie da się zignorować tego głosu. Spotkałam się z opinią, że spektakl daje dużą moc i siłę. Cieszę się, że wyzwala takie emocje. Jestem dopiero na początku tej drogi, bo zagranie dwóch spektakli to mały rozbieg, takie rozpoznanie tematu tak naprawdę, ale we wrześniu wystartujemy z nową dawką energii.


Lubisz grać monodramy?


(śmiech) To jest już mój czwarty monodram. Za każdym razem, gdy pojawia się, mówię, że ten to już na pewno będzie ostatni.


Czyli jednak lubisz.


Teraz marzę, aby podialogować z aktorami na scenie. Wszystkie dotychczasowe spektakle - monodramy dotykały tematów relacyjnych, kobiecych. Teraz chciałabym opowiadać o ludziach i relacjach wspólnie z innymi aktorami na scenie. Mam szczęście do ludzi, z którymi współpracuję, bo dzięki nim mam odwagę mierzyć się z tak trudną formą jaką jest monodram. To jest dla mnie bardzo ważne.Współpraca i zaufanie. Znam osoby, które mówią, że monodram to słaby spektakl, i nie wytrzymują zbyt długo, więc przede mną kuszące i trudne wyzwanie.


Którego się podejmujesz i myślę, że z dużym sukcesem. Czujesz, że spektakl „Kobieta, która wpadała na drzwi” przynosi swego rodzaju katharsis?


Dziękuję. Tak, dla mnie ma taką moc. Jest niesamowicie ważny dla mnie, nie tylko pod względem tematyki, ale i warsztatu aktorskiego. To nowe, otwierające doświadczenie dla mnie.


Paula Spencer jest silną kobietą?


Zadawaliśmy sobie to pytanie. Myślę, że tak. Przez 18 lat przyjmowała na siebie ciosy różnego rodzaju. Piękne w tej historii jest to, że to dzieci dawały jej siłę do życia, pozwalały jej się podnieść i żyć dalej.


Spektakl o kobiecie, która wpadała na drzwi. Co najbardziej lubisz w tym spektaklu?


Nie umiem tego nazwać, ale chyba najbardziej to, że nie ma w nim ściemy. Jest totalna prawda, swego rodzaju nagość emocjonalna, dzięki której doświadczasz trudnych do nazwania uczuć. A tak poza tym, to lubię po prostu tę laskę. To jest taka szczera dziewczyna z Pragi czy Woli, której życie tak się ułożyło, że przyjęła za dużo ról na siebie i musiała nieustająco udowadniać, że jest fajna. Cały czas zadaję sobie pytanie: Jak bardzo trzeba kogoś kochać, żeby znosić takie okropne rzeczy. A z drugiej strony nikt nie rodzi się katem, nie wiem skąd się bierze taka nienawiść i zło w ludziach, nie pojmuję tego.


Częściej można Cię spotkać w teatrze, niż w telewizji. To Twój świadomy wybór?


I tak i nie. Jak powiedział jeden ze znanych aktorów, aktorstwo to drogocenne hobby. Jeśli robi się komercję, czyli pracuje się w telewizji albo komercyjnym teatrze jest inaczej. Rok temu zrobiłam spektakl „Matka, żona, kochanka”, muzodram lekki, prawdziwy i zabawny, z myślą o tym, żeby z nim jeździć po Polsce i w pewien sposób być niezależną. A czy to była świadoma decyzja, że nie ma mnie w komercji? Myślę, że to telewizja ze mnie zrezygnowała. Ja wtedy rodziłam dzieci, a kobieta z brzuchem nie jest atrakcyjna dla telewizora. Poza tym może, jak urodziłam drugie dziecko, poszła fama, że wybrałam macierzyństwo? Nie wiem. Teraz mam mały powrót telewizyjny, jest „Blondynka”, „Na wspólnej” i jest ok. Wiadomo, że fajnie jest mieć stały serial bo to jest spokój finansowy, no ale jakoś tak się stało, że teatr wybrał mnie, a ja teatr i jest mi z tym bardzo dobrze. W teatrze aktor nieustająco szkoli swoje umiejętności, tego niestety nie można powiedzieć o serialu.



Jeździsz po Polsce i spotykasz się z różną publicznością, jakie masz obserwacje?


(śmiech) Różne. Jeżdżę z różnymi projektami do domów kultury, do małych miejscowości gdzie nie ma teatru i przyznam, że czasem jestem zaskoczona.


Czym?


Publiczność czasem boi się śmiać. Nie wie, że ten naturalny odruch - głos - bardzo współpracuje z aktorem. Dzięki niemu tak naprawdę orientujemy się, czy widzowie w ogóle nas rozumieją. Zdarza się też, że chłoną nas niesamowicie, oddychają z nami. Różnie to bywa. Lubię to.


Z tym spektaklem też będziesz odwiedzać różne miejsca?


Tak, mam nadzieję, że wiele. Oczywiście jest to spektakl dużo trudniejszy w odbiorze niż chociażby „Matka, żona, kochanka” - nie zawsze trzeba bawić ludzi do łez, można też ich wzruszyć. Mam wspaniałą agentkę, Martę Jachnik, która na pewno zadba o nasze podróże. J


A propos wzruszenia, czy piosenki Jonasza Kofty poruszyły Twoją strunę? Projekt Kofta to 12 najpiękniejszych jego utworów w Twoim wykonaniu. Taka muzyka gra Ci w duszy?


Przeglądałam Koftę przez kilka lat. Byłam i jestem zakochana w jego twórczości. Tak mi się zamarzyło, aby zrobić projekt z jego piosenkami.


Dlaczego?


Bo mam poczucie, że jako mężczyzna miał bardzo kobiece spojrzenie. On był artystą, który bardzo rozumiał kobiety. Te piosenki są bardzo bliskie mojemu sercu, odnajduję się w nich. Jestem takim oldschoolowcem, gdyby ludzie chcieli słuchać tego rodzaju muzyki, to ja mogłabym śpiewać ją non stop. No ale wracając do tego projektu, to na platformie crowdfoundingowej zebraliśmy fundusze na zrobienie płyty. Potem Ela Chowaniec napisała tekst i tak powstał spektakl, którego premiera odbyła w Teatrze w Lesznie, jeszcze za czasów dyrektor artystycznej Beaty Kawki. Teraz nie gram go już, ale przypominam te piosenki w nowej odsłonie, w formie koncertu. Kofta to jeden z tych czterech monodramów, w którym nie mówię, a tylko śpiewam. Akompaniują mi czterej muzycy. Chcieliśmy dotrzeć do młodych odbiorców, stąd pomysł na aranżacje Tomka Krezymona aby były elektroniczne i bardziej nowoczesne. Filtrem, przez który przepuściłam Koftę była kobiecość i takie też było hasło wywoławcze podczas pracy nad projektem.


Kiedy zdecydowałaś się na śpiewanie tak w ogóle?


Nie wiem, to jakoś tak naturalnie wyszło. Grałam na skrzypcach, a po szkole grając dorabiałam sobie na martensy. Musiałam sobie jakoś radzić. (śmiech) Miałam nawet zespół funk-rockowy, który nazywał się Neverland.


Jakoś tak skromnie o tym opowiadasz.


Bo coś tam śpiewałam. Gdy dostałam się do szkoły teatralnej - jeszcze na pierwszym roku -  zgłosiłam się na konkurs piosenki francuskiej. Dostałam drugą nagrodę i wyróżnienie, ale na konkursie piosenki aktorskiej we Wrocławiu odwalili mnie 3 razy, udowadniając mi, że nie umiem śpiewać. A teraz jakoś śpiewam i gdy słyszę, że ktoś ma ciary no to jest mi ok i o to chodzi.


Mam poczucie, że jesteś rock’n’rollową, odważną kobietą. Mylę się?


Faktycznie, tak niektórzy mówią, chociaż ja samą siebie tak nie postrzegam. Jestem zadaniowcem, pracoholikiem i nie potrafię żyć bez pracy, bo ona mnie po prostu uskrzydla. Ze mną jest tak, jak kiedyś powiedział mój kolega - że z jednej strony mam mrówki w pupie, a z drugiej strony mam ogromną potrzebę wykrzyczenia emocji. Jestem wrażliwym i potwornie emocjonalnym człowiekiem i myślę, że każdy spektakl jest swego rodzaju takim rodzajem autoterapii dla mnie. Ten śpiew jest mi bardzo potrzebny, uwielbiam go. Ale dopiero w ostatnich latach uwierzyłam w siebie, że mogę śpiewać. Wcześniej dostawałam bardzo po dupie w tych konkursach i miałam straszne kompleksy na tym tle. Wydawało mi się, że w porównaniu do koleżanek które mają te sukcesy, to jestem szarakiem. Ale potem jakoś przestałam się oglądać za siebie i zaczęłam robić swoje. I o to chodzi w tym wszystkim, żeby robić to, co gra Ci w duszy. Dopóki to co robię będzie przenosiło się na ludzi i w jakiś sposób będzie w nich rezonowało – będę to robić.


Wszechstronność – to cecha która Ciebie określa? Grasz, śpiewasz, piszesz – również bajki dla dzieci – jesteś sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem?


Chyba przesadziłaś. Napisałam jedną książkę, co nie oznacza, że piszę. Nie zapominajmy, że jest też grupa ludzi, bez których nic by się nie zadziało. Pracuję zawsze w pewnym teamie. Książkę napisałam w momencie, kiedy były wakacje i nie miałam nic do roboty.


Czyli odezwał się pracoholizm?


(śmiech) Tak, jak zawsze. Spędzałam wtedy czas z dziećmi, pomyślałam co by tu zrobić  i... tak zaczęłyśmy pisać z córką. Znalazło się wydawnictwo Jaguar, które zechciało wydać „Potworaki usypiaki”. To była totalna przygoda.


Brzmi bardzo nieprawdopodobnie. Tak ot i już.


Bo tak było. Spełniłam kolejne swoje marzenie, cieszę się, że ktoś to docenił.


Spotkałaś się z piractwem? Jak postrzegasz dostępność kultury?


Wszystkie filmy nabywam z legalnego źródła. Korzystam z platform internetowych, płacę za nie. Oczywiście wspieram działania Legalnej Kultury. Zdarzyło mi się, że ktoś ukradł coś mojego artystycznego. I to jest bardzo nieprzyjemne i brzydkie.


Sama odkryłaś ten proceder?


Tak. W teatrze wykorzystywano moje wykonania przez rok bez mojej zgody. W pewnym momencie w walce z pewnym teatrem sięgnęłam po pomoc prawniczki, bo nie było łatwo. Sprawa nie ujrzała światła dziennego, wszystko cichutko zostało zamiecione pod dywan, bo medialnie mogłoby to przynieść dużo więcej szkody dla tego teatru komercyjnego, niż pożytku. Tak więc takie sytuacje zdarzają się niestety. To było bardzo nieprzyjemne i bardzo mnie dotknęło.

 

Rozmawiała Lukrecja Jaszewska

fot. tytułowa. Jakub Matyszkiewicz




Publikacja powstała w ramach Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura.




Publikacja powstała w ramach Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


Do góry!


Społeczna kampania edukacyjna Legalna Kultura realizowana przez Fundację Legalna Kultura

W 2019 roku dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego