Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Jako aktor, jestem niezależny tylko teoretycznie

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Jako aktor, jestem niezależny tylko teoretycznie

Jako aktor, jestem niezależny tylko teoretycznie

26.11.21

„Ta sama wrażliwość, która jest warunkiem uprawiania artystycznej profesji, to nasz największy wróg! To, co jest naszym największym przywilejem i cnotą, źle pokierowane lub pozostawione same sobie, może stać się wadą i największym przekleństwem. Trzeba tę wrażliwość pielęgnować, koniecznie zdawać sobie z niej sprawę, umieć z niej korzystać, ale też w odpowiednich momentach ją ukrywać - uzbroić się w pancerz obojętności, aby nie zostać zranionym. Ja pamiętam świat przed Internetem, ale wiele moich młodszych koleżanek i kolegów po fachu dorastało w czasach, kiedy był już codziennością, więc nie mają porównania. Od zawsze wiedzą, że wirtualny świat to piekło.” - mówi Mateusz Damięcki w rozmowie z Pawłem Rojkiem.

 

Byłeś w jakiś sposób skazany na aktorstwo. Wiele pokoleń pracowało na to, żebyś był obciążony genetycznie. Jak wspominasz swoje przejście z bycia członkiem rodziny artystycznej, z roli widza, w rolę twórcy? Przed kamerą stanąłeś, kiedy miałeś 11-12 lat. 

Bycia twórcą doświadczyłem mając w zasadzie zaledwie 5 lat, bo wtedy po raz pierwszy stanąłem na deskach teatralnych, które i tak bardzo dobrze znałem z obserwacji z jeszcze wcześniejszego dzieciństwa. To przejście z obserwatora w wykonawcę odbyło się u mnie naturalnie, bezboleśnie i w zasadzie niezauważalnie. Odkąd pamiętam fascynowałem się teatrem, ale nie tylko w sensie spektaklu, który jest tam wystawiany, ale również teatrem od drugiej strony, od kulis. Scenę bowiem widywałem nie tylko od przodu, jako człowiek z zewnątrz, ale też od tyłu, jako człowiek ze środka. Miałem ten przywilej, że oglądałem wszystko to, co jest poza zasięgiem wzroku przeciętnego widza. Znałem wszystkie pracownie od podszewki. Widziałem nie tylko, jak wygląda kostium na bohaterze, ale również, jak ten kostium jest tworzony, na scenie oglądałem ludzi w perukach czy sztucznych wąsach, a wcześniej byłem też świadkiem jak są przygotowywane i na aktorów nakładane. Widziałem, jak wyglądają rekwizyty z bliska, mogłem trzymać je za kulisami w rękach. Przekonałem się, że nawet jeśli wydają się za duże albo nie spełniają takich funkcji, jak odpowiadające im przedmioty w życiu codziennym, to z perspektywy fotela na widowni, te same przedmioty wyglądają sto razy bardziej realistycznie niż z bliska i, co najważniejsze, w ogóle są widoczne z dużej odległości. Magia teatru zatem była dla mnie tajemnicą, ale taką, którą już od najwcześniejszych lat umiałem odszyfrowywać. Od samego początku wiedziałem, że chce to współtworzyć i być częścią tego świata, który daje ludziom tyle radości. Ktoś mógłby powiedzieć - teatr to jedno wielkie oszustwo. Ale ja wolę inne określenia: magia, iluzja. Bo kto z nas, gdy byliśmy mali, nie bujał w obłokach, nie fantazjował? Ja na scenie mogłem to robić, będąc w pełni usprawiedliwionym, a jako aktor dostawałem jeszcze za to pieniądze (śmiech).

Zdjęcie ze spektaklu "Klaps! 50 twarzy Greya" w Teatrze Polonia w Warszawie. Fot. Ola Grochowska


Często w takich artystycznych rodzinach występuje forma zniechęcania młodszego pokolenia, by nie szło w ślady rodziców i dziadków, bo to jest trudny zawód. Akurat twojemu ojcu, stryjowi i dziadkowi powiodło się w aktorstwie, ale to jest loteria. Czy też miałeś taką sytuację, że próbowano cię lekko zniechęcać?


Mój tata zawsze twierdził, że jeżeli będę chciał zostać aktorem, to muszę się postarać, żeby być dobrym aktorem. Cokolwiek by to miało znaczyć. Teraz już, po latach doświadczeń wiem, jak wygląda ten zawód i od strony widza, i z tej drugiej strony – twórcy. Pracuję zarówno na planach filmowych, jak i w teatrze, znam tę profesję „od podszewki”. Na sekundę nawet nie można odpuścić. Jeżeli masz dobrą passę, to musisz pamiętać, że łaska na pstrym koniu jeździ i nigdy nic nie wiadomo. Że to wszystko, co piękne, nagle może obrócić się w wniwecz. I może się okazać, że cała twoja dotychczasowa praca jest bez znaczenia, nie ma wpływu na rozwój wypadków. Covid i pandemia uświadomiły nam, artystom, że w tym zawodzie nie można zapracować sobie na zapas. Nagle przychodzi reset, sytuacja, która zrównuje wszystkich i okazuje się, że świat może jednak żyć bez teatru. Problem polega na tym, że Teatr nie jest w stanie żyć bez widza. Zrozumienie tego rodzi pokorę, uczy czekania, cierpliwości i pogodzenia się z faktem, że nie wszystko w naszym zawodzie można dostać od razu. A jeśli się w końcu cokolwiek dostaje, to nie raz na zawsze. Nie wiem, czy ja te umiejętności miałem od początku. Nie wiem, czy wyssałem je z mlekiem matki. Być może nauczyłem się tego po prostu przez lata doświadczeń. Wiem jedno, trzymanie ręki na pulsie, obserwowanie sytuacji, zdolność improwizowania i pamięć o tym, że w tym zawodzie nic nie spada jak manna z nieba, jest niezbędne.


Aktorzy muszą być osobami wrażliwymi na emocje, na innych ludzi, natomiast z drugiej strony muszą mieć bardzo, bardzo grubą skórę. Szczególnie teraz w czasie mediów społecznościowych.  Kiedy zaczynałeś magia ekranu była taka, że ludzie mocno przeżywali, kiedy spotkali osobę znaną z telewizji. Dopiero potem się zaczynał pojawiać jakiś drobny hejt czy uszczypliwości. Teraz wygląda to zupełnie inaczej. Jak ty to widzisz? 


I to jest właśnie paradoks. Faktycznie w zawodach związanych ze sztuką wrażliwość jest naprawdę najważniejsza. Do Akademii Teatralnej i do innych szkół artystycznych dostają się ludzie nie tylko z powodu talentu, który ktoś w nich dostrzeże, czy umiejętności, ale przede wszystkim z powodu wrażliwości, która pozwala postrzegać ten świat trochę inaczej niż inni. A jednocześnie ta sama wrażliwość, która jest warunkiem uprawiania artystycznej profesji, to nasz największy wróg! To, co jest naszym największym przywilejem i cnotą, źle pokierowane lub pozostawione same sobie, może stać się wadą i największym przekleństwem. Trzeba tę wrażliwość pielęgnować, koniecznie zdawać sobie z niej sprawę, umieć z niej korzystać, ale też w odpowiednich momentach ją ukrywać - uzbroić się w pancerz obojętności, aby nie zostać zranionym. Ja pamiętam świat przed Internetem, ale wielu moich młodszych kolegów po fachu dorastało w czasach, kiedy był już codziennością, więc nie mają porównania. Od zawsze wiedzą, że wirtualny świat to piekło. Jako dzieciak, byłem beztroski, nieświadomy, nie miałem jak wybudować sobie pancerza, w przeciwieństwie do młodszych pokoleń, które z nim praktycznie się rodzą. Anonimowość w Internecie i łatwy dostęp każdego użytkownika do nas, osób publicznych, popularnych, spowodowały, że de facto obdziera się nas ze skóry, a my nie możemy nawet na to zareagować. Nie wiemy, do kogo się odnosimy odpowiadając na hejt. Nie mamy pojęcia, kto stoi po tej drugiej stronie. Czy ten dwudziestosześcioletni mężczyzna pokazany na zdjęciu w Internecie, nie jest tak naprawdę szesnastoletnią dziewczyną, które nie radzi sobie z emocjonalnymi problemami? Nie wiemy, czy pod maską danego użytkownika nie czai się ktoś, kogo na przykład znamy prywatnie, a kto specjalnie ukrywa swoją tożsamość. Oczywiście trzeba śledzić i wiedzieć, jak się jest postrzeganym w tym świecie, starać się mieć nad tym kontrolę, ale z drugiej strony trzeba wrzucać czasem tryb obojętności. Z jednej strony być świadomym, z drugiej nie dopuszczać wszystkiego do siebie. W przeciwnym razie wrażliwość, która nas buduje, może nas zabić. Mam paru kolegów, którzy nie wytrzymali presji - ugięli się pod ciężarem nienawiści, nie byli w stanie podnieść się po fali hejtu, która zasypał ich po jakimś - być może błędnym – wyborze zawodowym. Utrzymywanie zdrowego balansu nie jest proste. Ludzie odreagowują w różny sposób. Najłatwiej jest pójść w alkohol, co jest dość powszechne w tym naszym show biznesie. Przez to, jako środowisko, latami pracowaliśmy na miano skandalistów, wszeteczników i ludzi, którzy uważają, że wolno im więcej. Jestem bardzo daleki od tego i staram się uczyć na cudzych błędach.


Fot. Legalna Kultura

Spotykamy się z okazji nagrania spotu w czerni kina do filmu „Furioza”, więc może opowiedz, dlaczego włączyłeś się w naszą kampanię? 


Od lat jestem z Wami związany i nie wyobrażam sobie artystycznego świata bez opieki, jaką Legalna Kultura nad nami roztacza. Bardzo wiele się zmieniło przez ostatnich paręnaście lat. Mam dobry ogląd, ponieważ kino zacząłem robić 30 lat temu. Pamiętam, że kiedyś własność intelektualna artystów nie miała dla widza żadnego znaczenia, nie było w zasadzie takiego tematu, ale i też nikt tej własności nie naruszał. Najważniejsze było to, żeby móc obcować z filmem, z serialem, z teatrem, ze sztuką wizualną - z tym wszystkim, co dają nam artyści i co możemy dzięki ich wysiłkowi oglądać. Później czasy się zmieniły i okazało się, że nasza praca i to, co dajemy z siebie – czas, który poświęcamy, energię, naszą autorską kreację, oryginalność – to wszystko ma wartość i powinno mieć swoją cenę. I odkąd zdałem sobie sprawę, jak łatwo można pozyskać treści kultury z nielegalnych źródeł, również te, w których sam biorę udział, zrozumiałem, że bez pomocy takich instytucji, jak Legalna Kultura, daleko nie zajedziemy. Mam porównanie również dlatego, że grając kiedyś w rosyjskim serialu czy filmie, przekonałem się, że za naszą wschodnią granicą prawa autorskie w ogóle nie są respektowane. Tam, w dniu, w którym z dany odcinek serialu pokazywany jest w jakiejś stacji, to godzinę później jest już dostępny dla każdego na YouTube, na dodatek wrzucony przez samego producenta. I z tego tytułu artysta nie może mieć żadnych roszczeń. Cieszę się, że w Polsce jest inaczej i są takie organizacje jak Legalna Kultura, które uzmysławiają widzom, że własność intelektualna, którą twórca dzieli się z odbiorcą reprezentuje konkretną wartość i należy za nią zapłacić.


Jak się czujesz jako ambasador Legalnej Kultury? Spotkałem się tutaj z artystami, którzy mówili, że ich marzeniem zawsze było nagrać taki spot „W czerni kina”? Ty już nagrywałeś te spoty. Natomiast jak to było, kiedy pierwszy raz się usłyszałeś przed filmem? 


To jest zawsze taki bardzo miły moment, kiedy tuż przed rozpoczęciem seansu słyszysz swój głos. Dla twórcy filmowego to duże wyróżnienie, dające poczucie, że to, co robimy wraz z Legalną Kulturą ma sens i znaczenie. Słyszę też, jak ludzie reagują na te spoty. Wydaje mi się, że ten krótki przekaz w czerni kina, kiedy przez chwilę nic nie widać i odbieramy go tylko w postaci dźwięku, jest bardzo ważny. Przez te parę sekund ludzie skupiają się na sensie słów i ten sens do nich dociera. Działa to nie tylko na świadomość, ale również na jego podświadomość. Jako widz, jako odbiorca, uzmysławiam sobie wtedy, że gram fair, że jestem w porządku wobec wszystkich artystów, którzy stworzyli dla mnie dzieło, użyczyli mi swojego czasu, podzielili się swoim talentem. A ponieważ równocześnie jestem jednym z nich, wiem, że Legalna Kultura dba również o mnie. I czuję się z tym wyjątkowo.


Jak znajdujesz w ogóle czas na chodzenie do kina z żoną, kiedy masz tyle spraw: seriale, film, teatr dubbing?


Grunt to organizacja, jak to mówi moja żona: „W logistyce tkwi clue”. Mamy wolne soboty i wtedy tak się organizujemy z opieką nad dziećmi, aby mieć czas wyłącznie dla siebie. Czasem lądujemy w kinie. Chcemy na chwilę zapomnieć o sprawach codziennych, a przy okazji nadrobić filmowe zaległości. Kino wciąż spełnia niesamowitą funkcję - oprócz tego, że nas zachwyca i daje nam rozrywkę, pozwala wejść w inny świat, np. z superbohaterami, wciąga nas w różne historie, sprawia, że na chwilę możemy odetchnąć od zwyczajności. Kino jest potrzebne.


Jednym ze sposobów na odpowiednie bycie w świadomości widzów jest wybieranie ról. Jak wygląda ta sytuacja u ciebie? Nie da się ukryć, że jeśli aktor spodoba się w jakimś filmie, to dostaje masę podobnych propozycji. Jak ty walczysz o to, żeby mieć coś rzeczywiście do zagrania? 


Jako aktor, jestem niezależny tylko teoretycznie. Odmówić mogę zawsze, ale już zażądać - nie. Największą wolnością w moim życiu jest to, że mam nienormowany czas pracy. Z drugiej strony jest to pułapka, bo przez to muszę być w zasadzie do dyspozycji producentów i reżyserów w każdym momencie mojego życia. A ich, jako moich pracodawców nie interesuje to, czy akurat trzeba odwieźć, czy przywieźć dziecko z przedszkola. Logistycznie bywa to bardzo trudne, zwłaszcza, że moja żona ma również nienormowany czas pracy. Jest choreografką i pracuje z aktorami w różnych teatrach, nie tylko w Warszawie. Tak więc z jednej strony jest ogromna radość, że nie siedzę przed komputerem od 8 do 16 i tak naprawdę miewam w tygodniu wolne dni, ale z drugiej strony, jestem całkowicie uzależniony, jeżeli chodzi o kwestie zawodowe, od producentów i od reżyserów. To oni, tak naprawdę, współtworzą mój wizerunek i nie zawsze mam na to wpływ. Staram się dobierać takie role, które nie będą przysłowiowym odcinaniem kuponów, będą wyzwaniem, będą wymagały pracy zarówno intelektualnej, jak i fizycznej, ale nie zawsze tak się da. Czasami jest tak, że sprawdziłem się w jakichś rolach i oczekuje się ode mnie, że w kolejnych będę taki jak poprzednio. Ale wtedy też jest wyjście z sytuacji, bo w nawet najbardziej kliszowej, powtarzalnej roli, można znaleźć coś nowego, coś innego. Staram się, żeby reżyser mnie wysłuchał i zgodził się na zmiany, które chcę wprowadzić, jeżeli uważam, że jest to potrzebne. Gdyby to ode mnie zależało i gdybym rzeczywiście miał na stole na raz 15 scenariuszy i mógł z nich wybrać dwa, to na pewno byłbym szczęśliwy. Ale tak to nie wygląda. Role napisane specjalnie dla mnie zdarzyły mi się trzy razy w życiu. Nie wiem, jak będzie teraz, po „Furiozie”. Bezsprzecznie jest to dla mnie film przełomowy, bo całkowicie odmienia mój wizerunek. Traktuję go jako punkt zwrotny. Nie mam wcale poczucia, że po nim przyspieszyłem, nie zwiększył wcale energii, z jaką się w moim zawodzie poruszam. Natomiast zmieniłem trajektorię, lecę już zupełnie w innym kierunku. W jakim? Najbliższe miesiące, wydaje mi się, to pokażą.

Kadr z serialu "Planeta Singli. Osiem historii". Fot. CANAL+ Polska S.A. 2021


Po „Furiozie” można cię oglądać w najnowszej „Planecie singli. Osiem historii”. Serii, która z kinowej stała się serią telewizyjną. Powrót do komedii romantycznej, ale dlaczego? Co cię w tym zainteresowało? 


Kilka dni przed rozpoczęciem zdjęć zadzwonił do mnie producent Radek Drabik. Ucieszył mnie ten telefon, ponieważ przywołał naszą rozmowę sprzed paru lat, kiedy to przez przypadek poznaliśmy się w Gdyni na Festiwalu Filmowym. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że nadajemy na tych samych falach i bardzo fajnie nam się rozmawia. Powiedział mi wtedy, że niewykluczone, że kiedyś będzie potrzebował mojej pomocy i ma nadzieję, że propozycja, którą mi złoży będzie dla mnie interesująca. Faktycznie okazała się ciekawa. „Planetę Singli” jako markę znałem od dawna. Producentom udało się stworzyć projekt z jednej strony komercyjny, a z drugiej strony wartościowy i szlachetny, ze znakomitym pomysłem na scenariusz, ze świetnymi rolami głównych bohaterów. Rolami, które zarówno Maćkowi (Maciej Stuhr), jak i Agnieszce (Agnieszka Więdłocha) dały dużo satysfakcji i przysporzyły jeszcze większej popularności. Kiedy zadzwonił Radek pomyślałem sobie, że jeżeli tylko scenariusz przypadnie mi do gustu, to w zasadzie wszystkie inne warunki są już spełnione. Dostałem scenariusz. Dowiedziałem się, że w moim odcinku będę grał z Marianną Linde. Okazało się, że reżyserem jest Alek Pietrzak i że cała ekipa to grupa młodych, pełnych energii ludzi o pięknych pomysłach i ambicjach. Ekipa, co do której jesteś w stu procentach pewien, że nie odcina żadnych kuponów, że cały czas im się chce. Czy to nie wystarczy?


Wracając jeszcze do „Furiozy”, powiedz mi co było najbardziej wymagające w tym projekcie?


„Furioza” to dla mnie podróż wieloetapowa, wyprawa przez niejeden świat. Dzięki pracy nad tym filmem poznałem dużo lepiej samego siebie I swojej skrajności, jeżeli chodzi o wytrzymałość, taką ludzką, fizyczną, ale też psychiczną. Poznałem też moje skrajności aktorskie. Przynajmniej tak mi się wydaje. Chyba pierwszy raz w życiu byłem tak mocno wkręcony w bohatera, że na planie pozwalałem mu samemu o sobie stanowić. Jest w „Furiozie” scena, której nigdy nie zapomnę, najtrudniejsza dla mnie w tym filmie. Scena na strzelnicy, kiedy siłuję się z bronią i nagle mój Golden podnosi rękę do swojej łysej, spoconej głowy. Ale ja nie pamiętam jak to się stało, że to zrobiłem. Być może to mały, teoretycznie nic nieznaczący gest, taki, na który pewnie nikt nie zwraca uwagi, tylko ja. Ale ja wiem, że to nie Mateusz Damięcki wykonał ten gest, tylko w reakcji na to, co usłyszał, podniósł ją Golden. Gdy oglądam tę scenę wiem, że jest jedną z wielu, w których mój bohater myślał już sam. To wywołuje dreszcz. Świadomość, że ja nad moim bohaterem nie miałem już kontroli. Dowiedzieć się czegoś takiego o sobie na planie w wieku czterdziestu lat, to naprawdę sztos.


Trudne podczas pracy nad „Furiozą” było wszystko. Każdy następujący po sobie etap. Zaczynając od uwierzenia w to, że mogę w ogóle stworzyć takiego bohatera. Musiałem uwierzyć, że jeśli zacznę ćwiczyć, to efekt nadejdzie. Kiedy po miesiącu nadal nic się nie zmieniało w moim ciele, najtrudniejsze było przekonanie samego siebie, że trzeba konsekwentnie iść w tym samym kierunku i nawet na chwilę nie zbaczać z obranej drogi. Krok po kroku. W końcu zaskoczyło. Zacząłem się przemieniać. Pojawiła się satysfakcja. 


Później wskoczyłem na kolejny level, kiedy na tę nową fizyczność zacząłem nakładać psychikę bohatera. W pewnym momencie nie przychodziłem już na siłownię jako Mateusz, który przygotowuje się do roli Goldena, tylko chodziłem na siłownię jako Golden, który przygotowywał się do kolejnej ustawki. Ale to wymagało czasu. Mogę powiedzieć, że w efekcie jest to też moja najbardziej komfortowa praca w życiu. Mimo że zadanie było chyba najtrudniejsze, to fakt, iż od Marcina Zarębskiego, czyli producenta „Furiozy”, dostałem 5 miesięcy na przygotowanie się do tej roli, jest nie do przecenienia. I mówię to ja – Golden. Jest to coś, czego będę szukał w każdym kolejnym projekcie. Bo przecież chodzi o to, żebyśmy zrobili w swoim życiu kilka dobrych filmów, a nie masę słabych. Czas na przygotowanie roli to gwarancja uczciwości i jakości filmu




Kadry z filmu "Furioza" Fot. Materiały prasowe KINOŚWIAT


To może od tej maksymalnej fizyczności, przejdźmy do bezcielesności, czyli do twojego dubbingowania. Jak tutaj się odnajdujesz? To jest absolutne oderwanie od tego, o czym przed chwilą rozmawialiśmy. Tu wchodzisz do studia dosłownie na 15 minut, żeby stworzyć cały film.


Tak, strona wizualna w dubbingu jest bardzo inspirująca. To znaczy: wchodzę, patrzę i już widzę, kim jest ta postać. Często jest tak, że otrzymuję role dubbingowe, przy których jestem w stanie odnaleźć podobieństwo fizyczne do aktora, pod którego głos będę podkładał. Chodzi o gabaryty, czy pewną konstrukcję fizyczną. To również ułatwia mi pracę, kiedy stoję przed pulpitem. Bo zwykle właśnie stoję, a przy konkretnych scenach nawet poruszam się tak samo, jak bohater na ekranie. Siedzenie powoduje we mnie takie oklapnięcie. Odbiera siłę zarówno mnie, jak i dubbingowanej postaci. 


Bardzo lubię niektóre moje przygody dubbingowe. Mam swoich ulubionych bohaterów. Zaczynałem jako Krzyś w „Kubusiu Puchatku” i miałem mniej więcej tyle samo lat, ile bohater, którego grałem. Jest parę tekstów, które do dzisiaj pamiętam – „Ależ Puchatku, mój mały pluszowy misiu!” – wypowiadane w każdym odcinku, pod koniec, kiedy siadaliśmy razem z misiem na skarpie, przy wielkim drzewie i dyndaliśmy sobie nogami. Pamiętam, że Miriam Aleksandrowicz, reżyserka tego dubbingu miała ze mną sporo problemów. Przychodziłem na nagrania przemęczony po szkole i po zajęciach pływania. I żeby wykrzesać ze mnie odrobinę śmiechu i energii, musiała za mną stawać i mnie gilgotać. Na szczęście działało.


Dziś mój syn ogląda film pod tytułem „Jak wytresować smoka”, gdzie dubbingowałem Czkawkę i rozpoznaje, że to mój głos. Mówi: „O tata! To ty tata!” i to jest bardzo wzruszające. Jako dzieciak miałem tak samo. Kiedy oglądałem „Mapeciątka” i odzywał się Kermit, to byłem bardzo dumny, że ta mała zielona żaba mówi głosem mojego taty. I dziś koło się zamyka.


Praca w dubbingu potrafi być bardzo satysfakcjonująca. Osobiście wolę pracę przy filmach animowanych, to zawsze świetna zabawa. Co nie oznacza, że unikam dubbingowania ról w filmach fabularnych. To jest jednak innego typu wyzwanie. Chyba trudniejsze.


Czy Falcon był takim wyzwaniem? 


Falcon na pewno tak. Po pierwsze z tego powodu, że po raz pierwszy mój wygląd tak bardzo różnił się od aparycji aktora, wcielającego się w bohatera, któremu użyczałem głosu. Cieszę się, że Waldek Modestowicz, który reżyseruje tę serię, zaufał moim umiejętnościom i dał mi rzeczywiście do dubbingowania postać, do której nie jest mi tak blisko, jak do innych, które wcześniej tworzyłem. Poza tym jest to bardzo nobilitujące. W końcu ta seria jest kultowa. Myślę, że nie ma obywatela USA, któremu kapitan Ameryka byłby obojętny.


To znaczy, że widziałeś już serial „Falcon i Zimowy Żołnierz”? 


No tak, siłą rzeczy oglądam to, co dubbinguje. Z drugiej strony, to już nie te czasy, co dawniej. Kiedyś dubbingowanie sprawiało więcej radości, dlatego, że widziało się dokładnie to, pod co się podkładało głos. W tej chwili obostrzenia związane z ochroną praw autorskich i z tym, żeby za wszelką cenę uchronić film przed trafieniem przed czasem do sieci, są bardzo restrykcyjne. W niektórych scenach trudno rozpoznać swojego bohatera, ponieważ jest tak zamazany, że widać tylko jego usta. Przez obraz przelatują dziesiątki liczb, kodów, jakieś paski zasłaniające widok. Czasami kopie opisane są imieniem i nazwiskiem realizatorów danego dubbingu. Minęły już czasy, kiedy kilku aktorów nagrywało na raz wszystkie głosy na jedną ścieżkę. A jeszcze w latach 90. miałem przyjemność oglądać mojego tatę właśnie w takiej zbiorowej pracy. Przy jednym, długim pulpicie stawał wraz z kilkorgiem swoich koleżanek i kolegów, i nagrywali swój głos, na przykład do piosenki, każdy do swojego mikrofonu, ale jednocześnie. Trzeba było się wspólnie umawiać. Nie można było zrobić nagrania w momencie, kiedy jeden z aktorów nie mógł przyjść. Oczywiście dzisiaj technika poszła tak do przodu, że wszyscy jesteśmy od siebie niezależni. Czasem zdarza się, że gdy oglądam skończony film, zdaję sobie sprawę, że toczę dialog z człowiekiem, którego nigdy na oczy nie widziałem, bo osobiście nie znam aktora, który w tej scenie mi partneruje. Później się okazuje, że dzięki umiejętnościom reżysera i realizatora dźwięku, który to montuje, dialog wychodzi naturalnie, zupełnie tak, jakbyśmy byli obok siebie.


Przewija się przez naszą rozmowę wątek twoich dzieci, które widzą ciebie na ekranie oraz ciebie, oglądającego twojego ojca. Twoje dzieci są na razie bardzo małe, ale jak patrzysz na ich przyszłość? Jakie masz nadzieje? Czego się najbardziej obawiasz? 


Chciałbym, żeby moi synowie potrafili odróżnić uczciwość od nieuczciwości. I to mi wystarczy. Chciałbym, żeby mieli możliwość podejmowania słusznych wyborów. Żeby w ogóle mogli wybierać. Żeby zawsze kierowali się sumieniem. Powolutku dowiadują się od nas, czyli ode mnie i od Pauliny, co jest dobre, a co jest złe. Chciałbym, żeby byli szczęśliwi, a to jaką drogę wybiorą, aby to szczęście osiągnąć, jest bez większego znaczenia. Jeśli zechcą, będą aktorami, twórcami. A jak nie, to nie będą. Chcę, żeby robili to, co sprawi im przyjemność. Chcę, żeby mogli czerpać satysfakcję ze swojej pracy, tak jak ja czerpię ją z tej, którą sobie wybrałem, a moja żona, Paulina ze swojej. Czy zwiążą swoją przyszłość ze sceną? Na razie często po niej chodzą, bo siłą rzeczy uczestniczą w naszych obowiązkach, które są mocno związane z teatrem. Pożyjemy, zobaczymy.


Dziękuję za rozmowę

 

Rozmawiał Paweł Rojek

Zdjęcie główne: Legalna Kultura









Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura




Jeśli podoba Ci się nasz artykuł, możesz go udostępnić


Do góry!