Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Wiem, gdzie postawić kamerę

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Wiem, gdzie postawić kamerę

Wiem, gdzie postawić kamerę

09.09.22

Filip Bajon na Gali 47. FPFF w Gdyni: „Skoro nagroda za całokształt, to ja ten całokształt króciutko Państwu przedstawię:

 

«Głęboka jest studnia przeszłości», tak się zaczyna książka napisana przez wybitnego niemieckiego pisarza. Ja do tej studni przeszłości czasami sięgam. Kiedyś sięgnąłem i wyciągnąłem «Wiadomości Literackie» z wierszem «Dwie ojczyzny» Antoniego Słonimskiego. Ten wiersz opowiada o Polsce i jej wielokulturowości. Był on dla mnie takim pewnym przewodnikiem i pokazał mi, jak o tych problemach myśleć. Kiedy sięgnąłem po raz drugi, to wyciągnąłem maj 1968 roku. Dla mnie to bardzo ważna data. Maj ’68 to przede wszystkim John Lennon «Strawberry Fields Forever», Adam Michnik, Václav Havel, Olof Palme, to w końcu Willy Brandt klękający pod pomnikiem Getta Warszawskiego. To był spadek po 1968 roku, kiedy wyglądało, że pewne sprawy w Europie się ustabilizowały i dawały wielkie nadzieje. Zauważyłem w pewnym momencie, że słynny literacki dialog Naphty i Settembriniego nie umarł, nie skończył się, dalej trwa. A przecież wiedziałem, jakie wielkie tragiczne konsekwencje w Europie były po tym wielkim dialogu tych dwóch bohaterów literackich. I kiedy tak o tym pomyślałem sobie, że nie wyciągnęliśmy wszystkich wniosków. Te konsekwencje były tragiczne. I nie tylko ja to zauważyłem. Literaci, pisarze, eseiści zaczęli zadawać pytanie: skąd się bierze zło? Jeżeli oni zadawali to pytanie, to pozostawiali je bez odpowiedzi, a teraz ta odpowiedź na nieszczęście się znalazła – to zło jest na Kremlu. Tam jest zło. Stamtąd się wzięło i rozprzestrzeniło. Ale zwracam państwa uwagę, że każde zło zaczyna się od fałszowania znaczeń słów. Tam powiedziano, że nie ma Ukrainy, nie ma takich ludzi, jak Ukraińcy – bohaterski naród. Od tego się zaczęło – od fałszowania znaczenia słów. Dlatego proszę Państwa, zwłaszcza młodych, bądźcie czujni. Bądźcie czujni i zwracajcie uwagę na momenty, kiedy słowa zostają sfałszowane. Bądźcie czujni!”


Fot. Marzena Mróz-Bajon


Z Filipem Bajonem – reżyserem, scenarzystą, producentem filmowym, pisarzem – Laureatem Platynowych Lwów na 47. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, rozmawiała Marzena Mróz-Bajon.

 

Skąd się wziął ten ogromny brązowy kufer w Twoim życiu?

 

Stał od zawsze w moim rodzinnym domu w Poznaniu. To był kufer podróżny moich dziadków, Ignacego i Anieli Bajonów. Solidny, w drewnianych ramach, brązowy – z zaokrąglonymi rogami. Jeździli z nim na wakacje do Ostrowa koło Jastrzębiej Góry, do Ostendy. Dziadek, który był architektem, zabierał go też do Berlina. I wiesz, jak to dzieci, zawsze chciałem zajrzeć do każdej szuflady w domu żeby sprawdzić, co się w niej znajduje. A dostęp do tego kufra był utrudniony, bo nie dość że stał wysoko, na szafie, to jeszcze leżały na nim pudła na cylindry i meloniki dziadka.

Ja ten kufer od dzieciństwa obserwowałem. I kiedy już wiedziałem, że będę się przeprowadzał z Poznania, w którym skończyłem prawo, do Łodzi – do szkoły filmowej, pomyślałem, że zabiorę ten „mebel” ze sobą. Przede wszystkim jest bardzo pojemny, a na dodatek – piękny i stylowy.

Kiedy kufer ruszył w pierwszą podróż z Tobą?

 

To był 7. października 1970 roku, kiedy obroniłem pracę magisterską na prawie, wydałem przyjęcie i moim przyjaciele, a wśród nich Iwo Byczewski i Jerzy Kranz, wzięli kufer na ramiona i ponieśli go na dworzec. Spakowałem do niego cały mój niewielki dobytek – to była moja walizka! Pamiętam, że mieliśmy problem z włożeniem kufra do przedziału, ponieważ był za duży. Konduktor poradził, żebyśmy zanieśli go do wagonu bagażowego. Tak też zrobiliśmy i odbyliśmy pierwszą wspólną podróż. Wysiedliśmy na stacji Łódź Kaliska.

 

Masz w tym kufrze całe swoje życie.

 

To prawda, towarzyszy mi. Zawsze się z nim przeprowadzałem. Zawsze stoi w widocznym miejscu, bo jest bardzo atrakcyjnym meblem. Trochę się ten kufer nawet narzuca, zwraca na siebie uwagę. Na świecie w wielu miejscach widziałem podobne przedmioty, ale uważam, że mój jest najładniejszy i zupełnie wyjątkowy. Zobacz, są na nim wygrawerowane dwie tajemnicze litery: IC. Nigdy ich nie rozszyfrowałem.

Co wyjechało w kufrze z Twojego rodzinnego Poznania?

 

Przede wszystkim korespondencja z ojcem. Wśród wielu kopert jest list, w którym ojciec informuje mnie, że odliczył sobie z wypłacanej mi co miesiąc „pensji” kwotę 400 złotych, które wydał na opłacenie mojego mandatu za nie posiadanie biletu kolejowego. Wyraził w nim też obawę, że prawodopodobnie „jestem na zakręcie”...

Dziś kufer stoi w Twoim gabinecie, w naszym domu. Nie otwieraliśmy go razem nigdy. Zobaczmy co w nim jest!

Ja się tego zawsze bałem, bo tam jest bardzo dużo wszystkiego. Podziwiałem Wajdę, który porządkował bardzo dokładnie swoje papiery. Ja takiego odruchu nie mam. Dobrze się czuję w chaosie, panuję wtedy nad wszystkim. Do kufra wkładałem zawsze wszystko to, co ważne. Wystarczy tylko podnieść wieko i coś wrzucić – jak do gigantycznej skrzynki pocztowej. Wpada i – jest! Na zawsze. Nie dematerializuje się... Wiem, że jak ktoś będzie się kiedyś habilitował z mojej twórczości, to trzeba będzie sięgnąć do kufra.

To ja teraz otwieram wieko tego zagracającego nasz dom mebla, wkładam rękę głęboko – i zobaczymy co z niego wyciągnę? Jest!

To recenzja mojej książki pt: „Białe niedźwiedzie nie lubią słonecznej pogody”, która ukazała się w „Życiu Warszawy” w 1972 roku. Napisał ją sam Jarosław Iwaszkiewicz, w stałej rubryce „Rozmowy o książkach”. Miałem wtedy 24 lata i debiutowałem w wydawnictwie Czytelnik. Recenzja Iwaszkiewicza, niezwykle pozytywna, ośmieliła mnie do pisania i mocno podniosła też moje notowania w łódzkiej filmówce, której byłem wtedy studentem. Była dla mnie ważna, bo przecież każdy początkujący artysta tworzy „w ciemno” i szuka potwierdzenia.

 

Zwłaszcza, jak ma się – jak Ty wtedy – 24 lata, a Iwaszkiewicz był już wtedy pisarzem światowego formatu.

 

Ta recenzja była dla mnie zamknięciem pewnego cyklu. Już wiedziałem, że będę pisał dalej. A ten tekst zamykał cykl debiutu. Spowodował, że przez kilka następnych lat pisałem bardzo regularnie, dostałem nagrodę Wilhelma Macha, a Czytelnik wydawał moje książki w wysokich nakładach. To cieszyło, a i pieniądze nagle spadły z nieba!

 

Sięgam po kolejny plik kartek i jest to…

 

... czwarta wersja scenariusza „Arii dla atlety”, ale wcale nie ostatnia... Stanisław Różewicz radził mi ten tekst jeszcze skrócić. Wtedy dostałem też od niego dużą lekcję reżyserii. Bo odpowiedziałem mu tak szczerze, od serca: „Panie Stanisławie, ale ja już nie mam siły, żeby napisać to jeszcze raz”. A Różewicz odpowiedział patrząc na mnie swoim zimnym okiem: „Jak nie masz siły, to nie będziesz reżyserem”.


Fotos z filmu "Aria dla atlety", fot. WFDiF (po Studiu Filmowym "Tor")


Znalazłeś siłę, film powstał. To był Twój debiut, jest rok 1979.

 

Pokazuję go najpierw w Koszalinie na Festiwalu Młodzi i Film, gdzie dostaję nagrodę główną. To był mój pierwszy kontakt z publicznością, a przecież nie wiedziałem jak film zostanie przyjęty i raczej byłem sceptyczny. Kolaudacje w naszym Zespole Filmowym „Tor” były zawsze burzliwe, trudne, odbywało się tam prawdziwe „szlifowanie” filmów, wielokrotnie bardzo bolesne dla autora. Tym bardziej ucieszyły mnie gratulacje Janusza Głowackiego i Jana Himilsbacha, których spotkałem wcześnie rano, następnego dnia po koszalińskim debiucie.


Kiedy pokazywałem „Arię dla atlety” na festiwalu w Gdyni – obserwowałem już tylko widownię i zobaczyłem, że reaguje na film świetnie, niezwykle żywiołowo. Poczułem aprobatę widzów, o filmie się mówiło. Nagle pojawili się dziennikarze, którzy chcieli przeprowadzić ze mną wywiady. A przecież kiedy kręciłem „Arię”, myślałem sobie – „to jest poker!”.

 

Eksperyment, który się powiódł!

 

Na festiwalu w Gdyni film dostał nagrodę za debiut, za najlepsze zdjęcia i za scenografię. W ten sposób ja, Jerzy Zieliński i Andrzej Kowalczyk – wszyscy debiutujący zostali nagrodzeni.

 

Sięgam i wyciągam tubę z wyprawionej skóry, w której jest…

 

Dyplom – nagroda główna za film pt: „Wizja lokalna 1901”. To film o strajku dzieci we Wrześni.

 

Dlaczego to jest tak ważny dla Ciebie obraz?

 

Ponieważ to był mój drugi film. A drugi film jest sprawdzianem. Bo pierwszy może zawsze wyjść, a jeśli drugi również będzie dobry, to można powiedzieć, że taki reżyser trochę już opanował rzemiosło i jest przewidywalny. Wie co chce powiedzieć i panuje nad językiem filmowym, który jest może i prymitywny, ale wymagający pewnej czujności.

 

Wyjęłam cieniutki papier, na którym przed laty pisało się przez tzw. kalkę. Dawno już nie widziany, prawdziwy rarytas!

 

To jest pierwsza wersja scenariusza filmu „Limuzyna Daimler Benz”, wtedy jeszcze pod roboczym tytułem „Eskimosi wypowiadają nam wojnę”. Najpierw opisałem przedstawioną w filmie fabułę w formie literackiej, dopiero potem zrobiłem z niej scenariusz.

 

Jakie nagrody zdobyła ”Limuzyna”?

 

Nie zdobyła żadnych, ponieważ zaczął się stan wojenny i nie odbył się festiwal filmowy ani w Gdańsku, ani żaden inny w Polsce. Film przeleżał się na „półkach”. O, zobacz! A tu mam zdjęcie Janusza Gajosa z wąsami! Został ucharakteryzowany do filmu „Trędowaty”, którego realizację państwo PRL przerwało mi w dniu rozpoczęcia zdjęć... Janusz jest jednym z moich ulubionych aktorów, zachwyciłem się nim, kiedy zagrał w moim „Wahadełku”. Potem już chciałem, żeby grał w każdym moim filmie. I gra!

 

Świetne jest to zdjęcie Janusza, trochę takie legitymacyjne, w klimacie komuny...

 

O, a tu jest kartka pocztowa, która przyszła w paczce z ryżem i makaronem w stanie wojennym. Przysłał mi ją holenderski reżyser, z którym zaprzyjaźniłem się na festiwalu filmowym w Salonikach. Stan wojenny w Polsce tak bardzo go poruszył, że oprócz jedzenia przesłał również wyrazy współczucia i zapewnienie o solidarności.

 

Klucz do pokoju hotelowego w Cannes!

 

Bywałem tam co roku, kiedy moje filmy pokazywano w oficjalnej selekcji Quinzaine des realisateurs do której wybierano 14 najciekawszych filmów. Pogrzeb jeszcze głębiej, to znajdziesz klucz do apartamentu w łódzkim Grand Hotelu, który dziwnym trafem został w mojej kieszeni. Tam spędzałem dużo czasu, można powiedzieć, że mieszkałem w Grandzie przez dziesięć lat, ponieważ w Łodzi kręciłem większość moich filmów. Wcześniej lubiliśmy mieszkać w Hotelu Mazowieckim, w którym zatrzymywali się rumuńscy TIR-owcy. Czuliśmy się tam swojsko, spotykaliśmy się w barze, który miał cztery metry kwadratowe. Krzysio Kieślowski robił tam „Amatora”, Agnieszka Holland była ze swoimi „Aktorami prowincjonalnymi”, ja z moją „Arią”. Tam był zupełnie wyjątkowy klimat.

 

Już nie szukam kluczy, wyjęłam kolejne zdjęcie, tym razem Janka Nowickiego…

 

… ucharakteryzowanego na księcia von Pless. Dziś prawdę mówiąc nie wiem, po co wtedy robiliśmy te charakteryzacje. Pamiętam, że nie było wtedy jeszcze ostatecznej wersji scenariusza, ale było już to zdjęcie... Kiedy dałem do przeczytania draft „Magnata” Edkowi Żebrowskiemu z którym prowadziłem zajęcia z reżyserii w Berlinie, on przeczytał go bardzo uważnie i stwierdził, że gdyby miał taki scenariusz, spałby spokojnie. Zapytał też, kto zagra głównego bohatera. Kiedy odpowiedziałem, że Janek Nowicki, spojrzał na mnie uważnie i powiedział: „O! To ty chcesz mieć takiego złego księcia!”. Ja nie miałem wątpliwości, że to powinien być Janek. Ale skoro książę jest zły, to ja już wiedziałem, jak rozmawiać z charakteryzatorem. Powiedziałem że książę ma być ostry, straszny, surowy. Siedziałem sobie w Hotelu Europejskim w Warszawie, a w tym samym czasie „powstawał” Hans Heinrich von Pless. Kiedy zobaczyliśmy to zdjęcie – Janek był sobą zachwycony. A ja byłem zachwycony nim.

 

Co my tu mamy? Duża rozkładana tektura, cała zapisana, porysowana…

 

Narysowałem na niej całego „Magnata” – 238 scen tego filmu. I potem przez rok, bo tyle czasu trwała jego produkcja, skreślałem kolejno – jedną po drugiej. Muszę przyznać, że bardzo wolno mi to schodziło. To była przestrzeń, na której, niczym w kalejdoskopie, widziałem kadr po kadrze – cały film.

 

Stworzyłeś nie tylko świat dla tego filmu, ale też życie ekipy filmowej było mu podporządkowane…

 

To prawda. Cała ekipa, sto dwadzieścia osób, przez rok żyliśmy w XIX wieku. To była wyprawa na pustynię z namiotami!


fot. Rafał Pijański

 

Tym razem wyciągnęłam z kufra książkę „Przedwiośnie”, pełną notatek na marginesach, z pozaginanymi rogami…

 

To książka, na której pracowałem tworząc jej adaptację, co zajęło mi 6 miesięcy. Fakt, robiłem na niej notatki. Książki nie można było tak literalnie przerobić, bo również przez Żeromskiego była niedopracowana. Oczywiście nie w sensie literackim, ale faktograficznym, następstw zdarzeń, czy przeskoków czasowych.

 

Przed rozpoczęciem filmu spotkałeś się z córką Żeromskiego, Moniką. Co wniosła do filmu ta rozmowa?

 

Nie była to najprzyjemniejsza rozmowa w moim życiu. Odwiedziłem Monikę Żeromską w jej domu w Konstancinie. Nie potrzebowałem od niej żadnej zgody, ponieważ prawa autorskie do książki przestały już działać. Ale podziękowała mi za chęć spotkania się w imię praw moralnych do spuścizny po ojcu. Powiedziała: „Już Antoniemu Słonimskiemu mówiłam, że nikt nie zrobi „Przedwiośnia”, bo tej książki nie da się sfilmować i Antoni mnie posłuchał. No, nad panem nie mam żadnej władzy...”. Zadałem Monice Żeromskiej pytanie: „Co oznacza ostatnia scena w powieści? Czy fakt, że Baryka idzie z komunistami – to jest zakończenie pesymistyczne, czy optymistyczne?” Usłyszałem od niej, że jest to zdecydowanie pesymistyczna wersja. Ale jak sfilmować obiektywną scenę w sposób pesymistyczny?

 

Ty wybrnąłeś z tego tak, że...

 

Uśmierciłem Barykę!

 

A ja już wyciągam... czapkę kolejarza, zawiadowcy stacji!

 

Dostałem ją od burmistrza Koluszek podczas wielkiej fety, która odbyła się z okazji 35-lecia kręcenia tego filmu. Ostatnio dowiedziałem się, że Koluszki będą zupełnie przebudowane i również dworzec już nie będzie taki sam. To znaczy, że mój film będzie jedynym świadectwem, jak wyglądała stacja w tym mieście i co się na niej mogło zdarzyć. Chociaż muszę wyznać, że filmowy dworzec w Koluszkach został wybudowany na hali.

 

Kartka w linie, kilkanaście imion i nazwisk, wykrzykniki i znaki zapytania, plusy i minusy. Co tym razem „wylosowałam”?

 

To wynik castingu dzieci do mojego filmu „Poznań 56”. Z szesnastu musiałem wybrać jedną parę. Pamiętam, że zrobiłem to bardzo szybko. W filmie są takie sytuacje, że nawet jeżeli sam nie wierzysz w podejmowaną przez siebie decyzję, to i tak warto zaryzykować. I to była ta ryzykowana, dobra decyzja.

 

O, a to zdjęcie z naszych wakacji w Toskanii. Siedzimy wszyscy przy stole „Pod parasolami”: my, Ela i Janusz Gajosowie, Magda Umer, Zuzia Łapicka i Krysia Janda.…

 

…która potem zagrała jedną z trzech wymyślonych przeze mnie pań Dulskich. Dlaczego w moim filmie były trzy Dulskie? Bo tak mi się przyśniło. Na tym zdjęciu jest też Janusz Gajos, który za chwilę zagra u mnie w „Kamerdynerze”, z którym rozpocząłem rozmowy o filmie właśnie w tym miejscu, na toskańskiej plaży.


Janusz Gajos w filmie "Kamerdyner", fot. Rafał Pijański

 

To już sięgam po małe pudełko, które dostałeś od Kaszubów na premierze „Kamerdynera” w Wejherowie, wzruszonych do łez. To replika pierścienia generała Hallera, który otrzymał z okazji tzw. zaślubin Polski z morzem – pieczętując przyłączenie Bałtyku do Polski. Pamiętam, co Kaszubi powiedzieli Tobie po premierze. Stwierdzili, że jesteś ich bratem i że zawsze Ci pomogą.

 

A ja zawsze potrzebuję węgorza!

 

Na samym wierzchu skrzyni leży scenariusz filmu „Nauczyciel”. Jeszcze niezrealizowany.

 

Zaczęliśmy tę rozmowę od recenzji mojej książki, którą napisał Jarosław Iwaszkiewicz. A tu mamy napisany przeze mnie scenariusz, który stanowi zamknięcie pewnego cyklu literacko-filmowego uprawianego przeze mnie przez całe życie. To będzie film sięgający najgłębszych korzeni polskiej kultury: literackiej, muzycznej, plastycznej, również w oparciu o jedno z opowiadań Iwaszkiewicza i jego dzienniki. Scenariusz jest gotowy, dostaliśmy dotację z PISF-u, potrzebujemy jeszcze kilku ostatnich milionów żeby rozpocząć ten film. Szukamy zatem chętnego do naszej filmowej przygody!

 

Czy czujesz się mistrzem?

 

Nie, ale mam poczucie dość dużej pewności, co może wiązać się z mistrzostwem. Wiedza jaką masz łączy się nie tylko z pewnością, ale też pozwala na nonszalancję i swobodę. To jest mieszanka, która pomaga tworzyć. Już wiem, że powiem to, co chciałem powiedzieć. Niezależnie od tego, gdzie postawię kamerę.

 

Dziękuję za rozmowę i proszę – zrób teraz porządek w tym kufrze...

Rozmawiała Marzena Mróz-Bajon

 

Fotos z filmu „Aria dla atlety” dzięki uprzejmości WFDiF. Filmy ze zbiorów WFDiF dostępne są na portalu 35mm.online





Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura




Jeśli podoba Ci się nasz artykuł, możesz go udostępnić


Do góry!