Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Nie zmieniaj tematu…

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Nie zmieniaj tematu…

Nie zmieniaj tematu…

24.01.20

- Wychowałem się na blokowisku, wiele widziałem i doświadczyłem. Mówi się, że pierwsze filmy młodych twórców są często bardzo osobiste. W moim przypadku tak było, miałem w głowie ten temat, nosiłem go w sobie od dawna - mówi Hubert Patynowski, reżyser krótkometrażowego filmu fabularnego pt. „Nie zmieniaj tematu”, z którym rozmawia Jolanta Tokarczyk.

 

Twoja droga twórcza zaczęła się dość nietypowo, nie ukończyłeś szkoły filmowej, ale Twój film „Nie zmieniaj tematu” wyprodukowany został przez krakowską szkołę AMA Film Academy. Jak doszło do tej współpracy?


AMA, wraz z innymi podmiotami, ogłosiła konkurs „One Movie Project - Krótkometrażowe debiuty filmowe", zapraszając twórców, których filmy nie przekraczałyby 15 minut czasu ekranowego. Zgłosiłem swój projekt. Po dwóch turach spotkań z twórcami i pitchingami sześciu wybranych projektów Jury skierowało do produkcji dwa z nich – mój i Agnieszki Chmury.


Dzięki temu otrzymaliśmy sprzęt i środki finansowe na realizację, a jesienią 2018 roku rozpoczęliśmy zdjęcia. Półgodzinny film nakręciliśmy w ciągu zaledwie pięciu dni zdjęciowych i jednego dnia dokrętek. Materiału było nawet więcej i pierwsza układka montażowa liczyła prawie 50 minut. W marcu 2019 roku skończyliśmy montaż.


Produkcja zakończyła się sukcesem, film miał premierę na ubiegłorocznym Krakowskim Festiwalu Filmowym i zaczął drogę festiwalową. Przed rokiem wygrał główną nagrodę za najlepszy film krótkometrażowy na Festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie oraz nagrodę dla Najlepszego Filmu w Konkursie Filmów Krótkometrażowych na 44 FPFF w Gdyni.


W jakich okolicznościach pojawił się pomysł, że mógłbyś realizować filmy?


W szkole średniej polonistka przekazała mi informacje o naborze na konkurs scenariuszowy Studia Munka. Spróbowałem i, mimo że nic nie wygrałem, wkręciłem się w robienie filmów. To było jakieś 10 lat temu. Dużo czytałem o filmie. Mama kupiła mi książkę Macieja Karpińskiego „Niedoskonałe odbicie” i kiedy ją przeczytałem, złapałem mega zajawkę. Pisałem scenariusze, ale upłynęło sporo czasu zanim nakręciłem swój pierwszy film.

 

Próbowałeś sił w łódzkiej Filmówce. Pamiętasz, jaki projekt składałeś na egzamin?


To było kilka lat temu. W sumie próbowałem się dostać na scenariopisarstwo trzy razy, dwa razy znalazłem się w drugim etapie. Pamiętam, że jedno opowiadanie z mojej teczki zostało dobrze przyjęte, ale jakoś nie wyszło. Uznałem, że szkoła jest „nie dla mnie”.

 

Jak odbierasz tę decyzję z perspektywy nagrody w Koszalinie, której większość laureatów i jurorów stanowią absolwenci szkół filmowych?


Twórcy filmowi to faktycznie zazwyczaj absolwenci szkół filmowych. Ludziom spoza szkół często brakuje samozaparcia i warunków do tego, żeby od początku do końca zrobić samodzielny film. Nie mając wsparcia merytorycznego, budżetu, zaplecza filmowego, kierują swoją kreatywność w stronę komercyjnych projektów: reklam, filmów promocyjnych czy teledysków.


Zawodu uczyłem się w praktyce tam, gdzie mogłem. Oglądałem filmy, analizowałem je i dużo czytałem, a realizację wideo zaczynałem od teledysków i reklam niskobudżetowych. Brałem udział w konkursach. Jeśli była perspektywa otrzymania jakichś pieniędzy, pracowałem jeszcze chętniej. Mam doświadczenie jako operator, montażysta, reżyser, scenarzysta, scenograf... nie dobiłem chyba tylko make-upu (śmiech).

  

Brałeś też udział w plenerach Film Spring Open w Przegorzałach…


Od kilku lat uczestniczę w plenerach, a w ubiegłym roku nakręciłem tam kolejny krótki metraż pt. „Zrzutka na miłość”. To 20-minutowy surrealistyczny, eksperymentalny film, zrobiony w całości na Film Spring Open. Nie wiem czy będzie miał tak bogate życie festiwalowe jak poprzedni, ale zamierzam wysłać go na kilka festiwali.


Mam ogromny sentyment do tych warsztatów, które są doskonałą kolonią dla filmowców, można tam poznać interesujących ludzi z Polski i ze świata. Panuje twórcza atmosfera, a na zakończenie warsztatów wspólnie oglądamy zrealizowane projekty.

 

Jeśli ktoś nigdy nie zrobił filmu, nawet krótkiego metrażu, może na plenerach nauczyć się podstaw warsztatu?


Warsztaty Film Spring Open przeznaczone są dla ludzi o różnym doświadczeniu, także dla początkujących, którzy po raz pierwszy stykają się z filmem.


Od filmowców z Polski i z zagranicy, ludzi różnych talentów, można się wiele nauczyć. Wykłady zagranicznych gości tłumaczone są z angielskiego, więc nieznajomość języka nie jest przeszkodą. Najważniejsze są: twórcza atmosfera jaka tam panuje i duże przyzwolenie na eksperymentowanie. Z tego powodu wielu uczestników decyduje się zrobić projekt, którego w normalnych warunkach nigdy by nie nakręciło. Tak było również z moim drugim krótkim filmem, na który pewnie nie dostałbym pieniędzy, biorąc pod uwagę jego eksperymentalny charakter.

 

Co to dla Ciebie znaczy – eksperymentalny film?


To surrealistyczny i abstrakcyjny dramat, z nieklasyczną narracją.  Napisałem go specjalnie na Film Spring Open, wiedząc, że będę mógł go tam zrealizować.

 

Wspominałeś o pracy w reklamie i przy teledyskach. Czy masz poczucie, że szkoła filmowa jest przepustką do świata filmowego? Czy często pytano Cię o dyplom?


Czasem się zdarza, że ktoś o to pyta, ale nie czuję się dyskryminowany z tego powodu, że nie ukończyłem szkoły filmowej. Wyjątkiem są konkursy scenariuszowe adresowane dla studentów lub absolwentów scenariopisarstwa albo reżyserii, w których nie mogę wziąć udziału nie ukończywszy szkoły.

 


Jak zmienia się życie, kiedy wejdzie się w świat komercji? Czy po „Nie zmieniaj tematu” coś ważnego wydarzyło się w Twoim życiu zawodowym?


Dostałem propozycje, odbyłem rozmowy z potencjalnymi producentami kolejnego filmu. Przede wszystkim jednak nawiązałem wiele cennych kontaktów, poznałem sporo ciekawych osób, które mogą mi pomóc w realizacji kolejnego projektu.

 

Udaje Ci się utrzymywać z filmu czy robisz coś zupełnie innego, a kręcenie to tylko hobby?


Od roku nie pracuję na etacie i jakoś udaje mi się utrzymać z konkursów i niedużych projektów. Ostatnio zrealizowałem dwa niskobudżetowe teledyski – jeden rapowy i jeden proekologiczny. Od czasu do czasu zdarza się jakaś komercyjna realizacja, ale zobaczymy co przyniesie przyszłość...

 

W „Nie zmieniaj tematu” bierzesz pod lupę subkulturę blockersów. Skąd taki tytuł i tematyka?


Wychowałem się na blokowisku, wiele widziałem i doświadczyłem. Mówi się, że pierwsze filmy młodych twórców są często bardzo osobiste. W moim przypadku tak było, miałem w głowie ten temat, nosiłem go w sobie od dawna.

 

Z jednej strony przeprowadzasz rekonesans tego środowiska, a z drugiej wykorzystujesz jako przenośnię odnośnie do tego, co dzieje się w Polsce.


Od początku wiedziałem, że temat donosicielstwa jest uniwersalny i za pomocą wydarzeń na osiedlu mogę odwołać się do sytuacji różnych warstw społecznych, narracji politycznych w Polsce czy do naszej historii. Przykład, który pokazuję w filmie, świadczy o tym, że życie jest dużo bardziej skomplikowane niż osiedlowe zasady.

  

Warto zestawić Twoją produkcję z innym filmem pokazywanym w Koszalinie, „Easternem” Piotra Adamskiego. To opowieść o rytuałach albańskiego kanunu osadzona w naszych polskich realiach. Piotr mówi o honorze, odpłacie za zniewagę, Ty o donosicielstwie i zdradzie. Odnajdujesz się w rytualności?


Od czasów plemiennych odrzucenie ma wymiar rytualny. Jeśli ktoś złamie zasady społeczności, do której przynależy, zostaje z niej wykluczony. Rytualność jest ważna również dla mnie, dlatego szukałem jej w większości scen. Dla przykładu, kiedy chłopaki witają się rytualnie przybijając piątkę, musi to zostać zrobione prawidłowo, według zasad. Ciekawym przykładem jest golenie głowy. Słyszałem, że wiele lat temu na jakimś osiedlu ktoś ogolił włosy dziewczynie i powiesił je na drzewie przed blokiem. Uznał, że zachowywała się “niegodnie” i wymierzył jej to co uznał za “sprawiedliwość”. Ten rytuał odwołuje się też do historii Polski i kultury japońskiej. W czasie wojny golenie głowy było karą za kolaborację z Niemcami, natomiast w jednej książce o kulturze japońskiej, pojawia się motyw ducha czy demona, który napada kobiety w nocy, żeby pozbawić je włosów.


Rytualność przejawia się również w muzyce. Wykorzystujemy utwory SoDrumatic’a, Anety Jankowskiej, Krzysztofa Guzewicza, i zespołu Mehehe. Ci ostatni tworzą słowiańskie, rytualne rytmy, na pozór nie związane z hip- hopem, ale idealnie podkreślające rytualność w niektórych scenach.

 

Czy prawdą jest, że miałeś trudności ze znalezieniem odtwórców do swojego filmu?


Na początku myślałem o obsadzeniu w głównej roli rapera, ale wiele osób nie chciało rozmawiać o tej roli, nie udawało mi się nawet zaprosić ich na casting. W środowisku uważa się, że donosicielstwo to wstyd i hańba, dlatego raperzy nie chcieli być z tym kojarzeni – nawet z ekranu. Profesjonalny aktor, który jest też raperem, również odmówił zagrania roli. Pomyślałem nawet, że warto nakręcić dokument o poszukiwaniach aktora do roli, tak bardzo stało się to intrygujące. Ostatecznie pierwszoplanową rolę zagrał Aleksander Talkowski, aktor i muzyk. Ujął nas nie tylko rapem, ale też zaangażowaniem i talentem.

 

W ostatnich latach powstało w Polsce kilka filmów o muzykach, którzy stali się głosem młodego pokolenia. Leszek Dawid nakręcił „Jesteś Bogiem”, odwołujący się do biografii lidera Paktofoniki, a Michał Węgrzyn - „Proceder”, który przedstawia historię rapera Tomasza Chady. Czy poprzez teksty utworów chcieliście przekazać coś, co nie mieściło się w dialogach?

 

Mimo że nasz film nie traktuje wyłącznie o rapie, to wykorzystane tam utwory dużo mówią o bohaterach. Ta historia opowiedziałaby się oczywiście również bez rapu, ale byłaby sucha, nieintensywna, płytsza i mniej ciekawa. Tworząc scenariusz zawarłem w nim zręby tekstów, które miałyby być dopełnieniem filmowych dialogów. Pod tym kątem intensywnie poprawiałem scenariusz, właściwie do ostatniego dnia przed zdjęciami. Jest w filmie scena, kiedy Olek rapuje w pokoju a’capella. Wcześniej miałem napisany tylko jeden wers tego tekstu, a drugi wymyśliliśmy na planie, tuż przed realizacją sceny. Dobrze nam się pracowało w takiej adrenalinie kręcenia i wtedy powstawało wiele freestyli. Większość utworów napisano oczywiście wcześniej i nie wszystkie weszły do 30-minutowej wersji finalnej.


Rap był elementem konstrukcyjnym filmu; miał podkreślać emocje bohaterów i popychać fabułę do przodu. Dzięki udostępnionej nieodpłatnie muzyce SoDrumatica – Wojciecha Rusinka i tekstom Olka Talkowskiego udało nam się wiele przekazać za pomocą rapu. Bardzo emocjonalny utwór „Co jest dla mnie siła” w całości napisał Olek, który bardzo czuł swoją postać i zrobił ten kawałek w jedną noc. Natomiast „Lokal koka”, czyli utwór z początku filmu, jest efektem współpracy zespołowej.

 

Jak projekt został przyjęty w środowisku raperów? Czy widzieli film wcześniej, konsultowałeś go środowiskowo?


Chyba nieźle. Kilku raperów oglądało film i wypowiadało się pozytywnie.

 

Zaintrygowała mnie funkcja specjalisty do spraw osiedla - co kryło się pod tą funkcją?


Jak wspomniałem, wywodzę się z osiedla, ale od wielu lat nie jestem już tak blisko związany z tą tkanką ludzi młodych, którzy najczęściej mają po 15-25 lat. Dbając o zachowanie realizmu, Maciej Maślanka pokazywał fragmenty filmu kumplom z osiedla, a następnie relacjonował, co zostało przez nich dobrze przyjęte, a co nie. Na planie zaś jego funkcja polegała na tym, że pomagał nam udzielając informacji, których nie posiadaliśmy. Biorąc pod uwagę szybki okres realizacji, niekiedy nawet brakowało czasu na duble. Wtedy szczególnie potrzebowałem specjalisty ds. osiedla, który spojrzałby świeżym okiem na to, co właśnie kręciliśmy i powiedziałby czy to wygląda realistycznie, czy trzeba coś poprawić.


W filmie pojawia się też „Głos osiedla” - tak nazywam bohatera, który nie pokazuje twarzy, a tylko mówi do widza. Planowałem wprowadzenie takiej postaci już na etapie pisania scenariusza, ale to specjalista ds. osiedla musiał się wypowiedzieć czy ten monolog brzmi wiarygodnie. Reasumując, specjalista ds. osiedla dodawał mi pewności siebie i pilnował, żebyśmy się nie zagapili w szaleńczym tempie zdjęć. Generalnie Maciej to świetny gość i zawsze podnosi morale na planie.

 

Czy miałeś też innych nietypowych konsultantów?


Z kilkoma kolegami-raperami konsultowałem niektóre zagadnienia, ale tak wyjątkowa funkcja była tylko jedna. Być może nietypowe było jeszcze wsparcie jakiego udzieliła Aneta Jankowska. Chyba nie ma polskiego słowa określającego jej funkcję. Po angielsku brzmi to “acting coach”. Aneta przerobiła z dwojgiem aktorów - Aleksandrem Talkowskim i Martyną Byczkowską - procesy ruchowe wydobywania postaci, które polegają na tym, że aktora wprowadza się w stan głębokiej otwartości, aby uzyskać potrzebne emocje.


Projekt wyróżnia „ziomalskość” – współpraca z kolegami z osiedla, z którymi kumplujemy się od wielu lat. Omawiałem z nimi scenariusz, konsultowałem zdjęcia, a później wszyscy przyjechaliśmy na premierę.


Czy ta „ziomalskość” oznaczała również, że aktorzy grali we własnych kostiumach, czy zdecydowaliście się zaangażować profesjonalnego kostiumografa?

 

Zaprosiliśmy do pracy kostiumografa, choć zapewne nie był to wymarzony film dla specjalisty, biorąc pod uwagę, że ubrania były raczej proste: bluzy, spodnie, dresy. Jedynie Mikołaj Kubacki grał postać w swoim ubiorze, odstającą od reszty. Przyszedł na plan w długim płaszczu (pod którym miał bluzę dresową), do tego skórzane buty... Kiedy na niego spojrzeliśmy, doszliśmy do wniosku, że może zostać w tym stroju, bo był w tym środowisku „dziwakiem”. W filmie wykorzystaliśmy bluzy fikcyjnej firmy Juma, którą wymyśliłem na potrzeby realizacji.


 

Film utrzymany w narracji muzycznej wymusza określoną konstrukcję w montażu i trzymanie rytmu. Jak sobie poradziłeś z tym zadaniem?


Postprodukcję robiliśmy w domach, na własnych laptopach. Montażystką filmu jest Aleksandra Idzikowska, z którą współpracuję od wielu lat, razem zrobiliśmy nasze pierwsze wideo. Ola była też drugą reżyserką oraz zrobiła plakat do filmu.


Film montowaliśmy przez pół roku i była to naprawdę ciężka praca. Nieraz pojawiała się potrzeba dogrywania brakujących elementów. Na planie brakowało czasu na patostreamy. Wiedziałem jednak, że Mikołaj Kubacki, który grał rolę Cinka będzie mógł dogrywać to swoim telefonem. Takie materiały otrzymywaliśmy później mailem. Cieszę się, że udało się skrócić film do 30 minut, bo dzięki temu zyskał szybkie, mefedronowe tempo.

 

Brałeś udział w konkursie na spot Legalnej Kultury, fascynujesz się teatrem absurdu i spaghetti westernami. W Twoim spocie „Piraci” i w filmie „Nie zmieniaj tematu” można odnaleźć elementy groteski i makabry. Czym inspirowałeś się podczas tworzenia spotu dla Legalnej Kultury?


Z Aleksandrą Idzikowską, współautorką spotu, postanowiliśmy, że kolejny raz zaprosimy do współpracy Krzysztofa Korczyńskiego. Nie jest on zawodowym aktorem, ale poetą i człowiekiem wielu talentów, i czasem grywa w moich filmach. Kiedy spotkaliśmy się z nim i jego żoną, pisarką Katarzyną Ryrych, Krzysztof zaczął spontanicznie opowiadać o tym, jakie kary groziły piratom, gdy zostali złapani. Kiedy tylko o tym usłyszeliśmy, od razu wiedzieliśmy, że warto przenieść tę historię na ekran, a idealną osobą, której można ją opowiedzieć jest dziecko. Spot nakręciliśmy w jeden dzień, zwykłą lustrzanką.


Jak się odnosisz do zagadnienia legalności w kulturze w kontekście „Nie zmieniaj tematu”? Czy chciałbyś, aby film obejrzało jak najwięcej widzów, czy zależy Ci na tym, aby – nawet przy mniejszej oglądalności – projekt pochodził z legalnych źródeł?


Dla twórcy bardzo ważne jest przede wszystkim to, aby w okresie festiwalowym film nie przedostał się nielegalnie do internetu. To mogłoby mu zaszkodzić, ponieważ wiele festiwali stawia przede wszystkim na premierowe pokazy i nie chce pokazywać u siebie filmów, które nielegalnie krążyły po sieci.


Producent Piotr Lenart włożył w ten projekt dużo pracy i energii, i myślę, że dla niego też było ważne, żeby oba filmy z konkursu nie trafiły zbyt szybko do sieci. Oczywiście chciałbym, by film obejrzało jak najwięcej widzów, ale nie z nielegalnych źródeł.  W branży jest pewna hierarchia, ustalona droga dystrybucyjna, która pozwala wpuścić film w internet dopiero po wyczerpaniu wcześniejszych kanałów dystrybucji.


Mam świadomość, że wielu zagranicznych widzów nie będzie miało możliwości zobaczenia go, ponieważ osoby te nie uczestniczą w festiwalu w Gdyni czy w Koszalinie. Prawa autorskie do mojego filmu zostały jednak sprzedane do Canal+, więc będzie możliwość zaprezentowania go szerszej publiczności.

 

I tego serdecznie życzymy.


Rozmawiała: Jolanta Tokarczyk
Fot. archiwum artysty

 

***

Intrygujące spojrzenie na środowisko polskich blockersów, sportretowane w wiarygodny sposób przyniosło Hubertowi Patynowskiemu prestiżową nagrodę Jantara na 38. Festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie. Tym ważniejszą, że stawał w szranki z kolegami ze szkół artystycznych, wkraczającymi na zawodową ścieżkę i pokazującymi swoje pierwsze profesjonalne produkcje. Biorąc pod uwagę, że stacja Canal+ ufundowała nagrodę w postaci zakupu licencji na emisję filmu, po wyczerpaniu drogi festiwalowej będzie go można zobaczyć także na małym ekranie.





Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura




Spodobał Ci się nasz artykuł? Podziel się nim ze znajomymi 👍


Do góry!