Hazard. Gamgsterka. Lata 90. „Wielka Warszawska” na ekranach kin

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Polecamy

Hazard. Gamgsterka. Lata 90. „Wielka Warszawska” na ekranach kin

Hazard. Gamgsterka. Lata 90. „Wielka Warszawska” na ekranach kin

21.01.26

Konie, uwielbiane przez sportowców i rody królewskie, hołubione przez malarzy, tym razem zagościły na wielkim ekranie za sprawą wchodzącego właśnie do kin filmu „Wielka Warszawska” w reżyserii Bartłomieja Ignaciuka. To pełna zwrotów akcji opowieść o sporcie, mafii i skomplikowanych relacjach międzyludzkich, z główną rolą znakomitego w tej produkcji Tomasza Ziętka. Sensacyjne widowisko osadzone jest w świecie wyścigów konnych w Sopocie i na warszawskim Służewcu. Film, który warto obejrzeć na wielkim ekranie, właśnie wszedł do kin.


Akcja filmu „Wielka Warszawska” rozgrywa się na początku lat 90., gdy po upadku komunizmu tworzyły się nowe fortuny i zmieniały reguły gry. Scenariusz jeszcze w latach 80. wyszedł spod ręki Jana Purzyckiego – autora kultowych już produkcji „Wielki Szu” i „Piłkarski poker”– a tytuł od początku miał być dopełnieniem jego filmowej trylogii o wielkich pieniądzach, hazardzie i przekrętach. Artysta nie zdołał jednak projektu zrealizować, gdyż władze PRL-u, obawiając się, że film skompromituje państwowe tory wyścigów konnych, skutecznie blokowały jego powstanie. Purzycki tuż przed śmiercią (w 2019 roku) przekazał swoje ostatnie dzieło producentowi i przyjacielowi Tadeuszowi Lampce – ówczesnemu prezesowi MTL Maxfilm. Producentką filmu została Alicja Grawoń-Jaksik.

„Wielka Warszawska” to opowieść o młodym dżokeju marzącym o sportowej karierze. Zwieńczeniem tych marzeń jest udział w najważniejszej gonitwie w Polsce – Wielkiej Warszawskiej. Główny bohater – Krzysiek wkracza w środowisko wyścigów konnych z naiwnością nowicjusza i entuzjasty. Dopiero po pewnym czasie orientuje się, że gonitwy to siatka zależności, potężnych interesów i manipulowanie wynikami. Chłopak wierzy, że może to zmienić, szczególnie że kraj stoi na krawędzi wielkich przemian. Upadek komuny daje nadzieję, że przyszłość będzie już tylko lepsza, a zasady jaśniejsze. Jednak w świecie korupcji i nieczystych zagrywek ciężko jest pozostać bez skazy. Czy Krzyśkowi uda się oprzeć wielkim pieniądzom i szybkiej karierze? Jak wiele jest w stanie poświęcić, by rozsadzić panujący układ?

Reżyser i producentka zaprosili do współpracy wielu czołowych aktorów: Tomasza Ziętka, Marcina Bosaka, Tomasza Kota, Mirosława Kropielnickiego, Tomasza Sapryka, Agnieszkę Żulewską, Ireneusza Czopa, Andrzeja Konopkę, Piotra Trojana i innych.
Miniony rok w filmie niewątpliwie należał jednak do Tomasza Ziętka. Główne role w serialu „Czarna śmierć” i w „Wielkiej Warszawskiej”, dopełniają artystycznego emploi tego aktora.
Grany przez niego bohater, Krzysztof Salomon to początkujący dżokej z Sopotu, który pragnie wygrać najsłynniejszą gonitwę w Polsce. Po cichu Krzysiek marzy o pięknej Ewie – dziewczynie, która na razie trenuje z nim jako amatorka, ale również chce zostać zawodową dżokejką.


Aktor przeszedł przez niełatwe zadanie zgłębiania tajników tupotu końskich kopyt i precyzyjnego utrzymania się w siodle.

- Miałem przeświadczenie, że będzie to dla mnie, na poziomie rozwoju personalnego, pewnego rodzaju wyzwanie – dzieli się spostrzeżeniami Tomasz Ziętek.
- Chociażby przez konie, których, nie powiem, przed filmem nie darzyłem zbytnim zaufaniem. Nie mówię tu o strachu, ale na pewno o obawie. Sam z siebie nie zdecydowałbym się na jazdę konną. Ale moja praca pomaga mi przekraczać własne lęki.
I tak było w tym przypadku. Bardzo się więc cieszę, że miałem szansę tego wszystkiego doświadczyć. Otrzymałem szansę wejścia do świata, o którego istnieniu nie miałem wcześniej pojęcia i z którym nie miałem żadnej styczności. Zmieniło się to za sprawą filmu i samego przygotowania – chodziłem na treningi dżokejskie pod okiem Kamila Grzybowskiego, na Służewiec, na salę, gdzie z innymi uczniami miałem okazję doskonalić umiejętność dosiadu sportowego.
A jak już poznałem reżysera Bartka Ignaciuka, poczułem, że to wspaniały współpracownik, więc wszystko wskoczyło na swoje miejsce – mówi o swoich motywacjach odtwórca głównej roli.

Doświadczenie obcowania przez tak długi czas ze zwierzętami okazało się cenne i z pewnością będzie przydatne w kolejnych filmach.
- Niewątpliwie zaskoczył mnie tryb pracy dżokeja, który jest interesujący, bo nierozerwalnie związany z trybem dnia koni. Poranne treningi, poranne karmienie, w centrum tego systemu
stoi właśnie koń i jego zegar dobowy.
Nigdy wcześniej nie obcowałem z końmi tak długo i na takim poziomie zależności, bo to o zależności trzeba mówić, kiedy wsiada się na grzbiet dużego zwierzęcia. Więc myślę, że sporo się też dowiedziałem o sobie – mówi Ziętek.



– Wychowałem się na filmach takich jak „Wielki Szu” i „Piłkarski poker”, tym większą radość sprawiła mi możliwość zanurzenia się w świecie wykreowanym przez cały zespół twórców i wielką frajdą było móc dołożyć do tej kreacji, swoją energię i wyobraźnię – dodaje z kolei wcielający się w rolę Omara, Marcin Bosak.

– Obcowanie ze scenariuszem Jana Purzyckiego było jak wejście na plan kultowego filmu, zanim jeszcze włączono kamery. Czułem ekscytację - dodaje grający postać Sagana Piotr Trojan.

Reżyser ze środowiskiem wyścigów konnych na warszawskim Służewcu zetknął się znacznie wcześniej. - Tor, który pamiętam, stawał się wtedy czymś nowym, bo wcześniej państwowe przedsiębiorstwo ścigało się samo ze sobą. A tu nagle pojawili się prywaciarze ze swoimi końmi i poniekąd rozbili tę hermetyczność Służewca. Stąd też w tej historii Sopot, bo chciałem, aby ten nasz bohater był swojego rodzaju outsiderem, człowiekiem z zewnątrz, który dopiero zderza się z tym, co dzieje się na miejscu.
Z pewnością jednak pomogło mi, że mogłem w latach 90. osobiście obserwować tor od zaplecza stajennego i, choć trudno mi o tym mówić, niewiele się ono od tamtego czasu zmieniło. Z perspektywy filmowej nam się to przysłużyło – nie musieliśmy stosować wielu zabiegów, aby usunąć ślady współczesności, bo czas się tam zatrzymał. Służewiec jest pod wieloma względami skansenem lat PRL-u i w związku z tym mieliśmy znacznie ułatwione zadanie – wspomina pracę przy filmie Bartłomiej Ignaciuk.



„Wielka Warszawska” to produkcja, dzięki której na ekranie ożył dawny świat. W trakcie zdjęć, które trwały na przestrzeni 4 miesięcy, na planie pojawiło się niemal 3000 statystów. Do tego w produkcji zagrały rekwizyty z epoki – w tym 300 zabytkowych samochodów, które wypożyczono z muzeów motoryzacji i od prywatnych kolekcjonerów, czy rekwizyty immanentnie związane z nieznanym szerokiemu widzowi światem wyścigów konnych. By powstały ujęcia w trakcie gonitw, zbudowany został specjalny mechaniczny mockup konia dla realistycznego oddania dynamiki wyścigów podczas scen aktorskich.

Część kostiumów sprowadzono z zagranicy, m.in. ze słynnej czeskiej wytwórni filmowej w Barrandovie. Większość nakręconego materiału wymagała obróbki cyfrowej – po to, by z ekranu zniknęły współczesne budynki oraz reklamy i warszawskie ulice wyglądały jak w latach 90.
- Tor poza wyścigami, które trwają od kwietnia do października, czyli dokładnie wtedy, kiedy mieliśmy zaplanowane okno zdjęciowe, jest gospodarzem różnych innych wydarzeń. Układanie kalendarza zdjęciowego to zawsze łamigłówka, ale w tym wypadku to była łamigłówka x 1000. Mieliśmy 41 dni zdjęciowych, na torze ponad 20 – podsumowuje producentka Alicja Grawoń-Jaksik.
O filmowych zmaganiach na Służewcu opowiada tymi słowy: - Tor jest zabytkiem, znajduje się pod ochroną konserwatorską i prace scenograficzne są ograniczone, podlegają dużym reżimom, co oznaczało, że często musieliśmy się dopasowywać do obiektu pod bardzo różnymi względami – np. pod powierzchnią głównego toru znajduje się zabytkowa, ceramiczna instalacja hydrauliczna, czyli nie mogliśmy wjechać cięższym sprzętem, a to w zasadzie każdy sprzęt kamerowo-oświetleniowy na planie filmowym; mogliśmy wyznaczać trakty komunikacyjne dla ekipy i twórców tylko w określonych miejscach, tak by nie
naruszyć trawy – specjalnie pielęgnowanej na imprezy wyścigowe; przy scenach masowych (a jest ich przecież w filmie kilka) musieliśmy organizować garderoby w oddaleniu, w specjalnie wyznaczonym miejscu, w którym można stawiać jakieś obiekty… Historii i niuansów logistycznych jest mnóstwo, co podkreśla wyjątkowość tego filmu – podsumowuje producentka.

Podkreślają ją również konie, nieczęsto obecne w takim wymiarze w polskich filmach, które dodają tej produkcji magii, uroku i tajemnicy. Być może komuś łza się w oku zakręci na wspomnienie tamtych dni, tamtych lat...

Przed filmem usłyszycie spot „W czerni kina” Legalnej Kultury w autorskiej wersji głównego bohatera filmu, Tomasza Ziętka.


Na podstawie materiałów prasowych: Jolanta Tokarczyk

Materiały zdjęciowe wykorzystane w tekście pochodzą z archiwum dystrybutora: NEXT FILM

 




Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura




Spodobał Ci się nasz artykuł? Podziel się nim ze znajomymi 👍


Do góry!