Ja w internecie

PROGRAM SZKOLENIOWY W ZAKRESIE ROZWOJU KOMPETENCJI CYFROWYCH



Wyszukaj na stronie "Ja w internecie"


Wykorzystywanie muzyki do celów wyborczych – co na to prawo autorskie?

PRAWO W KULTURZE

/ Prawo w praktyce

Wykorzystywanie muzyki do celów wyborczych – co na to prawo autorskie?

Wykorzystywanie muzyki do celów wyborczych – co na to prawo autorskie?

03.07.20

Kampanie wyborcze to czas, w którym politycy używają różnych technik i sposobów, aby przekonać wyborców do swoich racji. Jednym z najczęściej wykorzystywanych „uniwersalnych języków” jest muzyka. Skoro, za jej pomocą można regulować nastroje konsumenckie, to dlaczego nie spróbować zrobić tego samego w celach politycznych? Wybór utworu, w akompaniamencie którego przyszły prezydent czy premier wyjdzie do swoich zwolenników, jest absolutnie kluczową sprawą dla jego wizerunku. Niestety często zapomina się, że politycy powinni przestrzegać prawa, w takim samym zakresie jak ogół społeczeństwa i powstrzymać się od wykorzystywania utworów bez zgody ich autorów.

Jakiś czas temu, media obiegła informacja, jakoby kompozytor Zbigniew Priesner zamierzał pozwać, ubiegającego się o fotel Prezydenta RP, Andrzeja Dudę. Historia tego sporu, rozpoczyna się w Krakowie i dotyczy utworu „Miejcie nadzieje” w wykonaniu Jacka Wójcickiego. 21 czerwca Gazeta Wyborcza zamieściła informację, iż z zaparkowanego na Małym Rynku „Dudabusu” rozbrzmiewały dźwięki utworu stworzonego przez Preisnera. Sam kompozytor odniósł się do tej sprawy, umieszczając na swoim Facebook’u post, w którym zapowiedział podjęcie kroków prawnych w celu ochrony swoich prawa jako twórcy utworu. Na wpis, bardzo szybko zareagowali sztabowcy Andrzeja Dudy. Z podanych przez nich informacji wynika, że utwór Preisner został co prawda wykorzystany, ale przez kontrmanifestantów, którzy pojawili się na Małym Rynku, aby zaprotestować przeciwko polityce urzędującego Prezydenta. Doniesienia potwierdziła współorganizatorka i uczestniczka manifestacji - Katarzyna Boroń, reprezentująca inicjatywę #DOŚĆmilczenia. W rozmowie z PAP stwierdziła dodatkowo, że „jest zgoda ZAiKS-u na wykorzystanie fragmentu utworu podczas manifestacji, który nie przekracza 30 sekund. My bardzo często wykorzystujemy różne utwory podczas naszych demonstracji, ale rygorystycznie wręcz przestrzegamy tego czasu, żeby nikt nie miał do nas żadnych zastrzeżeń"[1]. Zaglądamy zatem na stronę ZAiKS-u, a tam, w zakładce FAQ możemy przeczytać następującą odpowiedź, na pytanie o wykorzystanie 30-sekundowego fragmentu jakiegoś utworu: „Nie, to nieprawda. Utwory podlegają ochronie niezależnie od kryterium czasu trwania. Nawet bardzo krótkie utwory lub ich fragmenty wymagają w przypadku ich wykorzystania zgody uprawnionych i zapłaty tantiem”[2]. Jasne? No właśnie nie do końca. Wielokrotnie słyszałem o jakiejś magicznej długości, którą można bezpłatnie wykorzystać. Raz było to 15 sekund, innym razem nawet 50. Za każdym razem pytałem, skąd ta osoba powzięła taką informację. Jak łatwo się domyślić ani razu nie otrzymałem konkretnej odpowiedzi. Nic dziwnego, taka norma po prostu nie istnieje i naprawdę zachodzę w głowę, gdzie ta miejska legenda ma swoje źródło.


No dobrze, ale co na to przepisy? Tutaj sprawa wydaje się być prosta – jedynym wyjątkiem, pod którym można wykorzystać utwór bez zgody autora jest tzw. dozwolony użytek osobisty uregulowany w art. 23 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Żadna, inna sytuacja nie usprawiedliwia eksploatacji cudzej twórczości. Zwłaszcza gdy mamy do czynienia z publicznym odtwarzaniem utworu. Wówczas mamy obowiązek uzyskać zgodę autora/ów. W przeciwnym wypadku narażamy się na odpowiedzialność za naruszenia praw twórcy bądź innych uprawnionych podmiotów (np. wytwórni płytowej, która wydała konkretny materiał). Zazwyczaj pozwy opiewają na naprawdę zawrotne sumy, więc lepiej uważać.


Co ciekawe, w omawianej sprawie mamy do czynienia z jeszcze jednym, niezwykle istotnym aspektem autorskiej twórczości, a mianowicie więzią, która łączy utwór z jej (w tym wypadku) kompozytorem. Artysta może po prostu nie życzyć sobie, aby jego prace były kojarzone z jakąś konkretną myślą czy też opcją polityczną. Podobna sytuacja dotknęła zespół Lombard, którego utwór „Przeżyj to sam” został w 2015 r. wykorzystany jako oprawa muzyczna na poznańskiej demonstracji zorganizowanej przez Komitet Obrony Demokracji. „To hymn pokoleń Polaków, bez względu na poglądy polityczne czy przynależność partyjną. Oburza nas ten fakt tym bardziej, iż zrobiono to w przededniu rocznicy wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Smutnej rocznicy, kiedy "uzbrojonych w broń palną braci wyprowadzono na ulicę przeciw nieuzbrojonym braciom (…) Nie pozwolimy by nasza twórczość była wykorzystywana do skłócania Polaków, podsycania konfliktów, obrażania i pomawiania, tym bardziej w rozgrywkach politycznych"[3] – napisali, w oświadczeniu na Facebooku członkowie grupy Lombard. Jak widać, zespół nie miał pretensji o naruszenie przepisów ustawy, a właśnie o powiązanie ich utworu z konkretnym ruchem.


Polscy politycy to i tak sztywniacy w porównaniu z tymi amerykańskimi. Tam, wiece odbywają się z pompą godną widowisk sportowych, a wybór utworu, przy dźwiękach którego polityk objawi się zgromadzonemu tłumowi, jest ważną, strategiczną decyzją. Chodzi wszak o wizerunek i próbę wywołania jak najlepszego, pierwszego wrażenia. Donald Trump dwukrotnie bezprawnie wykorzystał utworu grupy Queen. Najpierw „We Are The Champions”, a następnie „We Will Rock You”. Gitarzysta grupy Brian May wydał oświadczenia, w którym podkreśla, że Trump nie miał i nie ma na to zgody, a dodatkowo odżegnuje się od upolityczniania muzyki Queen. Obecny Prezydent USA ma najwidoczniej ogólny problem z respektowaniem cudzych spraw, gdyż po Queen zabrał się za Rolling Stones’ów. Weterani rock & roll’a zapowiadają pozew, w związku z odtwarzaniem ich muzyki na wiecach republikańskiego polityka. Do ostatniego naruszenia doszło 20 czerwca, podczas spotkania w Tulsie w stanie Oklahoma. Wykorzystano tam fragment utworu „You Can’t Always Get What You Want” (w luźnym tłumaczeniu „Nie zawsze możesz mieć to, czego chcesz”), którego tytuł, jak na ironię, dobrze podsumowuje całe zamieszanie. W Stanach Zjednoczonych praktyka wyglądają trochę inaczej i artysta ma inne uprawnienia w zakresie powstrzymania publicznego odtwarzania jego utworów. Tam prawami dysponują agencje i tylko specjalne zastrzeżenie ze strony artysty może powstrzymać nieuprawnioną osobę lub podmiot przed użyciem muzyki. Prawo do użycia muzyki uzyskuje się wykupując specjalną licencję na konkretny rodzaj eksploatacji. Broadcast Music, Inc. (BMI) – jedna z trzech amerykańskich, organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, oświadczyła, że sztabowcy Trumpa rzeczywiście wykupili licencję, umożliwiającą wykorzystywanie ponad 15 milionów utworów muzycznych z bazy BMI, na potrzeby wieców kampanijnych. Tak jak pisałem wyżej, istnieje jednak przepis, który pozwala BMI na wykluczenie utworów muzycznych z licencji, jeśli autor tekstów lub wydawca sprzeciwi się ich wykorzystaniu w kampanii. Jak oczywiście wiadomo, prawo nie działa wstecz, więc odpowiedzialność rozciąga się jedynie na odtworzenia wykonywane, dopiero po wyrażeniu sprzeciwu ze strony artysty. W Polsce, wydawaniem takich licencji zajmuje się wspomniany już ZAiKS. Należy jednak pamiętać, że ochrona licencyjna obejmuje jedynie artystów zrzeszonych w tym stowarzyszeniu. Jest to o tyle istotne, że wielu niezależnych muzyków nie współpracuje z organizacją, a co za tym idzie, w celu uzyskania zgody na odtwarzanie ich muzyki, trzeba się kontaktować bezpośrednio z nimi. Zgodnie z informacją podaną na stronie ZAiKS-u „(…) publiczne wykorzystanie utworów, wiąże się z koniecznością uzyskania zgody autorów, których twórczość chce się wykorzystywać oraz odprowadzenia na rzecz twórców wynagrodzeń, czyli tzw. tantiem autorskich. Zawieraniem umów licencyjnych z kontrahentami zajmują się nasze przedstawicielstwa terenowe (dyrekcje okręgów). Jednostki te udzielają wszelkich informacji dotyczących także wysokości opłat stawek licencyjnych należnych za wykorzystanie utworów”[4]. Warto również zauważyć, iż z opłat zwolnieni są organizatorzy oficjalnych uroczystości religijnych, państwowych czy akademickich, jeżeli nie łączy się z tym osiąganie pośrednio lub bezpośrednio korzyści majątkowej (art. 31 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych).


Inni muzycy, którzy publicznie wyrażali niezadowolenie, z powodu wykorzystania ich twórczości przez Trumpa to Neil Young, Queen, Adele, Rihanna i R.E.M. Warto zaznaczyć, że Donald Trump odrzucił prośbę Younga o zaprzestanie grania „Rockin In A Free World” podczas kampanii w 2016 roku, a jego rzecznik powiedział, że Prezydent jest wielkim fanem Neila. Young odpowiedział, że Trump jest wstydem dla USA oraz że „usuniemy cię ze stanowiska i sprawimy, że Ameryka znów będzie wspaniała”.


Pokazuje to dobitnie, że muzykę ciężko zamknąć w ramy stricte prawne. Z szacunku do artystów i ich twórczości, każda publiczna eksploatacja, powinna być poprzedzona refleksją, o tym, czy danemu twórcy spodobało by się takie właśnie wykorzystanie jego utworów. Nie lubimy przecież, gdy ktoś posługuje się owocami naszej pracy bez pytania. Dlaczego więc stosować inne zasady w odniesieniu do sztuki.

 

Autor: Paweł Kowalewicz prawnik

 




Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura.



Do góry!