Ja w internecie

PROGRAM SZKOLENIOWY W ZAKRESIE ROZWOJU KOMPETENCJI CYFROWYCH



Wyszukaj na stronie "Ja w internecie"


Czy e-booki wrócą Polakom radość z czytania?

PRAWO W KULTURZE

/ Prawo w praktyce

Czy e-booki wrócą Polakom radość z czytania?

Czy e-booki wrócą Polakom radość z czytania?

31.01.20

Czytelnictwo w Polsce ma się coraz gorzej. Polacy czytają coraz mniej, co bezpośrednio przekłada się na spadek sprzedaży fizycznych egzemplarzy. Taki stan rzeczy pokazują m.in. badania Biblioteki Narodowej, która co roku przygotowuje raporty o stanie zainteresowania literaturą w Polsce. Zeszłoroczne wyniki pokazują, że jedną książkę w ciągu roku przeczytało w naszym kraju 37% badanych. 60% nie przeczytało żadnej. Czy e-booki, które cieszą się ostatnio zwiększoną popularnością będą w stanie odwrócić ten smutny trend i swoją funkcjonalnością wrócą Polakom radość z czytania?

Kilka dni temu do mediów dotarła informacja, iż Miasto Stołeczne Warszawa przeznaczyło 200 tys. zł na zakup 60 tys. książek elektronicznych dla stołecznych bibliotek publicznych. Dobitnie pokazuje to, że te urządzenia przestały być traktowane jako gorsi kuzyni klasycznych, papierowych wydań oraz, że stały się po prostu kolejną formą obcowania ze słowem pisanym. Pozostaje pytanie, jak kształtują się przepisy autorskie w kontekście używania tego typu technologii.


Pierwszy raz e-booki trafiły pod sędziowski młotek w 2016 r. Trybunał Sprawiedliwości UE zajmował się wówczas sporem pomiędzy fundacją pobierającą wynagrodzenia dla autorów a holenderskim stowarzyszeniem bibliotek. Proces skończył się przyznaniem racji bibliotekarzom, którzy zostali uprawnieni do wypożyczania e-booków na identycznych zasadach jak w przypadku książek drukowanych. Kolejną ważną sprawą było postępowanie wytoczone przez dwójkę francuskich autorów a organizacją zbiorowego zarządzania prawami autorskimi SOFIA, której jedną z kompetencji jest wydawania (oczywiście w imieniu twórców) zezwoleń na np. wznowienia starych wydań konkretnych tytułów. W tej sprawie TSUE przyznał rację autorom i wskazał, że stworzenie wersji elektronicznej jest nowym polem eksploatacji utworu i absolutnie nie można domniemywać zgody pisarzy na takie wykorzystanie ich literatury.


Nasze krajowe prawo, jak również idące za nim orzecznictwo stawiają sprawę dość jasno. Biblioteki są uprawnione do tworzenia cyfrowych kopii książek, jedynie do celów archiwizacyjnych. Mogą również kupować e-booki i udostępniać je maksymalnie jednemu czytelnikowi naraz. Jak wskazują bowiem osoby bezpośrednio zaangażowane w sprawę, w przeciwnym wypadku doszłoby do bezprawnego powielenia utworu - powstałyby bowiem jego elektroniczne kopie. Jak łatwo można się domyślić taki stan rzeczy jest kompletnie bezcelowy, gdyż całe założenie e-bookowego systemu opiera się na szerokiej dostępności danego tytułu, bez potrzeby produkcji nośników fizycznych – w tym przypadku drukowania kolejnych egzemplarzy książek. Biblioteki są zatem zobowiązane do podpisywania oddzielnych umów z autorami książek, które następnie, przełożone na „język cyfrowy”, zaspokoją czytelnicze potrzeby osób korzystających z usług książkowych wypożyczalni. Praktyka kształtuje się następująco: w ramach umowy z PWN jeden utwór może być udostępniony maksymalnie 5 użytkownikom, a w ramach drugiej – z firmą Legimi, która zapewnia pośrednictwo w udzielaniu zgód - dowolnej ich liczbie. Czytelnicy otrzymują w swojej filii kody, które umożliwiają dostęp do tekstu przez 30 dni. Po upływie tego czasu, kody tracą ważność i należy ponownie zapłacić za ich wykorzystanie.


TSUE w sprawie e-booków wypowiedział się jeszcze w końcówce zeszłego roku i jest to rozstrzygnięcie, które przez wielu uznawane jest za przełomowe, a na pewno takie, które powinno wyznaczyć kierunek dyskusji na temat prawno-autorskiej ochrony zasobów cyfrowych. Sprawa dotyczyła holenderskiej spółki Tom Kabinet, która stworzyła coś na kształt klubu czytelnika, jednak zamiast klasycznych książek, jego członkowie bazowali właśnie na e-bookach. „Klub” umożliwiał również odsprzedaż i kupno przeczytanych już książek elektronicznych, a w końcowej fazie działalności firma kupowała wersje cyfrowe, nakładała na nie własny znak wodny, a następnie oferowała sprzedaż zainteresowanym osobom. Wątpliwość co do działalności takiego „klubu” wyraziły dwie organizacje działające na rzecz ochrony praw twórców. Sprawa trafiła do sądu w Hadze, który w trybie prejudycjalnym, zadał pytanie TSUE. Pytanie brzmiało: czy pierwsza sprzedaż e-booka oznacza rozpowszechnienie utworu zgodnie z art. 4 ust 1 czy może udostępnienie utwory w rozumieniu art. 3 ust. 3? Ktoś może zapytać co to właściwie za różnica, ale jak zwykle bywa w takich przypadkach – różnica jest ogromna. TSUE stwierdził ostatecznie, że sprzedaż książki elektronicznej stanowi jej publiczne udostępnienie, co w konsekwencji prowadzi do braku możliwości zaistnienia tzw. wyczerpania prawa. Instytucja ta jest niezwykle istotna w sprzedaży nośnikami fizycznymi, takimi jak książki, płyty CD, DVD itd. Wyczerpanie prawa umożliwia swobodny obrót zakupionych na własny użytek nośników – sprzedaż używanej książki na serwisie aukcyjnym nie będzie wymagało zgody jej autora. Wyczerpanie nie zachodzi jednak w przypadkach usług świadczonych przez Internet. Warto również zwrócić uwagę, że licencje uprawniają użytkowników pobierających e-booka do jego odczytu, a nie dalszej dystrybucji – to już jest piractwo.


Wyrok ws. C-263/18 doprowadził również do jeszcze jednej ciekawej sytuacji. Kupując bowiem ten sam tekst w różnych wydaniach – książkowej, klasycznej i nowoczesnej, e-bookowej – konsument znajduje się w dwóch odmiennych stanach prawnych.


W pierwszym przypadku nabywa na własność egzemplarz książki, w drugiej, staje się licencjobiorcą, a zakres uprawnień do zakupionego tekstu reguluje umowa zawarta z wydawcą (oczywiście w postaci regulaminu na stronie, a nie fizycznie podpisywanej umowy).


Uzasadnienie wyroku opierało się również na założeniu sporych różnic ekonomicznych i funkcjonalnych obu form. Książka, jako przedmiot zrobiony głównie z papieru, jest mniej trwała. Można ją zalać, porwać czy też zniszczyć na wiele różnych sposobów, nie wspominając już o zwykłym starzeniu się materiału. E-book, jako zapis cyfrowy, jest praktycznie niezniszczalny, a co za tym idzie obrót nim nie generuje właściwie żadnych dodatkowych kosztów. Nierozstrzygnięta pozostaje nadal jednak kwestia odsprzedaży czytników typu Kindle z wgranymi w pamięć e-bookami, jednak znając dynamikę rynku w najbliższych miesiącach możemy spodziewać jakichś wiadomości w tym zakresie.

 

Autor: Paweł Kowalewicz, prawnik w Fundacji Legalna Kultura

 




Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura.



Do góry!