Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Młode kino autentyczne

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Młode kino autentyczne

Młode kino autentyczne

Każdy chce dotrzeć do publiczności, dlatego opakowanie musi być atrakcyjne i profesjonalne. Polskie kino debiutanckie ma się dziś zupełnie nieźle.  Jednak zmiana technologii, czyli kręcenie niemalże komórką spowodowało, że dyscyplina inscenizacyjna została odstawiona w kąt – mówi Janusz Kijowski, reżyser filmowy i teatralny, dyrektor programowy Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych "Młodzi i Film".



Czy w polskim kinie znowu coraz częściej opowiadamy o nas samych? Myślę między innymi o współczesnych portretach rodziny, migracji czy prowincji w nagradzanych w ostatnim czasie filmach, m.in.: "Twarzy" Małgorzaty Szumowskiej czy "Cichej Nocy" Piotra Domalewskiego.

Nie zgadzam się. Polskie kino nigdy nie odeszło od autotematyzmu! Zawsze był on obecny, a szczególnie w debiutanckim i krótkometrażowym filmie. To jest specyfika naszej kultury audiowizualnej i naszych szkół filmowych. Młodzi ludzie muszą zaczynać od opowiadania o sobie. O swoich bólach, troskach i cierpieniach. Jeśli Pan uważa, że nastąpił powrót do tej formuły, to tylko dlatego, że powstają coraz ciekawsze filmy.

Czy oglądanie debiutów, czyli Pana praca jako dyrektora programowego Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych "Młodzi i Film", sprawia Panu jeszcze przyjemność?

Bardzo dużą. To z nich dowiaduję się więcej o moim kraju i sąsiadach niż z gazet czy z telewizji. Hasło "Szczerość za szczerość" towarzyszące od lat festiwalowi nabiera z roku na rok coraz większego znaczenia. Ono określa cele, zadania i atmosferę pokazów. Nie staramy się być wielkim, światowym wydarzeniem, nie rozkładamy czerwonego dywanu i nie zakładamy krawatów, ale jesteśmy szczerzy w swoich wyborach. Na spotkaniach z twórcami można zadawać najtrudniejsze pytania. Nawet takie, na które artysta nie zna odpowiedzi. Szczerość płynie również z ekranu.

Jakie inne, poza szczerością, cechy wyróżniają młodych twórców?

Nie chcę wychodzić na mentora, ale odzywa się moje profesorskie doświadczenie.

Proszę kontynuować.

Dostrzegam pewien upadek warsztatu filmowego, którym odznaczały się filmy Hasa, Kluby, Zanussiego czy Kieślowskiego, a później oni sami wymagali tego samego od studentów i twórców w Zespołach Filmowych.

Na czym to polegało?

Na żelaznym scenopisie, logicznej i przejrzystej inscenizacji. Zmiana technologii, czyli kręcenie niemalże komórką spowodowało, że dyscyplina inscenizacyjna została odstawiona w kąt. Nie chcę generalizować, młodzi mają świetne pomysły, zatrudniają ciekawych aktorów, ale na ekranie pojawia się często twórczy mętlik. Poklejone kawałki ujęć i nieprzemyślane sceny. Należę do starszego pokolenia, które kręciło na papierze i w głowie. To nic nie kosztowało, ewentualnie zarywaliśmy noce. Trzeba było oszczędzać taśmę. Zanim krzyknąłem: "kamera", "akcja!" zastanowiłem się szesnaście razy. Dziś nie ma takich ograniczeń. Widzę, że szkoły filmowe sobie z tym nie radzą. W tym roku do konkursu krótkometrażowego "Młodzi i Film" przyjęliśmy mniej filmów. W latach ubiegłych pokazywaliśmy ok. 70 filmów animowanych, dokumentalnych i fabularnych. W tym roku zaledwie 52 krótkie filmy. Postawiliśmy na ostrzejsza selekcję. Natomiast interesujące jest zjawisko tworzenia się niezależnych grup filmowych. Na ogół opierają się one na przyjaźniach, ale sięgają po profesjonalnych operatorów. Widać, że dzisiaj nie trzeba studiować kilka lat w Łodzi czy Katowicach, aby nauczyć się filmowego rzemiosła. Wystarczy dyscyplina intelektualna i estetyczna, którą człowiek wykształci w sobie albo nie.



Wydaje się, że filmy pełnometrażowe mają się dziś dużo lepiej.  Wystarczy przywołać obecne w konkursie, a docenione już na innych festiwalach, "Wieża. Jasny dzień" Jagody Szelc czy "Serce miłości" Łukasza Rondudy.

W  pełnym metrażu młodzi filmowcy mogą oczekiwać większej opieki ze strony producenta i opiekuna artystycznego, bo tutaj w grę wchodzą duże pieniądze. Każdy chce dotrzeć do publiczności, dlatego opakowanie musi być atrakcyjne i profesjonalne. Polskie kino debiutanckie ma się dziś zupełnie nieźle.

W ogóle polskie kino ma się nieźle. Nagrody na najważniejszych festiwalach filmowych dla Małgorzaty Szumowskiej Srebrny Niedźwiedź - Grand Prix Jury w Berlinie i Pawła Pawlikowskiego Złota Palma dla najlepszego reżysera w Cannes. Co się stało, że jesteśmy wreszcie zauważani?

Mam taką teorię, że im gorzej w kraju, tym więcej tematów dla artystów. W "komunie",  zarówno Polska Szkoła Filmowa na przełomie lat 50/60 czy Kino Moralnego Niepokoju  w latach 70., to filmy stanowiły nasze odreagowanie na rzeczywistość. Oczywiście reżim stalinowski czy północnokoreański nie sprzyja rozwojowi sztuki, ale rozluźniony, taki jaki panował u nas po 1956 roku pomagał artystom i ich dziełom...

"Indeks", czyli Pana debiut fabularny nakręcony w 1977 roku w nurcie Kina Moralnego Niepokoju został zatrzymany przez cenzurę na okres czterech lat. Jak to jest być filmowcem bez debiutu?

To był ogromny cios prosto w serce zadany przez ówczesnego ministra kultury Janusza Wilhelmiego. Pamiętam, jak siedzieliśmy z doskonałą montażystką Ireną Choryńską we wrocławskiej wytwórni filmowej i kończyliśmy montaż filmu. W radio usłyszeliśmy o zamieszkach studenckich po śmierci Stanisława Pyjasa. Wtedy wygłosiłem prorocze zdanie, a nieczęsto mi się to zdarza, powiedziałem Irenie – "Chyba robimy film na półkę". Wiedziałem, że aluzyjne odniesienia do marca 1968 roku znalazły echo w proteście 1977 roku, gdy wybuchły zamieszki w Krakowie, a następnie całym kraju. Teraz po latach patrzę na to spokojniej, bo dzięki decyzji ministra kultury mój film ocalał w całości. Cenzura nie kazała mi dokonywać skrótów czy wycinać ujęć i scen. A przecież to stało się z "Rejsem" Marka Piwowskiego. Całe fragmenty filmu się nie montowały. W przypadku konwencji slapstikowej miało to mniejsze znaczenie niż przy "Indeksie", gdzie ingerencja w strukturę narracyjną mogłaby osłabić jego sens. Mój film trafił do kin w czasie karnawału Solidarności. W 1977 roku mógł być forpocztą przeobrażeń sierpniowych, ale już w 1981 roku stał się obrazem historycznym, bo rzeczywistość okazała się ciekawsza od tego co oglądamy na ekranie. Dodam, że opiekunem "Indeksu" był wspaniały pedagog, mój przewodnik i mentor Wojciech Jerzy Has.



W "Indeksie" powrócił Pan do wydarzeń 1968 roku. Czy tamte przeżycia były dla Pana znaczące?

Okazały się formacyjne. Dopiero wtedy zdawałem prawdziwą maturę. Egzamin dojrzałości obywatelskiej. Studiowałem na drugim roku na Wydziale Historycznym UW. Pamiętam, jak na dziedzińcu rozgrywał się strajk marcowy. Dla mnie, dwudziestolatka, była to pewnego rodzaju przygoda. Najgorsze stało się potem - pacyfikacja Uniwersytetu, wyrzucanie ludzi, rozwiązywanie wydziałów oraz fala antysemityzmu. Przecież dwadzieścia trzy lata wcześniej mordowano Żydów w czasie Zagłady. Nieliczni, którzy przeżyli gehennę Shoah, określali się jako Polacy. Zasymilowani obywatele byli Polakami, często kreatorami języka, literatury i twórcami kultury. Wykluczanie ich i propaganda antysemicka wywodząca się z kręgów partyjnych PZPR przypomina - niestety - to, co działo się na początku 2018 roku.

Czy zatem uważa Pan, że dziś twórcy powinni stawać w obronie podstawowych wartości?

Przyszedł czas, że obowiązkiem artystów kina i teatru jest mówienie głośno o otaczającej ich rzeczywistości. Filmy, które będzie można obejrzeć na początku lata w Koszalinie swoją temperaturą, treścią i formą stawiają opór światu zła i opisują go w taki sposób, by widz nie wychodził z projekcji obojętny. Nie powinienem podawać konkretnych tytułów, ale wydaje mi się, że taki jest "Atak paniki" Pawła Maślony. Oczywiście, pojawiają się w nim błędy debiutanckie, ale obraz ten bardzo porusza publiczność i opisuje cały ten dzisiejszy zgiełk.

A jakie zmiany zauważa Pan na rynku audiowizualnym. Jak zmieni kino coraz większa popularność platform VOD?

Jesteśmy w trakcie rewolucji technologicznej. Stacje telewizyjne odejdą w niebyt. Każdy według własnych gustów i potrzeb będzie  programował swoją bibliotekę audiowizualną w Internecie. To ma swoje dobre i złe strony. Jednak znacząco poszerzy pole naszej wolności i ograniczy propagandową manipulację widzem.

W jaki sposób  piractwo wpływa na przemysł filmowy?

To jest gangrena, który nas niszczy. Trzeba z nią walczyć. Potrzebne są regulacje przy dużych nakładach państwa. Piractwo powoduje ogromną stratę finansową twórców. Robimy wszystko, aby to zabezpieczać. Pracuję w radzie administracyjnej Związku Autorów i Producentów Audiowizualnych, gdzie próbujemy opracować nowe programy i uszczelniać system. Dużo się udaje, ale platformy zagraniczne działają w sposób niebywale perfidny. A swoją drogą, kiedy człowiek ma szansę dostać coś za darmo, to bierze i nie patrzy na nic. Tacy jesteśmy. Nasza świadomość jest nadal niska, co należy konsekwentnie zmieniać. Edukacja!


Rozmawiał: Marcin Radomski
Zdjęcia: Sylwia Olszewska



Do góry!