Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Przeszłość i przyszłość spotkają się w Gdyni

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Przeszłość i przyszłość spotkają się w Gdyni

Przeszłość i przyszłość spotkają się w Gdyni

Festiwal Filmowy w Gdyni, czerpiąc z ponad stuletniej historii polskiego kina i odważnie stawiając na młodych twórców, ma stać się prawdziwym świętem polskiego kina otwartym na widzów i najnowsze trendy. Z Michałem Oleszczykiem, dyrektorem artystycznym Festiwalu, krytykiem filmowym rozmawia Magda Sendecka.

Przejąłeś dyrekcję artystyczną gdyńskiej imprezy po trzyletniej kadencji Michała Chacińskiego, który zapoczątkował zmiany. Czym twój festiwal będzie się różnił od poprzednich?


Zależy mi przede wszystkim na tym, żeby i teraźniejszość, i przeszłość, i przyszłość polskiego kina były obecne w równej mierze na Festiwalu. Przez przeszłość oczywiście rozumiem retrospekcje honorujące kino klasyczne. Bardzo ważna jest dla mnie nowa sekcja „Skarby kina przedwojennego” – to sięgniecie w głębszą historię polskiego kina niż ta obecna dotąd na Festiwalu.

To rzeczywiście nowość. Inne sekcje raczej modyfikujesz albo uzupełniasz, ta jest zupełnie nowa.

I chcę się tego trzymać; to ma być stała sekcja. Jako kraj jesteśmy w dość szczególnej sytuacji. Nasza kultura była poddawana tylu traumom i zerwaniom, że trzeba odbudować świadomość tego, co się tutaj działo przed wojną, także w kinie. Zwłaszcza że te filmy przez wiele lat były rugowane ze świadomości: albo się o nich nie mówiło, albo mówiło się bardzo mało i źle. Zależy mi na poszerzeniu wiedzy na ich temat.

Jaki będzie kształt tej sekcji?

Jej opiekunem jest Michał Pieńkowski z Filmoteki Narodowej: autor bloga „Nitrofilm” (nominowanego do nagrody PISF-u) i filmograf, zajmujący się rekonstrukcją przedwojennych filmów, który w ramach projektu Filmoteki Nitrofilm doprowadził do odnalezienia wielu materiałów, do tej pory uważanych za zaginione.

W tym roku obejrzymy cztery tytuły: trzy Michała Waszyńskiego i popularną „Jadzię” Mieczysława Krawicza. To filmy nie tylko odrestaurowane cyfrowo, ale i uzupełnione – zwłaszcza w przypadku „Jadzi” – o odnalezione fragmenty. „Jadzia”, którą zobaczymy, jest dłuższa o 13 minut od wersji, którą znaliśmy do tej pory.

Michał Pieńkowski wygłosi przed filmami krótkie prelekcje, wprowadzając widzów w kontekst historyczny, opowiadając o aktorach, których zobaczymy na ekranie, a także o losach samych filmów.
O przedwojennym systemie produkcji – zupełnie przecież odmiennym niż współczesny – opowie też Marcin Adamczak na specjalnym wykładzie.

A skoro niepisanym bohaterem sekcji będzie Michał Waszyński, przewidzieliśmy też spotkanie z Łukaszem M. Maciejewskim, autorem scenariusza o jego losach, które z kolei poprowadzi Sebastian Smoliński.

Ten tekst bodaj dwa czy trzy lata temu wygrał konkurs scenariuszowy Script Pro.

Nic dziwnego, bo postaci tego kina – reżyserzy, aktorzy – same w sobie są fascynujące. Chcemy wspomnieć o tych ludziach i o ich niezwykłych losach, a Waszyński jest najlepszym przykładem kogoś, kto stąd wyjechał, a potem tworzył też w Hollywood. O Waszyńskim, który miał bardzo burzliwą karierę międzynarodową, bardzo mało się wie w Polsce. Tę wiedzę trzeba odbudować. A za realizację tekstu Maciejewskiego z całej siły trzymam kciuki.

Realizacja przerzuciłaby efektowny pomost między przeszłością a przyszłością polskiej kinematografii. A przyszłość na tegorocznym Festiwalu?

Tę reprezentuje Konkurs Młodego Kina, który poddałem liftingowi, analogicznemu wobec tego, jaki Michał Chaciński przeprowadził na Konkursie Głównym. Zaostrzyłem selekcję - w tym roku startuje w nim dwadzieścia pięć filmów a nie czterdzieści kilka, jak w latach ubiegłych. Podniesienie rangi tego konkursu jest bardzo ważne. Jeżeli większość zgłoszonych filmów się do niego dostaje, to słabnie poczucie, że udział jest zaszczytem i czymś wyjątkowym. Druga sprawa to przeniesienie konkursu do Teatru Muzycznego. Będzie się odbywał w mniejszej sali, ale jednak w centrum wydarzeń festiwalowych.

Ten konkurs jest mi bardzo bliski. Uważam, że to naprawdę jest okno do tego, co może się wydarzyć za rok – dwa - trzy, jeśli talenty, które mamy - bo mamy! - będą odpowiednio pielęgnowane. Jeżeli autorom tych filmów stworzymy atrakcyjne, inspirujące warunki do pracy. W tym konkursie znajdują się zapowiedzi nowych osobowości.



Dowody na to już mamy: nagrodzona kilka lat temu za „Hanoi – Warszawa” Katarzyna Klimkiewicz robi międzynarodową karierę, a Grzegorz Jaroszuk, który pokazał w Gdyni świetne „Opowieści z chłodni” ma dziś w Konkursie Głównym debiut pełnometrażowy „Kebab i Horoskop”. Premiera tego filmu odbyła się w Karlowych Warach.

To idealny przykład, bo „Kebab i Horoskop” jest filmem bardzo mocno utrzymanym w stylistyce, którą Jaroszuk zaproponował właśnie w „Opowieściach…”. Już wtedy można było zobaczyć, że to osobowość twórcza, która ma własny charakter pisma, swój filtr. Długi metraż jest rozwinięciem wizji świata zaproponowanej w tamtej etiudzie.

Dla mnie Konkurs Główny i Konkurs Młodego Kina to wydarzenia równorzędne. Zależy mi, żeby twórcy krótkich filmów poczuli się w Gdyni jak u siebie. Żeby nie czuli, że to jest mniejszy stolik dla uczestników kinderbalu.

Jednak najwięcej emocji budzi zawsze Konkurs Główny.

Oczywiście, jest najważniejszy. To jest przecież to „teraz” naszego kina i centrum życia festiwalowego. Ale nie chcę, aby Konkurs Główny przysłonił pytania o przeszłość i o przyszłość. Myślę, że to niezdrowa sytuacja, gdy po każdej kolejnej Gdyni prorokuje się o polskim kinie tylko na podstawie tego, kto wygrał Konkurs Główny. Złote Lwy są wypadkową gustu jurorów, natomiast polskie kino jest o wiele bardziej skomplikowanym organizmem. Nie jest tak, że kto wygra Gdynię, ten koniecznie wyznaczy kolejny trend. Tych trendów jest jednocześnie bardzo dużo.
Trzymam kciuki za filmy konkursowe. Bardzo jestem ciekaw wygranej, ale Festiwal to więcej niż wydrukowana po jego zakończeniu lista laureatów.

Selekcja odbyła się na nowych zasadach.

Pojawił się Zespół Selekcyjny – czworo reżyserów i autor zdjęć – wyłoniony w drodze głosowania przez Radę Programową Festiwalu, składającą się z kilkudziesięciu osób. Członkowie Zespołu, cieszący się zaufaniem środowiska, nie mogą być powiązani z żadnym z projektów, zgłoszonych do konkursu. Po długiej dyskusji z zespołem selekcyjnym zaproponowaliśmy listę filmów – wybranych z trzydziestu jeden zgłoszonych – Komitetowi Organizacyjnemu. Komitet, czyli kilkanaście osób reprezentujących instytucje organizujące festiwal, podjął ostateczną decyzję. Program jest więc wypadkową tych trzech wizji, to owoc dobrze pojętego kompromisu.

Konkurs jest bardzo różnorodny i dość wyrównany. To dobry rok. Są oczywiście filmy bliższe mojemu sercu i takie, które są dość odległe, ale szanuję ich obecność w konkursie. Na tym festiwalu mój gust estetyczny nie może być jedynym wyznacznikiem.

Jakie były kryteria wyboru? Różnorodność, o której mówisz, zapewne go nie ułatwiła?

Do każdego filmu podchodzę jak do pewnej wizji świata, proponowanej przez reżysera. To nie musi być mój świat, ale wizja powinna być spójna i powinna zdradzać świadomość warsztatową. Nawet jeżeli bardzo się opieram przed podróżą, którą mi film proponuje, doceniam, że została perfekcyjnie przygotowana. Należę do widzów eklektycznych: cieszą mnie zarówno podróże ściśle gatunkowe, jak i bardzo mocno autorskie. Patrząc na tę listę – rozpięte pomiędzy „Psim Polem” Lecha Majewskiego a „Jackiem Strongiem” Władysława Pasikowskiego. Dla mnie te dwa warianty się nie wykluczają, po prostu Majewski zabiera mnie gdzie indziej niż Pasikowski, ale obaj robią to w pełni świadomie. A ja chętnie podążam w oba miejsca.

Cieszę się, że konkurs łączy różne wizje. Choćby „Sąsiady” Grzegorza Królikiewicza – film zupełnie wizjonerski, szalony, a przy tym film mistrza, od którego można się uczyć sposobu patrzenia na świat.

Dobrze pojęty eklektyzm jest częścią myślenia o selekcji. No i uhonorowanie debiutów: też bardzo różnych, bo mamy tu „Kebab i Horoskop”, „Hardkor Disko” i „Jeziorak”.

No i dwa filmy drugie.

Tak, „Obietnica” Anny Kazejak i „Miasto 44” Jana Komasy. Też kompletnie odmienne, poruszające się w zupełnie innych rejonach. Ta różnorodność jest dla mnie bardzo ważna.

Brakuje mi na liście filmów konkursowych moich ukochanych „Małych stłuczek”.

Znalazłem dla tego filmu miejsce na festiwalu. Pokażemy go w sekcji Inne spojrzenie. To interesujące poszukiwanie własnego głosu i będę bardzo czekał na kolejny film Aleksandry Gowin i Ireneusza Grzyba.

Inne spojrzenie zastąpiło dawną Panoramę polskiego kina. Skąd to przeformułowanie?

Słowo „panorama” zawiera chęć całościowego oglądu. To taki przegląd: co zrobiono. A ja znalazłem w tym roku kilka filmów, które są trochę na pograniczu kina konwencjonalnego, a z drugiej strony - trochę na pograniczu, jeżeli chodzi o kryterium osiągniętego celu. Proponują coś bardzo odważnego, nie zawsze spełniając cel, ale intrygując widza. Każdy z nich bardzo mnie zainteresował, uważam, że ich reżyserzy mają talent, ale nie myślę, żeby miejscem dla tych filmów był Konkurs Główny. To mogłoby je skrzywdzić: w konfrontacji z mocniejszymi propozycjami mogłyby przepaść. A w odrębnej sekcji zwracam uwagę na ich wyjątkowość. To „Arbiter uwagi” Jakuba Polakowskiego, „Heavy mental” Sebastiana Buttnego, wspomniane „Małe stłuczki" i wreszcie „Polskie gówno” Grzegorza Jankowskiego.

Plebiscyt publiczności w tej sekcji pokaże, który z tytułów będzie się cieszył największym zaufaniem widzów.



Wróćmy jeszcze do sekcji pozakonkursowych, bo kino przedwojenne to nie jedyny wątek...

Przygotowujemy mnóstwo atrakcji. Na przykład w sekcji Klasyka mniej znana pokażemy filmy Janusza Nasfetera, uzupełnione o cztery rzadko pokazywane krótkie metraże tego twórcy – a to dzięki obchodzącej jubileusz Wytwórni Filmów Oświatowych. Dla mnie Nasfeter to jeden z najwybitniejszych twórców polskiego kina, zupełnie osobny. Obejrzane raz, w odpowiednim wieku, jego filmy działają tak mocno, odwołując się do psychiki dziecka czy młodego człowieka, że są nie do usunięcia z systemu.

Kontynuujemy pokazy w sekcji Czysta klasyka, ciesząc się z odnawiania kolejnych filmów. Tak się złożyło że w tym roku wyszła nam z tego mini-retrospektywa Witolda Leszczyńskiego, bo mamy „Siekierezadę”, „Żywot Mateusza” i „Konopielkę”. Ale też pokaz „Wielkiego Szu” laureata Platynowych Lwów Sylwestra Chęcińskiego, pokazy specjalne filmu „Kingsajz” Juliusza Machulskiego i „Zmruż oczy” Andrzeja Jakimowskiego, który już stał się klasykiem. Bo te najnowsze filmy też trzeba odnawiać i przechowywać cyfrowo.

Bardzo się też cieszę z obecności w Polonikach filmów Waleriana Borowczyka. Na przełomie sierpnia i września wychodzi największy na świecie box Blu-ray poświęcony Borowczykowi, efekt tytanicznej pracy archiwistów z Polski i z Wielkiej Brytanii, głównie Daniela Birda i Michaela Brooke’a, którzy będą gośćmi festiwalu. Pokażemy zestaw krótkometrażówek Borowczyka i „Goto - wyspę miłości” odnowione cyfrowo.

A to tylko przykłady pierwsze z brzegu.

Pod względem obfitości programowej Gdynia zaczyna przypominać Nowe Horyzonty…

Chyba trochę tak jest, i bardzo się z tego cieszę. Festiwal powinien być jak najbogatszy.

W tym bogactwie znalazło się też miejsce dla Legalnej Kultury.

Tak, ogłosiliśmy między innymi konkurs na film krótkometrażowy promujący Legalną Kulturę. Uważam, że ta inicjatywa jest bardzo ważna.

Mam nieco kontrowersyjną opinię na temat piractwa, które wybuchło w ciągu ostatnich dziesięciu lat, bo uważam, że pomijając wszystkie kwestie legalności i moralności, odegrało ono w Polsce rolę kulturotwórczą, dając bardzo szeroki dostęp do starych i nowych filmów. Myślę, że niecierpliwość, jaką w końcu polska publiczność okazała wobec produkcji spod znaku umownie pojętej „Kac Wawy” ma coś wspólnego z tym, że Polacy naoglądali się milionów godzin świetnych filmów i seriali z Zachodu. Niestety nie zawsze było to legalne, ale na szczęście dochodzimy do końca tej ery. Na szczęście – zarówno dla twórców, jak i dla odbiorców. Wydaje mi się, że jesteśmy na początku epoki, w której niedrogi, rozsądnie wyceniony legalny dostęp staje się pożądanym i modnym modułem odbierania kultury. Dochodzimy do punktu, w którym piractwo nie jest fajne, za to fajna staje się np. opcja wykupienia legalnego dostępu do HBO GO czy innego kanału i pobieranie treści zgodnie z prawem.

Nie jest bowiem tak, że konsument zawsze wybierze ofertę, w której nie ma zapłaty. Konsument musi mieć prawo wyboru. Po prostu długo nie było legalnego dostępu do wielu treści, i jeśli ktoś chciał śledzić na przykład popularny serial i rozmawiać z zagranicznymi znajomymi na Facebooku o najnowszym odcinku, który oni już u siebie obejrzeli, to nie mógł tego robić legalnie. To się zmienia. Teraz, kiedy VOD się coraz bardziej rozwija, a za chwilę będziemy mieli np. Netflix, jesteśmy w innym świecie, w którym odruchem nie jest „a, ściągnę sobie”, tylko: „sprawdzę, czy jest na Netfliksie”. Legalna Kultura robi bardzo dobrą pracę, upowszechniając taką postawę.

Obserwujesz bacznie rynek filmowy za granicą. Jak inni radzą sobie z piractwem?

W Stanach piractwo jest ograniczone, chociaż oczywiście istnieje. Spędziłem trochę czasu w Nowym Jorku i stałym widokiem w metrze były rozłożone koce, na których leżały DVD z najnowszymi filmami, natychmiast zwijane, kiedy zbliżała się policja. Ściąganie natomiast nie jest powszechne, bo jest mocno ścigane i szybko wykrywane. Ogranicza je też łatwość legalnego dostępu, przede wszystkim za sprawą Netfliksa, w którym znajdują się dziesiątki tysięcy filmów na kliknięcie – od klasyki do filmów najnowszych. Także seriali, które Netflix zaczął wręcz sam produkować.

To właśnie próbuje zaszczepić w powszechnej świadomości Legalna Kultura: w legalnym obiegu kultury pieniądze wracają na rynek filmowy.

Powiem więcej. Zaczyna się oddolna inicjatywa kulturotwórcza. Netflix wyprodukował czwarty sezon „Arrested Development”, świetnego serialu komediowego, który miał tak wyśrubowany poziom humoru, że telewizja Fox przestała go produkować w połowie trzeciego sezonu, kiedy spadła oglądalność, bo oglądali go wyłącznie zagorzali fani. Dla tych ostatnich, rzecz jasna, była to tragedia. Wyrwa w ciągłości trwała ponad siedem lat, ale Netflix zebrał pieniądze i wyprodukował czwarty sezon, z tymi samymi aktorami i scenarzystami. Widzowie sobie tego zażyczyli i widzowie to dostali. Jednego dnia, 26 maja 2013, całe piętnaście odcinków sezonu numer cztery pojawiło się na Netfliksie. Oglądalność poszła w miliony.

Widzowie sprawili, że serial został wskrzeszony i to na ich zasadach!

To malutka próbka; jesteśmy na początku drogi, ale jeśli pomyślimy, jak ogromne zmiany zaszły przez ostatnie dziesięć lat, to może nam nie wystarczyć wyobraźni, żeby przewidzieć zmiany, jakie jeszcze nas czekają.

Odpryski tej rewolucji stanowią też polskie serwisy crowfundingowe: Polak potrafi, Wspieram kulturę i inne, gdzie filmy domykają budżet.

Fajne jest również to, że powstają legalne portale z treściami z domeny publicznej. Z racji licznych podróży bardzo dużo czytam na czytniku i cieszy mnie fakt, że mogę na przykład w sekundę sprawdzić coś w „Dziadach” Mickiewicza, poruszając się wg słowa kluczowego, i nie łamię przy tym prawa, a mam dostęp do treści.

Musi się jeszcze stać tylko jedna rzecz: trzeba rozwiązać problem jakości, bo darmowe transkrypty tekstów są często bardzo źle zredagowane. Ale to też już się tworzy. Tak jak kultura DVD zaczynała się od filmów bez żadnych dodatków, a potem konsumenci wymogli komentarze, making ofy, dobrą jakość, zachowanie formatu panoramicznego etc.

Tak przy okazji: pirackie wrzuty w internecie często mają skandaliczną jakość, a widzowie nie zdają sobie nawet sprawy, że zmiana formatu filmu i przełożenie go na inny nośnik wymaga określonych umiejętności.

Oczywiście. Nie mówiąc o tym, że ogromna liczba pirackich kopii to tzw. kamerki, czyli filmy nagrywane ukradkiem w kinie. Tu także jest źródło nadziei na koniec piractwa, bo konsumenci przyzwyczajają się do wysokiej jakości, oczekiwania są coraz większe. Wytwarza się zwyczaj czekania na legalną - czytaj lepszą – jakość. Po co psuć sobie na przykład „Prometeusza”, który z założenia jest widowiskiem na ekran IMAX-a, oglądając go na małym ekranie z kiepskiej kopii? Dlatego myślę, że kino nie umrze jako miejsce, do którego się chodzi.

Będzie w tym roku prawdziwe święto kina w Gdyni?

Ja i mój zespół ciężko pracujemy, żeby tak było. I bardzo się z tego cieszę. Od grudnia, kiedy dostałem nominację, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Przyznam się, że czekam już na następną edycję Festiwalu, bo to będzie jednak zdecydowanie mniejszy stres. Tymczasem przecieram ścieżki.

Rozmawiała: Magda Sendecka
Fot. Sławomir Pultyn

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!