Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Charakterna z przeznaczenia, powołania, z wyboru!

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Charakterna z przeznaczenia, powołania, z wyboru!

Charakterna z przeznaczenia, powołania, z wyboru!

Nie boi się ciemności kanałów i samotności stepów. Wprost i dosadnie mówi co myśli o pozyskiwaniu sztuki z nielegalnych źródeł. Orędowniczka praw współczesnych artystów, ale też odwiecznych wartości: prawdy, dobra, piękna. Rolami u m.in.: Agnieszki Holland, Waldemara Krzystka, Jana Jakuba Kolskiego, Krzysztofa Zanussiego bez zbędnego rozgłosu zdobywa krajowy aktorski Olimp. Niedawno, po kilku nominacjach z rzędu, za wybitną indywidualność artystyczną, z rąk Andrzeja Wajdy odebrała nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego. Z bonusem – Mistrz publicznie zaproponował Jej przejście na „ty”! Dzięki roli w filmie „Wałęsa. Człowiek z nadziei” awansem weszła w kanon „25-lecia wolności”. Na światową premierę czeka hollywoodzka produkcja z Jej udziałem - „Child 44” z główną rolą Toma Hardy’ego. Z mężem, reżyserem i scenarzystą Darkiem Gajewskim, po ponad dekadzie od debiutanckiej „Warszawy”, zaczęła właśnie zdjęcia do filmu fabularnego o roboczym tytule „Obce niebo”. Agnieszka Grochowska…

 

Charakterna z przeznaczenia, powołania, z wyboru!

 

Agnieszka, o czym jest ten scenariusz, który… piszesz od lat?

Zaczynamy od trzęsienia ziemi, tak?! (śmiech). Nie wiem, czy kiedykolwiek się odważę. Nie mam w szufladzie gotowego scenariusza, choć przyznaję, zdarza mi się o nim myśleć. Czasem spisuję różne sceny, obserwacje, uwagi. Teraz pewnie zacznę rozmyślać o tym intensywniej. Skąd ten pomysł?!

 

Z obserwacji właśnie. Moim zdaniem, napisanie scenariusza to u Ciebie kwestia czasu. Kiedyś to zrobisz i w dodatku wyreżyserujesz ten film!

Scenariusz i reżyseria to dwie odrębne i niezależne sprawy. Chylę czoła przed twórcami, którzy mają tę zdolność by łączyć obie umiejętności. Wydaje mi się, że dopóki będę dostawała interesujące propozycje aktorskie, nie będę odczuwała potrzeby innego rodzaju kreatywności. Ale przyznaję, jesteś drugą osobą, która ku mojemu zaskoczeniu mówi mi coś takiego…

 

A kto pierwszy wyczuł ten potencjał?

Mój mąż.

 

To jestem już tego całkowicie pewna, skoro taką opinię wyraził… scenarzysta i reżyser! Ciekawe, że pojawił się w naszej rozmowie w tym miejscu, bo moje pierwsze pytanie ma też związek z Twoim zaangażowaniem w ochronę dóbr twórców. W swoim pierwszym spocie dla Kampanii Legalna Kultura powiedziałaś, że czujesz się całkowicie bezbronna wobec tych, którzy nielegalnie rozpowszechniają filmy i muzykę…

I nieustająco, z równym zapałem popieram wszystkie działania Fundacji, bo wiem jak bardzo jest potrzebna! Jestem pewna, że gdyby ktoś, kto ściąga z nielegalnego źródła np. film, popracował choćby jednorazowo dwanaście godzin na planie zdjęciowym, nigdy więcej nie sięgnąłby po czyjąś twórczość nie płacąc za nią. A tym samym nie doceniając czyjegoś wkładu energii, czasu i co najważniejsze - umiejętności, doświadczenia i talentu. To jest często długoletni proces. Weźmy za przykład fikcyjnego 23-latka, studenta szkoły filmowej, który napisał swój pierwszy scenariusz. Nie zastanawiamy się do ilu drzwi zapukał, ile poprawek musiał nanieść, ile uwag przetrawić, ile być może przeżyć załamań by ruszyć z miejsca. I to w kolejny, jakże frustrujący etap kosztorysów, najczęściej low lub no budget, by jego film w ogóle mógł powstać?! A to wierzchołek góry lodowej. Nawet jeśli jego pomysł dostanie dotacje z Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej, ten chłopak, często kończąc swój debiut, jest już innym człowiekiem. To jest jego zawód, jego praca, jego życie. Film, który stworzył, w który zainwestował, jest jego dobrem osobistym. To są jego autorskie prawa, często również majątkowe. I jego współpracowników. I bynajmniej nie dotyczy to wyłącznie debiutantów. Myślę, że wszyscy, którzy umieszczają i ściągają filmy czy muzykę z nielegalnych źródeł, nie zdają sobie sprawy w jak wielu aspektach później łamią prawo. Można się o tym łatwo przekonać wchodząc np. na www.legalnakultura.pl w zakładkę „Prawo w kulturze” i przeczytać „Przewodnik po prawie autorskim”. A przecież są inne, legalne możliwości obcowania z czyjąś twórczością. Polecam „Bazę legalnych źródeł” (również na www.legalnakultura.pl).

 

Może to paradoks wynikający z technologii, nie uważasz? Nie chcę nikogo oskarżać, choć jako ekologa przeraża mnie ilość produkowanych gadżetów, ale technologia jest coraz prostsza w obsłudze, tańsza, bardziej wszechobecna. Korporacje podświadomie wysyłają nam komunikat: masz, ułatwiamy ci życie, korzystaj. By nie rzec wprost - wykorzystuj! A z drugiej strony, oczekujemy, że przy tym rozpasaniu uda nam się zachować kod etyczny. Moim zdaniem, wielu, zwłaszcza młodych ludzi, odczuwa z tego powodu przynajmniej dysonans, by nie nazwać tego dyskomfortem.

Rozumiem, że prowokujesz przerysowując sytuację. Bo przecież nikt z nas nie wynosił ze sklepu nie płacąc za płyty – CD albo DVD kiedy zmieniały format na mniejszy i lżejszy po analogu i taśmach VHS! I za każdy odtwarzacz mp3 czy Ipad, płacimy tak samo, jak kiedyś za walkmana lub discmana. Ale wiem do czego zmierzasz i trochę się zgadzam - nagle cały ten twórczy kontent stał się taki nierealistyczny, przebywa w jakiejś innej przestrzeni. Wirtualnej. Kiedy szłaś kupić płytę ukochanego wykonawcy do sklepu – na analogu, kasecie, czy CD, to do głowy by ci nie przyszło, że możesz za nią nie zapłacić. A teraz możesz ją mieć bez wstawania od komputera albo raczej… bez zastanowienia, czyli najmniejszego wysiłku! Mamy tendencję do wybierania łatwiejszych rozwiązań. Tak już niestety jest. Tylko dlaczego przywłaszczamy sobie za darmo czyjś film lub muzykę, skoro za inne rzeczy kupowane przez Internet zawsze płacimy?

 

Nielegalnie to nie znaczy jednoznacznie z nielegalnych źródeł „w sieci”.

To jest oczywiste! Szczerze? Onieśmiela i smuci mnie fakt, że musimy o tym w ogóle rozmawiać! I że ta rozmowa przyniesie efekt bardzo powolno-falowy, choć mam nadzieję, długoterminowy. Szczęśliwie postęp w tej kwestii jest odczuwalny. Podziwiam twórców Legalnej Kultury i wszystkich, którzy współtworzą i pracują na rzecz tej kampanii. To jest bardzo trudny proces i naprawdę można by się było dawno poddać i zwątpić patrząc na tak niską świadomość społeczną i pewien rodzaj niechęci.

 

 
„Wałęsa. Człowiek z nadziei” (2013), reż. Andrzej Wajda, fot. Marcin Makowski/MAKUFLY. 

 

Mentalność najtrudniej zmienić.

Sądzę, że raczej trzeba by spojrzeć na pokolenie wstecz. Mam na myśli tzw. mentalność PRL-owską i pokolenia, które „wszystko miały, czyli wszystko było niczyje/ wszystkich”. Dzisiejszą młodzież przecież ktoś wychował. Ktoś im przekazał takie, a nie inne standardy. Wynieśli to z domów rodzinnych.

 

Coś w tym jest co mówisz. Piotr Metz na naszej konferencji przy okazji inauguracji „Kultury Na Widoku” opowiedział jako anegdotę, że nie tak dawno temu Państwowe Radio nastrajało i sygnalizowało, że zaraz będzie sobie można nagrać na kasetę całą płytę ulubionego wykonawcy (śmiech). Nie było takiej świadomości - dziś to proceder nie do pomyślenia!

Pamiętasz Stadion X-lecia, obecnie Narodowy, uginający się pod ciężarem piracko kopiowanych i sprzedawanych kaset? Na szczęście wszystko się zmienia. Zobacz, Polacy jakby z dnia na dzień, oczywiście przy wsparciu prawa i kampanii społecznych, nagle zaczęli sprzątać po swoich pupilach. Jeśli chcę, żeby wokół mojego domu było czysto i przyjemnie, dbam o to nie tylko wtedy kiedy ludzie patrzą, ale też kiedy nikt nie widzi, bo robię to z uczciwości. Tak samo zachowam się w innej sytuacji, np. pozyskując dzieło jakiegoś twórcy. Bynajmniej nie chodzi mi o porównanie, tylko chcę zaznaczyć, że takie zmiany w mentalności są realne. Ściągam legalnie, bo doceniam kunszt i wkład pracy. Płacę, bo szanuję. To wszystko jest kwestia hierarchii wartości i otwartej formy.

 

Co masz konkretnie na myśli?

To, że np. gdyby komentarze w Internecie były podpisywane z imienia i nazwiska, naszymi realnymi danymi, kultura ich treści też uległaby zmianie. To byłby dialog, wreszcie! Jestem pewna, że zadziałałoby to na zasadzie dotknięcia czarodziejskiej różdżki. Momentalnie stalibyśmy się świadkami i uczestnikami diametralnie innej formy. Gdyby ktoś, kto nagrywa z ręki na swoim telefonie cały film z kina, a później umieszcza go w sieci pod pseudonimem, miał się podpisać prawdziwymi danymi, a portal, który pobiera od ludzi choćby 1 zł za nielegalne udostępnienie linku do tego filmu, musiał mieć jawne dane – nikt by tego nie robił! Nielegalne źródła przestałyby istnieć.

 

Z przekorą i znów prowokacyjnie powiem, że to już chyba nieodwracalne, utopijne…

Gdyby Lech Wałęsa i jego pokolenie myślało, że system, w którym żyją jest nieodwracalny, nie obchodzilibyśmy dziś 25-lecia wolności!!! Może nie mielibyśmy pojęcia o swobodnym dostępie do sieci. Dziwne to wszystko. Kiedyś walczyliśmy o wolność, o normalny dostęp do wszystkiego co nas interesuje, a kiedy to wywalczyliśmy, nie cenimy. Nie mamy szacunku do tego, co ktoś inny wytworzył własną pracą.

 

Przy okazji premiery filmu „Wałęsa. Człowiek z nadziei” przypomniałaś też, że tej wolności wielu ludzi poświęciło życie! A propos, czy Ty masz świadomość, że dzięki Andrzejowi Wajdzie i zagraniu roli Danuty Wałęsy weszłaś w kanon 25-lecia wolności i zostaniesz tu już na zawsze?

Nie pomyślałam o tym w ten sposób! Ale poczułam coś takiego, kiedy pół roku temu Kino Polska z okazji wypuszczenia pakietu zremasterowanych filmów Andrzeja Wajdy na spotkanie z tej okazji zaprosiło kilku aktorów z jego filmów. Pamiętam, że w pewnym momencie, siedząc z Robertem Więckiewiczem pomiędzy Krystyną Jandą, Jerzym Radziwiłowiczem, Wojciechem Pszoniakiem, Danielem Olbrychskim, podczas projekcji filmu dokumentalnego, w którym aktorzy wypowiadali się o Panu Andrzeju i z fragmentami jego filmów, poczułam się niezwykle wyróżniona. Andrzej Wajda, to dla mnie synonim doświadczenia, odwagi, mentalnej młodości - jest MISTRZEM. Na ekranie ukazywały się te wszystkie wspaniałe postaci – nie wiem nawet od kogo zacząć, czy od wyżej wymienionych, czy Anny Seniuk, Mai Komorowskiej, Krystyny Zachwatowicz, Andrzeja Seweryna… Przewijały się fragmenty filmów: „Brzezina”, „Panny z wilka”, „Człowiek z żelaza”... Wspaniałe twarze,  wspaniałe kadry. Śmieję się, że awansem jestem w tej lidze, zupełnie niezasłużenie, ale to bardzo miłe i nobilitujące mieć swój choćby skromny udział w historii 25-lecia wolności i znaleźć się w tym niebywałym gronie polskich aktorów Andrzeja Wajdy.

 

Unesco wpisało walkę o wolność Solidarności w historię świata. Czy Ty, mimo że byłaś bardzo małą dziewczynką, masz jakieś skojarzenia z tamtymi czasami, z jakiegoś powodu było to dla Ciebie ważne…

Uczciwie - nie mam niestety takich wspomnień. Moja rodzina nie była ani po tej, ani po tamtej stronie. Była w grupie tych 90% ludzi, którzy próbowali to jakoś przetrwać. Niewiele pamiętam. Jak większość dzieci byłam kompletnie nieświadoma realiów. Przed realizacją zdjęć do „Wałęsy…” próbowałam znaleźć jakiś punkt zaczepienia we własnych wspomnieniach, ale w 1983 roku, gdy Pani Danuta Wałęsa odbierała za męża Nagrodę Nobla, miałam… 4 lata.

 

To był jedyny moment, kiedy tak naprawdę świat Ją u s ł y s z a ł! Gdyby nie książka, nigdy nie poznalibyśmy Jej historii.

To prawda. Ani scenarzysta Janusz Głowacki, ani ja, nie mielibyśmy na czym budować tej roli. Pani Danuty prawie w ogóle nie ma w materiałach archiwalnych. Strasznie mnie to na początku stresowało, dopóki nie przeczytałam jej „Marzeń i tajemnic” (Wydawnictwo Literackie). Kiedy spotkałyśmy się dokładnie w 30. rocznicę wprowadzenia Stanu Wojennego, Pani Danusia nie chciała rozmawiać o tamtych czasach prosząc o zrozumienie – dziś jest innym człowiekiem. Na koniec spotkania powiedziała mi jedno magiczne zdanie - „To tylko film”. Zabrzmiało jak błogosławieństwo. Nagle poczułam się nie tylko zaakceptowana ale i odczarowana – ta jedna krótka sentencja zdjęła ze mnie odpowiedzialność. Zagrałam kobietę uwikłaną w historię, która musi sobie radzić z codziennością jak tysiące innych kobiet w tym samym czasie. I tak zbudowałam tę rolę. A Pani Danuta, jest dla mnie symbolem, ale z krwi i kości, nie z piedestału historycznego pomnika.

 

 
„Wałęsa. Człowiek z nadziei” (2013), fot. Marcin Makowski/MAKUFLY.

 

Na regale „Wolność”, który jest częścią instalacji „Kultura Na Widoku”, znalazło się kilka filmów o tamtych czasach. Warto je polecić. Wszyscy znamy też słynne „półkowniki” (które ze względu na cenzurę latami leżały na półkach, zanim doczekały się oficjalnych projekcji) funkcjonujące w drugim obiegu. Gdybyś miała wybrać film z tamtego okresu, który wywarł na Tobie najmocniejsze wrażenie, jaki byś wybrała?

Na regale „Wolność” wszystkie filmy są znakomite – szczególnie polecam „Rewers”. Ale, jak pewnie dla większości ludzi, symbolem tamtych czasów jest dla mnie „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego ze znakomitą rolą Krystyny Jandy! Tyle, że ja w ogóle nie patrzyłam na ten film, przez ten pryzmat. Jestem z pokolenia, które nie oglądało tych obrazów ze świadomością, że „zakazane” przez cenzorów leżały latami na półkach. „Przesłuchanie”, to dla mnie po prostu znakomite kino ze świetną, rewelacyjnie zagraną kobiecą rolą, której można Krystynie Jandzie tylko pozazdrościć. Rolą życia! To też był taki czas, że wszystko było mocne, intensywne, wyraziste, miało głębię, często niejedną! Ale te filmy oglądałam będąc nastolatką, w połowie lat 90., czyli już w wolnej Polsce. Miałam zupełnie inną perspektywę. I przyznam szczerze, że bardziej żyłam 1944 rokiem, Powstaniem Warszawskim, niż 89…

 

Pokolenie naszych dziadków, to przecież też walka o wolność! Jak powiedziałaś na konferencji „Wałęsa. Człowiek z nadziei” – wolność nie jest nam dana raz na zawsze. A propos historii Powstania Warszawskiego - wciąż przybywa punktów widzenia, ale bez względu na wszystko, 70-te obchody Godziny W pokazały, że potrafimy uszanować i ocalić od zapomnienia pamięć o tych, którzy walczyli o naszą wolność… I to w większości młodzi ludzi tak się zmobilizowali, w dodatku przez Internet, więc może masz rację, co do tej generacji. Jest nadzieja. A dlaczego to wydarzenie jest Ci bliższe?

Ze względu na dziadków właśnie, którzy żyli w tym mieście, pamiętali je sprzed zrównania z ziemią i opowiadali mi piękne historie, które przetrwały w ich wspomnieniach, a tym samym również w moich. I dlatego to był dla mnie wiecznie żywy temat. A rok 1989, obrady Okrągłego Stołu, euforia wolnych wyborów, owszem, dotyczyły mnie, ale jakby gdzieś z boku. Nikt z bliskich nie był aż tak zaangażowany w temat, nic mocnego nie działo się w moim domu albo… byłam za mała żeby to zobaczyć. Moje koleżanki oglądały wówczas „Dirty Dancing” i to był szał (śmiech). Miałyśmy wtedy po 10 lat! W 1944 roku moi dziadkowie zostali złapani i wywiezieni w pierwszych dniach Powstania. Kochali to miasto totalnie i zaszczepili mi miłość do niego w takiej postaci, której trudno już dziś szukać. Mówię też o aspekcie patriotycznym, który dziś został zawłaszczony przez ludzi, frakcje, w których nie wszyscy chcemy być, z którymi nie do końca wszyscy się identyfikujemy. Strasznie mi to przeszkadza.

 

Kiedy ktoś przywłaszcza sobie bezpardonowo coś, co jest również twoje, zawsze czujesz dyskomfort – to jest dokładnie takie samo zawłaszczenie dóbr osobistych, narodowych, etycznych jak to, przeciwko któremu stanęłaś z nami w kampanii Legalnej Kultury.

I dokładnie ma taką samą drugą stronę medalu – to, że ktoś nam coś odbiera to jedno, ale drugie dno jest takie, że dajemy sobie to coś odebrać. I chyba tym się bardziej przejmuję. Dlatego zawsze biorę udział we wszystkich działaniach Legalnej Kultury. To nie jest tak, że nie mam wpływu na to co się dzieje, że nic nie mogę zrobić. Mogę i robię. Choćby głośno o tym mówiąc. Zajmując konkretne stanowisko w sprawie, która mnie bardzo dotyczy. Wierzę, że ktoś usłyszawszy mój głos choćby w spocie, podczas konferencji, zada sobie trud by przynajmniej przemyśleć sprawę, zastanowić się nad nią. A propos zawłaszczania pojęć… Ostatnio miałam sytuację, która mnie zszokowała niemalże. Animowałam w pewnym projekcie dzieci.. Moje zadanie polegało na tym, by te dzieciaki, w różnym wieku 3, 5, 7 lat, znalazły się na chwilę na planie filmowym. Wszyscy, przebrani w ekstra kostiumy z kartonów, razem mieliśmy zagrać scenę – przegnać złego potwora. W większości to były małe szkraby, więc trzeba było wymyślić coś prostego typu, że np. robisz pauzę i one wszystkie zamierają w pozycjach, w których akurat były. Zapytałam ich, czy potrafią coś krzyknąć – feedbackiem na mój pomysł był pełen aplauz (śmiech). Wiadomo, krzyk to energia. Dzieci zawsze roznosi energia. Wymyśliłam więc, że jeśli ten potwór będzie się zbliżał, to na mój komunikat „szybko” wszyscy się bardzo prędko przemieszczamy. Jakby to nie zadziałało, to na hasło „pauza” zamieramy kumulując energię i wtedy mamy największą moc. A jeśli i to nie podziała, to musimy razem krzyknąć – i tu, na poczekaniu, spontanicznie bo improwizowałam – wymyśliłam i podałam dzieciakom następujące hasła: dobro! – one odkrzyknęły: dobro! Piękno – piękno! Prawda – prawda! Amok, pełna radość. I w ten sposób zniwelowaliśmy potwora (śmiech). Zabawa była przednia. Po wszystkim podchodzi do mnie rodzic jednego z tych maluchów i mówi, że w sumie wszystko fajnie, ale z tą „prawdą” to całkiem przesadziłam. Zamarłam. Poczułam się, jakbym zrobiła coś totalnie niepoprawnego politycznie. Nie mam pojęcia z czym mu się to skojarzyło, z jakimiś politycznymi rozgrywkami chyba – takie odniosłam wrażenie. I naprawdę zrobiło mi się słabo. Jak mogliśmy pozwolić na odebranie znaczenia takim słowom? Przecież wszyscy uczymy dzieci mówić prawdę. Wychowujemy je na niemalże tej samej literaturze dziecięcej od lat. Wszyscy zbudowaliśmy się na tych samych historiach, które opowiadali nam dziadkowie, rodzice, teraz my opowiadamy naszym dzieciom. To jest baza, którą dostajemy jako dzieci - życie w świecie, w którym liczy się prawda, dobroć i piękno. Cała improwizacja trwała może 2,5 minuty, ale gdybyś słyszała te dzieciaki wrzeszczące na koniec „hurrrra!!!” i kłaniające się, jakby dostały nagrodę Nobla za pokojowe zwalczenie zła dobrem, z minami aktorów po brawurowo zagranej sztuce.. Po tym incydencie z rodzicem, miałam jeszcze zajęcia z dwoma grupami, ale… po prostu zaczęłam się jąkać! Z totalnego zaangażowania, z czystej wiary w moc tych słów wykrzykiwanych na cały głos zostało niewiele. Nagle z tyłu głowy pojawiła mi się myśl, że może faktycznie podaję tym dzieciom coś bezsensownego.. Niewyobrażalne. A jednak. Nie zgadzam się na to! Nie możemy dewaluować wartości słów tylko dlatego, że ktoś z kim się nie zgadzamy traktuje je jako swój slogan. Żyjemy w czasach, w których wszystko można. I świat mógłby być nieskończonym oceanem możliwości bycia za pan brat z dobrem, prawdą, naturą, pięknem, miłością – można by z tego wszystkiego czerpać, używać, funkcjonować w tym świecie, dając od siebie to samo w zamian. Ale okazuje się, że dajemy się zmanipulować i odebrać sobie coś, co jest z gruntu dobre i od zawsze nas wszystkich.

 

Poruszyłaś delikatną kwestię postrzegania czegoś/kogoś przez jakiś pryzmat – niestety coraz bardziej nagminną. Wielu uważa, że film Ewy Stankiewicz, w którym zagrałaś właściwie ją samą, stał się takim symbolicznym przypadkiem w polskiej kinematografii ostatnich lat. Opowiedz o nim proszę bo niewielu go widziało. Kobiety reżyserki, to w ogóle osobny rozdział w Twojej filmografii. W dodatku prawie wszystkie napisały scenariusze obrazów, w których zagrałaś.

Faktycznie. Agnieszka Holland, Magda Piekorz, Sarah Johnsen, Norweżka, z którą zrobiłam „Upperdoga”, Vanja d’Alcantara, która też sama napisała „Stepy”, Ewa Stankiewicz, z którą zrobiłyśmy fabułę – spore grono i dużo dobrych doświadczeń im zawdzięczam. Film Ewy „Nie opuszczaj mnie” roztrzaskał się o niesprzyjającą atmosferę po dokumencie „Solidarni”, który zrobiła z Janem Pospieszalskim. Próbowałam bronić Ewy, bo nie jestem ortodoksem i uważam, że dokument o swoich przekonaniach politycznych ma prawo zrobić każdy. A ten nie miał nic wspólnego z fabułą, którą napisała z myślą o swoich rodzicach, umierającej mamie. O sobie właściwie, czyli dziewczynie, która po 30-tce nagle zostaje całkiem sama. Niestety o filmie było głośno w niezamierzonym kontekście i choć w Koszalinie na Festiwalu „Młodzi i film” Piotr Niemyjski odebrał nagrodę za zdjęcia, rzeczywiście prawie nikt go nie widział.

 

 
„Bez wstydu” (2012), reż Filip Marczewski, fot. materiały dystrybutora Kino Świat.

 

Może ten obraz budzi ambiwalentne odczucia. Postaw się w roli widza, gdybyś miała ocenić „Nie opuszczaj mnie”…

Praca z Ewą była tak intensywna, tak rozpięta na skali emocji, że nie mam dystansu do tego filmu. Na ostrzu noża, to nie jest mój ulubiony styl pracy. A walka z Ewą była totalna, wręcz wyczerpująca. Docierałyśmy się zażarcie (śmiech). Ona miała swoją wersję wizji tej dziewczyny. Wiedziała jak to ma być zrobione, bo to przeżyła. Było ciężko ale bardzo ciekawie. Mam do Ewy sentyment.

 

Gdybyś miała jednym słowem określić odczuwalną różnicę w pracy z reżyserem kobietą a mężczyzną…

Nie lubię generalizować, ale gdybym miała uogólniać to powiedziałabym, że choć szalenie różne, kobiety są silniejsze. Pewniejsze siebie. Dobrze wiedzą czego chcą. Agnieszka Holland jest świetnym reżyserem – bardzo wymagającym, ale kochającym aktorów. Sarah Johnsen dała mi w „Upperdogu” do zagrania właściwie komediową rolę. Ta współpraca bardzo nam się udała. Film otrzymał wiele nagród w Norwegii, między innymi też za moją rolę. „Stepy” Vanji d’Alcantary to dla mnie ważna praca, jedna z najważniejszych. Ujęcia, które trwają po 40 sekund kręciliśmy po 7 minut. Mieliśmy czas i to się czuje w tym obrazie. Tu nie było sytuacji: dobra, mamy 5 minut, to graj. Poza tym, niczego nie trzeba było sobie wyobrażać. Codziennie dojeżdżaliśmy na plan przez puściuteńkie, rozległe stepy. Vanja zabrała nas do Kazachstanu. I choć „Stepy”, to historia Polki, rozgrywająca się w latach 40., ten film odbiera się bardzo współcześnie. To esej o samotności. II wojna światowa jest pretekstem. To historia o człowieku i jego poczuciu bezbronności wobec świata, natury, losu.

 

Brzmi bardzo refleksyjnie. Co z tej historii wynikło dla Ciebie samej?

Kończyłam wtedy 30 lat. Przełom. Obawiałam się trochę tych 2 miesięcy w samotności. Był nawet taki pomysł, że pojadę tam z siostrą. Rodzina chciała mnie zabezpieczyć, żebym nie czuła się samotna na końcu świata. Ostatecznie Vanja mnie przekonała, żebym tam pojechała bez nikogo. Miała rację. Ten film był niskobudżetowy i przez to też kameralny. Bardzo niewielka ekipa. Pamiętam jak tam przyjechaliśmy – 4 rano, zero światła, ogrzewania, nic w ogóle. To był kwiecień i generalnie powinno być już ciepło, ale żeby zasnąć założyłam na siebie wszystkie ciuchy jakie miałam. Obudziłam się rano i na śniadanie dostaliśmy owsiankę. A na obiad kaszę gryczaną z jakimś mięsem. Połykałam to wszystko na siłę (przysięgam, przez pół roku później nie mogłam patrzeć na żadną kaszę) i odpowiadałam półgębkiem na pytania Vanji, bo czułam, że za chwilę zacznę szlochać. Po czym z tego strasznego baraku, hotelu z dykty (kiedy mieszkającej obok Oli Juście wibrował telefon, to moja ściana „chodziła”), w którym mieszkaliśmy, pojechaliśmy w stepy. A dodam, że mój pokój miał może z 9 m2 i przez 2 miesiące w nim mieszkałam. Jak wjechaliśmy w ten step, już się zaczęło dobrze, od razu mi ta gula minęła. Po 2 tygodniach już wiedziałam, że jestem u siebie, a po 8 tygodniach nikt z nas nie chciał wyjeżdżać. Byłam pewna, że jak przyjdzie ten moment, będzie wycie. Co ja będę ze sobą robić, ja chcę tu zostać! Czujesz moc miejsca. Każdym zmysłem odczuwasz, że jesteś, istniejesz. Wszyscy oczywiście mamy mocne relacje, które nas osadzają we wszechświecie. Kształtują nas zarówno te z rodzicami, rodzeństwem, małżonkiem, dzieckiem, jak i z wszystkimi ludźmi, którzy nas określają w jakiś sposób, których my też określamy. Ale jednak gdzieś bardzo głęboko jesteś ty, sama w swojej samotności. To kim jesteś, za co jesteś odpowiedzialna. Nic więcej. To co dał mi ten film, to takie spotkanie samej ze sobą. Dobrze, że mogłam to poczuć. Na początku było to bardzo bolesne, ale ostatecznie niezwykle wzmacniające, dlatego tak ważne. To było jak przejście w dorosłość. Warto było tam pojechać. Pierwszy raz było mi wszystko jedno, czy ten film będzie dobry, czy niedobry, bo i tak dostałam bardzo dużo. W dodatku zyskałam przyjaciela bo z Vanją się zaprzyjaźniłyśmy. A film trafił do głównej selekcji w Locarno, dostał świetne recenzje, a ja zostałam najlepszą flandryjską aktorką 2011 roku (śmiech).

 

Masz fajny zawód.

W tej pracy zdarzają się takie rzeczy. Nie tylko zawodowe. Mają wiele warstw. Często bardziej ludzkich. „Stepy” dostałam w dobrym momencie życia. Nie wyobrażam sobie pracy z kimś, kto mi zupełnie nie pasuje. Pomyśl, jedziesz gdzieś z kimś kompletnie obcym na 2, 3 miesiące. Nie masz dokąd uciec, bo wokół pustkowie. Praca jest mega delikatna, bo grasz cały czas na emocjach. Albo komuś ufasz, albo nie. Tu nie ma tak, że tylko ty to dźwigniesz. Taki jest mój zawód, moja pasja. Tak to postrzegam. Choć są ludzie, którzy pracują inaczej. Wiedzą, że sami pociągną swoją rolę i będą na tyle silni, że bez względu na to, czy film będzie dobry, czy nie najlepszy, oni wygrają swoje. Nie interesuje mnie takie granie. Dla mnie jest ważne, że będę grała z kimś. I oprócz tego, że sobie wymyślę jak będę grała, to jestem otwarta na tę drugą osobę. Bardzo mnie interesuje co ten ktoś będzie robił i to tego dnia, którego będziemy daną scenę kręcić. Że na coś się umówimy to jedno, a co się będzie działo na planie to drugie. Przychodzimy na plan z jakąś dyspozycją i odbieramy ją wzajemnie. Ten ktoś coś do mnie mówi, patrzy na mnie, ważne w jaki sposób to robi. Reagujemy na siebie wzajemnie. To wpływa na mnie, to znaczy chciałabym żeby tak było, bo inaczej ta praca nie ma dla mnie sensu. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że coś sobie wymyślam, przychodzę na plan, „włączam play”, zrobiłam swoje, wychodzę, dziękuję, do widzenia. Granie to odczuwanie. Na tym polega ten zawód. To mnie interesuje.

 

Poczułaś przy „Stepach”, że czymś siebie samą zaskoczyłaś, coś o sobie odkryłaś, o co siebie nie podejrzewałaś?

Chyba to, że jestem mocniejsza niż mi się wydaje. Nie postrzegam się jako osoby bardzo słabej, ale też nie widzę się mocarzem. Każdy z nas ma jakieś wewnętrzne poczucie siebie. Lękamy się pewnych rzeczy, a jak popracujesz ze sobą sam na sam, skonfrontujesz się ze sobą, to nagle okazuje się, że dajesz radę. Przestałam się bać. W takich sytuacjach wychodzi na jaw naprawdę głęboka prawda o człowieku, o życiu w ogóle. Okazuje się, że nie zawsze musi się tak dużo dziać wokół, nie zawsze musi nas tyle rzeczy absorbować, nie zawsze musimy tyle mówić, zastępować czymś życia tu i teraz. To odkrycie zawdzięczam „Stepom” w podwójnym znaczeniu, bo naprawdę zaczęłam tam być, a nie grać tam. To się rzadko zdarza. I myślę, że w niektórych scenach w tym filmie to widać, czuć to bycie. To jest jego walor.

 

A propos bycia, tego co nas określa, kształtuje… Wolisz czytać, słuchać, czy oglądać?

Wszystko to lubię! Ale rzeczywiście z racji zawodu przede wszystkim dużo oglądam, potem czytam, a słuchanie muzyki, radia plasuje się u mnie na końcu. Albo czytam i słucham na równi, ale oglądam zdecydowanie najwięcej.

 

Któryś z twórców uwiódł Cię na całe życie?

Oglądam bardzo dużo różnych filmów. Michael Haneke, Woody Allen, Pedro Almodovar, Lukas Moodysson, Bracia Cohen. Strasznie mnie przepytujesz (śmiech). Prawda jest taka, że nie mam ulubionego reżysera, ulubionego gatunku. Jest mnóstwo znakomitych filmów, wystarczy wymienić ostatnie premiery – choćby tak różne jak „Wielkie piękno” i „Locke” – oba filmy zrobiły na mnie duże wrażenie, oba to znakomite kino, ale kompletnie nieporównywalne. Nie nakładam filtrów na film.

 

 
„Wałęsa. Człowiek z nadziei” (2013), fot. Marcin Makowski/MAKUFLY.

 

Zapytam inaczej. Ja lubię kino blisko człowieka, dla niektórych nudy (śmiech), w altmanowskim stylu, czyli sporo postaci, splatające się wątki, często prowadzące do wspólnej kulminacji, typu „Miasto gniewu” Paula Haggisa, „Traffic” Stevena Soderbergha, czy „21 gramów” i „Babel” Alejandro Inarritu. Co Ciebie w filmie najbardziej ujmuje, przyciąga?

Na tak postawione pytanie odpowiem jednym słowem: HISTORIA. Kino to jest opowiadanie historii. I mocna obecność człowieka, tak jak w filmach, które wymieniłam wcześniej. Dużo mniej interesują mnie eksperymenty z formą, zabiegi formalne, choć oczywiście zwracam uwagę i doceniam kunszt.

 

„Grawitację” Alfonso Cuarona doceniłaś? Jakby nie patrzeć, to historia o sile człowieka, w dodatku z główną rolą kobiecą…

Z tego filmu akurat, wbrew temu co powiedziałam przed chwilą, rzeczywiście najbardziej podobało mi się pierwsze 30 minut, bo byłam totalnie oszołomiona efektami. Kosmosem. Tym, że to tak naprawdę wygląda i że można to zobaczyć, poczuć.

 

A literacko kto Cię inspiruje?

Niezmiennie od lat Steinbeck. Nie wiem już ile razy przeczytałam „Grona gniewu” – to jest fenomenalna literatura! Kiedy urodziłam syna, mając silną potrzebę kontaktu z literaturą przez duże L, wróciłam do tej 800-stronicowej powieści.. Czytasz jeden rozdział, który ma 10, czy 20 stron, a rozmyślasz o nim przez dwa dni. Z ciekawości czytam sporo polskiej prozy, często też zawodowo i oczywiście scenariusze.

 

Ponoć Tołstoj powiedział, że muzyka jest stenotypią uczuć…

To ja jestem zakochana w Mozarcie! Albo słucham Bacha, Boba Dylana lub Johnny’ego Casha. Czasem afro rytmów. Przez ostatni rok słuchamy jednak głównie Mozarta i… powiem ci, że widok 10-miesięcznego dziecka, które klaszcze w dłonie … i krzyczy: „ela, ela!!!” co oznacza „muzyka, muzyka!!” robi wrażenie. Kiedy w samochodzie włączam radio i leci jakiś kawałek… wątpliwego pokroju, to nasz syn krzyczy dalej „daj ela!”… bo tego co słychać, za muzykę nie uznaje. To jest bardzo zabawne.

 

Agnieszka, a czy Ty masz wykształcenie muzyczne?

Nie.

 

To cudowne, bo już parę razy zagrałaś wiolonczelistkę, raz pianistkę, zaśpiewałaś z Robertem Więckiewiczem „Jego cień” - całkiem niezła „dyskografia”. Byłam przekonana, że ukończyłaś szkołę muzyczną.

W „80 milionach” Waldemara Krzystka wg scenariusza miałam grać inny utwór. Na planie często coś się zmienia w ostatniej chwili. Szczęśliwie pomagała mi prawdziwa wiolonczelistka. Pokazała kilka ruchów i jak graliśmy moją muzyczną scenę, to ja tylko kątem oka patrzyłam na nią, czy dobrze przesuwam smykiem po strunach. U Janusza Kamińskiego w „Hani” było podobnie, choć tu już współpracowałam z Kasią, która mnie nauczyła jak naprawdę zagrać „Z popielnika na Wojtusia”. Natomiast Chopina w scenach w „Wenecji” Jana Jakuba Kolskiego rzeczywiście gram sama. Ćwiczyłam 3 miesiące po 5 godzin dziennie! Dwa piętra nade mną mieszkał wtedy Jasiu Grudziński (inst. klawiszowe m.in. Kult). I ja codziennie do niego po sąsiedzku zasuwałam i grałam na jego keyboardzie w słuchawkach. Najpierw druga Kasia, nauczycielka gry na pianinie tym razem nauczyła mnie nut, a później przesiadywałam u Janka ćwicząc ręce od prawej do lewej i przemawiając do nich by grały jednocześnie. Jak widać, miałam wtedy dużo wolnego czasu (śmiech). Ale nauczyłam się i to rzeczywiście moje wykonanie słychać w filmie.

 

Do zaśpiewania z Robertem Więckiewiczem namówił Cię Olivier Janiak?

A nie, nie! Śpiewam bardzo chętnie! Z Robertem to był mój drugi raz. Pierwszy zaśpiewałam ze Zbigniewem Wodeckim (2 lata temu) i do tej pory nie wiem, o czym jest ta piosenka (śmiech). Ale w obu duetach śpiewam na płytę do kalendarza „Dżentelmeni”, czyli na rzecz akcji „Stop bosym stopom” PCK. Było moim marzeniem żeby zaśpiewać ze Zbigniewem Wodeckim. Na planie klipu nas poniosło (śmiech). Skaczemy tam, latamy. Zbyszek śpiewa, ja uprawiam wygibasy, Makos z bandem miotają się rozstawiając instrumenty, a Piotrek Małaszyński gra chyba najbardziej abstrakcyjną rolę w swojej całej karierze. Pure nonsens. Ale zabawa była przednia!

 

Czemu wybrałaś właśnie Zbigniewa Wodeckiego?

Bo jest genialnym muzykiem! Ma wspaniały głos. Niesamowicie gra na kilku instrumentach.

 

A propos genialnego starszego pokolenia - Agnieszka Holland, Andrzej Wajda, Waldemar Krzystek, to reżyserzy kojarzący się z wolnością. Nie tylko przez ostatnie ćwierć wieku. Właściwie siłą rzeczy powinnaś zagrać kolejną ważną rolę, w kolejnym ważnym filmie, ważnego reżysera, a tu niespodzianka! W polsko-włoskiej historii „Obce ciało” Krzysztofa Zanussiego zagrałaś dość nietypową dla siebie rolę…

Kiedy pierwszy raz przeczytałam ten scenariusz pomyślałam, że Pan Krzysztof się pomylił (śmiech). Rola, którą mi powierzył była wręcz karykaturalna – manipulująca ludźmi baba, lubiąca władzę. Gram czarny charakter! Wstrętnie dociskające gazu, mobbingujące babsko. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, okazało się, że Pan Krzysztof z premedytacją wybrał mnie by uniknąć komiksu. Obsadzenie tej postaci kimś, kto stricte kojarzy się z rolami tego typu nie miało dla niego większego sensu. Poszukaliśmy wspólnie troszkę głębiej w zarysie tej postaci i mam nadzieję, że fajnie to wypadło. Że mimo tego jak ta rola została napisana, coś ciekawego się z nią zadziało. To było bardzo interesujące doświadczenie. Z Agatą Buzek postanowiłyśmy, że ja wymyślę jak Ona ma grać swoją zakonnicę, żeby troszkę diabła z niej wydobyć, a Agata jak w mojej postaci odkryć trochę anioła (śmiech). Świetny plan. Duża przyjemność!

 

Drugi raz Janusz Kamiński powierzył Ci główną kobiecą rolę, ale produkcja „Amercian Dream” znacznie różni się od „Hani”.

Tym razem gram Rosjankę, która z nadzieją na spełnienie mitycznego american dream przylatuje do Los Angeles, licząc że to miejsce odmieni na lepsze jej życie. Brutalnie rzecz ujmując, posuwa się super za daleko. Bynajmniej jej to nie pomaga. Mocne kino. „Hanię” kręciliśmy w zimowej scenerii Warszawy. Zdjęcia do „American Dream” powstawały w nasyconej słońcem Kalifornii. Niestety nic więcej nie mogę powiedzieć, bo film nie miał jeszcze premiery.

 

 
„W ciemności” (2011), reż. Agnieszka Holland, fot. Robert Pałka / Fotos-Art

 

Ponad dekada minęła od czasu Waszej współpracy z mężem, Darkiem Gajewskim – Warszawa się zmieniła, czasy są inne…

A ja bardziej doświadczona! Jak sobie przypomnę, że razem z partnerującym mi Łukaszem Garlickim „ustawialiśmy” operatora i reżysera (śmiech), żeby nas dobrze sfilmowali… Mogę zdradzić, że właśnie zaczęliśmy z Darkiem film pod roboczym tytułem „Obce niebo”. Główne role gramy z Bartkiem Topą, a towarzyszy nam Basia Kubiak, lat 9. Nasza sąsiadka, która zagrała już w dyplomie pt. „Smutne Potwory” z Piotrem Głowackim w duecie. „Niebo”, to w jakimś sensie kino społeczne, choć nie do końca takie jest. Historia rozgrywa się w Szwecji. Film jest o Polakach, o emigracji. Nie mogę za wiele powiedzieć. Sami z Darkiem jesteśmy ciekawi co się wydarzy. Ja się bardzo zmieniłam od tamtego czasu. Z tych 20 paru lat zrobiło się 30 parę – jestem z automatu innym człowiekiem. A w międzyczasie zagrałam w kilkunastu filmach i te doświadczenia przede wszystkim mnie zmieniły. Strasznie się cieszę na tę współpracę.

 

„Child 44”, to na pewno zupełne przeciwieństwo atmosfery produkcji niemalże „home made” – to już Hollywood w czystej postaci…

I jak to z Hollywood bywa, mogę tylko powiedzieć, że nic nie mogę powiedzieć oprócz tego, że mnie nie wytną (śmiech).

 

To już sukces!

Wiedziałam, że mnie nie wytną, bo czytałam wcześniej scenariusz i byłam pewna postaci, którą gram. Sceny z moim udziałem są dość istotne w fabule całego filmu. Nie widziałam jeszcze montażu, ale od produkcji dostałam feedback, że są bardzo zadowoleni z mojej pracy. Nie wiem, czy to powinno uśpić moją czujność czy nie (śmiech), ale nagle zdałam sobie sprawę, że ten film będzie pokazywany na całym świecie, jak każda amerykańska, wielkoformatowa produkcja i że ja w tym biorę udział. Ten film pojawił się w ekstra momencie mojego życia. Mój syn miał wtedy sześć, może siedem miesięcy. Nagrałam się na casting i… dostałam tę rolę! Nikomu nic nie mówiłam. Jeździłam z moją siostrą Miką i synkiem co miesiąc na kilka dni do Pragi na zdjęcia, grałam swoje. Miałam trzy sceny z Tomem Hardym. Mówiliśmy do siebie w obcym dla mnie języku. Nikt mnie nie cisnął, że mam mówić z akcentem. Na planie grali Amerykanie, Anglicy, Szwedzi Czesi, Polacy. Jestem bardzo ciekawa ostatecznego efektu, bo to było super doświadczenie. I spotkanie z Noomi Rapace. Ona i Tom są po prostu genialnymi aktorami. Różnica jest taka, że Amerykanie nie kręcą całego filmu w 40 dni, tylko w 120/160 dni. Przyjeżdżałam na ten plan raz w czerwcu, raz w lipcu i raz w sierpniu. Spotykałam tych ludzi co jakiś czas. Wiadomo, każdy z nas raz ma lepszy, raz gorszy dzień, ale gołym okiem mogłam ocenić, że pomimo, że są tam tak długo widać, że chcą to robić, są totalnie zaangażowani. Jest jasne dlaczego oni tam są. Dlaczego mają duże nazwiska. Bo na nie ciężko pracują. Są oczywiście odpowiednio traktowani, ale też pracują z pełną pokorą. Dyscyplina, pokora, wdzięczność, za to, że robią to co kochają. Nie jest to coś, co często obserwuję w Polsce. Żeby być sprawiedliwym - być może to też wynika z rodzaju zadań, warunków pracy. Nie mówię tu nawet o finansach, tylko stworzeniu warunków do pracy. To jest nieporównywalne. Możesz się naprawdę angażować, bo to co robisz, jest fajne, ważne, wartościowe. To co zrobił Tom Hardy w filmie „Locke”, to przecież jest jakiś odjazd kompletny! Jak sobie zobrazujesz ten scenariusz, to on gra lepiej niż możesz sobie to wyobrazić. Poziom zadań jest kompletnie inny. Kiedy stanęłam z Tomem na planie „44 Child”, to miałam taki flashback „Wow!”. Poziom aktorstwa od razu jest tak zawyżony od pierwszego ujęcia, że od razu masz grać na pełnych obrotach. Nikt niczego z tobą nie przegaduje. Najpierw miałam taki przebłysk świadomości: acha, to już, o w mordę, to tak to wygląda?! Dookoła masz w pełnej gotowości cały plan. Najpierw wołają techniczny poziom, potem statystów, następnie ekipę i na sam koniec aktorów grających w danej scenie, którzy na plan wchodzą już totalnie w roli, w pełnym skupieniu. Jest ustalona hierarchia, wszystko przemyślane, komfort pracy zapewniony. Tam gwiazda nie może czekać na mnie, a ja nie mogę czekać na statystę. Tom wchodzi na plan i ja sobie myślę, ok, będzie próba. Skąd! Nie ma żadnej próby! A scena, nie mogę powiedzieć o czym, jest mega emocjonalna! On staje przede mną, coś do mnie mówi, ja mam reagować, a widzę pierwszy raz w życiu człowieka na oczy, nigdy z nim nawet nie rozmawiałam. Nie znam go, a mam grać emocje, bo według scenariusza nawet się przyjaźniliśmy. Ta przyjaźń się rozpadła ponieważ on zaprzecza temu wszystkiemu, w co pozostali wierzymy w tej historii. I nagle masz „PLAY”. Orientuj się. Jedziesz!!! Nie ma żadnej rozbiegówki. Grasz od początku do samego końca na full. Ale oczywiście, też bywało śmiesznie.

 

Niezła adrenalina, ale może to socjotechnika stosowana z premedytacją, sprężamy się w stresujących sytuacjach.

To nie koniec. Kolejne zaskoczenie - w Polsce, ale i w Europie też, jedną scenę grasz 3, może 4 godziny. Jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że tę scenę będę grała 12 godzin! Uwierz mi, przy 10 godzinie, granie tej intymnej sytuacji, na 2 kamery, na super emocjach zapętliło mi myśli 2-torowo. Nie poddaję się łatwo, więc z jednej strony cieszyłam się, że tak możemy to ograć, a z drugiej, zastanawiałam, czy będę miała siły pociągnąć to dalej. To było dla mnie dość szokujące. W Polsce, czy Europie, jednak mierzysz siły na zamiary. Na to, co będziesz robić. Nastawiasz się: OK, mam dziś bardzo ważną scenę do zagrania, ale wiadomo, że zamkniemy się w 4 godzinach. I jesteś na to przygotowana. A w Pradze staliśmy tak z Tomem ponad 2 razy dłużej. Kondycyjnie nie byłam na to przygotowana. Ale oczywiście jeśli pracujesz nad czymś dwa razy dłużej, to masz też 2 razy więcej możliwości ujęć, montażu, lepszych rzeczy do wyjęcia. Po prostu najlepszej wersji sceny. I przede wszystkim, naprawdę możesz coś zagrać. Jadąc na plan, myślałam sobie, dobra, mam małą rolę do zagrania, dam radę. A potem nagle, w Pradze, reżyser prosi o spotkanie i mówi mi, że przeprasza ale rozpisał mi bardziej moją rolę. Przypisał mi całą scenę i dał wszystkie dialogi, które miał mówić mój filmowy mąż, bo to w sumie matka prowadzi tę scenę.

 

To miłe, że przeprasza.

Wyobrażasz sobie moją reakcję? (śmiejemy się obie). Ja tu myślałam, że jadę zagrać 3 zdania, a dostaję ich 30 i mam poprowadzić scenę. I oni chcą od ciebie tego, co możesz im dać najlepsze. W związku z tym, traktują cię najlepiej jak potrafią, stwarzając niebywały komfort pracy. Wszystko jedno kto gra w dzisiejszej scenie, ma zagrać świetnie… Dostajesz maksimum uwagi, koncentrację na pracy i jeżeli scena się kończy, a reżyser widzi, że to co grasz jest dobre, że może się przydać taki dodatkowy wariant, to ci nie przerywa, nigdy nie powie stop. Wiesz jakie to jest fantastyczne dla aktora?! Czasem zdarza mi się, że reżyserzy mówią stop akurat w momencie, kiedy właśnie coś ciekawego zaczyna się dziać. Bo np. przysłowiowa taśma się kończy, bo jest droga, mało czasu, trzeba zmienić plan, nie wyrobimy się itd. Przy tej produkcji zobaczyłam jaki reżyser jest tam czujny. Może weźmie to coś więcej, co się wydarzyło poza sceną, a może nie, ale… czujnie toczy grę dalej, bo wie, że będzie miał większy wybór. Nie mogę mówić o szczegółach scen, bo musiałabym wchodzić w scenariusz, ale faktem jest, że ta praca była bardzo satysfakcjonująca.

 

 
„Bez wstydu” (2012), fot. materiały dystrybutora Kino Świat.

 

Zabrzmiało jak manifest zawodowej… wolności. Odczułaś lekkie ukłucie w sercu?

Może nie… ale chciałabym móc tak grać zawsze. Masz scenę, w której naprawdę możesz coś zbudować. Dobry materiał, to fundament. Wyjściowo jesteś już do przodu. Jeżeli praca wygląda tak, że grasz z genialnymi aktorami, nawet jeśli masz niewielką rolę, a reżyser i twój partner dają ci totalnie artystyczną wolność, to jest to spełnienie marzeń o tym zawodzie. Nie pamiętam gdzie, nawet w Europie, dostałam taką przestrzeń. Jeżeli kiedykolwiek dziwiłam się czemu IMBD daje Hardy’ego w pierwszej 10 najlepszych aktorów, teraz się nie dziwię. Normalność, pokora, impet z jakim on i Noomi chcą pracować, jak są skupieni na pracy i jak bardzo są zdolni… to jest oczywiste, że oni są tam gdzie są. Wszystko się zgadza. Są niezwykle pojemni jako ludzie.

 

Świetny termin – pojemność aktorska, zawartość człowieka w człowieku. Która aktorka ze światowych ekranów jest wg Ciebie najbardziej pojemna?

Cate Blanchett. Będę ją uwielbiać zawsze. Niesamowita jest. Zastanawiałam się, jak to jest możliwe, że ona tak gra. Jest taka scena w „Blue Jasmine”, w której kłóci się z Aleckiem Baldwinem i od początku ujęcia ma już żyły na czole. Widać, że ta kobieta płacze dłuższy czas, ma spazmy i wstrząsa nią histeria. Nie wiem, czy ona się tak rozgrywa w garderobie i przychodzi już gotowa na plan. Czy grali tak długo tę jedną scenę, aż osiągnęła taki piorunujący efekt. Czy, ot tak, pstryk i gra w taki sposób, że ma np. aż oczy przekrwione. Człowiek inaczej wygląda kiedy płacze minutę, godzinę i kiedy ryczał przez 2 dni. Dla mnie jest numerem 1! Mistrzyni. Miałam okazję ją poznać, ponieważ to z rąk Cate i Judi Dench odbierałam na Festiwalu w Berlinie w 2007 roku nagrodę „Shooting Star”. A ponieważ po tej uroczystości był premierowy pokaz filmu „Notatki o skandalu” gdzie obie zagrały, chwilę staliśmy wszyscy na scenie. Wiedziałam od mieszkającego w Australii Lecha „Czako” Mackiewicza, który zagrał w „Warszawie” partnerując Dominice Ostałowskiej, że znają się z Cate z teatru, więc odważyłam się ją pozdrowić od niego. Fala serdeczności, którą mnie zalała pozostanie mi w pamięci na długo. W sumie to zabawne, bo jak mała dziewczynka nie mogłam sobie odmówić, że choć przez chwilę porozmawiam z kimś kto jest dla mnie ikoną, niedoścignionym wzorem. Nie spodziewałam się, że tak spontanicznie zareaguje na te pozdrowienia i że zaczniemy normalnie rozmawiać, chichocząc w takich okolicznościach – ona w sukni z długim trenem, scena, światła, tysiące ludzi w kinie - jak kumpele z równoległej klasy na apelu szkolnym. To trwało dłuższy czas zanim wszyscy wszystkim wręczyli nagrody i skończyli przemawiać. Szczęśliwie byłyśmy jednymi z pierwszych więc trochę na tej scenie postałyśmy i to była bardzo miła chwila.

 

A z młodszego pokolenia? Michelle Williams?

Michelle bardzo lubię, ale nie pomyślałabym o niej.

 

To strzelam - tym bardziej, że chciałam Cię też zapytać, czy nie miałabyś ochoty zagrać w takim filmie jakie ostatnio robi Kathryn Bigelow - Jessica Chastain?

Tak!!! Jessica jest genialna! Ją też spotkałam, na Festiwalu w „Toronto”. My byliśmy ekipą z „W ciemności”, a Ona po świetnym „Drzewie życia”. Siedziała tuż obok. Dziś strasznie żałuję, że do niej nie podeszłam. Jest tak piękna, wspaniała, tak bardzo obecna w swoich rolach! W „Służących”, z roli charakterystycznej zrobiła majstersztyk! Potrafi zagrać super śmieszną postać, której nadaje też wymiar tragiczny, ale też postać mega dramatyczną. Obie z Cate mają zresztą coś wspólnego, nie tylko to, że są rude (śmiech). Podobny typ. Mega talent.

 

Mają nerwy na wierzchu i są zjawiskowe!

Czuć dotknięcie palca bożego. I obie są tak naturalnie piękne. I hojne. To tak, jak miałam zaszczyt grać z Krzysztofem Stroińskim w „3 minutach. 21:37” Macieja Ślesickiego i miałam wrażenie, że on dawał nawet więcej kiedy graliśmy na moją stronę, niż jak grał sam. Nigdy tego nie zapomnę. To jest hojność, szczodrość, ale też w jakimś sensie dar, że masz to i możesz się dzielić. A szczodrość wynika z tego, że jesteś pięknym człowiekiem.

 

I pojemnym, jak to trafnie nazwałaś. A co z tą rolą w filmie w stylu Bigelow?

Myślisz, że byłabym dobrym strzelcem (śmiech)?

 

Intelektualnie, na pewno. Jessica ustrzeliła tak „Wroga numer jeden”. Serio, widzę Cię w mundurze. W takiej roli jak choćby ta zagrana przez Michelle Monaghan w „Forcie Bliss”. Oczywiście musiałaby to być, tak jak w tym przypadku, historia z dylematem.

Biegam. A grając taką rolę, trzeba mieć kondycję. Czekam na propozycje.

 

Wspomniałaś o Krzysztofie Stroińskim, Tomie Hardym ale świetnych partnerów miałaś wielu. Robert Więckiewicz, Mateusz Kościukiewicz, Adam Woronowicz, Łukasz Simlat, Michał Żebrowski, czy Benjamin Furmann, Christopher Lambert. A duet marzenie?

MERYL STREEP! (śmiech)

 

 
fot. Tomasz Kamiński

 

Trzymam kciuki! Jesteś na dobrej drodze. Agnieszka, a potrafiłabyś podać wspólny mianownik tych wszystkich różnorodnych postaci, które zagrałaś? Scharakteryzować te kobiety jednym słowem, określeniem?

A jest taki? Ty masz na to jakąś odpowiedź? Już się zdenerwowałam, ale jestem ciekawa… bo sama nigdy na to tak nie spojrzałam, nie wiem co je łączy.

 

Siła i odwaga! I… zawsze oddajesz facetom!

No co ty?! Ale jak to?! Naprawdę?! (śmiech)

 

Niekoniecznie tak jak Mundkowi „W ciemności” okładając go dosłownie pięściami, czy na wysokich emocjach z Tadkiem w „Bez wstydu” lub Axlem w „Upperdogu”, ale na przykład waląc tekst do SB-ków plądrujących Ci mieszkanie w „Wałęsie. Człowieku nadziei”: „Tacy przystojni, a świnie!” – niby im schlebiasz, ale tak naprawdę prostą socjotechniką wywalasz z domu i tak udaje Ci się ukryć „bibułę”. Genialne! Albo na słynne Lechowskie: „mnie zmuszają żebym ja chciał, ja nie chcem, ale muszem” walisz krótko: „Pamiętaj jedno, masz mi wrócić żywy”! Choć mój ulubiony policzek wymierzony buńczucznie mężczyźnie to… wypicie wody ze szklanki, którą wcześniej podałaś Żydowi w akcie sprzeciwu wobec antysemickiej postawy lekarza granego przez Piotra Siwkiewicza w „Wenecji”…

Ciekawe co mówisz (śmiech)!

 

Dodam, że aktorsko jest… światowo! Double meaning – nie tylko dostajesz/wybierasz propozycje grania w międzynarodowych koprodukcjach, ale przede wszystkim, niemalże wszystkie grane przez Ciebie postaci wielowymiarowo krążą po świecie. Od powrotu do przeszłości Trójmiasta, które szturmem pod wodzą „Wałęsy…” zdobyło ważny punkt na historycznej mapie świata, po symboliczny „American Dream”. Przekraczasz granice człowieczeństwa… przemierzając „Stepy” Azji, „W ciemności” kanałami schodząc do podświadomości miasta Lwów. W Norwegii odkrywasz biegunowość… emigracji w „Upperdogu”. Wpław zaliczasz „Wenecję”, ocalając jednocześnie pomosty relacji rodzinnych. Pomijam już rozgrywający się na prowincji Polski „Bez wstydu” i odkrywanie zakamarków ludzkiej duszy, czy takie „ekscesy” jak napisany specjalnie dla Ciebie i Borysa Szyca, można by rzec - film drogi (duchowej!) - „Południe-Północ” lub fakt, że dosłownie grasz kierowcę „Limuzyny”. Zauważ, że od debiutanckiej wędrówki do i po „Warszawie”, zagrałaś główną bohaterkę w „Podróży Niny” dojrzewającą w… warszawskim getcie. A za chwilę, cały świat będzie wiedział, że zdobyłaś przyczółek w Hollywood!

Jestem zaskoczona… jest mi miło, że poświęciłaś mi tyle uwagi. Nie sądziłam, że tylu rzeczy dowiem się podczas tej rozmowy.

 

Masz, kosmopolitko (śmiech), jakieś jedno totalnie swoje miejsce na ziemi?

Warszawę! Zważywszy na sentyment przekazany przez dziadków, ich opowieści, na symbolikę mojego debiutu i to co powiedziałaś o moich filmowych wędrówkach, również w głąb podświadomości tego miasta, czuję, że im jestem dojrzalsza, zacieśniam z tym miejscem coraz silniejsze więzi.

 

Agnieszka, z najbliższej mi teorii psychologii zorientowanej na proces (nie tylko oczywiście!), wiemy, że nasze życie biegnie 2-torowo: świadomie i nieświadomie. Od najmłodszych lat notorycznie ryczałam przy najmniejszej wzmiance o Irlandii (śmiech), o gęsiej skórce przy muzyce celtyckiej już nawet nie wspomnę. W końcu tam pojechałam i to był przełom – kocham ten kraj wręcz atawistycznie. Przeżyłaś kiedyś deja vu będąc w jakimś miejscu?

Jest takie jedno miasto. Byłam tam tylko raz, ale poczułam się „na miejscu”. Tylko wtedy zdarzyło mi się coś tak metafizycznego, że zupełnie nie znając, znałam i czułam się jak w domu, we właściwym miejscu. Raz w życiu. Kliknęło. Pasowałam. Rzym. Nie wiem dlaczego, nie potrafiłabym tego racjonalnie wytłumaczyć. Może dlatego, że tropem naszej rozmowy schodząc kanałami do podświadomości miasta – rzymskie studzienki ściekowe mają ponad 2000 lat?! Jest tam coś niezwykłego, czuje się tych ludzi, ten czas.

 

To chyba sobie właśnie odpowiedziałaś na pytanie, dlaczego dzieci uczysz zwalczać domniemane zło hasłami: dobro, piękno, prawda!

Przestań… bo nie puszczę tego wywiadu do publikacji (śmiech).

 

Kontynuuj proszę…

Smuci mnie, że nawet wjeżdżając do maleńkiego włoskiego miasteczka, podziwiając jego architekturę, odczuwasz historię tych murów, a odwiedzając np. Radom (poza „Uliczką tradycji” chwalebnie organizowaną przez ośrodek kultury „Resursa obywatelska”), wjeżdżając w blokowisko upstrzone banerami, nie czujesz tego ducha historii… Jest różnica. Włoska architektura, sztuka, estetyka tych małych, wąskich uliczek, zakamarków, które nie wiadomo co pamiętają... To jednak na każdym kroku budzi emocje. Buduje Cię to, od razu zaczynasz myśleć o tych, którzy te 1500 lat temu szli po tym samym bruku. Ważne są nasze korzenie, to kto za nami stoi. Lubię myśleć o moich przodkach, mojej babci, że ona ze mną jakoś jest, że ci przodkowie wszyscy stoją za moim synem. To jest super, daje moc. Ja w to wierzę.

 

I słusznie! Zawsze to czuliśmy – stąd poszukiwania, szamanizm, odwoływanie się do przeszłości, filozofie dalekiego wschodu. Współcześnie fantastycznie pokazują to rodzinne ustawienia Berta Hellingera, które można je spokojnie przełożyć na narody, kraje, miejsca.

Warszawa, psychologicznie, jest takim niesamowitym miastem. Obszarem, którego nie było, a jest. Krajobrazem fizycznie zrównanym z ziemią, który przetrwał w sercach i pamięci ludzi. Dzięki dziadkom, ich opowieściom, darzę naszą stolicę ogromnym sentymentem. Tam gdzie stały hale KDT i Pałac Kultury, a za chwilę powstanie Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Teatr TR, były kiedyś 3, 4-piętrowe kamienice, takie jakie ostały się na ulicy Próżnej. Niska zabudowa, niezbyt szerokie uliczki, bruk, to wszystko sprawiało, że Warszawa była bardzo przyjemnym terenem, pełnym kawiarni, teatrów, kabaretów. Gwarnym, ale nie męcząco hałaśliwym. Wszyscy się spotykali na dancingu w „Adrii”. Po ulicach chodziły pięknie ubrane kobiety i eleganccy mężczyźni, nawet kiedy jechali na ryby, to w marynarkach. Ciągle gdzieś tu czuję, że to jest. Nie zginęło. Unosi się w atmosferze, trwa. Lubię o tym myśleć, wyobrażać sobie, że moi dziadkowie, mając naście lat to wszystko widzieli i dobrze zapamiętali. Dziadek miał w 1939 roku 19 lat. Uwielbiał Wisłę i jej plaże. Od strony Powsina, tam gdzie rzeka jest nieuregulowana, nic się nie zmieniło, jakby czas się zatrzymał w XIX wieku. Byłam, widziałam. Króluje tam przepiękna, dzika przyroda. Są rezerwaty ptaków. Warszawa, to fascynująca, inspirująca i bardzo szczególna strefa duchowa. Jest w niej odczuwalne piękno. Taka jest moja enklawa na ziemi. Jestem stąd.

 

 
„W ciemności” (2011), fot. Jasmin M. Dichant © Studio Filmowe ZEBRA / SCHMIDTz KATZE FILMKOLLEKTIV/ THE FILM WORKS

 

Podsumowując ten wątek, zobacz jak to się wszystko układa, w debiutanckiej (pomijając krótkometrażowy „AlaRm”) fabule Twojej i Twojego męża zatytułowanej - jakbyście składali hołd - „Warszawa”, w scenie w Fotoplastikonie (!) Twoja bohaterka wypowiada taką myśl: „Kiedy byłam małą dziewczynką, godzinami przyglądałam się sobie w lustrze, zastanawiając się, dlaczego jestem, dlaczego jestem tu, a nie na przykład 2000 lat wstecz, albo za 2000 lat”.

To teraz Ci coś zdradzę – to zdanie jest moje, kiedyś w jakiejś rozmowie to powiedziałam. Darkowi się spodobało i pasowało do historii, więc znalazło się w filmie. A historia jest prawdziwa. Z dzieciństwa. Naprawdę prześwietlałam się wzrokiem i im dłużej stałam wgapiając się w lustro, tym mniej się poznawałam. Zastanawiałam się dlaczego ci rodzice są moimi rodzicami, dlaczego urodziłam się w Warszawie, dlaczego jestem tu i teraz?

 

Niezła historia. Nie ma przypadków. Wiesz już, dlaczego tak jest?

Mogłabym się pokusić o interpretację. ale… w jakimś sensie, lubię myśleć, że to jest nadal tajemnicą, to że się tu spotkałyśmy i nasza rozmowa poszła w taką stronę. Wierzę, że to ma jakiś sens.

 

Agnieszka, jesteś idealną orędowniczką działań Legalnej Kultury. Zdajesz sobie sprawę, z wagi tego co właśnie zadeklarowałaś? Z tego, że z całego wszechświata możliwości metafizycznie poruszył Cię Rzym – arena nie tylko symbolicznie ważna etycznie, kojarząca się z dekalogiem, ale też kolebka kultury i sztuki, inspirująca nie tylko całą Europę, ale i świat! I z tego, że na życie wybrałaś środowisko odrodzone? To daje nadzieję, że z Tobą uda nam się jednak odbudować system wartości i zawrócić mentalnie do źródeł fair-play w relacji twórca-odbiorca.

Chyba muszę sprawdzić swój harmonogram, kiedy ja mam najbliższy wolny termin. Poważne zadanie przede mną postawiłaś… (śmiech).

 

A wiesz o czym wybierasz filmy, w których grasz?

Kontynuuj proszę…

 

O wyborach! Może w którymś poprzednim wcieleniu, np. w starożytności byłaś filozofem? Życiowych wyborach. Niezależnie, czy to dramat, czy komedia. Zresztą, jak powiedziałaś, nie filtrujmy - film, to opowieść. A już rzymski komediopisarz Plaut nadał, moim skromnym zdaniem, miano tak naprawdę jedynej słusznej gatunkowo historii: tragikomedii…

Mam wrażenie, że żaden mój rozmówca nie poświęcił mi do tej pory tyle uwagi co ty. Bardzo mi miło. Dziękuję. Przemyślę naszą rozmowę i kto wie - może rzeczywiście napiszę scenariusz i jeszcze go wyreżyseruję (śmiech)! Jest szansa, że nie stanie się to zbyt szybko (śmiech). Ale może przynajmniej nikt już wtedy nie będzie ani umieszczał, ani ściągał filmów z nielegalnych źródeł!

 

Życzę Ci tego, jak mawiają – dobra energia zawsze wraca!

 

 

Rozmawiała: Anita Banita Bartosik



Fot. Jarosław Sosiński / dystr. Kino Świat

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!