Wpisz e-mail


Rozmowy

O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Utopiona w świetle

Utopiona w świetle

- Jestem raczej z tych, którzy siadają w ostatniej ławce i przysłuchują się rozmowie. Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy wiem, że trzeba się jasno określić. Wtedy do odpowiedzi może się nie wyrywam, ale nie ukrywam swojego zdania - mówi Danuta Stenka. Z wybitną aktorką o ostatnich rolach teatralnych, podróżach do wnętrza, dyskrecji i dystansie do samej siebie rozmawia Łukasz Maciejewski.


Od naszych rozmów do książki "Flirtując z życiem" minęło kilka lat. Kiedy zapytałem Cię, co od tamtej pory zmieniło się w tobie, odpowiedziałaś: "Wyluzowałam. Zawód mniej mnie spala. Mniej zamartwiam się tym, że umykają kolejne role".


Wypadłam z kolejki po role filmowe. Być może stoję sobie w drugiej, alternatywnej kolejce, która od czasu do czasu brana jest pod uwagę, ale nie zdarza się to często. Mówię teraz wyłącznie o filmie, bo ta sytuacja nie dotyczy, chwała Bogu, teatru. Czas filmowej pauzy to dla mnie czas na życie, tak po prostu. Trochę siebie okradałam z radości zwyczajnego życia: przez mój perfekcjonizm, pracoholizm. Teraz to nadrabiam. To się oczywiście wiąże z moim rytmem wewnętrznym przypasanym do wieku, zaczynamy zwalniać, ale można się zbliżać do setki i zostać zgryźliwą, złośliwą staruszką, a można do końca swoich dni lubić życie i świat. Chciałabym żeby to był właśnie mój przypadek. Teraz czuję w duszy to, co się dzieje w tej chwili za oknem. Zaświeciło słońce, zazieleniły się drzewa. Wiosna, przeczucie lata. Ze mną jest podobnie. Jakieś ciepło się rozlało w duszy. Mimo, że wewnętrzna sinusoida przebiega jak przebiegała, jest lepiej, gorzej, weselej, smutniej, jakoś i nijako, ale to wszystko jest utopione w świetle.

Dzisiaj jest wspaniała pogoda, ale generalnie wiosna, jeżeli chodzi o pogodę, w tym roku nas nie rozpieszcza. Podczas spotkań autorskich często opowiadasz o rodzinnym Gowidlinie. Jak wyglądały twoje gowidlińskie majówki, wiosna na Kaszubach?

Najważniejsze było, żeby jak najprędzej założyć podkolanówki. Podkolanówki i sandały, bo to znaczyło, że jest już lato i za chwilę wakacje. Często wiosenne słońce nie szło w parze z odpowiednio wysoką temperaturą i niestety mama długo jeszcze nie pozwalała mi zakładać tych wymarzonych podkolanówek. A najbardziej lubiłam moje białe, świąteczne, "kościółkowe".

Wiosna cieszyła bardziej mamę, niż mnie. Dla niej to była radość z każdego przebiśniega, zachwyt nad każdym szafirkiem i żonkilem, który się pojawiał. Nie rozumiałam jak można przedkładać wiosnę nad lato. Mnie też się podobały te kwiatki, ale żeby poświęcać im tyle uwagi? A teraz moje córki mówią: Mamo, wyluzuj, już wszyscy słyszeli o tych pierwiosnkach pięćdziesiąt razy! A ja rzeczywiście się powtarzam, bo mam wrażenie, że oni te wiosenne cuda zaledwie musnęli okiem, że ich naprawdę nie zobaczyli, a za chwilę już tego nie będzie, kwiaty opadną, liście drzew stracą swoją świeżość, wszystko się zmieni - trzeba łapać tę chwilę, napaść oczy tymi obrazami.

W każdym razie podkolanówki i sandały były legitymacją lata. A latem wszystko było już dostępne: jezioro, długie dni, owoce, lato dawało wakacje. Teraz uwielbiam wiosnę, nawet chłodną. Jak moja mama.

Rozmawiamy wiosennie, mamy dobry nastrój, świeci słońce, na spotkaniach autorskich widzowie mówią ci, jak bardzo jesteś dla nich ważna, ale przecież za kilka dni, w teatrze TR, w pozbawionym słów monodramie "Koncert życzeń" w reżyserii Yany Ross, znowu genialnie wcielisz się w postać będącą kwintesencją samotności bezwzględnej, bezbrzeżnej. Samotności dla której nie ma już ratunku.

Myślę, że każdy, nurkując w swoje wnętrze, odnalazłby własny pokój z samotnością. Nawet osoba, która intensywnie udziela się towarzysko, nie może żyć bez ludzi, ma w mniejszym lub większym procencie ten "samotny" pierwiastek. Od charakteru chyba zależy czy się w tej samotności bierze kąpiel czy się w niej tonie. Ja myślę że samotność też jest nam potrzebna od czasu do czasu, może być budująca.


"Koncert życzeń", Danuta Stenka, Fot. Anna Grzelewska

Jerzy Andrzejewski w dzienniku "Z dnia na dzień" notował: "Samotność to jednak nie to samo, co osamotnienie. Samotnym bywa się, osamotnionym się jest".

Bohaterka "Koncertu życzeń" jest osamotniona...

Ze spektaklem Yany Ross odwiedziłaś wiele krajów, kilka kontynentów. Od Wiednia po Nowym Jork. Recenzje wszędzie były świetne, ale jak spektakl przyjmowali widzowie, czy ich reakcje różniły się znacząco od polskich?

Temat jest uniwersalny, a człowiek bez względu na epokę i szerokość geograficzną nosi w sobie te same lęki, ten sam ból. Zmieniają się plenery, dekoracje, kostiumy, a człowiek zostaje taki sam, tak samo bezradny wobec swojego losu.

Z drugiej strony, w Teatrze Narodowym, grasz tytułową Matkę Courage w spektaklu "Matka Courage i jej dzieci" Bertolda Brechta w reżyserii Michała Zadary. Reżyser pokazuje chory świat, świat w czasie wojny, i niedoskonałą, pełną słabości bohaterkę, która staje się być może ostatnią nadzieją, siłą, że jakoś uda się to wszystko przetrwać.

Mimo, że wszystko traci, podnosi się i idzie dalej. Tragedia w tym, że wojna, której zaufała, karmicielka jej rodziny, dzięki której mogli przetrwać, a nawet mieć się dobrze, odebrała jej wszystkich. Ale Courage z każdego kolejnego nieszczęścia podnosi się i trwa. Ciągnie swój wóz do końca.


„Matka Courage i jej dzieci”, Zbigniew Zamachowski i Danuta Stenka, fot. Krzysztof Bieliński

Czy pracując nad tą bardzo trudną rolą, grałaś na kontrze do wyborów bohaterki? Czy może starałaś się zrozumieć racje Courage?

Michał nie robił prób analitycznych, nie czytaliśmy tekstu przy stoliku, nie dyskutowaliśmy o postaciach. Ja potrzebuję rozmowy, on nie lubi analizować, buduje swój świat, szuka i sprawdza bezpośrednio na scenie. Włożona w konkretne sytuacje, próbowałam znaleźć w sobie tę kobietę. Ona jest zupełnie inna niż ja. Podejmuje decyzje, których ja na pewno bym nie podjęła, bywa żałosna, a chwilami jest niezwykła. Nie znalazłabym z tym człowiekiem wspólnego języka, a jednak jest mi piekielnie bliska. Dlaczego? Bo zbudowana na mnie, ze mnie, z moich gestów, głosu...? Nie wiem.

A śpiewanie? W spektaklu mierzysz się ze słynnymi songami brechtowskimi.

Sama myśl o śpiewaniu mnie paraliżowała, bo nie jestem tak zwaną "aktorką śpiewającą". W zestawieniu z wykształconymi muzycznie koleżankami i kolegami, jestem dzieckiem specjalnej troski, jeżeli idzie o śpiewanie. Na dodatek, ponieważ prawie nie schodzę ze sceny, musiałam być obecna na wszystkich próbach, porannych i wieczornych, a to wykluczało próby stricte muzyczne, które odbywały się równolegle z sytuacyjnymi. Nasz nauczyciel śpiewu nagrał mi linię melodyczną, uczyłam się jej najczęściej w samochodzie w drodze do i z teatru. Kiedy po raz pierwszy spotkałam się z zespołem muzycznym, z muzyką na żywo, z innymi instrumentami – bo linia melodyczna była nagrana na jakimś instrumencie elektronicznym – i usłyszałam swój głos wzmocniony przez mikrofon, załamałam się. Ale próbuję sprostać wyzwaniu. Szkoda mi, że nie mam takich możliwości technicznych, żeby wyśpiewać wszystko to, co mi podpowiada wyobraźnia. Powinnam brać lekcje śpiewu i tyle.

Myślisz poważnie o lekcjach śpiewu?

To moja tęsknota od lat. Szczerze zazdroszczę ludziom, którzy potrafią zaśpiewać wszystko ot tak, z marszu. Kto wie, być może to jest właśnie ten moment, żeby sprawić sobie wreszcie tę przyjemność?


"Matka Courage i jej dzieci”, Danuta Stenka, fot. Krzysztof Bieliński

W internecie można znaleźć kilka piosenek w twoim wykonaniu. Moim odkryciem jest "Scarborough Fair” duetu Simon & Garfunkel, zaśpiewane przez ciebie przepięknie w "Rodzinnym show" - Teatrze Telewizji w reżyserii Macieja Pieprzycy.

Teatr Telewizji to inna sytuacja - nagranie w studio, można je szlifować, robią to zresztą przecież i profesjonaliści. Z wielu powtórek wybiera się najlepszą, natomiast na scenie, stajesz przed widzem, i bez względu na stan twojego gardła, pamięci, trzęsące się ze strachu nogi czy przeponę, po prostu musisz zaśpiewać, od początku do końca.

Zarówno Matka Courage jak bohaterka "Koncertu życzeń", wymagają od ciebie również odwagi natury, nazwałbym, kobiecej. Grasz bez makijażu, w wypadku Courage także pobrzydzona, ubrana byle jak.

W „Koncercie życzeń” jestem bardzo blisko widza, każdy może zobaczyć defekty na mojej twarzy, ale nie ma to dla mnie właściwie większego znaczenia, ponieważ "na życie" zazwyczaj nie nakładam makijażu. Jednak na scenie miałam go zawsze, makijaż kojarzy mi się głównie z pracą. I pod tym względem była to sytuacja niecodzienna. W „Matce Courage”, co prawda, szlak był już przetarty. Przyszłam kiedyś na próbę w make up'ie - po jakiejś sesji czy programie telewizyjnym - i zobaczyłam w oczach Michała lekkie zawahanie. Podczas przerwy powiedział: „Wiesz, myślę, że lepiej będzie, jeśli zagrasz tę rolę bez makijażu, twoja twarz nieumalowana wydaje mi się bardziej wyrazista. Co o ty na to?” Mnie się to spodobało. Moja Courage na pewno się nie maluje, a ja w spektaklu, żeby, jako postać, nie słyszeć pewnej istotnej dla niej informacji, myję i twarz, i uszy, i włosy, woda ścieka po twarzy - makijaż mógłby się zdemaskować. Poza tym, kiedy pojawia się wysiłek, twarz czerwienieje, żyje, jest surowa, autentyczna. W końcu mamy wojnę. W każdym razie, nie mam z tym żadnego problemu. Bardzo dobrze czuję się bez makijażu w życiu i na scenie.


"Sztuka kochania", Danuta Stenka i Magdalena Boczarska, fot. Next Film

Cały czas rozmawiamy o teatrze, a przecież również w kinie jesteś potrzebna. W ostatnich latach zagrałaś między innymi doktor Sowę w "Chemii" Bartosza Prokopowicza, mamę Karoliny w "Szatan kazał tańczyć" Kasi Rosłaniec czy matkę Ani w "Planecie singli" Mitji Okorna. Bardzo podobałaś mi się także jako generałowa w "Sztuce kochania" Marii Sadowskiej. Wystąpiłaś tam we wspaniałej sześciominutowej scenie dancingu nakręconej w jednym ujęciu. To naprawdę robi wrażenie.

To były nocne zdjęcia. Mieliśmy skończyć o drugiej, skończyliśmy o czwartej nad ranem. Były już niezłe duble, ale w każdym jakiś feler. Wszystko oczywiście wcześniej precyzyjnie wymyślone i przepróbowane. Cały dzień zdjęciowy w jednym ujęciu! Zwróć uwagę, ile tam jest elementów pojawiających się jeden po drugim, tu jakiś pan na scenie, striptizerka z papierem toaletowym, rozmowa przy stoliku, grający zespół, kolejne postaci wchodzące do akcji, mój dialog z Michaliną Wisłocką i tak dalej. I kamera i każda kolejna osoba musi się znaleźć w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu. Jeśli choć jeden element zawiedzie, zaczynamy od początku. Zaczynało już świtać i mimo, że dwie godziny po czasie - a nad ranem nawet kwadrans boli - wszyscy, jak jeden mąż zdecydowali się zrobić jeszcze jeden dubel. I okazało się, że właśnie ten ostatni wszedł do filmu.

Generałowa miała swój pierwowzór?

Nazwana została Generałową, ale podejrzewam, że jest zbudowana z kilku kobiet czy żon tak zwanej wierchuszki.

W "Wojennych dziewczynach", swoistej kontynuacji "Czasu honoru", grasz Jadwigę, matkę jednej z konspiratorek.

Irka powinna się uczyć, jest jeszcze dzieckiem, tymczasem w tajemnicy przed matką zaczyna działać w konspiracji. Tak jak jej starszy brat. Matka zakłada w domu pralnię, z której utrzymuje rodzinę, ale która staje się również znakomitą przykrywką dla działalności podziemnej dzieci. Matka, jak to matka, z jednej strony umiera z niepokoju o nie, a z drugiej, rozumie - w ich wieku robiła to samo.


"Matka Courage i jej dzieci”, Arkadiusz Janiczek, Barbara Wysocka i Danuta Stenka,
fot. Krzysztof Bieliński


Znowu matka, same matki. Kiedy dostajesz kolejny scenariusz z agencji i widzisz: rola – matka, jak reagujesz?

Z pokorą. Taki mam chyba charakter - nie jestem roszczeniowa, raczej cieszę się z tego co dostaję niż martwię tym co mnie ominęło. Przypomniałam sobie któregoś dnia moje początki w Warszawie. Miałam już 30 lat i byłam tu nikomu nieznaną aktorką. Każda pozateatralna propozycja była dla mnie wielkim zaskoczeniem: skąd dowiedzieli się o moim istnieniu i, że nie boją się zaryzykować, przecież nic o mnie nie wiedzą! Nie miało dla mnie znaczenia czy jest to rola epizodyczna czy nieco większa, traktowałam je jako prezent od losu. Potem przyszedł czas klęski urodzaju, a teraz wróciłam do punktu wyjścia. Choć na brak zajęć nie narzekam. I teraz zdarzają się propozycje, z których rezygnuję.

A są jakieś określone powody - artystyczny, ideologiczny czy np. nie chcesz się powtarzać w kółko w tych samych rolach?

Chodzi raczej o sferę artystyczną. Rezygnuję, kiedy czuję, że to jest świat, w którym się nie odnajduję - ani ja go nie wzbogacę, ani ten świat nie wzbogaci mnie, ponieważ w niego nie wierzę.

Twoje wybory zawodowe rymują się z poglądami, z wartościami którym hołdujesz w życiu. Pamiętam, dawno temu opowiedziałaś mi historię o tym, jak dzięki swojemu bratu, nauczyłaś się być dyskretna...

...zwierzył mi się z czegoś w tajemnicy, a ja wypaplałam. Zachowałam się jak właścicielka jego sekretu. To jest dość częste zjawisko. Ludzie w ten sposób budują się w oczach innych. Tylko oni mają w ręku niezwykle ważną, bo nikomu poza nimi nieznaną, informację, a przekazując ją, przez chwilę są w centrum zainteresowania, rozdają karty.


"Matka Courage i jej dzieci”, Danuta Stenka, fot. Krzysztof Bieliński

Ważniejsze było dla mnie to, co powiedziałaś mi później. Że od tamtej pory zrozumiałaś, że musisz być lojalna, nie ubarwiać niczego. I tak się dzieje. Nie słyszałem żebyś kiedykolwiek plotkowała, albo mówiła o kimś źle. I wyznam ci, Danusiu, że od tamtej naszej rozmowy, ja również staram się funkcjonować inaczej. Żyć dyskretniej.

Nie jestem święta, ale, rzeczywiście, nie lubię mówić źle o ludziach. A jeśli mi się to zdarza, czuję jakiś piekielny dyskomfort. No, bo cóż ja wiem o tym człowieku, co przeżył, czym nasiąkł nie z własnego wyboru, jaki ból, smutek czy lęk w sobie nosi. Mnie też ludzie odczytują opacznie - nie jeden raz usłyszałam, że ktoś nie podszedł do mnie, bo bał się, że zetrę go w proch, tymczasem ja w tym momencie dygotałam w środku ze strachu. Nawet kiedy ktoś mnie doprowadzi do białej gorączki i mam ochotę urwać mu łeb przy samym dupsku, przychodzi moment kiedy zaczynam myśleć: dlaczego ten człowiek taki jest, co się takiego dzieje, co musiało wydarzyć w jego życiu, że się tak podle zachowuje? A wracając do sekretów, umiem zachować je dla siebie, zarówno kiedy jestem o to poproszona, ale i kiedy nie wymaga się tego ode mnie, a sama uznam, że ta informacja nie powinna się znaleźć w obiegu, bo nie posłuży jej właścicielowi.

Funkcjonujesz jednocześnie w centrum i na marginesie. W wywiadach opowiadasz o pracy, o rodzinie, ale nie udzielasz rad, nigdy nie pouczasz.

A jakie ja mam prawo pouczania kogokolwiek? Jestem typem, który załatwia wiele spraw w swoim własnym wnętrzu, tam zadaje sobie pytania i szuka na nie odpowiedzi. Nie mam potrzeby zabierania głosu w każdej sprawie, jestem raczej z tych, którzy siadają w ostatniej ławce i przysłuchują się rozmowie. Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy wiem, że trzeba się jasno określić. Wtedy do odpowiedzi może się nie wyrywam, ale nie ukrywam swojego zdania.

Zapytałem o to również dlatego, że jesteś Przewodniczącą Rady Fundacji Legalna Kultura. W tym przypadku trzeba jasno określić swój stosunek.

Do Legalnej Kultury zaprosiła mnie moja przyjaciółka, Kinga Jakubowska. Myślę, że nie jestem dla niej żadną inspiracją i żadnego prochu jej nie wymyślę, ona ma taki motor w głowie, że chwilami nie jestem w stanie za nią nadążyć. Ale chciała mieć na tym stanowisku kogoś, komu może absolutnie ufać, a do tego chyba się nadaję.

Powszechne korzystanie z legalnych źródeł to utopia. Legalna Kultura ma tego świadomość, ale stara się konsekwentnie edukować, są też znakomite akcje, jak "Kultura na Widoku", pokazujące, że istnieje szansa na to, żeby uczciwie i bezpłatnie ściągnąć i przeczytać książkę, obejrzeć film, posłuchać dobrej muzyki.

Tak, sukces tych akcji daje poczucie, że masz swój wkład. Grosik wrzucany do puli, twój wkład w kulturę po prostu. Aktorzy może nie tracą bezpośrednio na ściąganiu filmów, ale producenci i dystrybutorzy - jak najbardziej. A zatem tracą ci, którzy decydują o pieniądzach, a zarabiając mogą sobie pozwolić na zrobienie kolejnego filmu. Oni tracą, wobec tego tracimy wszyscy – my, aktorzy, ponieważ ten film nie powstanie i w nim nie zagramy, tracą również widzowie, ponieważ nigdy nie będą mieli szansy go zobaczy.


Projekt Kultura na Widoku - spot promocyjny z udziałem Danuty Stenki

Ważne jest także to, że tak wielu wybitnych artystów włączyło się w propagowanie idei Legalnej Kultury. Słyszymy wasze głosy w spotach "W czerni kina", włączacie się do wielu akcji organizowanych przez Fundację.


Trudno mówić w imieniu kolegów, ale mnie podoba się chyba najbardziej to, że Kinga Jakubowska prowadzi Legalną Kulturę nie na zasadzie kija, tylko marchewki - edukacji. Nie mówi: "nie rób tak, bo będziesz złodziejem", tylko "zrobisz fajną rzecz korzystając z legalnych źródeł". To jest znacząca różnica.

I ten mechanizm świetnie działa. Z badań Legalnej Kultury wynika, że coraz więcej użytkowników korzysta z legalnych źródeł audiowizualnych. Ta tendencja jest stała, i dotyczy - co bardzo ważne - głównie młodych i bardzo młodych Polaków. Wracając do twojej młodości, z jakich źródeł ty czerpałaś kulturę jako nastolatka?

W domu stał telewizor, było oczywiście radio, no i adapter. Chyba ciągle jeszcze są tam słuchane przeze mnie wtedy płyty analogowe.

Wiesz, że znowu jest wielki renesans płyt analogowych, w tym momencie sprzedaje się ich więcej nawet niż kompaktów?

Tak? To fantastycznie. Kurczę, chciałabym mieć gramofon. I znowu usłyszeć muzykę utopioną w tym szczególnym szumie i trzasku płyty analogowej.


"Królowa Margot", Danuta Stenka i Marcin Hycnar, fot. Krzysztof Bieliński


Na jednym z małych festiwali filmowych w zeszłym roku, w niewielkim kinie z charakterystycznymi drewnianymi, niewygodnymi fotelami pokrytymi czerwonym skajem, usłyszałem nagle znajomy dźwięk: to był terkot taśmy 35 mm. To było wzruszające. Tak dźwięczały jeszcze niedawno wszystkie sale kinowe. Jak szybko o tym zapomnieliśmy.

Terkot projektora w sali kinowej, nasze Kino Paradiso. Taśmy czasami się rwały, na górze w okienku był zawsze kinooperator. Pamiętam też kino objazdowe w mojej podstawówce, projektor stał na ławkach, a ekranem była zawieszona na tablicy, odwrócona do nas plecami, mapa do geografii.

Kasety VHS, kasety magnetofonowe. To wszystko już przeszłość.

I jeszcze nasz pierwszy rodzinny magnetofon ZK-240 z taśmą na szpulach. Nagrywaną z jednej i z drugiej strony.

A propos szpul i kaset, teraz modne są audiobooki, często je nagrywasz, mało osób jednak wie,  że byłaś w Polsce prekursorką audiobooków. Nagrywałaś je jeszcze właśnie na kasetach magnetofonowych.

Chyba nawet mam w domu egzemplarz "Romea i Julii" Szekspira, do którego są dołączone dwie kasety magnetofonowe. Ja byłam Julią, Jacek Rozenek - Romeo. Powiedzmy sobie szczerze, że byłam wtedy Julią lekuchno już sfilcowaną - zbliżałam się do czterdziestki. No, ale w audiobooku ważny jest głos.

Wspaniały głos to wielka siła twojego aktorstwa. Właśnie po głosie, a nie po roli teatralnej czy filmowej, rozpoznał cię niegdyś sam Aleksander Bardini.

Pierwsze kroki w tak zwanej "powieści w wydaniu dźwiękowym" stawiałam pod skrzydłami Waldka Modestowicza, w radiu szczecińskim. A trzeba wiedzieć, że Waldek jest mistrzem reżyserii radiowej. Nagraliśmy tam wspólnie chyba ze trzy powieści. Potem znalazłam się w Teatrze Nowym w Poznaniu u Izabelli Cywińskiej, która wkrótce została Ministrem Kultury. Wreszcie Warszawa, Teatr Dramatyczny, "Warszawskie Spotkania Teatralne", „Ślub” Jerzego Jarockiego. Cywińska zaprosiła mnie na miejsce osoby towarzyszącej, a w czasie przerwy przedstawiła panu Bardiniemu, mówiąc: „To jest moja aktorka z Poznania, Danuta Stenka”. Na co Bardini: „A ja panią znam, słyszałem pani powieść w radiu. Pomyślałem sobie, to niemożliwe, żeby taka młoda osoba tak dobrze czytała, musi być utalentowana." To było moje jedyne spotkanie z Aleksandrem Bardinim. Taki prezent od losu.

Od tamtej pory tego rodzaju prezentów dostajesz naprawdę wiele: od widzów, krytyków, twoich wielbicieli. Nasz wywiad moglibyśmy zatytułować: "Jak być kochaną".

Nie wiem jak być kochaną. Wiem, że trzeba kochać. I przypominać sobie o tym, bo nasze szybkie życie oddala nas od takich prostych prawd.


Danuta Stenka, Łukasz Maciejewski, fot. Adrian Blachut


Rozmawiał: Łukasz Maciejewski

Zdjęcie otwierające: "Matka Courage i jej dzieci", Danuta Stenka, fot. Krzysztof Bieliński



© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!