Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Zabijamy szacunek dla twórczości

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Zabijamy szacunek dla twórczości

Zabijamy szacunek dla twórczości

Piórotechnik, jak lubi o sobie mawiać. Autor wielu tekstów (także jeszcze) niewydanych. Umysł nieokiełznany. Jako dziedzic wielkiej spuścizny muzycznej, nie wyczuwa w rodakach szacunku dla własności intelektualnej twórców. Wyczuwa natomiast przyzwolenie na kradzież twórczości. Głos, którego użyczył Garfieldowi w serii dobranocek, nie ma sobie równych.

 

O wykorzystywaniu cudzych pomysłów, szacunku do pracy twórczej i konieczności przypominania o podstawach rozmawiamy z Grzegorzem Wasowskim.

 

 

Czy jako dziedzic wielkiej spuścizny muzycznej strzeże Pan do niej praw?

 

Staram się udzielać zgód na jej wykonania artystom na to zasługującym, choć, jak się przekonałem kilkakrotnie, i to nie gwarantuje odpowiedniego poziomu. Z drugiej strony nie chcę też paraliżować wykonawców nieznanych, ale to nie znaczy, że udzielam im zezwolenia w ciemno. Staram się jednak zapoznać z ich możliwościami. Nie zgadzam się na wykorzystywanie jej w durnych reklamach, lub też w reklamach nie mających z nią zupełnie związku, np. dotyczących środków do mycia muszli klozetowych. Nie zezwalam (to już do spółki z Kotem Przyborą) na zmiany tekstów piosenek, chyba żeby były niebywale dowcipne, ale to się nie zdarza. Nie zgadzam się na dopisywanie nowej muzyki.

 

Zgłosił się kiedyś do mnie pewien młody człowiek, który oświadczył, iż skomponował wreszcie dobrą muzykę do Addio, pomidory! i czy w związku z tym nie mam nic przeciwko temu. Miałem. Ale być może świadczy to tylko o tym, iż jestem wrednym i nie komunikatywnym zgredem. Nie zgadzam się też na ingerencję w muzykę Taty. Zgadzam się natomiast na wariacje na jej temat. Pod jednym wszakże warunkiem: proszę, aby najpierw wykonać ją w sposób, w jaki została napisana, czyli podać temat, a dopiero potem przejść do wariacji. A jeżeli komuś to nie odpowiada, to może przecież stworzyć coś nowego, zamiast pastwić się nad Tatą, podpierając jednocześnie jego nazwiskiem. Rzecz jasna o wszystkim wiedzieć się nie da, bywa więc, że nagle usłyszę jakieś wykonanie muzyki Taty budzące we mnie, delikatnie mówiąc, silne zażenowanie, no ale na to, to już nie ma rady, bo w końcu grania jej i śpiewania zabronić nie mogę. Zetknąłem się nie tak dawno z dopisaniem (bez mojej wiedzy) nowej muzyki do muzykału Medea - moja sympatia. Brak mi słów, by powiedzieć, co o tym myślę. Pomijając już fakt, że to jawne bezprawie, albowiem jest to dzieło łączne. Widziałem też telewizyjną produkcję Jedynka jest dobra na wszystko, w której finale wszyscy artyści zaśpiewali dziwnie znaną mi pieśń. Nie muszę chyba dodawać, iż oba wspomniane wydarzenia uszły ich sprawcom bezkarnie.

 

Praca w radiu to rodzaj edukacji muzycznej. Czy dzisiaj należy do niej dodawać temat poszanowania praw twórców, czy też traktować go raczej jako kwestię dobrego wychowania i nie mówić wciąż o oczywistościach, tak jak nie powinno się powtarzać, że nos wyciera się chusteczką?

 

Cały czas trzeba przypominać o podstawach, bo one już prawie nie istnieją. Przecież teraz, kiedy się mówi do kogoś na ulicy „przepraszam” czy „dziękuję”, można zostać wziętym za niebezpiecznego wariata lub prowokatora. A co dopiero z poszanowaniem twórców muzyki. Proszę mi pokazać dziennikarzy prezentujących muzykę w radiu i podających twórców poza wykonawcą. Jest ich zaledwie kilku. Nierzadko muzyka jest wyłącznie anonimowym wypełniaczem pomiędzy reklamami bądź dyskusjami. Jakże często słyszy się zapowiedź: w przerwie rozmowy posłuchajmy muzyki. A dlaczego nigdy nie słyszy się: w przerwie muzyki posłuchajmy rozmowy?
P.S. Co do nosa, to rzeczywiście nie powinno się mówić, bo sprawa jest już definitywnie przegrana. Tak jak zatykanie ust podczas ziewania czy też wstawanie z krzesła, kiedy do stolika, przy którym siedzimy podchodzi kobieta, umówiona bądź o coś chcąca zapytać.

 

Jeśli usłyszymy, że prezentuje Pan w radiu piękną piosenkę, a my nie mamy możliwości kupić jej w Polsce... co robić? Ściągać?

 

Szukać. Przecież ja też ją wyszukałem. Mogę też powtórnie ją nadać, jeśli dostanę taką prośbę. W tej materii jestem bardzo konserwatywny. Uznaję tylko oryginalne płyty, wydania pełne i z kompletnymi książeczkami. Żadne podróbki ani też zdewastowane edycje pod szyldem „Polska cena” mnie nie interesują. Chociaż kancery też niektórzy zbierają. A może by tak wprowadzić tańsze książki z napisem „Polska cena”, na przykład z oberwanymi okładkami, wyrwanymi pierwszymi dziesięcioma stronami lub końcem? Animatorzy kultury – więcej kreatywności!

 

 

fot. archiwum domowe G. Wasowskiego

 

Skecze z Pana udziałem są jednymi z najpopularniejszych kawałków w sieci. Cieszy Pana, że ciągle się je ogląda?

 

Cieszy i zaskakuje, zważywszy na to, że właściciel tych nagrań nie jest specjalnie zainteresowany ich popularnością, zaś zainteresowanym uniemożliwia ich wydanie. Ale bardziej chyba złości, bo cokolwiek by powiedzieć, to w końcu złodziejstwo.

 

W sieci po wpisaniu T-Raperzy znad Wisły z nazwą popularnego portalu do ściągania plików bez licencji występuje ponad 28 tysięcy linków. To dobrze, że ludzie się interesują, czy też mniej? A może to raczej sprawa Telewizji Polskiej?

 

Zależało mi na udostępnieniu legalnym całych programów KOC-a czy KAC-a, ale Telewizja Polska, po kilku latach mojego pukania do drzwi, zdecydowała się wydać jedną płytę z pięcioma tylko, wybranym przeze mnie, odcinkami. W tym roku więcej się nie ukaże. Ani, jak sądzę, w żadnym innym. Ale nie dlatego, że się mało sprzedało (choć szczerze mówiąc, nie udało mi się dowiedzieć, ile się sprzedało), tylko dlatego, że generalnie (taką dostałem odpowiedź) - DVD słabo się sprzedają. Natomiast dlaczego wydawca posiadający przecież tak nieograniczone możliwości promowania swoich DVD - nie czyni tego (nie myślę tu tylko o KOC-u, ale choćby o znakomitej Kobrze, czy Dobranockach dla dorosłych) - zrozumieć nie sposób. I może lepiej się nie starać, albowiem nie przypuszczam, by miało to jakikolwiek związek z inteligencją czy też wypełnianiem misji. Od lat też zabiegam, rzecz jasna bez powodzenia, o wydanie na DVD wspaniałych muzykałów tandemu Przybora-Wasowski (Balladyna 68, Medea - moja sympatia, Gołoledź, Pani X przeprasza, Telefon zaufania) czy też spektakli dla dzieci z muzyką mojego Taty (m.in. Bajki Pana Perrault, z aktorami z najwyższej półki, od pani Ireny Kwiatkowskiej począwszy), a już o znakomitych widowiskach teatralnych samego Przybory nie ma co marzyć. Lata mijają, strach narasta, bo przecież archiwa zarówno telewizyjne, jak i radiowe (tam również zalega moc przewspaniałych audycji i piosenek), to oazy zniszczenia i w każdej chwili wszystko może być wykasowane.

 

21 czerwca odbyło się w Warszawie przy palmie wspólne śpiewanie piosenki Warszawa da się lubić. Czy mamy dziś kulturę dzielenia się, czy raczej zawłaszczania?

 

Nie do końca rozumiem pytanie - dlaczego powiązane jest ono ze wspólnym śpiewaniem? To było wydarzenie sprowokowane przez moją żonę i organizatorów Święta Muzyki. I udało się głównie dzięki chórowi Artos. Z zawłaszczaniem, czy też mówiąc mniej eufemistycznie: kradzieżą, stykam się na każdym kroku. Począwszy od sampli, poprzez slogany reklamowe, a skończywszy na wykorzystywaniu cudzych pomysłów w scenkach kabaretowych. Nie wyczuwam w rodakach szacunku dla własności intelektualnej twórców, natomiast wyczuwam ogromne przyzwolenie na kradzież wszelakiej twórczości, w pełni wspierane przez prawo, które de facto nie pociąga za to do odpowiedzialności karnej, uznając, iż szkodliwość społeczna tego typu procederu jest znikoma, jeśli nie żadna. Paradoks polega na tym, iż niezdolni twórcy, a tylko tacy na ogół są znani, wytwarzają w odbiorcy wrażenie, że napisać, skomponować czy namalować potrafi każdy, i że to nie jest ani ciężka ani tym bardziej istotna praca. W ich wykonaniu rzeczywiście nie jest. Ale w wykonaniu mistrzów bądź superprofesjonalnych rzemieślników, bo takich też należy podziwiać, jest to tak samo ciężka i istotna praca, jak sprzedawcy, górnika czy też rolnika. Biorą w niej tylko udział inne partie naszego ciała i duszy. A tak nawiasem mówiąc warto by sobie przypomnieć pojęcia: uczciwość i honor. Tych co się z nimi nie zetknęli, odsyłam do słownika.

 

 

fot. Bogdan Augustyniak

 

Co Pan sądzi o kulturze remiksu?

 

Jeśli zaakceptowany przez twórcę, to czemu nie. A jeśli twórca już nie żyjący, to zróbmy to z klasą, gustem, smakiem i w charakterze jego twórczości. Tylko kto dzisiaj ma klasę, gust i smak, czy też może raczej: kto rozumie, co to znaczy...

 

Czy ogólna dostępność piosenek w sieci doprowadzi do śmierci radia muzycznego i autorskich audycji, czy też zawsze będziemy potrzebować przewodników?

 

Przewodnicy są potrzebni, ale oni już dziś prawie nie istnieją. Prezenterzy są zbyt mocno uzależnieni od firm fonograficznych obdarowujących ich płytami, z których grają później, siłą rzeczy, wytypowaną przez te firmy, muzykę. Ja kupuję płyty sam, by nikomu niczego nie zawdzięczać, by być szczerym w swych, nie sponsorowanych recenzjach i nadawać to, co mi się podoba, a nie to, co ma mi się podobać. Czytając czy słuchając osób przedstawiających muzykę (również filmy i książki) - zbyt często odnoszę wrażenie, iż nie są one szczere w swoich opiniach. A zresztą, gdzie dziś znaleźć rzetelne i merytoryczne recenzje? Dziś królują notki - bardzo ogólne i pozbawione osobowości autorów, a recenzje sprowadzają się do streszczeń (książka, film) lub wymieniania tytułów utworów i składu zespołu (muzyka). Śmierci radia się nie obawiam, bo podobnie jak telewizja, już dawno nie żyje, natomiast dużą przykrością jest dla mnie zabijanie płyt, książek i filmów poprzez możliwość posiadania ich w formie, jak ja to nazywam, nienamacalnej, czyli w plikach. Nie mogę pojąć jak można przedkładać ten system posiadania nad tradycyjne obcowanie z książką czy też płytą? Być może wynika to stąd, iż muzyka czy książka nie są już dla tego rodzaju osobników strawą dla ducha, tylko wypełniaczem towarzyszącym w drodze do pracy metrem, podczas jazdy rowerem czy samochodem (umc, umc), podczas joggingu, czy też w kawiarni. Tak jak ruch uliczny, jak przelatujące samoloty, wybuchające fajerwerki. No bo w ciszy byłoby jakoś tak łyso.

 

Czy publiczność muzyczna w Polsce ostatnimi czasy się zmieniła? Co jest inaczej?

 

Nasza publiczność nigdy nie reprezentowała zbyt wysokiego poziomu, ale ponieważ dawniej obcowała z artystami najwyższego lotu (Przybora-Wasowski, Młynarski, Grechuta, Niemen, Skaldowie, Osiecka, Kofta itd. itp.) miała szansę stykać się z tym, co znakomite, i tym samym rewidować, bądź ulepszać swój gust. Dziś już tych artystów w większości nie ma, a to, co po nich pozostało, zostało wchłonięte przez tandetę, szmirę i bezguście, których nie wyrugują „walczący” jeszcze ciągle A. M. Jopek, D. Miśkiewicz, G. Turnau, czy jeszcze parę, ale to dosłownie parę, osób. Jakim sposobem publiczność ma podnieść swoje „kwalifikacje”, skoro podczas wszelkiego rodzaju konkursów, mających za zadanie wyłowić nowe talenty, ona sama, nie znająca się przecież, decyduje o tym, kto owe konkursy ma wygrać? Nie mówiąc już o tym, iż przeradzają się one w zawody sportowe typu: nasz talent jest z Wałbrzycha, a tamten z Torunia, głosujmy i udowodnijmy, że Wałbrzych jest lepszy. Jakim cudem publiczność nie mająca o tym, co dobre zielonego pojęcia, ma je nagle mieć, skoro wytypowane na godne uwagi przeboje, których słucha podczas jednego z dni najszacowniejszego z Festiwali Piosenki Polskiej nie wyszły spod piór najwyższej klasy zawodowców, tylko nie rokujących dożywotnio żałosnych grafomanów, a kryterium ich wytypowania, to liczba kliknięć słuchających tych utworów głuchych lub prymitywnych odbiorców.

 

Rozmawiał Jacek Wasilewski i Monika Wasowska.


© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!