Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Ja kocham kino!

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Ja kocham kino!

Ja kocham kino!

Jego debiutancki film fabularny „W sypialni” od ponad roku pokazywany jest na festiwalach w różnych miejscach świata. Drugi, „Płynące wieżowce” właśnie miał swoją światową premierę na prestiżowym Tribeca Film Festival w Nowym Jorku. Celebruje kino, zdarza mu się oglądać kilka filmów dziennie, ale nigdy żadnego nie ściągnął z internetu! – reżyser Tomasz Wasilewski.

 

Nie od razu było oczywiste, że będziesz robił filmy. Twoja droga do reżyserii była dość długa i prowadziła w różnych kierunkach.

To prawda, ale zawsze interesowałem się kinem. Już jako dziecko mówiłem wszystkim, że chcę być aktorem i że nim będę. To się spełniło o tyle, że jako licealista grałem na różnych scenach, w dwóch czy trzech teatrach, najczęściej epizody, ale zdarzały się i większe role. To były małe, niezależne, offowe teatry, ale występowałem na scenie i to było moje pierwsze zetknięcie i ze sceną i z widzem. Później bardziej zainteresowała mnie reżyseria. Po skończeniu liceum wiedziałem już, że chcę robić filmy i konsekwentnie do tego dążyłem.

 

Studiowałeś jednak na innym kierunku.

Tak, chociaż zaraz po liceum poszedłem do prywatnej szkoły filmowej w Warszawie. Potem zacząłem pracować w firmie produkcyjnej i zdecydowałem się studiować produkcję filmową w łódzkiej Filmówce.

 

Twoje wykształcenie przydaje się teraz w pracy na planie?

Bardzo. Dzięki niemu, z małą ekipą jestem w stanie udźwignąć całą produkcję. Potrafię ułożyć „kalendarzówkę” i nadzorować cały ten proces, od początku przygotowań do filmu, do zakończenia zdjęć, aż po postprodukcję. To zawsze się przydaje i mogłoby się przydać każdemu reżyserowi, bez względu na budżet, jakim dysponuje. Wiem na czym to polega i nikt mnie nie oszuka. To fajna świadomość.

 

Niedawno skończyłeś dopiero drugi swój pełnometrażowy film fabularny, a powodów do satysfakcji masz wiele. Niejeden młody reżyser mógłby tylko pomarzyć o tym, by światowa premiera jego filmu odbyła się w Nowym Jorku, na prestiżowym festiwalu filmowym. Tobie się udało.

To prawda. „Płynące wieżowce” zostały zaproszone na Tribeca Film Festival, który jest ściśle związany z osobą Roberta de Niro. Bardzo się cieszymy, ponieważ nasz film jest jedynym z Europy Środkowo – Wschodniej. Do sekcji, do której dostaliśmy się czyli Viewpoints zgłaszanych jest rocznie blisko sześć tysięcy filmów z całego świata. Ostatecznie do udziału w festiwalu zakwalifikowano tylko 14 fabuł i 8 dokumentów. Tym większa radość, że wśród nich znalazł się i nasz film.

 

W sekcji Viewpoints prezentuje się kino niezależne, a w tym roku jej głównym tematem są skomplikowane relacje damsko – męskie. Właśnie o tym opowiadają „Płynące wieżowce”.

Rzeczywiście, ale zauważyłem, że i „W sypialni” i „Płynące wieżowce” zazwyczaj pokazywane są w sekcjach, w których prezentowane filmy przełamują tradycyjne wzorce kina. Chodzi w nich o poszukiwanie nowego języka filmowego. I taka też jest sekcja Viewpoints, w której znaleźć można progresywne kino z całego świata. „W sypialni”, oprócz wielu konkursów głównych, znalazło się na przykład w programie Forum of Independent w Karlowych Warach czy w sekcji New Horizons w Salonikach. Tam też nie pokazuje się tradycyjnego kina.

 

Oba Twoje filmy bez wątpienia wpisują się też w nurt kina niezależnego.

Tak, ale niezależnego w tym sensie, że bliskiego twórcy, autorskiego. W Polsce bardzo często kino niezależne pojmowane jest jako kino niskobudżetowe, offowe, innymi słowy nieprofesjonalne czy amatorskie. A to jest mylna interpretacja, ponieważ kino niezależne na całym świecie to kino autorskie, które idzie za myślą reżysera i wyraża pewien światopogląd, czy też opowiada indywidualnym językiem twórcy. I nie jest to kino komercyjne produkowane w dużych studiach. W Stanach Zjednoczonych zdarza się, że i filmy niezależne mają duże budżety, grają w nich gwiazdy, ale nie wychodzą z wielkich wytwórni filmowych.

 

Wspomniałeś wcześniej, że Twoje filmy można oglądać na festiwalach wśród tych, które przełamują tradycyjne wzorce. Co to znaczy w wypadku Twojej twórczości?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, ale tak moje filmy są określane, tak było na pewno w przypadku filmu „W sypialni”. Staram się być po prostu w zgodzie ze sobą, z tym co myślę i co mnie porusza. W taki sposób też opowiadam różne historie. Po zrealizowaniu „Płynących wieżowców” myślę, że mogę już powiedzieć, że mam swój język filmowy. A jak on się będzie dalej rozwijał, tego jeszcze nie wiem. Na pewno w sposób prawdziwy, naturalny dla mnie.

 

Od realizacji „W sypialni”, Twojego pełnometrażowego debiutu w fabule minęło już sporo czasu. Jak oceniasz, już z dystansu, to doświadczenie?

Bardzo dobrze wspominam ten film, choć to dla mnie rzeczywiście już dość odległa historia. Co ciekawe, „W sypialni” wciąż pojawia się na kolejnych festiwalach na całym świecie i tak będzie na pewno do listopada. W najbliższym czasie pokażę film na Transilvania Film Festival w Rumunii. Będzie też na Festiwalu Filmów z Europy Środkowo – Wschodniej w Wiesbaden, w sekcji filmów progresowych - BEYOND BELONGING. Fajnie wspominam tę produkcję. To ciągle film bliski mojemu sercu.

 

 

Scena z filmu „W sypialni”, fot. Anna Tomczyńska

 

To przede wszystkim opowieść o dojrzałej kobiecie. Nie poznamy jej jednak w pełni. Pewne sprawy pozostawiasz interpretacji widzów. Skąd pomysł na ten scenariusz?

Bezpośrednią inspiracją był dla mnie francuski film „Dziewczyna na moście”. Ważne było też to, że znalazłem w Warszawie szczególną kafejkę internetową, która odegrała ważną rolę w tej fabule. Od tego zacząłem pisanie. Choć długo byłem przekonany, że moim debiutem będą „Płynące wieżowce”.

 

Ten scenariusz powstał wcześniej?

Tak, to pierwszy scenariusz, jaki w ogóle napisałem. Ten do „W sypialni” jest trzeci. Mam jeszcze drugi, który dopiero teraz będę próbował zrealizować. Z „Płynącymi wieżowcami” nie od razu się udało, pewnie dlatego, że realizacyjnie i budżetowo to był znacznie większy projekt. Po kilku latach bezskutecznych starań postanowiłem więc najpierw nakręcić „W sypialni”. Znalazłem dwójkę świetnych producentów, którzy mi zaufali i wyłożyli naprawdę swoje prywatne pieniądze. Michał Toczyski i Grażyna Strzałkowska umożliwili mi debiut. To się raczej nie zdarza, by ktoś chciał zaryzykować do tego stopnia. A oni w dodatku dali mi wolną rękę i pozwolili zrobić prawdziwie autorskie kino, co właśnie znajduje swoje odbicie na festiwalach. Gdziekolwiek w świecie pokazywaliśmy później „W sypialni”, a było to i w Australii, i w Grecji, i we Francji, gdzie film zdobył Grand Prix, mówiło się o tym, że on jest taki „niepolski”. Nie lubię wprawdzie tego określenia, bo uważam, że jest bardzo polski.

 

Rozumiem jednak, że mówiono to w pozytywnym sensie?

Tak, w tym sensie, że proponuje coś nowego. Ma inny sposób opowiadania, inny sposób patrzenia na bohaterów, inny język filmowy. Selekcjonerzy festiwalowi często mówili mi, że właśnie z tego powodu to był jedyny polski film, który ich zainteresował.

 

„W sypialni” to też bardzo kameralny, intymny film. W większości scen widzimy tylko dwójkę aktorów na ekranie. Jak z nimi pracowałeś?

To prawda, jest bardzo intymny, ale mnie właśnie interesuje takie kino. Ostatnio dużo myślałem o filmach Urlicha Seidla. To też jest bardzo intymne kino, które mnie dotyka. Mnie nie interesują jakieś wyszukane fabuły. Raczej emocje, przyglądanie się bohaterom, a tym samym aktorom i wspólne docieranie do wnętrza postaci.

 

Aktorzy też muszą Ci pozwolić wejść w ich intymny świat. W tym wypadku było o tyle łatwiej, że znałeś już dobrze Tomasza Tyndyka. A jak było z Katarzyną Herman?

Tomka znałem już bardzo dobrze, a Kaśki nie znałem w ogóle, gdy proponowałem jej rolę. Przy obu filmach pracowałem z aktorami w taki sam sposób. Rozbieraliśmy postaci na czynniki pierwsze. Ja zawsze robię dużo prób.

 

A nie obawiasz się, że długa praca z aktorami przed zdjęciami może zabić później ich spontaniczność na planie?

Nie obawiam się z tego względu, że nigdy nie „zajeżdżam” żadnej sceny. Przez trzy miesiące na przykład spotykamy się, spędzamy razem noce, pijemy wino i rozmawiamy o postaciach. Analizujemy potencjalne sytuacje wynikające ze scenariusza, ale nigdy nie odgrywamy w całości poszczególnych scen. Chociaż przy realizacji „Płynących wieżowców” trochę stosowałem i tę metodę. Na pewno wiele się nauczyłem podczas tych prób. Mam w „Płynących wieżowcach” bardzo intymną scenę z Mateuszem Banasiukiem i Martą Nieradkiewicz czyli z Kubą i Sylwią. Scena zaczyna się od seksu i przechodzi w rozmowę, która wszystko w ich relacji psuje i niszczy. Kilka miesięcy rozmawialiśmy o niej, próbowaliśmy tę scenę, nawet ją odgrywaliśmy u mnie w domu, w sypialni, w łóżku. A ja ją nagrywałem małą kamerą.

 

Czy to znaczy, że intymność bohaterów przenosi się z pracy na wasze życie prywatne?

Tak się zdarza. To dotyczy i mnie i aktorów. Wybieram jednak zawsze takich aktorów, którym jest to potrzebne i którzy chcą w taki sposób pracować.

 

Pozwalacie sobie wzajemnie wchodzić w swoje życie prywatne?

Oczywiście, ale ufamy sobie. Ja ich dopuściłem do swojego życia, a oni mnie do swojego. W inny sposób byśmy tego nie zrobili.

 

I jak to wpłynęło na scenę, o której mówiłeś?

Zawsze interpretowaliśmy ją w jeden określony sposób. I podczas ostatniej próby, trzy dni przed zdjęciami, doszliśmy do wniosku, że zrobimy ją na odwrót. I nagle się okazało, że to było najlepsze rozwiązanie. W tej postaci weszła do filmu. Gdybyśmy nie robili prób, zostałbym przy pierwszej koncepcji tej sceny, a teraz już nie mam wątpliwości, że byłaby gorsza. Poza tym, gdy ma się niewielki budżet i niewiele dni zdjęciowych, nie ma zbyt wiele czasu na planie. Realizując „W sypialni” zdarzało się, że robiliśmy dziewięć scen dziennie, w tym jeden przerzut i to był koszmar. Gdybyśmy nie byli tak dobrze przygotowani, to wszystko by nam się posypało. Nie musieliśmy budować niczego od początku, a jednocześnie wciąż mieliśmy możliwość zmiany. I dzięki temu czuliśmy się na planie bezpiecznie.

 

W „Płynących wieżowcach” z kolei opowiadasz o skomplikowanych relacjach damsko – męskich i męsko – męskich. Dlaczego tym razem taka tematyka?

Po filmie „W sypialni” wszyscy pytali mnie, jak to się stało, że napisałem scenariusz o kobiecie, w dodatku czterdziestoletniej. Nie mam odpowiedzi na te pytania. Tak samo jest z „Płynącymi wieżowcami”. Interesująmnie ludzie skomplikowani. Dlatego opowiadam o nich w filmach. W przypadku i Edyty i Kuby jest tak samo. Są to ludzie złamani wewnętrznie. Oczywiście w przypadku „Płynących wieżowców” historia miłosna między dwoma chłopakami jest jakby bonusem, bo w Polsce to nadal temat kontrowersyjny. Ale nie o kontrowersje mi chodziło, tylko o prawdę bohaterów.  

 

 

Scena z filmu „Płynące wieżowce”, fot. Anna Tomczyńska

 

A co najbardziej interesowało Cię w historii bohaterów „Płynących wieżowców”? Ta płynność przechodzenia w różne relacje seksualne?

Nawet nie relacje seksualne, a raczej te emocjonalne. Bardziej interesowało mnie zagubienie bohaterów i ich walka o realizację marzeń. Myślę, że szczególnie w polskim społeczeństwie, które może jest coraz bardziej otwarte, ale wciąż konserwatywne, poruszanie tematu homoseksualizmu jest bardzo trudne. A chciałem opowiedzieć historię miłości chłopaka i dziewczyny, a właściwie trójkąta. W życie bohaterów wchodzi drugi chłopak i rozbija to, co wydawało się pewne. Jednak to nie dziewczyna się w nim zakochuje, tylko jej chłopak. W Polsce to nadal nie jest przerobiony temat.

 

Czy w związku z tym sądzisz, że „Płynące wieżowce” po premierze w naszym kraju wywołają duże kontrowersje?

Nie wiem, to się dopiero okaże. Premiera planowana jest jesienią. Jednak obserwując to, co się dzieje w sferze publicznej, a dotyczy osób o orientacji homoseksualnej czy związków partnerskich, pewnie jakieś kontrowersje będą. Chociaż ja skupiałem się na emocjach, a nie na problemie społecznym. Oczywiście on jest w filmie, ale na drugim, trzecim planie. Mieliśmy niedawno pokaz dla ekipy i rozmawiałem po nim z Mirosławem Zbrojewiczem, który gra w „Płynących wieżowcach” ojca Michała, zdeklarowanego geja. I Mirek powiedział mi, że dla niego, patrząc z perspektywy osoby heteroseksualnej, faceta, ten film jest bardzo trudny. To mnie zdziwiło, tym bardziej, że spotyka w środowisku teatralnym i filmowym osoby homoseksualne.

 

Może Twój film wywołuje silne emocje, ale o to też przecież w sztuce chodzi?

Wolałbym, żeby wywoływał wśród widzów emocje, a nie kontrowersje. Mam nadzieję, że na tyle głęboko i wiarygodnie zbudowałem te postaci, że tak właśnie będzie. I dotyczy to także tych widzów, którzy nie zgadzają się na związki osób tej samej płci. Mam nadzieję, że zobaczą w moich bohaterach prawdziwych ludzi i dzięki temu również inaczej spojrzą na ich problemy. Chociaż „Płynące wieżowce” nie są w żaden sposób manifestem. Mnie takie rzeczy w ogóle nie interesują. Ja chcę robić kino i opowiadać o ludziach, którzy mnie ciekawią. Też o takich, którzy są gdzieś na granicy, którzy są dyskryminowani. I nie po to, by walczyć o ich prawa, bo nie jestem politykiem, ale po to, by opowiedzieć ich historie.

 

Porozmawiajmy więc o Twoich prawach. Wspomniałeś, że „Płynące wieżowce” będą miały swoją oficjalną polską premierę dopiero jesienią. Czy nie obawiasz się, że wcześniej piracka kopia Twojego filmu pojawi się w internecie?

Oczywiście, że boję się i nie chciałbym, żeby tak się stało. Chociaż mój strach jest na pewno nieporównywalny z tym, jaki odczuwają moi producenci. „W sypialni” niedawno ukazało się na DVD i film już jest nielegalnie w internecie.

 

Wcześniej nie został skopiowany?

Wiem tylko, że pojawił się zaraz po premierze DVD. Dosłownie dzień później już można było go ściągnąć.

 

A to zapewne ograniczyło sprzedaż płyt z filmem.

Na pewno. I nie jest to fajne dla nas. Robimy to, co kochamy, ale to jest też nasza praca.

 

Właśnie, jaki jest Twój stosunek do piractwa w sieci?

Ja nigdy nie piratowałem.

 

Nigdy?

Nigdy. Nie umiem tego robić, ale też nigdy nie chciałem. Nigdy nie ściągnąłem z internetu żadnego filmu. A wydaję mnóstwo kasy na filmy.

 

Jesteś kolekcjonerem?

Potrafię wejść do sklepu i kupić dwadzieścia filmów naraz, ale ja to uwielbiam. Uwielbiam mieć te filmy, wracać do nich. Lubię je mieć fizycznie, tak jak niektórzy ludzie wciąż wolą mieć fizycznie zdjęcia, trzymać je w ręku. Nie wystarczają im kopie cyfrowe. Ja mam taki stosunek do filmów. Nie ściągnąłem żadnego i nie zamierzam tego robić.

 

A muzyka? Zdarzało Ci się ściągać pliki muzyczne?

Pirackich na pewno nie. Czasem tylko dostawałem od kogoś przegrane płyty. Jeśli zdarza mi się ściągać muzykę to z pewnego, legalnego źródła, na znane urządzenie, z którego można słuchać muzyki.

 

Jaki jest więc Twój stosunek do dostępności dóbr kultury w sieci. Czy za pewne utwory w ogóle nie powinno się płacić, czy też wszystkie powinny być udostępniane odpłatnie? A jeśli tak, to czy nie ogranicza to uczestnictwa w kulturze tym, którzy nie dysponują dużymi środkami?

Jestem w takiej sytuacji, że chciałbym zarabiać na własnej twórczości szczególnie, że nie robię przecież filmów komercyjnych, więc te dochody i tak nie są na tyle duże, żebym mógł się z nich utrzymać. Oprócz tego, że robię filmy, pracuję również dla telewizji. I to jest moja stała praca, z której się utrzymuję. Z tego powodu uważam, że korzystanie z kultury w internecie powinno być odpłatne. Wiele osób wciąż uważa, że jak ściągnie film lub płytę z muzyką, to nikogo nie krzywdzi, bo to nie jest kradzież. A to jest kradzież, tylko niektórzy ludzie nie potrafią sobie tego wyobrazić, bo nie widzą fizycznego, namacalnego dowodu. Dobrym przykładem na to jest ściąganie w szkole. W Stanach Zjednoczonych młodzi ludzie generalnie nie ściągają. A jeśli ściągają, to są napiętnowani przez innych uczniów, ponieważ oni od małego wiedzą, że to jest złe. Mają to wpojone. A w Polsce wciąż nie ma powszechnej świadomości, że pirackie ściąganie z sieci jest kradzieżą.

 

Jak Twoim zdaniem powinno się więc kształtować tę świadomość?

Może właśnie kampaniami społecznymi, które są organizowane, ale powinny być robione na większą skalę.

 

Czy sądzisz, że Twój nowy film jest i będzie zabezpieczony przed skopiowaniem?

Mam nadzieję, choć mam też świadomość, że nie możemy wszystkiego przewidzieć. Kopie są wysyłane wciąż na różne festiwale, film jest też w Niemczech, bo mamy tam agenta sprzedaży. W zasadzie wszędzie jest bezpieczny, ale też wszędzie może znaleźć się ktoś nieuczciwy.

 

Jest jeszcze jedna ważna kwestia. Jako autor chyba nie chciałbyś, aby Twój film był oglądany w byle jakiej jakości na ekranie komputera?

No właśnie! Ostatnio rozmawiałem z przyjaciółką o amerykańskich serialach, które uwielbiamy oglądać. I ona mówi mi, że ma trzy kolejne sezony serialu, który chciałem obejrzeć, bo je skopiowała. I nie wziąłem! Naprawdę nie wziąłem od niej tych płyt, bo wiedziałem, że kopia będzie słaba. A ja nie chcę oglądać filmu w gównianej jakości, z okropnym obrazem i dźwiękiem. Ja celebruję kino, uwielbiam je. Potrafię obejrzeć kilka filmów dziennie. I nie wyobrażam sobie, żebym miał je oglądać w złej rozdzielczości i z takim dźwiękiem, że nie rozumiałbym połowy dialogów.

 

A co teraz przed Tobą? Wspomniałeś, że jest jeszcze ten środkowy, drugi scenariusz, którego wciąż nie zrealizowałeś. Czy to będzie Twój następny film?

Bardzo bym chciał. Jest skończony i czeka. To „Zjednoczone stany miłości”.

 

Znowu o miłości?

Znowu o miłości, a trochę nie. To historia pięciu kobiet opowiedziana w trzech częściach. Wracam więc do tego, co mnie najbardziej w kinie interesuje. A bohaterki są w różnym wieku, od 25 do 70 lat. Ten scenariusz napisałem już kilka lat temu, pierwsza wersja powstała, gdy miałem 27 lat. I nawet został doceniony, bo znalazł się w finale konkursu Hartley – Merrill. Został zauważony, bo ze 160 scenariuszy został wybrany do dziesiątki najlepszych. Teraz będę próbował go zrealizować. Będę też chciał napisać coś nowego, świeżego, bo już zaczyna mi chodzić po głowie pewna historia.

 

Na razie pojeździsz jeszcze trochę po świecie z filmami „W sypialni” i „Płynące wieżowce”. Ten drugi, czego nie możemy na razie oficjalnie potwierdzić, pojawi się nawet niedługo na dużym międzynarodowym festiwalu filmowym.

Zgadza się. Na razie nie mogę powiedzieć gdzie, ale będzie w konkursie jednego z bardzo ważnych festiwali. I będzie to tym razem nasza europejska premiera...

 

Dla Legalnej Kultury rozmawiał Ryszard Jaźwiński, dziennikarz radiowej Trójki.

 

Dla Legalnej Kultury rozmawiał Ryszard Jaźwiński, dziennikarz radiowej Trójki.

 

fot. Tomasz Tyndyk


© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.




Do góry!