Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Jestem trochę w stronę anarchii nastawiona...

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Jestem trochę w stronę anarchii nastawiona...

Jestem trochę w stronę anarchii nastawiona...

Ma nawyk czytania przed snem, niezależnie od tego, o której wróci do domu, ani jak bardzo jest zmęczona. Kiedyś brawurowo parodiowała Dodę, Szczukę czy Jandę, ale serca publiczności podbiła główną rolą w filmie „Dzień Kobiet”.

Zaproszenie do udziału w kampanii telewizyjnej Legalnej Kultury przyjęła natychmiast i bez wahania.

O wolności w sztuce, wsparciu państwa dla kultury oraz poczuciu odpowiedzialności obywatelskiej, rozmawiamy z Katarzyną Kwiatkowską.


Czy według ciebie państwo ma obowiązek ukulturalniać młodzież?

Fajnie by było, gdyby państwo się angażowało, gdyby były programy, które wciągają młodzież w atrakcyjny sposób do kultury.

Jest edukacja szkolna, darmowe biblioteki i bilety ulgowe do teatru.
Tylko czasem teatr znika... Do kultury nie można przymusić, więc być może wyjściem jest właśnie uczestnictwo w zajęciach, które oferują domy kultury. Wtedy sztuka działa jak naczynia połączone - łatwiej interesując się tańcem skręcić po drodze do muzeum czy galerii.

Ty korzystałaś z takich zajęć?
Kiedy miałam 13 lat, wypatrzyłam egzaminy do Teatru Ochota. Tam spotkałam wielu swoich dzisiejszych kolegów, aktorów, krytyków sztuki, reżyserów, scenografów. Miałam taką drugą szkołę, bo najpierw chodziłam tam po lekcjach dwa razy w tygodniu, potem codziennie. Nie chodzi o to, by każdy był twórcą, ale już samo obcowanie ze sztuką wyrabia wrażliwość.
 

fot. Leszek Szymaniec


Wolne bilety do teatru?


A obcowanie z twórcami wyrabia wrażliwość? Np.: czy spotkanie z reżyserami zmniejsza prawdopodobieństwo, że będziemy ściągać z nielegalnych źródeł jego filmy?
Nie wiadomo. Wydaje mi się, że wciąż z trudem rozróżniamy, które źródła mają licencję na rozpowszechnianie. Nielegalne są czasem płatne, legalne są czasem darmowe, jest galimatias.

Zwykle z nielegalnymi źródłami jest tak, że ludzie na zewnętrznych dyskach w sieci nie ustawiają odpowiednio prywatności i stają się nielicencjonowanym źródłem rozpowszechniania. Po prostu nie do końca umiemy korzystać z narzędzi w sieci.
Narzędzia zmieniają się szybciej niż się uczymy. Sama używałam tylko skrzynki pocztowej, gdy nagle ze zdziwieniem dowiedziałam się, że są jakieś strony i w ogóle cała infrastruktura internetowa. Nie wiem, co by było ze mną w czasie, gdy mocno brakowało mi pieniędzy i gdy zastanawiałam się: kupić czy nie kupić sobie kasetę, gdybym mogła sobie wtedy ściągnąć muzykę. Nie wiem. To sprawa mocno indywidualna.

Według badań ściągają z nielegalnych źródeł w dużej mierze ci, którzy są lepiej wykształceni i mają więcej pieniędzy, rzadziej ci, którzy ich mają bardzo mało. Ale też czy to, że ma się mało, może usprawiedliwiać nielegalne ściąganie? Albo wolne wejście do teatru...?
Przy takim stopniu ogólności trudno jednoznacznie zdecydować. Kiedy pomyślimy o zwykłej rodzinie, która popadła w tarapaty finansowe, ma czwórkę dzieci i ledwo ich stać na jedzenie, to wiadomo, że jako pierwsze pod nóż idą wydatki na kulturę. I dobrze by było, gdyby taka rodzina mogła uzyskać jakieś dofinansowanie. I przecież można wypożyczyć z biblioteki książkę, płyty czy filmy. Ale już do teatru będzie ciężej pójść za darmo, bo przedstawieni to jest zawsze oryginał, a nie kopia.

Ale jeżeli teatry, tak jak biblioteki, są dotowane przez miasto… To może nie przeznaczać na działalność teatrów podatków, tylko dla czystości zasad zdecydować się na istnienie wyłącznie teatru komercyjnego, ze sztuką, za którą ludzie głosują nogami.
Od tego są specjaliści, jak to trzeba prawnie i organizacyjnie zorganizować. To nie pytanie do mnie. Ja jestem aktorką.

 
fot. Natalia Siwicka

 

Co powinna wiedzieć kasjerka?

 

W ostatnim filmie, w którym grałaś - „Dzień kobiet” - najważniejszą sprawą była właśnie walka o swoje prawa kasjerki z supermarketu, jej walka jako obywatela. Aktorzy też są obywatelami i ich role też stanowią przekaz społeczny. Ale jeśli przychodzisz do białego miasteczka podczas strajku pielęgniarek, jesteś zaangażowana...
Jestem, tylko nie mam wiedzy o tym, jakie rozwiązania organizacyjne byłyby najlepsze.

No ale demokracja ma taką przypadłość, że często wybieramy, nie wiedząc, dlatego warto pogadać o modelu, który by nam się podobał.
No dobrze. Pierwszy to model rynkowy: sztuka jest towarem, kultura jest biznesem, każdy musi zarobić, kogo nie stać na operę, to niech sobie pójdzie na koncert na dożynkach. Ale kultura nie jest towarem. Drugi model, w którym kultura jest spoiwem społecznym, dostarcza nam płaszczyzny porozumienia i symboli. Jest więc sprawą wspólnotową, do której trzeba zaprosić jak najwięcej ludzi. Dlatego jeżeli społeczeństwo nie zostanie nauczone odbioru sztuki już od dziecka, to dorośli pozostaną w odpustowej estetyce, jakkolwiek bywa ona czasem urocza. Dlatego ja tu widzę rolę dla telewizji publicznej, nie odpuszczałabym misyjności tej instytucji. Brakuje mi kontaktu ze starym kinem. Kiedy byłam mała, pamiętam, że każdy z nas doświadczył tych paru klasycznych przedwojennych komedii polskich czy dramatów czarno-białych, europejskiego kina przedwojennego. Każdy miał taką mikrobazę, pozwalającą mu rozwinąć ewentualne zainteresowania. Może warto dać szansę teatrowi telewizji.

Tylko, że Jego oglądalność jest niska i zaniża ogólny poziom oglądalności.
Ale być może państwo powinno pomagać w utrzymaniu poziomu produkcji. Pamiętam z różnych moich doświadczeń telewizyjnych, że kiedy pracowaliśmy nad jednym scenariuszem i chcieliśmy użyć imienia i nazwiska bohatera literackiego, wszyscy mieliśmy wrażenie, że to jest nośne. I potem osoba decydująca stwierdziła, że nie, że normalny widz tego nie zrozumie. Zrobiliśmy sondę w całej redakcji i okazało się, że tylko jedna osoba w redakcji programu kulturalnego coś kojarzyła. Myślenie jest więc takie, że, by nie uczyć widza, tylko równać w dół. Zbyt szybko zakładamy, że widz słucha disco polo, nie chce dowiedzieć się nic nowego i jest debilem.

A przecież jesteśmy u progu telewizji hybrydowej.
Właśnie! Jeśli można połączyć obraz spektaklu z nakładką internetową, w której można by znaleźć niektóre informacje o osobach, miejscach, czy choćby o imieniu i nazwisku bohatera literackiego, to dalibyśmy widzom szansę na coś nowego. Zwłaszcza tym, którzy lubią nowe technologie, czyli nieczęstemu widzowi teatru tv. Druga kwestia to wrzucanie do sieci filmu z komentarzem reżysera albo krytyka filmowego. Wtedy można by odkryć co znaczy – albo co w dawnych latach 60. znaczyły elementy scenografii czy kostiumów.

Tylko, że głębiej sięga ten, kto się tym już interesuje. Reszta zmienia kanał.
Chyba, że oglądamy w grupie lub rodzinnie. Wtedy ogląda się niejako z rozpędu, ale ciężko uzyskać pomoc. A tak można by sobie sprawdzić.

Racja. Kiedy byłem mały, mój ojciec podczas oglądania meczu nigdy nie był w stanie wytłumaczyć mi spalonego.
Być może właśnie tak jest z filmami, warto też zadbać o to, by tłumaczyć jak z nimi postępować, żeby utrzymać ich twórców przy życiu. Czy aktor może być sobą? Musimy wiedzieć, po co nam konkretne prawa i jak nasza wolność wpływa na innych ludzi.

fot. Natalia Siwicka


Wolny Internet, czyli z kim się dzielimy, a z kim nie.

 

A nie przemawia do ciebie piękne hasło, że Internet powinien być wolny!?
Ja mam bardzo wolnościowe podejście, bardziej nawet jestem w stronę anarchii nastawiona niż jakichś ograniczeń. Hasło, że „Internet powinien być wolny” do mnie bardzo przemawia, ale co tu zrobić, żeby był wilk syty i owca cała? My, artyści, zarabiamy bardzo nieregularnie. Tacy aktorzy raz mają dobrą passę, a raz kiepską. Jeśli ktoś ma szczęście mieć jakiś etat w teatrze, to może przynajmniej opłacić podstawowe rachunki i ewentualnie pójść do publicznego lekarza. Jak pomyślę o fotografach czy muzykach, którzy mają coraz gorszą sytuację w związku z piractwem, to się cieszę, że pojawiły się nowe rozwiązania, typu Deezer, Spotify, czy VOD, bo mogą pomóc uregulować tę sytuację. Jestem za tym, żeby móc korzystać więcej, ale za mniejsze pieniądze. Żeby dzielić się też z twórcami.

Tylko w Polsce mamy problem z zaufaniem społecznym. Gdybyśmy sobie ufali, to producenci nie baliby się piratowania, szybciej by wpuszczali nowości na VOD i byłyby one tańsze...
No i nie byłoby tej rzeźni estetycznej i choroby pikselowej, kiedy ktoś ściąga nagrany w kinie film. Jak masz wszystko rozpikselowane i musisz się domyślać, o co chodzi. Takie oglądanie, to jak czytanie w szkole na jutro Krzyżaków. W filmie sprowadza się to do tego, że widzimy samą akcję – kto kogo zabił i czy udało się uciec, a kwestie kolorów, światła, dźwięku... pozostają poza percepcją.

No właśnie – czy kwestia zgody na marną jakość jest polskim problemem estetycznym czy ekonomicznym? Czy mamy gdzieś jakość, czy też mamy problem z ceną?
Mamy problem z dostępnością. Ciągle łatwiej znaleźć w sieci piraty. A z drugiej strony dobrze, że ludzie jednak oglądają. Na przykład film, w którym gram, wyszedł na DVD i od tego momentu dużo więcej osób go obejrzało (co widać po forach) i pewnie spiratowało. Może to nie jest szczególnie poprawna postawa, ale się cieszę, że ktoś chciał go spiratować. Dla mnie jest najważniejsze, żeby jak najwięcej ludzi to zobaczyło, bo treść wydaje mi się ważna. Choć oczywiście najlepiej, gdyby wszystko odbywało się w legalny sposób.

I o czym dyskutują...? O sztuce?
Ludzie uwierzyli w tę historię, zapomnieli, że to jest film. Nie chodzi im o konstrukcję scenariusza, jak film jest zagrany, jakie są zdjęcia itd., tylko o sprawy pracownicze, meritum sprawy. Mówią o podobnych przypadkach. Dla nich liczy się rzeczywistość, a nie sztuka.

fot. Michał Pańszczyk

 

Wolność słowa i wolność bezrobocia

 

Ale ta rozmowa właśnie pokazuje, że impakt społeczny powodowany przez film jest bardzo duży. Aktor nie tylko gra, ale tworzy postać, która oddziałuje na inny ludzi. I tu jest pytanie o waszą – aktorów odpowiedzialność.
Odpowiedzialna jest cała grupa ludzi, reżyser, scenarzysta, aktor dopiero w dalszej kolejności.

No dobra, uprośćmy: czy można robić sztukę bez obywatelskiej postawy i bez świadomości, co tak naprawdę robimy?
Można. Aktor musi dobrze grać i może to robić bez świadomości całego kontekstu. Mnie nie obchodzi, czy Meryl Streep jest prywatnie głupia, małostkowa i złośliwa czy nie i jaką prezentuje opcję polityczną. Interesuje mnie jak gra.

Czyli aktor nie musi być obywatelem?
Oczywiście, że musi. Trzeba wykonać jakieś minimum pracy umysłowej, kiedy się przystępuje do projektu. Ale nie wszyscy jesteśmy supermądrzy. Różnie się zdarza. Czasem intelektualistę lub profesora fantastycznie zagra idiota... czy ma być, w związku z tym, odpowiedzialny za obraz świata akademickiego? Dziś  mało jest wśród nas ludzi zaangażowanych politycznie, staramy się wszyscy być przezroczyści, bo zaangażowanie szkodzi karierze. To się zmieniło od lat 80., gdy fajnie było nosić bibułę i występować po mieszkaniach. Dziś boimy się angażować i wypowiadać – czy ktoś jest za czy przeciwko In vitro, czy jest za zakazem legalizacji aborcji – bo to wpływa na to, kogo się wybiera do ról. My, aktorzy, nie jesteśmy w tym położeniu, co Maria Czubaszek, że możemy sobie poprowokować. Myślę, że trudno byłoby znaleźć aktorkę, która powiedziałaby teraz: tak, jestem za aborcją… Czy za związkami zawodowymi...
 
No to pytanie spoza tych trudnych społecznych kwestii: czy utwory, które są z podatków, nie powinny być wolne, to znaczy dostępne dla społeczeństwa?
To za trudne dla mnie pytanie na dziś. Ale jak widać, musimy jeszcze chwilę o tym publicznie rozmawiać, żeby móc mieć jakieś zdanie.


Rozmawiał Jacek Wasilewski


© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!