Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Get free! Z szybkością światła...

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Get free! Z szybkością światła...

Get free! Z szybkością światła...

Jego życie to od dwóch lat nieustająca trasa koncertowa. Jesienią zagrał ponad 30 koncertów w siedmiu krajach, przejechał pół Europy i podbił Japonię. A na dokładkę wydał album „Chaos Pełen Idei”, na którym połączył elektryzującą muzykę swojego kwintetu z przebojami towarzyszącymi mu nawet od dziecka. Z Wojtkiem Mazolewskim rozmawiamy o tym, jak sprawić, by zespół stał się samoistnym organizmem i odskoczniach od jazzu i rock'n'rolla.

W 2016 roku Skończyłeś 40 lat. Czy ma to dla Ciebie jakieś znaczenie życiowo i zawodowo?


Cieszę się, że mogę robić swoje i się rozwijać. Swoje doświadczenie staram się wykorzystać tak, żeby doskonalić to, co robię. To był rok, w którym wydalem 4 albumy i spełniłem kilka kolejnych marzeń. Udało mi się także zorganizować z tej okazji koncert urodzinowy. Odbył się w Teatrze Szekspirowskim w Gdańsku. Zaprosiłem wielu współpracowników, z którymi grałem przez te prawie 30 lat koncertowania. Z niektórymi nie widziałem się przez lata. Zagrały moje zespoły, takie jak Pink Freud - w najstarszym składzie i w najnowszym, przyjaciele ze sceny yassowej - Tymon Tymański, mój brat Jerzy, z którym też od lat nie mieliśmy okazji wspólnie występować... bardzo bardzo dużo ciekawych muzycznych chwil, emocji, ciepła od przyjaciół i rodziny. Jeszcze przez wiele tygodni i miesięcy później czuło się, że wszyscy żyjemy trochę tym spotkaniem i że to było dla nas wszystkich bardzo miłe doświadczenie. Tak zapamiętam ten rok i czterdziestkę. Moment, w którym wszytsko jest na swoim miejscu i możesz się tym cieszyć. No a tak poza tym był to kolejny rok ciężkiej pracy. Od 2 lat jesteśmy w permanentnej trasie koncertowej z zespołem Wojtek Mazolewski Quintet i Pink Freud. To wiele wspaniałych zdarzeń muzycznych następujących po sobie z szybkością światła.


Pomyślałem o tej 40. słuchając właśnie Twojego najnowszego wydawnictwa "Chaos pełen idei". Mam trochę takie wrażenie, że to jest właśnie spełnione marzenie chłopca, który wziął kawałki z młodości swojej, z młodości swojego brata - muzykę, którą nasiąkał - od Jefferson Airplane, Juice Newton, przez Nirvanę po Kylie Minogue... Totalny misz-masz pokazujący szerokie spectrum Twoich fascynacji.

To ciekawe spostrzeżenie. W jakimś sensie na pewno tak jest. Rzeczywiście sięgnąłem bardzo głęboko do swoich doświadczeń muzycznych, czasem bardzo wczesnych. I pojawiło się to bardzo spontanicznie. Mogę powiedzieć, że te pomysły właściwie przychodziły same. Nie miałem na początku koncepcji na album. Po prostu cieszyłem się tym, że coś mi przychodzi do głowy i natychmiast się tym dzieliłem - najpierw ze swoim zespołem, a później z artystami, których twórczość współbrzmiała z moją i dlatego dzwoniłem zapraszając ich, by zrobili z nami mush-up na żywo. Chciałem to zrealizować w taki sposób, a nie komputerowo, didżejsko, ale właśnie spotykając ze sobą np. Wojtek Mazolewski Quintet i Lady Pank i robiąc coś zupełnie nowego. Jakąś wartość dodaną. To jest rzeczywiscie pieśń z mojej młodości. Pamiętam, że kiedy słyszałem tekst "Szanuj czas i pieniądz. Zęby myj, zbieraj złom. Dobry bądź dla zwierząt, one też kochać ciebie chcą...", uważałem, że jest bardzo trafny i tak samo uważam do dziś. Cieszę się, że takie doświadczenie z czasów, gdy byłem chłopcem, mogę dziś zrealizować z siłą mężczyzny i człowieka, który ma wspaniały zespół.



Podobnie było, jeśli chodzi o utwór "Get free". Kiedy już wiedziałem, że będę robił płytę, chciałem zaprosić do współpracy Wojtka Waglewskiego, ponieważ od lat cenię sobie bardzo jego sposób grania, frazowania, śpiewania i pisania tekstów. Wielokrotnie mieliśmy okazję ze sobą zagrać. Zarówno w moich projektach, jak i gdy zastępowałem Karima w VooVoo na basie. I za każdym razem były to bardzo fajne, głębokie doświadczenia muzyczne, a o odtworzenie takich chodziło mi właśnie przy tej płycie. Czułem więc, że nie może go na niej zabraknąć. Ale zanim zdążyłem wystosować oficjalne zaproszenie, to spotkaliśmy się na weselu mojego saksofonisty Marka Pospieszalskiego w Krakowie, gdzie przepięknie przygrywała rodzina Prusinowskich. I co rusz w trakcie wieczoru dołączali do nich nowi muzycy i odbywało się regularne jam session. W pewnym momencie na scenie pojawił się cały WMQ, a po paru utworach zaczęli do nas dołącząć muzycy VooVoo i nagle wszedł też Wojtek Waglewski. Byliśmy już w trakcie wykonywania "Get Free", a on po prostu podszedł do mikrofonu i zaczął śpiewać "Gdybym...". Nikt tego nie wymyślił. To się po prostu stało. A ja już od paru miesięcy pracowałem nad płytą, o której myślałem, że będzie płytą z samymi mush-upami. Czasami takie rzeczy się po prostu zdarzają. Możesz mówić, że to magia albo przypadek, albo jeszcze coś innego. Z mojej perspektywy to jest piękne, że takich rzeczy można doświadczyć. Oczywiście po tym zdarzeniu zadzwoniłem do Wojtka i powiedziałem mu o płycie i tym, że bardzo chciałbym to nagrać, bo "Gdybym" uważam za jedną z najpiękniejszych piosnek o miłości, jakie słyszałem. O każdym z utworów na płycie mógłbym opowiedzieć podobną anegdotę, bo żaden z nich nie znalazł się na albumie przypadkowo.

Zaprosiłeś do współpracy artystów kilku pokoleń. Wśród nich wyróżniłbym Justynę Święs, która jest pewnym Twoim odkryciem i wcześniej pojawiła się już na albumie WMQ "Polka. Remixed".

Justyna jest cudowna. Pieknie pisze i śpiewa. Oczywiście fani zespółu The Dumplings znają ją doskonale, a jak ktoś nie zna, to gorąco zachęcam do sięgnięcia po ich twórczość oraz inne projekty, w których Justyna brała udział. Natomiast ja miałem takie odczucie, że chcę jej zaproponować nowe doświadczenie, które może być dla niej bardzo ciekawe. Wydawało mi się, że postawienie jej w towarzystwie żywych instrumentów i zespołu, który podąża za nią, słucha i improwizuje słysząc jej dźwięki, będzie takim kopem i sytuacją, że w Justynie otworzy się jeszcze coś więcej, bo uważam, że jest bardzo głęboką i mocną artystką. I mogę powiedzieć, ze być może nie był to nasz ostatni wspólny utwór, który usłyszycie.

Powiedziałeś, że miała to być płyta z mush-upami. Czy było coś, co ostatecznie nie znalazło się na "Chaosie pełnym idei"?

Było kilka pomysłów, których nie zrealizowaliśmy. Chciałem bardzo, by na płycie znalazł się jeden utwór ze Skubasem i jeszcze jeden z Tomkiem Organkiem. Może następnym razem.



Wspominałeś, że od dwóch lat jesteście w permanentnej trasie z WMQ. Zjeździliście świat od Japonii po Brazylię. Próbowałeś policzyć ile to kilometrów? Masz jakieś rozeznanie?

Mogę powiedzieć, że wróciłem teraz z piętnastodniowego wyjazdu z WMQ po krajach Europy Południo-Wschodniej. Byliśmy na Litwie, Białorusi, Słowacji, na Węgrzech i w Rumunii. Tuż przed wyjazdem wpisałem sobie w Google kilka pierwszych miejsc, tak, by zobaczyć gdzie będę i kiedy. Google pokazał mi, że w zaledwie kilka dni z 15-dniowej trasy przemierzę busem ponad 6 tysięcy kilometrów. A wyjeżdżaliśmy w nią praktycznie bezpośrednio po powrocie z trasy po Azji. Absolutnie nie mam pojęcia, jak to wygląda w przestrzeni całego roku, ale myślę, że są to dziesiątki tysięcy. Człowiek sobie nie zdaje sprawy z tego jakie odległości przemierza koncertując, bo przecież na mapę nie patrzysz codziennie.

A jakie masz takie najbardziej dojmujące doświadczenia z tych podróży? Jak przyjmują Waszą muzykę w różnych częściach świata?

Spotkaliśmy się z bardzo pozytywnym odbiorem nawet w takich sytuacjach i okolicznościach, kiedy gdzieś byliśmy pierwszy raz. Jak choćby ostatnio z WMQ w Japonii, gdzie oczywiście bywałem wcześniej z Pink Freud, ale Quintet pojechał tam pierwszy raz. Graliśmy album "Polka" od małych klubów po duży festiwal i japońska publiczność po raz kolejny okazała się wspaniała. Zostaliśmy przyjęci entuzjastycznie i wygląda na to, że będziemy tam wracać. Mamy tez piekną pamiątątkę – nagrania live in Tokyo zrealizowane przez legendarnego Singien Ono. Dla mnie ten wyjazd był o tyle ważny, że Japonia i Azja w ogóle jako miejsce jest bardzo ważnym punktem na mapie moich doświadczeń. I bardzo chciałem, żeby zespół, który cały czas mi wzrasta, również mógł czerpać z tego źródła. Bardzo pracowałem byśmy mogli tam pojechać, bo to trudny rynek i zespół, którego tam wcześniej nie było i nie jest tam znany, nie jest łatwo sprzedać. Nam się to jakoś udało. I bardzo się cieszę, bo wiem, że teraz zespół lepiej mnie rozumie. I będziemy jeszcze głębiej współpracować na płaszczyźnie muzycznej i kompozytorskiej. Dało nam to dużo nowego potencjału. I także dzięki temu już jesteśmy w trakcie realizacji koncepcji na nową płytę.


Przez dwa lata dużo się zdarzyło i ciężko wybierać i wartościować wszystkie zdarzenia, ale chciałbym powiedzieć też o tym, z czym wróciłem z tej ostatniej trasy po, jak to się kiedyś mówiło, byłych Demoludach albo Bloku Wschodniego. To jest niezwykle interesujące. Wszędzie na wschód jesteśmy bardzo ciepło, jeśli nie gorąco przyjmowani. Zainteresowanie każdą aktywnością kulturalną jest tam ogromne. Mieszka tam wielu ludzi, którzy mają polskie pochodzenie i posługuje się językiem polskim. Dla nich obcowanie z naszą kulturą jest bezcenne, a nas nie kosztuje wcale dużo. To ogromne pole do działań dla polskich instytucji kulturalnych i decydentów. Kultura to najlepsze spoiwo do łączenia wielu różnych elementów, które zostały przerwane przez zmiany granic i różne sytuacje społeczno-polityczne. Graliśmy w Wilnie, w Mińsku. Białorusini przygotowali nawet transmisję telewizyjną z naszego występu. Wszystko było bardzo profesjonalnie zorganizowane, choć na trochę archaicznym sprzęcie, ale który dziś zdawał mi nawet być atutem a nie problemem. Bardzo ciepli ludzie. Mieliśmy ogromną frajdę z obcowania z nimi. Stamtąd pojechaliśmy na południe - do Słowacji , a później na Węgry i do Rumunii. Na wspomnienie zasługują na pewno koncerty z Bratysławy i później z Szeged. W Bratysławie graliśmy na uczelni muzycznej, gdzie organizatorzy obawiali się, że nie będzie dużej frekwencji i byli totalnie zaskoczeni tym, że zjawił się ogromny tłum. Koncert okazał się wielkim sukcesem, a potem spędziliśmy wspaniałe chwile dyskutując z organizatorami i z publicznością o kondycji kultury i społeczeństw w tym regionie świata. Dzień później byliśmy na w Szeged Jazz Days, na festiwalu, który jest organizowany od 1977 roku. Dyrektor Artystyczny festiwalu Andras Drienyovszki ustawił nasz zespół jako headlinera Festiwalu. A support przed nami grał Hamid Drake ze swoim zespołem, co było zaskakujące mieć przed sobą ludzi, których słuchasz od lat i są twoimi idolami. Andras uważał, że nasz zespół ma coś specjalnego i kiedy dziennikarze zapytali go, dlaczego występujemy jako główna gwiazda, to powiedział, że uważa nas za jeden z najważniejszych polskich zespołów i taki, który zawraca muzykę do jej pierwotnej funkcji. Po takiej zapowiedzi nie wiem, co się stało, ale po występie w Bratysławie, gdzie już zespół osiągnął stan głębokiego wglądu, którego wcześniej nie miał. Nie sądziłem, takie magiczne chwile mogą się powtórzyć także dzień później. Puściły nam wszystkie hamulce i zagraliśmy koncert, który na długo pozostanie w mojej pamięci, bo wypchnął nas znów w miejsce, o którym nie wiedziałem, że istnieje. Po to się gra trasy koncertowe, by właśnie przeżyć coś niewiarygodnego. Żeby przestać myśleć i stać się jednym organizmem. To są takie przeżycia i doświadczenia, z którymi wracasz, które zostają i stanowią rodzaj paliwa na kolejnych wiele miesięcy pracy i decydują o tym, co zdarzy się przez następny rok czy dwa.


Obok muzyki, którą tworzysz z Quintetem i z Pink Freud, od jakiegoś czasu zająłeś się także muzyką filmową. To zupełnie inna dziedzina. Jak się w niej odnajdujesz?

Bardzo lubię pisać muzykę filmową i w ogóle ilustracyjną np. do teatru, spektakli teatrów tańca czy audiobooków, które robiłem w formie takich superprodukcji, jak "Blade Runner" czy "Karaluchy". To pisanie muzyki ilustracyjnej jest dla mnie po pierwsze dużą odskocznią od świata jazzu i rock'n'rolla, z którym obcuję na co dzień. Ale daje też możliwość takiej koncentracji w studio, która w trasie koncertowej nie jest taka oczywista. Mój umysł działa w ten sposób, że oglądając obraz bądź czytając książkę od razu słyszę dźwięki. Przychodzi mi to więc z dość dużą łatwością i jeżeli mam jeszcze czas i możliwość poprzebywania trochę z reżyserem, poznania się z nim odpowiednio, stworzenia pewnej bazy wrażliwości i komunikacji, a później zaufa mi, to jestem w stanie napisać muzykę do każdego rodzaju obrazu. Obojętnie czy to będzie muzyka na kontrabas solo, kwartet smyczkowy, harfę, kapelę improwizującą, zespół rock'n'rollowy bądź jazzowy, to bardzo lubię tego typu wyzwania. Praca z artystami z innych dziedzin uczy innej wrażliwości i bardzo wzbogaca twój późniejszy warsztat.



Duża popularność Twojej muzyki przekłada się na jej piratowanie.


Piractwo to niezbyt dobre słowo używane na nazywanie tego procederu. Piraci kojarzą mi się bowiem pozytywnie. Z archetypem łobuza o dobrym sercu. A jednak kradzież dóbr kultury w jakiejkolwiek formie z zasady jest zła. Z drugiej strony większość z nas dorastających w latach 80. i 90. doskonale pamięta czasy, gdy ogromny procent kultury w naszym kraju był piratowany odgórnie, systemowo. Nie wiem w ogóle jak to nazwać. Ale wszyscy pamiętamy firmy, które funkcjonowały legalnie, a sprzedawały pirackie filmy czy płyty. I żaden artysta na świecie nie zdawał sobie sprawy, że właśnie gdzieś w Warszawie na stadionie sprzedał 40 tysięcy swoich kaset. I wszyscy je kupowali będąc uczestnikiem tego pirackiego procederu. Z tego punktu widzenia ciężko mi rzucać dziś kamieniem. Ale dziś wszystkie te pozycje mam na kompaktach i winylach, które kupiłem legalnie, dlatego że po prostu kocham tych artystów i w ten sposób chcę wyrazić im najwyższy szacunek i podziękowanie za ich muzykę. Życzyłbym sobie, żeby świadomość społeczna wzrastała właśnie w tym kierunku. Żebyśmy z poczucia szacunku mieli wewnętrzne przekonanie o tym, że dobra kultury są tak samo odpłatne, jak wszystko inne, co kupujemy sobie do domu.

Rozmawiał: Rafał Pawłowski
Fot. R Plus Jazz Photography



Do góry!