Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Katarzyna Zawadzka. Sztuka przekraczania granic

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Katarzyna Zawadzka. Sztuka przekraczania granic

Katarzyna Zawadzka. Sztuka przekraczania granic

– Teatr jest dla mnie bez wątpienia najlepszym miejscem do zawodowego rozwoju. Można w nim eksperymentować, pracować na swoich emocjach, szukać odpowiednich strun, na których można później ładnie zagrać. Scena to troszkę laboratorium, w którym sprawdza się nasze możliwości, przekracza pewne granice. W pracy na planie filmu, czy serialu nie zawsze jest na to czas – z Katarzyną Zawadzką o pierwszej lekcji aktorstwa z Danutą Szaflarską, powrotach do Krakowa i czeskiej Pradze rozmawia Ryszard Jaźwiński.


Ostatnio wróciłaś do miasta, które w przeszłości, przez dłuższy czas było Ci bardzo bliskie?

Masz rację, mówimy o Krakowie. Rzeczywiście jest to miejsce, do którego wróciłam po latach, tym razem na plan serialu telewizyjnego. Pojawiłam się tam po dłuższej przerwie i po dłuższej nieobecności, więc obserwowanie, jak się odnajduję w tym mieście dzisiaj było dla mnie bardzo interesujące.

A pamiętasz pierwszy w ogóle przyjazd do Krakowa?

Pamiętam. Przyjechałam wraz z młodzieżowym kabaretem "Fajna sprawa", prowadzonym przez mojego ojca.

Ten kabaret działał w Kołobrzegu, z którego pochodzisz?

Właściwie działał przy szkole w Dygowie, do którego przeprowadziliśmy się później. To niedaleko Kołobrzegu. Tata był nauczycielem i wpadł na pomysł zorganizowania w szkole kabaretu. "Fajna sprawa" radziła sobie fajnie, miała swoje sukcesy i często była zapraszana na rozmaite przeglądy w wielu miejscach Polski. A mnie czasem udawało się wyruszyć w trasę z kabaretem.

Ile miałaś wtedy lat?

Siedem, czy osiem. To był ten okres. I pamiętam, że pewnego dnia ruszyliśmy w długą drogę na przegląd kabaretowy do Horyńca, a Kraków był dla nas przystankiem. Postanowiliśmy więc wykorzystać okazję i trochę zwiedzić to miasto. Najbardziej utkwiło mi w pamięci chodzenie po Sukiennicach. Ogromnie zachwyciły mnie te niekończące się stragany wypełnione pięknymi przedmiotami i pamiątkami. To było dla mnie wtedy fascynujące i tak też zapamiętałam moje pierwsze spotkanie z tym miastem.

A po latach już jako osoba dorosła wróciłaś do Krakowa na studia aktorskie?

Studia w krakowskiej szkole teatralnej rozpoczęłam mając dwadzieścia trzy lata czyli w wieku dość już "dojrzałym", szczególnie w odniesieniu do kobiet, bo w szkołach artystycznych są pewne limity wiekowe.

Dlaczego tak późno?

Ponieważ moja droga do tego zawodu była dość nieoczywista. Wcześniej na przykład nie zdecydowałam się na edukację w liceum ogólnokształcącym. Wybrałam technikum ekonomiczne, w którym uczyłam się dłużej, bo aż pięć lat.

Dzięki temu, jak sądzę, do dziś świetnie radzisz sobie z rachunkami.

Powiedzmy, że tak. Bez wątpienia wiedza zdobyta w technikum przydaje mi się w życiu. Chociaż dużo rzeczy na pewno wypadło już z mojej pamięci. Musiałam zrobić miejsce na nowe, potrzebne w zawodzie aktora. Jednak w sytuacjach bardziej przyziemnych, życiowych i finansowych radzę sobie chyba całkiem nieźle.

Ekonomistką jednak ostatecznie nie zostałaś. Co w takim razie spowodowało, że zdecydowałaś się zdawać do szkoły teatralnej? Od razu też marzyły Ci się studia w Krakowie?

Też nie, ponieważ ja sobie wymyśliłam, że miejscem, do którego chcę "wyfrunąć" z Kołobrzegu, a później z Dygowa jest Warszawa. Jakoś upodobałam sobie tę Warszawę i w bardziej dorosłym już życiu widziałam siebie oczami wyobraźni właśnie w tym mieście. Uparłam się więc na warszawską szkołę teatralną, a innych w ogóle nie brałam pod uwagę. Po pięcioletniej nauce ekonomii zdecydowałam się nagle na studia aktorskie. Nie wiedziałam na czym właściwie polegają te egzaminy, więc tak naprawdę chciałam się skonfrontować z komisją i doświadczyć tego, co było mi zupełnie obce. Zaufałam mojej intuicji, ale też nie robiłam sobie wielkich nadziei. I słusznie, bo szybko "odbiłam się" od ściany. Nie przeszłam nawet pierwszego etapu.


Fot. Weronika Ławniczak

Nie zniechęciło Cię to? Rok później ponownie podeszłaś do egzaminów w Warszawie?

Tak, w Warszawie zdawałam dwa razy. Po liceum przeprowadziłam się na prawie trzy lata do stolicy, więc byłam już tu na miejscu. Cały czas wierzyłam, że zwiążę swoje dalsze losy z tym miastem, więc mój wybór wydawał się całkiem oczywisty. Niestety wtedy tylko dla mnie, bo ponownie nie przeszłam pierwszego etapu egzaminów.

Z tego powodu kolejną próbę zdecydowałaś się podjąć w Krakowie?

To bardzo ciekawe, bo wydawało mi się, że krakowska szkoła teatralna jest tak bardzo elitarna, że ja się do niej po prostu nie nadaję. Nie miałam wtedy dużego poczucia własnej wartości ani potrzeby pełnego oddania sztuce. Nie znajdowałam w sobie tego jakiegoś artyzmu, który kojarzył mi się z Krakowem. Wydawało mi się, że tam do szkoły trafiają wyjątkowi ludzie. Stworzyłam sobie takie wyobrażenie, może nawet mit o krakowskich aktorach i sądziłam, że kompletnie nie pasuję do tego środowiska. A prawdę powiedziawszy, chyba po prostu nie miałam odwagi tam zdawać. Nie miałam nawet odwagi myśleć o krakowskiej szkole teatralnej jako miejscu, w którym mogłabym studiować i ukończyć te studia. Życie jednak szykowało mi kolejną niespodziankę.

Miałaś już jednak za sobą pewne doświadczenia artystyczne, choć dotyczące przede wszystkim tańca. Byłaś też Miss Piękności?

Owszem, byłam Miss Nastolatek województwa zachodniopomorskiego. Miałam wtedy 16 lat. W tak młodym wieku to była dla mnie duża przygoda, więc mile to wspominam.

W tamtym czasie przede wszystkim jednak tańczyłaś?

Tańczyłam już nawet od siódmego roku życia w zespole tańca ludowego. To był amatorski zespół, nazywał się "Algi" i działał w Kołobrzegu. To były fantastyczne lata, przetańczyłam w sumie czternaście lat mojego życia! I poznawałam folklor nie tylko z całej Polski, ale też z całego świata. W repertuarze mieliśmy tańce hiszpańskie, włoskie, a i koreańskie też się zdarzały.

A dzisiaj co, "dziękuję, nie tańczę"? 

Tańczę, ale też dziękuję! To już zależy od okoliczności. Dzisiaj nie mam już takiego kontaktu z folklorem, ale bardzo sobie cenię tamte doświadczenia, wciąż lubię folklor i mam do niego wielki sentyment. Nic więc dziwnego, że ostatnio "Zimna wojna" przywołała dawne wspomnienia i na nowo obudziła we mnie miłość do ludowej tradycji. Film Pawła Pawlikowskiego zrobił na mnie piorunujące wrażenie. To ważne, że między innymi pokazuje prawdziwy polski folklor, który wcale nie musi kojarzyć się wyłącznie z Cepelią. Sama tego doświadczyłam, tańcząc w zespole. Obserwując głównie dojrzewających chłopców, widziałam w pewnym momencie ich niezgodę na to, co robimy. Uważali zapewne, że nasz folklor to coś bardzo archaicznego, nienowoczesnego, a więc wstydliwego. Nic takiego, czym można byłoby pochwalić się przed innymi. A "Zimna wojna" pokazała, że w fajnym wydaniu, o którym też zapomnieliśmy, jest to coś fantastycznego. Mieliśmy piękną kulturę ludową, a nasz folklor jest dobrem narodowym.

I w końcu tanecznym krokiem przekroczyłaś progi krakowskiej szkoły teatralnej?

Dostałam się na wymarzone studia aktorskie, choć w innym mieście. W Krakowie udało się od razu. Obawy były niesłuszne.

Jak zatem wspominasz te pięć lat studiów w Krakowie?

Na pewno był to jeden z najpiękniejszych okresów w moim życiu. Spotkania z ludźmi, którzy tam wykładają i możliwość rozsmakowania się we wspólnej, artystycznej działalności. Miałam możliwość rozwinięcia skrzydeł i zebrania doświadczeń w pracy z wieloma reżyserami, bo tych praktycznych zajęć było naprawdę wiele. W sumie to był magiczny okres, szalenie kreatywny i inspirujący. Na pewno ukształtował mnie jako aktorkę, rozwinął umiejętność podejmowania  dobrych dla mnie decyzji i traktowania tego zawodu w sposób, który jest dla mnie istotny do dziś.

Zawsze panowało ogólne przekonanie, że szkoły teatralne, a w szczególności właśnie ta krakowska przygotowują aktorów przede wszystkim do pracy scenicznej. Czy czujesz się spełniona również jako aktorka teatralna, bo jednak częściej grasz w filmie i serialach?

To prawda, moja droga zawodowa tak się potoczyła i tak się układa, że nie mam częstego kontaktu z teatrem. Jeśli więc zdarza się, że mogę coś zagrać na scenie, to bardzo mnie to cieszy. Teatr jest dla mnie bez wątpienia najlepszym miejscem do zawodowego rozwoju. Można w nim eksperymentować, pracować na swoich emocjach, szukać odpowiednich strun, na których można później ładnie zagrać. Scena to troszkę laboratorium, w którym sprawdza się nasze możliwości, przekracza pewne granice. W pracy na planie filmu, czy serialu nie zawsze jest na to czas, więc chociażby już z tego powodu teatr daje coś więcej i na pewno jest to coś głębszego. Chociaż szczerze mówiąc nie tęsknie tak bardzo za etatem w teatrze. Dotknęłam tego, gdy kończyłam szkołę teatralną, bo pracowałam w Starym Teatrze, a wcześniej jeszcze w Teatrze Polskim w Warszawie. Może nie było to w tamtym momencie na tyle dla mnie satysfakcjonujące i też otwierające, żebym zakochała się w tej przestrzeni. Nie da się jednak ukryć, że uwielbiam scenę, uwielbiam kontakt z widzem i bardzo mnie cieszy, jeśli mogę też od czasu do czasu pracować w teatrze. Teraz na przykład gram w spektaklu "Mistrz i Małgorzata" w Laboratorium Dramatu w Warszawie.

Grasz tytułową Małgorzatę. To dla Ciebie duże wyzwanie?

To jest na pewno wyzwanie, ale też ogromne spełnienie. Moim marzeniem zawsze było, by zmierzyć się z twórczością Michaiła Bułhakowa. Jego "Mistrz i Małgorzata" to jedna z moich ulubionych książek. Zapewne nie jest to nic odkrywczego, bo wiele osób mówi podobne rzeczy. Na pewno jest to bardzo ważna książka. To, że mogłam się z nią skonfrontować i zagrać na scenie Małgorzatę jest dla mnie czymś bardzo spełniającym.



W filmie Kordiana Piwowarskiego "Baczyński"

Przede wszystkim jednak grasz w filmach.  Kino otworzyło się na Ciebie pięknie właśnie w Krakowie. To tam, jeszcze w czasie studiów aktorskich, odkryła Cię Barbara Sass i dała szansę zadebiutować od razu w głównej roli w swoim filmie "W imieniu diabła". Skończyło się nagrodą za debiut aktorski na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Piękny początek!

Miałam ogromne szczęście, że właśnie Barbara Sass wypatrzyła mnie, dała mi tę możliwość. Poczuła, że mogę już zagrać główną rolę, zaufała mi i powierzyła tak ważne zadanie. A to wcale nie było oczywiste, byłam przecież jeszcze w szkole, na czwartym roku. Potem częściowo ten film został mi zaliczony jako dyplom, bo praca na planie filmu często kolidowała z próbami do spektaklu dyplomowego mojej grupy. Musiałam więc wybierać, ale na szczęście nikt nie miał wątpliwości, co było w tym momencie najważniejsze. Jan Peszek, który był naszym opiekunem absolutnie nie robił mi z tego powodu żadnych problemów, wręcz mi kibicował i cieszył się, że mam szansę zadebiutować główną rolą w filmie. W praktyce więc film "W imieniu diabła" był moim dyplomem. A zwieńczenie tej pracy nagrodą w Gdyni było już absolutnie wyjątkowe. Zostałam zauważona, zaczęły otwierać się kolejne drzwi, więc bardzo się cieszę, że w ten właśnie sposób miałam szansę wejść w magiczny świat kina.

Niedawno, po kilku latach, znowu wróciłaś do Krakowa. Z jednej strony tego współczesnego, bo przyszło Ci pracować dość długo na planie nowego serialu telewizyjnego, z drugiej, historycznego, bo znalazłaś się w scenerii sprzed wieku. Miałaś szansę poznać lepiej historię tego miasta?

Tak, bo rzeczywiście opowiadamy historię naszych bohaterów, a więc i historię Krakowa sięgającą początków dwudziestego wieku. Śledzimy losy rodziny mieszczańskiej, która żyła w tamtym okresie i która była zmuszona zmienić pewne swoje przyzwyczajenia i życie właśnie z powodu wydarzeń historycznych. Akcja dzieje się w Krakowie, więc fajnie było poczuć klimat tamtego czasu. Co ciekawe nie kręciliśmy tylko w Krakowie, bo zdjęcia powstawały także w Lublinie, który czasem udawał Kraków.

Zabrakło naturalnych plenerów w Krakowie? Czy może raczej chodziło o wnętrza?

Nie, właśnie o plenery. Wiem, że to może zabrzmi dziwnie, ale w trakcie pracy na planie doskonale rozumiałam, czego nam brakowało i co znaleźliśmy w innym miejscu. Oczywiście wszystkie najbardziej charakterystyczne, krakowskie miejsca i obiekty zostały sfotografowane. W Lublinie kręciliśmy raczej zakamarki, mniejsze uliczki czy bramy. Lublin bardzo nam w tym pomógł i świetnie też imitował przestrzenie krakowskie.

Serial "Drogi wolności" realizujecie dla telewizji publicznej. Ile będzie odcinków?

Serial składa się z 13 odcinków, to formuła zamknięta. Emisja w TVP od września. Zapraszam serdecznie do oglądania, bo myślę, że to ciekawa historia. Opowiada również historie kobiet w tamtym okresie. To ważne, bo w tym roku mija sto lat od momentu nadania kobietom praw wyborczych. Dotykamy w serialu także tematu walki kobiet o swoje prawa, ruchów sufrażystek i pierwszych feministek.

Sufrażystką jest również Twoja bohaterka?

Taka też jest moja bohaterka. Jest archetypem tego rodzaju postaci z tamtego okresu historycznego. Dobrze, że pokazujemy ówczesne życie również z tej perspektywy, że w ogóle poruszamy te tematy myślę, to bardzo ważne.

A jak się czułaś w kostiumie? Początek XX wieku oferował kobietom wspaniałe suknie i dodatki.

Tak, suknie i dodatki, kapelusze i rękawiczki. To wszystko rzeczywiście było stałym elementem codziennego życia, zresztą nie tylko kobiet, ale i mężczyzn. Z kostiumami zawsze jest fajna zabawa, zawsze znajdzie się coś wyjątkowego. Nie gramy więc całkiem współcześnie, bo kostium daje też inne poczucie w ciele, wymusza choćby inny sposób poruszania się. Musimy czasem radzić sobie z ubraniami, które niekoniecznie są praktyczne i wygodne, do których nie jesteśmy przyzwyczajeni. A to przy okazji nam uświadamia jak wiele było wtedy ograniczeń w codziennym życiu. Aktor więc zawsze lubi kostium, pewnie każdy to powie, bo pomaga w odrywaniu nowych środków wyrazu. Co równie ważne, śledzimy w pierwszym sezonie dziesięć lat z życia bohaterów. Zaczynamy naszą opowieść w 1914 roku, w którym wybuchła pierwsza wojna światowa, więc na początku mamy kostiumy z początku wieku. Potem jednak to się bardzo szybko zmienia, następują różne rewolucje w modzie, skracają się długości, zmieniają formy, fryzury. Tym bardziej więc było to fajne doświadczenie, bo wciąż byliśmy ubierani inaczej. Mogliśmy zauważyć dość radykalne przemiany również w modzie tamtego okresu.

Dla odmiany zobaczymy Cię też niedługo w roli absolutnie współczesnej kobiety. Niedawno już taką zagrałaś, choćby w wielkim przeboju kinowym "Listy do M. 3", a na najbliższym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w konkursowej sekcji "Inne spojrzenie" pojawi się "Dzień czekolady" Jacka Piotra Bławuta. Chyba też po raz pierwszy zdarzyło Ci się zagrać matkę?

Owszem, czas jednak płynie nieubłaganie. Prawda jest taka, że kręciliśmy ten film już jakiś czas temu, więc tą matką zostałam nawet trochę wcześniej. I od razu dostałam córkę w wieku lat siedmiu, także to był skok na głęboką wodę w macierzyństwie. Oczywiście w założeniu to była młoda matka. Tak też było scenariuszu, że żona jest dużo młodsza od męża, a dziecko pojawiło się już na początku ich związku. Faktem jednak jest, że to moja pierwsza tego rodzaju przygoda aktorska i po raz pierwszy zdarzyło mi się zagrać matkę głównej bohaterki.


Fot. Katarzyna Gauer

To jest film familijny i też nie całkiem realistyczny. Akurat Twoja postać pojawia się w tym prawdziwym życiu, ale wokół jest też sporo magii. To pełnometrażowy debiut reżyserski Jacka Bławuta juniora. Jak wspominasz pracę na planie?

Wspominam bardzo dobrze, bo kręciliśmy w fantastycznych warunkach. Akurat była przepiękna złota polska jesień, piękna pogoda, niezwykłe dwa domy, które stały obok siebie. A to wszystko w urokliwym miejscu niedaleko Warszawy, do którego przyjeżdżało się z największą przyjemnością. Już samo przebywanie w tych naturalnych przestrzeniach wprowadzało nas w szczególny klimat. Do tego wspaniałe dzieciaki i fajna ekipa. Na planie spotkałam się z fantastycznymi ludźmi, więc było bardzo przyjemnie. Mam nadzieję, że tę miłą atmosferę udało nam się przenieść na ekran. Sama jestem bardzo ciekawa tego filmu, bo go jeszcze nie widziałam. A oficjalna premiera kinowa zaplanowana jest dopiero na marzec przyszłego roku.

Może będziesz miała okazję w pierwszej kolejności zobaczyć go na festiwalu filmowym w Gdyni. Mówiliśmy już o Dygowie, Kołobrzegu, Krakowie, Warszawie, a nie powiedzieliśmy jeszcze nic o czeskiej Pradze. A to chyba też ważne dla Ciebie miejsce?

Bardzo ważne! W ogóle Czechy stały się jakimś ważnym przystankiem na mojej drodze zawodowej. Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że tak może się stać. Niedługo po filmie "W imieniu diabła" i po nagrodzie za debiut aktorski na festiwalu w Gdyni dostałam propozycję zagrania w koprodukcji polsko-czeskiej. "Polski film" opowiadał o czeskich aktorach, którzy przyjeżdżają do naszego kraju na plan filmowy. To był fantastyczny projekt, a scenariusz bardzo bliski życia, wręcz dosłownie czerpiący z niego, bo wszyscy w pewnym stopniu grali samych siebie.

I dlatego też zagrałaś młodą polską aktorkę Kasię?

Tak, a Kasia była bardzo podobna do mnie, nie tylko fizycznie.Taka była dość specyficzna, ale i bardzo interesująca konwencja tego filmu. Do tego stopnia, że czescy aktorzy, grający główne role występowali w nim pod swoimi prawdziwymi imionami i nazwiskami. Dla Czechów to była świetna zabawa, niestety w Polsce film był zbyt niezrozumiały i pewnie z tego powodu nie został właściwie zauważony i dobrze przyjęty. A szkoda, bo to była ciekawa propozycja.

Tak to bywa u nas z czeskim, choć w tym wypadku "Polskim filmem".

Pewnie tak. Natomiast w Czechach film odniósł wielki sukces i bardzo podobał się tamtejszej publiczności. Z tego też powodu wydarzyła się kolejna miła dla mnie sytuacja, która jeszcze bardziej zbliżyła mnie do Czechów i pozwoliła na nowa aktorską przygodę. Dostałam propozycję od Petra Zelenki i zagrałam w jego trzynastoodcinkowym serialu zrealizowanym dla czeskiej telewizji "Dabing Street". Wcielam się tam w postać "superwajzorki" ze Studia Walta Disneya, która przyjeżdża do Pragi zorganizować casting dla czeskich aktorów do najnowszej disnejowskiej produkcji.

To po takich doświadczeniach powinnaś chyba teraz zagrać w animacji, na przykład tego rodzaju jak "Twój Vincent".

Chętnie bym sobie tego życzyła. Na pewno byłoby to kolejne nowe dla mnie i bardzo interesujące doświadczenie.

Zagrałaś już w wielu filmach. Dotknęło Cię to, że były one nielegalnie rozpowszechniane w sieci, a Ty w ten sposób traciłaś należne Ci zarobki?

Oczywiście, to wciąż jest wielki problem. Piractwo internetowe niestety przez lata rozwinęło się na dużą skalę. Pewnie więc niełatwo z nim walczyć, ale jestem absolutną zwolenniczką wszelkich działań, które mogą skłonić ludzi do korzystania z legalnych źródeł.

Na przykład jakich?

Ważne są wszelkie inicjatywy, dzięki którym ludzie mają szansę oglądać filmy na dużym ekranie, nawet tam, gdzie na co dzień nie ma kina. Organizowanie kin letnich, plenerowych, jeżdżenie z filmami, rozmowy z ich twórcami, nie tylko w wielkich miastach. Chodzi o to, by otwierać się też na mniejsze miejscowości. Takie wspólne przeżywanie filmu oglądane na przykład w plenerze, czy w domach kultury w mniejszych społecznościach jest bardzo ważne.  Wydaje mi się, że często sięganie do nielegalnych źródeł nie wynika z tego, że ktoś nie chce iść do kina, bo chyba wszyscy kochamy kino, tylko z tego, że nie ma takiej możliwości. A kino daje fantastyczną możliwość odbioru i zupełnie inne przeżycia, niż oglądanie filmu na komputerze, na niewielkim ekranie.


Z Dawidem Ogrodnikiem w filmie Macieja Pieprzycy "Chce się żyć"

Na szczęście takich inicjatyw w naszym kraju jest coraz więcej. Sama oglądasz filmy wyłącznie z legalnych źródeł?

Tak, przede wszystkim dlatego, że lubię chodzić do kina i wszelkie interesujące mnie filmy staram się oglądać na dużym ekranie. Także na festiwalach filmowych, których przecież w naszym kraju nie brakuje. A przed projekcją często słyszę znanych artystów, którzy namawiają nas do korzystania z legalnych źródeł. Dlatego też bardzo popieram wszelkie działania podejmowane przez Legalną Kulturę.

A na jaką propozycję zawodową czekasz teraz? Czy jest wymarzona rola, którą chciałabyś zagrać lub reżyser, z którym chciałabyś w przyszłości pracować?

Nie chcę tego powiedzieć wprost, bo nie chcę zapeszać. Wydaje mi się jednak, że fajnie jest mieć jakieś marzenia czy pragnienia i ja też takie mam. Dobrze jest intensyfikować energię płynącą z marzeń, wtedy mamy większą szansę na to, że w końcu się spełnią. Nie zdradzę więc na co czekam i z kim bym chciała pracować, ale czekam...

Życzę Ci więc spełnienia marzeń! A do której z dotychczas zagranych ról masz największy sentyment?

Zawsze będę miała największy sentyment do filmu Barbary Sass "W imieniu diabła"!

Dlatego, że to był Twój oficjalny debiut?

Debiut, ale też pierwsza tak poważna rola. Praca, która dała mi możliwość spotkania tak wyjątkowej osoby, jaką była Barbara Sass. Z racji tego, że było to tak istotne dla mnie doświadczenie, na pewno będzie zawsze najsilniejszym wspomnieniem i stąd też największy sentyment.

Dobrze, że powiedziałaś "pierwsza poważna rola", bo przecież nie pierwsza w ogóle. Już jako nastolatka, bardzo młoda dziewczyna, pojawiłaś się w "Królowej chmur" czyli jednym z filmów telewizyjnego cyklu "Święta polskie", który wyreżyserował Radosław Piwowarski. To był Twój absolutny debiut?

Tak, to był mój absolutny debiut ekranowy, pierwszy kontakt z planem filmowym. Nie miałam wtedy pojęcia o tym, jak wyglada praca z ekipą. W związku z tym to, co mnie spotkało przerosło wszelkie moje wyobrażenia.

Chyba nie powiesz teraz, że od tamtej pory nie lubisz zupy pomidorowej?

Myślę, że w ogóle mam problem z jedzeniem zupy z talerza, z którym trzeba później coś zrobić w trakcie ujęcia. Teraz na pewno zachowałabym się inaczej, ale wtedy inaczej rozumiałam to, czego się ode mnie oczekuje. Nie wiedziałam jeszcze, że próba i późniejsze realne ujęcie to zupełnie dwie różne rzeczy. Różnią się przede wszystkim tym, że na próbie tylko markujemy pewne sytuacje. Scenę, o której mówię miałam ogromną przyjemność grać z Danutą Szaflarską, co było dla mnie ogromnym przeżyciem. A ważnym rekwizytem był talerz wypełniony zupą, który miał ostatecznie wylądować na moim ubraniu. Wprawdzie miał na nim wylądować dopiero podczas kręcenia sceny, ale ponieważ traktowałam wszystko dosłownie, więc już w trakcie prób konsekwentnie wylewałam sobie zupę na białą sukienkę. Robiłam więc ogromny kłopot całej ekipie, przedłużałam zdjęcia, bo nie było innej sukienki do zmiany. No i w końcu mocno zirytowałam grającą ze mną w tej scenie Danutę Szaflarską.

Co Ci wtedy powiedziała?

Powiedziała bardzo spokojnie, ale głośno, tak żeby wszyscy to słyszeli: "Czy ktoś może wreszcie powiedzieć tej dziewczynie, że podczas próby markujemy, a nie robimy wszystkiego dosłownie?". I wyszła.

To była Twoja pierwsza wielka lekcja aktorstwa?

Największa!

Rozmawiał: Ryszard Jaźwiński
Zdjęcie główne: Katarzyna Gauer, slider: kadr z serialu "Powiedz TAK!"

Filmy z Katarzyną Zawadzką zobaczycie w legalnych źródłach, m.in.:

"Chce się żyć", reż. Maciej Pieprzyca: TVP VOD | Showmax | HBO GO | Player
"Listy do M. 3", reż. Tomasz Konecki: Player | VoD.pl



Do góry!