Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Będziemy pisać i robić filmy – ale na tyle, na ile będzie nas stać

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Będziemy pisać i robić filmy – ale na tyle, na ile będzie nas stać

Będziemy pisać i robić filmy – ale na tyle, na ile będzie nas stać

Jako artysta mogę zrozumieć, że istnieje przestrzeń ponad wszystkim, jaką jest dziś internet. Jeżeli coś się tam znajdzie, wszyscy mogą z tego korzystać. Ale przecież istnieje na tej drodze jeszcze jedno ogniwo – ktoś, kto musi dany utwór fizycznie skraść, żeby go w internecie umieścić.

Reżyser, Jan Kidawa–Błoński, specjalnie dla Legalnej Kultury.

 

M.M.: Robisz filmy, żyjesz z tantiem. Co sądzisz o legalności kultury, czy kulturę trzeba zalegalizować?

J.K.-B.: Zawsze było dla mnie oczywiste, że kultura powinna być legalna. Abstrahuję tu od czasów, kiedy tworzyliśmy kulturę w państwie totalitarnym i tworzyliśmy ją właśnie po to, żeby była nielegalna. Od 1989 roku wiemy, że istnieje pojęcie własności intelektualnej. Jednak ostatnie wydarzenia – mam na myśli sprawę ACTA, zarówno w Polsce, jak i na świecie, kazały mi się zastanowić, czy to wszystko, co miałem przemyślane, jest jednoznaczne. Czy ja do końca mam rację, czy nie patrzę na tę sprawę zbyt egoistycznie, ze swojego punktu widzenia? Bo widzę, że tu istnieje pewien problem.

 

M.M.: Jak byś go zdefiniował?

J.K.-B.: Moim zdaniem Polacy mają wielki szacunek do własności prywatnej. Chociażby dlatego, że pamiętamy czasy komuny, kiedy własność intelektualna była lekceważona przez ustrój totalitarny. Ponieważ nam ją odbierano – czuliśmy, że jest ona naprawdę coś warta. Tymczasem obserwuję, że własność intelektualna wymyka się zupełnie spod tych kryteriów, spod takiego rozumienia. Może dlatego, że nikt nam nigdy nie mówił, że dzieła Słowackiego i Mickiewicza są własnością tych autorów?

 

M.M.: Fakt, ich utwory były zawsze własnością całego narodu.

J.K.-B.: Pewnie Mickiewicz zarabiał na tym co pisał, ale nikt dziś o tym nawet nie pomyśli. On pisał dla nas! Myśl, że wziął pieniądze za napisanie „Dziadów” czy „Pana Tadeusza” – wydaje się wręcz niestosowna. Kiedy się do tego dołoży sytuację po 1945 roku w Polsce, gdy system socjalistyczny dawał przyzwolenie na zabieranie cudzej własności, nazywając ten proceder „nacjonalizacją” a nie kradzieżą – sprawy komplikują się jeszcze bardziej.

 

M.M.: Dodając do tego wrzenie wokół internetu – można powiedzieć, że mamy wielki, globalny problem do rozwiązania.

J.K.-B.: Jako artysta mogę zrozumieć, że istnieje przestrzeń ponad wszystkim, jaką jest dziś internet. Jeżeli coś się w tej przestrzeni znajdzie, wszyscy mogą z tego korzystać. Ale przecież istnieje na tej drodze jeszcze jedno ogniwo – ktoś, kto musi dany film czy utwór muzyczny fizycznie skraść, żeby go w internecie umieścić. Sprawa dotyczy policzalnych jednostek, które to zrobiły wiedząc, że czynią coś złego.

 

M.M.: Czy Twoje filmy znalazły się w internecie?

J.K.-B.: Wielokrotnie. Kiedy pokazywałem „Różyczkę” w Chinach, przywiozłem kopię z angielskimi napisami. Ale jeden z organizatorów stwierdził, że przecież na sali większość ludzi nie zna tego języka i w związku z tym zdobędą kopię z napisami chińskimi. Jak to – pomyślałem – przecież takiej kopii nie ma. Tymczasem po chwili ściągnięto ją z internetu na moich oczach...

 

M.M.: Co wtedy poczułeś?

J.K.-B.: Uśmiałem się i była to dla mnie satysfakcja, że ktoś zadał sobie trud, żeby film, który ktoś wcześniej ukradł i do internetu wprowadził – przetłumaczyć na chiński. Dla twórcy to jest zawsze wspaniałe, że ludzie chcą oglądać jego film.

 

M.M.: Gdyby ten film z chińskimi napisami trafił do legalnej dystrybucji, byłbyś dziś bardzo bogatym człowiekiem.

J.K.-B.: I ja i mój producent. To jest oczywiste. Gdybym i powiedział, że moje stanowisko ogranicza się do tego, że ja się tylko z tego powodu oburzam – to byłoby trochę płaskie. Natomiast uważam, że będzie trudno ten stan rzeczy zmienić. Oczywiście można cywilizować i próbować uszczelniać ogniwa bezpośrednie. Ale jak produkt kultury trafi do sieci – przepadło. Wszystkie pomysły, takie jak karanie czy śledzenie IP komputera można zrozumieć, ale ja rozumiem również motywy ludzi, którzy się przeciwko tak dalekiej ingerencji w ich życie buntują.

 

M.M.: Co w takim razie proponujesz?

J.K.-B.: Jestem przeciwnikiem tworzenia fikcji prawnej, gdy prawo czegoś zakazuje, a istnieje społeczne przyzwolenie – ludzie przymykają oko. To jest stan niezdrowy i demoralizujący. Dlatego trzeba albo konsekwentnie ścigać „piratów”, albo wcale nie i to powinno dotyczyć wszystkich państw na świecie. Jeżeli natomiast istnieje potrzeba, żeby w przestrzeni publicznej istniały nieodpłatnie utwory – ktoś musi za to zapłacić.

 

M.M.: Na przykład kto?

J.K.-B.: Państwo, które ma środki z podatków od obywateli. Być może mówiąc o nowoczesnym rozwoju kultury – oprócz finansowania wojska, szkolnictwa, teatrów czy filmów, państwo mogłoby wesprzeć utwory, które znalazły się w internecie?

 

M.M.: Bardzo ciekawa idea, ale co na to minister finansów?

J.K.-B.: To nie jest rozwiązanie na dziś. Mam nadzieje, że państwa będą coraz bogatsze. A może wszyscy obywatele powinni zapłacić 0,5%  więcej podatków na ten cel? Może to stanie się początkiem dyskusji. Europa zatrzymała ACTA, więc ona powinna coś zaproponować. Nie jesteśmy przecież najbiedniejszym kontynentem na świecie. Czas kryzysu może nie jest dla takich idei najlepszym momentem, ale przecież nadejdą w końcu lepsze czasy.

 

M.M.: Ważna jest też świadomość ludzi, edukacja.

J.K.-B.: Mój syn, studiując dziennikarstwo na wspaniałej warszawskiej uczelni, jaką jest Collegium Civitas pokłócił się z wykładowcą, który powiedział na zajęciach, że można pobierać dobra kultury z internetu bez ograniczeń i wątpliwości moralnych. Tak się złożyło, że Janek pamięta czasy, kiedy zastawiliśmy dom, żebym mógł zrobić kolejny film. Kiedy zaczynałem pracę nad „Skazanym na bluesa” nie mogłem zebrać wystarczającej ilości środków, a bardzo chciałem go zrobić. Wtedy, za zgodą żony, wziąłem kredyt z banku pod zastaw domu. Następnie, przez dwa lata nie spałem spokojnie i codziennie rano sprawdzałem wpływy z dystrybucji. Informacja, że mój film już „wisi” w internecie była dla mnie straszna. Oznaczała, że mogę nie spłacić kolejnej raty kredytu. Żyliśmy z dnia na dzień, w wielkim napięciu, z obawą, że możemy zostać usunięci z własnego domu. Tymczasem film „hulał” już w sieci...

 

M.M.: Przeżyłeś taki horror, a ma tak liberalne poglądy. Prawdopodobnie wszedłeś już na wyższy poziom analizy tego problemu.

J.K.-B.: Bo nie lubię tłuc głową w ścianę, o której wiem, że będzie stała jeszcze długo. Trzeba znaleźć rozwiązanie kompromisowe i honorowe. Zakładam, że skoro tyle ludzi ściąga filmy z internetu, pewnie nie rozumieją problemu i nie wiedzą że kradną. To pewnie błąd edukacyjny i niedocenienie możliwości wirtualnej przestrzeni. Zdaje się, że coś przegapiliśmy. Razem z rozwojem internetu trzeba było przygotowywać ludzi mentalnie do korzystania z niego. Ale tak się nie stało! Pozwolono na jego zaistnienie, progres, a następnie zaczęły się ograniczenia.

 

M.M.: Trzeba przyznać, że sytuacja jest skomplikowana. A może nawet – wymknęła się spod kontroli?

J.K.-B.: Po jednej stronie są twórcy, a przynajmniej organizacje zbiorowego zarządzania, a po drugiej – użytkownicy. I to jest moim zdaniem nierówny bój, ponieważ użytkowników jest zdecydowanie więcej. Twórcy, cóż, mogą się jedynie obrazić i przestać tworzyć, ale przecież to nie ma sensu. Będziemy pisać i robić filmy – ale na tyle, na ile będzie nas stać.

 

W imieniu Legalnej Kultury rozmawiała Marzena Mróz

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!