Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
"Lśnienie" to nie jest straszny film

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

"Lśnienie" to nie jest straszny film

Pojawiają się w "Lśnieniu" tylko na kilkadziesiąt sekund, ale i tak przeszły do historii kina. Lisa i Louise Burns, bliźniaczki, które jako dziewczynki wystąpiły w filmie Kubricka, przyjechały do Krakowa wziąć udział w obchodach 86. urodzin reżysera.

W grudniu 2013 roku siostry założyły na facebooku stronę "Shining Twins", ujawniając się publicznie po ponad trzydziestu latach. Odzew fanów był natychmiastowy i w ciągu kilku miesięcy Lisa i Louise stały się nieoficjalnymi ambasadorkami twórczości Kubricka. W Muzeum Narodowe w Krakowie miały okazję po raz pierwszy zobaczyć wystawę poświęconą reżyserowi (jednym z eksponatów są niebieskie sukienki, w których wystąpiły). W rozmowie z nami opowiadają, dlaczego "Lśnienie" jest tak wyjątkowym filmem, jak Kubrick zachowywał się na planie i czym różni się mentalność Anglików od Amerykanów.

Sebastian Smoliński: Kubrick stworzył wiele sugestywnych obrazów, które stały się częścią popkultury - jednym z nich są właśnie bliźniaczki ze "Lśnienia". Jakie to uczucie być ikonami horroru?

Lisa Burns: Wydaje mi się, że ten obraz, na przykład jako zdjęcie, sam w sobie nie niesie grozy. Działa tak dopiero wtedy, kiedy oglądamy film.

Louise Burns: To prawda, ale z drugiej strony nie potrafimy chyba patrzeć na te bliźniaczki bez kontekstu filmowego "Lśnienia". Nie jest to widok szczególnie ohydny czy przerażający, ale za to głęboko niepokojący na poziomie psychologicznym. Zwykłe twarze bez uśmiechu, bez żadnych oznak ciepła czy uczuć.

Lisa: Nasze twarze w filmie są zamknięte w sobie. Zwykle, kiedy kogoś witasz, uśmiechasz się do niego, to naturalne. W tym wypadku niepokojące jest to, że dzieje się zupełnie inaczej.

Czy te sceny potrafią Was jeszcze przestraszyć?

Lisa & Louise: Nie, skądże, "Lśnienie" to nie jest straszny film. Oglądając go, w ogóle się nie boimy.


W ciągu kilku dekad, które upłynęły od premiery, bardzo się zmieniłyście. Czy ludzie rozpoznawali Was na ulicy, kojarzyli ze "Lśnieniem"?


Lisa: Bardzo rzadko. Film jest otoczony kultem w Stanach Zjednoczonych, w Anglii nie cieszy się aż taką popularnością. Być może kultura amerykańska ma w sobie cechy, które sprzyjają rozwijaniu się zjawisk kultu wokół niektórych dzieł. W Anglii prawie tego nie ma. Anglicy nie przepadają za działaniem w grupie. Nawet historia naszego kraju pokazuje, że zbiorowe przedsięwzięcia były rzadkie.

Louise: Jesteśmy raczej indywidualistami. Za to Amerykanie lubią być częścią większej wspólnoty.

Lisa: Zrzeszają się w klubach i stowarzyszeniach. Chcą należeć do grupy, którą łączy przynajmniej jedna cecha czy wspólne zainteresowania. Tak więc częściej niż Anglicy wspólnie oglądają "Lśnienie", potem o nim rozmawiają, dyskutują. W Stanach "Lśnienie" ma wielu miłośników i prawdziwy status kultowy, w Anglii raczej nie.

Dla Danny'ego Lloyda, grającego małego chłopca, Danny'ego, występ w "Lśnieniu" był jednym z najważniejszych doświadczeń w życiu. A czym była ta przygoda dla Was?

Lisa:
Też była wyjątkowa, ponieważ poznałyśmy ludzi, których w innym wypadku nie miałybyśmy szansy poznać. Nasi rodzice kolegowali się z różnymi artystami i rzeźbiarzami, ale nie znali nikogo ze środowiska filmowego. Dopóki nie pojawił się Stanley Kubrick ze "Lśnieniem".

Przeszłyście przez casting, aby zdobyć tę rolę?

Louise: Tak. Wcześniej pracowałyśmy trochę w telewizji, miałyśmy więc agenta, który się nami opiekował. Powiedział nam, że w Londynie jest casting. Studio filmowe Elstree poszukuje dwóch dziewczynek do "Lśnienia". Dodał, że nie szukają tylko bliźniaczek albo sióstr, ale żebyśmy poszły i przekonały się, jak nam pójdzie. Na miejscu było mnóstwo różnych dziewczynek. Ojciec dodawał nam otuchy mówiąc, żebyśmy się nie martwiły, bo nawet jak nam się nie uda, to zobaczymy przynajmniej studio filmowe. Nie było wtedy popularnych dzisiaj wycieczek po studiach. Poszłyśmy więc z przekonaniem, że czeka nas trochę zabawy. I w końcu zostałyśmy wybrane.



Czy Kubrick Was w ścisłym sensie reżyserował? Wskazywał dokładnie, jak macie stać i mówić?

Louise: Na podłodze był znak, określający miejsce, w którym mamy stać. Wszystko było dokładnie wymierzone, operator musiał wiedzieć, w jakiej odległości od kamery stoi postać, którą będzie filmował. Kontrola musiała być tym większa, że kamera wykonywała skomplikowane ruchy, trzeba więc było mieć pewność, że ostrość będzie odpowiednia. Stawanie na narysowanych na podłodze znaczkach było wówczas w kinie na porządku dziennym.

Lisa: Kubrick zresztą doskonale wiedział, jaki efekt chce uzyskać: poważne, surowe twarze, zarazem jednak wyglądające jak nawiedzone i na dodatek pozbawione ekspresji.

Louise: Chciał sportretować postaci nie z tego świata, żeby widownia nie wiedziała, czy bliźniaczki są żywe czy martwe. Tajemnica z tym związana niemal do końca nie zostaje wyjaśniona. Odbierając dziewczynki jako zawieszone między życiem a śmiercią, widownia zaczyna czuć się niczym Jack Torrance, czyli główny bohater grany przez Jacka Nicholsona. Nie do końca wiadomo, kiedy dzieje się akcja filmu: czyżbyśmy cofnęli się do lat 20.? Czy raczej jesteśmy zanurzeni we współczesności?

Lisa: Funkcję przejścia między różnymi wymiarami pełnią korytarze, silnie eksponowane w filmie. Stanowią one rodzaj chwytu narracyjnego. Nie jestem pewna, czy Kubrick i Stephen King chcieli w ten sposób wykorzystać korytarze, ale jako widzowie tak o nich myślimy.

Wasze refleksje związane ze "Lśnieniem" musiały jednak przyjść później. Kiedy byłyście małymi dziewczynkami na planie, Kubrick pewnie rozmawiał z Wami za pomocą prostych słów.

Lisa: Ani Kubrick, ani jego asystenci nie traktowali nas jak dzieci. Zwracali się do nas jak do osób pełnoletnich, a dzięki temu szybko dorosłyśmy do tego, żeby stanąć na wysokości zadania.

Louise:
Byłyśmy zresztą, jak na swój wiek, dość dojrzałe. Nie czytałyśmy książek dla dzieci, interesowała nas raczej literatura dla dorosłych. Uczyłyśmy się w ten sposób używać poważniejszego języka i zachowywać się tak, jakbyśmy były starsze, mimo, że miałyśmy 10 lat.

Lisa:
Kubrick nigdy nie mówił: "Chcę, żebyś powiedziała to w taki, a taki sposób". Po prostu wypowiadałyśmy nasze kwestie, a jeśli mu się podobało, to wyrażał aprobatę. Jeśli nie, to powtarzałyśmy ujęcie, aż do skutku. Kręcił mnóstwo podobnych ujęć z tymi samymi kwestiami i wybierał jedno, które chciał użyć. Albo wybierał pięć, oglądał ponownie kilka dni później i wtedy decydował.



Wiele osób uważa Kubricka raczej za boga niż człowieka. Jak zachowywał się on na planie?

Lisa: Stanley bardzo szanował swoich aktorów, był zresztą wielkim profesjonalistą. Skupiał się przede wszystkim na filmie i umiał pokonywać przeszkody. Był typem człowieka, który myśli nad tym, jak w przypadku opóźnienia zdjęć nadrobić straty i wyjść na prostą, a nie siedzi i narzeka, że jesteśmy do tyłu.

Louise: Jako reżyser nie mówił współpracownikom bezpośrednio, co mają robić. Zwierzał się, jaki ma pomysł oraz co chce osiągnąć i stopniowo dochodził do punktu, w którym idea realizowała się na planie. Nie sądzę, żeby od początku miał w głowie ostateczną wizję konkretnych scen...

Lisa: Nie, na pewno nie.

Louise: Krok po kroku wraz z ekipą rozwijał poszczególne pomysły aż do momentu, w którym mówił: "Ok, to jest dokładnie to, czego chcę". To był organiczny proces.

Ostatni rok był chyba dla Was wyjątkowo intensywny. Wcześniej nie zabierałyście głosu w związku ze "Lśnieniem". W grudniu 2013 roku założyłyście jednak na facebooku stronę "Shining Twins".

Lisa: Najpierw British Film Institute zaprosił nas na pokaz "Lśnienia". Potem uruchomiłyśmy tę stronę i obserwowałyśmy, co się wydarzy. Jeśli kogoś zaciekawi - to świetnie. Jeśli nie, też nie ma problemu.

Muszę Was zapytać o wystawę poświęconą Kubrickowi, którą możemy oglądać w Muzeum Narodowym w Krakowie. Jak wrażenia?

Lisa:
Instalacje zgromadzone na wystawie są zdumiewające. Szczególną radość sprawił mi kącik poświęcony "Lśnieniu". Na ścianie widać lobby hotelu Overlook. Na tę "tapetę" dwa projektory wyświetlają różne fragmenty "Lśnienia", obrazy nakładają się na siebie. Bardzo niepokojące jest zapętlone ujęcie Jacka Nicholsona, odbijającego o ścianę piłeczkę baseballową.

Louise: Miałam wrażenie, że dosłownie weszłam w świat filmu. To świetna wystawa, ponieważ pozwala Ci się zanurzyć w świecie Kubricka, poczuć się jak na planie.

Lisa: Albo sala z "2001: Odyseją kosmiczną". Można stanąć na ziemi z pierwszej sekwencji filmu, a mechanizm przedniej projekcji uzupełni tło za tobą. Wszystko staje się namacalne, możesz tego dotknąć i dokładnie obejrzeć. W większości muzeów niczego nie można dotykać, a przecież zawsze ma się na to ochotę.

Louise: Szczególnie w przypadku wystawy pokazującej proces tak "fizyczny" i odwołujący się do zmysłów, jak robienie filmów.



Powiedziałybyście o sobie, że jesteście kinofilkami?

Lisa: Oglądamy bardzo dużo filmów.

Ile razy widziałyście "Lśnienie"?

Lisa & Louise: Och, mnóstwo, nie sposób tego zliczyć.

I wciąż kolejne seanse sprawiają Wam radość?

Lisa: Tak, ale cały czas nie widziałyśmy "Lśnienia" na dużym ekranie. Dopiero w Krakowie mamy tę okazję.

Pytam o to w związku z niezwykłym dokumentem "Pokój 237", poświęconym różnym nieszablonowym interpretacjom "Lśnienia". Znacie ten film?

Louise: Tak, widziałam go... Cóż, na świecie jest wielu ludzi z bogatą wyobraźnią. Myślę, że to hołd dla sztuki i rzemiosła Stanleya Kubricka. Kubrick polegał na inteligencji widzów. Chciał, żeby myśleli oni o jego filmach po wyjściu z kina, żeby sami je interpretowali. Właśnie dlatego, że są one otwarte na osobiste interpretacje, buduje się wokół nich pewien mit, widzowie starają się rozszyfrować zawarte w nich znaczenia. Dzięki temu film zyskuje własne życie, staje się opowieścią, o którą można spierać się bez końca. Współcześnie niektórzy reżyserzy aż do przesady wyjaśniają pewne aspekty swoich dzieł. Zostaje wówczas niewiele miejsca na przemyślenia widzów.

W czym w takim razie tkwi według Was tajemnica "Lśnienia", dlaczego stało się ono filmem kultowym?

Lisa: "Lśnienie" jest tak znakomitym horrorem między innymi dlatego, że pokazuje zwyczajne, banalne rzeczy w taki sposób, że zaczynasz się ich bać. Dwoje ludzi idących korytarzem hotelowym normalnie by Cię nie przestraszyło. W filmie ci ludzie jednak się nie poruszają, nie idą do swojego pokoju. Danny patrzy na nich, kiedy stoją bez ruchu. I wtedy pojawia się gęsia skórka.

Jesteście fankami horrorów? Często wrzucacie na swoją stronę zdjęcia związane z klasycznymi filmami tego gatunku.

Louise: Lubimy horrory psychologiczne, a nie slashery, w których bez przerwy leje się krew. Szkoda, że horrory stały się filmami pełnymi przemocy, bo nie o nią przecież w tym gatunku chodzi. Zdjęcia, które wrzucamy na facebooka, odnoszą się do starszych, czarno-białych horrorów. Technika filmowa była wtedy mniej rozwinięta, a więc twórcy musieli polegać na swoim talencie i rzemiośle, kreować atmosferę na przykład poprzez odpowiednie ukazywanie ludzkich twarzy. Ważne też było podskórnie odczuwane przez widzów przekonanie, że coś jest nie tak z przedstawioną rzeczywistością. Kiedy oglądasz filmy Kubricka, wyczuwasz, że nie wszystko działa tak, jak powinno. W wielu jego dziełach pewne elementy trochę do siebie nie pasują. Patrzysz i zastanawiasz się, co jest nie tak. "Lśnienie" i inne jego filmy przez długi czas nie dają Ci spokoju.



Macie pewnie w swoim życiu mnóstwo obowiązków, jesteście wykształconymi kobietami, troszczycie się o własne rodziny. Czym więc jest dla Was powrót do "Lśnienia" i publiczne ujawnienie się - misją, zabawą, powrotem do dzieciństwa?

Louise: Chcemy podzielić się naszym doświadczeniem, także z młodszym pokoleniem. Zależy nam, żeby filmy Kubricka nie były zapomniane, żeby oglądały je kolejne generacje widzów. To działanie z myślą o przyszłości. W ten sposób nasza kultura będzie bogatsza, a przecież tylko dzięki bogatej kulturze nasza cywilizacja może się rozwijać.

Porozmawiajmy w takim razie właśnie o kulturze, legalnej kulturze. W Polsce piractwo internetowe jest plagą. Jak to wygląda w Wielkiej Brytanii?

Lisa: Mamy oczywiście odpowiednie ustawodawstwo, ale policja nie zajmuje się ściganiem piratów. Kontrolę sprawują pracownicy przemysłu filmowego, którzy kręcą filmy, a potem dbają o to, żeby nie były one nielegalnie rozpowszechniane. Bardzo trudno jednak wygrać w sądzie sprawę o naruszenie praw autorskich. Prawo wyznacza tak wąską definicję tego zagadnienia, że w praktyce pozwala to na kradzież w wielu wypadkach, których prawo już nie określa.

Louise: Problem z piractwem polega na tym, że ludzie przywłaszczają sobie czyjąś własność i korzystają z niej, żeby zarobić pieniądze dla siebie. Gdyby rozpowszechniali te produkty za darmo, być może można by spojrzeć na tę sprawę trochę inaczej. W Londynie mamy problem z Banksy'm, niezależnym artystą malującym świetne, ale nielegalne graffiti na murach. Ktoś odciął jego malunek wraz z kawałkiem ściany i sprzedał całość w Miami. To oburzające, bo jakim prawem ten człowiek na tym zarabia?

A co sądzicie o takich inicjatywach jak "Legalna Kultura", promująca korzystanie z legalnych źródeł kultury?

Lisa: Uważam, że wszystko powinno być dostępne w Internecie, ale nie za darmo, powinniśmy płacić za dostęp do kultury małe kwoty. Kto chciałby pracować za nic? Jeśli kradniesz czyjś film, pozbawiasz go wynagrodzenia. Niezależnie od twoich poglądów na kapitalizm, nie możesz oczekiwać od reżysera, że będzie pracował za bezcen. Ma on rodzinę, którą musi utrzymać, dzieci potrzebują butów i mnóstwa innych rzeczy. Branie czegoś za darmo to obrażanie tych, którzy ponieśli trud, żeby dzieło w ogóle powstało.

Na koniec chciałbym zapytać, jaki jest Wasz ulubiony film Kubricka, choć wydaje mi się, że już znam odpowiedź...

Louise: Interesuję się polityką, mam więc szczególną słabość do "Dr Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę". Film sprawdza się świetnie nie tylko jako zimnowojenna satyra. Doskonale opisuje także dzisiejszy świat. Jeśli nie dzielimy wspólnej kultury i historii, stoimy w miejscu i wciąż powtarzamy te same błędy.

Lisa: Myślisz, że najbardziej lubimy "Lśnienie"? (śmiech) "2001: Odyseja kosmiczna" jest mi chyba najbliższa, czasem nawet oglądam jej fragmenty na komórce. Muszę sobie ustawić jeden z utworów z tego filmu jako mój dzwonek telefoniczny!

Rozmawiał: Sebastian Smoliński
Fot. Beata Majka / Zentrala.pl


© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!