Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Zdarza mi się zagrać za złotówkę

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Zdarza mi się zagrać za złotówkę

Zdarza mi się zagrać za złotówkę

Legalność rozumiem jako przyzwoitość. Zarówno w kulturze jaką tworzymy, jak i w zwykłym życiu codziennym. W wywiadzie dla Legalnej Kultury - Jacek Braciak, aktor oglądany ostatnio w filmie Wojciecha Smarzowskiego - „Drogówka”.

 

Co to znaczy zagrać w ważnym filmie?

 

Na pewno nie kasowym. Myślę, że to film, który poruszy ludzi, wpłynie na nich. Może nawet spolaryzuje widzów, nie pozostawiając nikogo obojętnym. Film który zostanie.

 

„Drogówka” to taki obraz?

 

Sądzę, że tak. Były głosy oburzenia, zachwytu, ale nikt nie wzruszył ramionami po wyjściu z kina. 

 

Jak reagowali przyjaciele i rodzina?

 

Nikt nie przeprowadził szerokiej analizy w sensie krytycznym. Natomiast z kawałków, jakie do mnie docierają, mogę sobie ułożyć mozaikę, że jest to film ważki, ze względu na temat jaki porusza. Aktorzy mówią o postaciach z krwi i kości, kiedy dochodzi do dyskusji na temat fabuły. Poruszają także stricte zawodowe zagadnienia, jak dialogi, gra aktorska. Każdy mówi o tym, co jest mu bliższe. Nie spotkałem się jeszcze z żadną opinią policjanta.

 

Co to znaczy być obsadzonym po warunkach?

 

Podobno jest się takim, jakim widzą cię ludzie. Życzyłbym sobie, żeby ludzie z tak zwanej  branży czyli producenci i reżyserzy, wykazywali się w tej kwestii pewnego rodzaju wyobraźnią i traktowali aktora jak człowieka, który jest w stanie stworzyć na nowo jakiś byt. Zaczynając od charakteryzacji, kończąc na uwarunkowaniach psychologicznych. Oczywiście nie każdy to potrafi. Powiem więcej - nie każdy jest tego godzien. Natomiast należy próbować. Obsadzanie po warunkach jest nieco krzywdzące dla aktora, bo blokuje podczas pracy. Każe działać w myśl zasady: „znacie to posłuchajcie”. Dla niektórych jestem mały i zabawny, dlatego często jestem tak obsadzany. Ktoś zapyta: a grał pijaka? Padnie odpowiedź: tak, to niech zagra znowu.

 

Smarzowski tak Cię obsadzał w „Drogówce”?

 

Myślę, że w porównaniu z „Różą”, te postaci nie są w żaden sposób do siebie podobne. Nie mnie to oceniać. Popatrz na to inaczej. Nie ma aktorów bez ograniczeń. Są „notesy” i „typy”, do tego „amanci” i tzw. „aktorzy komediowi”. Dobrze by było, gdyby częściej chciano bawić widzów zmianami. Chyba jeszcze do tego daleko.

 

Kto wówczas bardziej ryzykuje, aktor czy reżyser?

 

Myślę że po równo.

 

Z czego w takim razie zrezygnujesz, bo reżyser Cię przecenił?

 

Nie zdarzyło mi się kiedykolwiek rezygnować z propozycji, która zmuszałaby mnie w jakikolwiek sposób do zmian. Mało tego, wydaje mi się to szalenie atrakcyjne i z każdej takiej propozycji skwapliwie korzystam. Prawda jest też taka, że nie jestem zasypywany ogromną ilością propozycji odważnych ról. Największe ryzyko jest w fazie wstępnej. Po to robi się zdjęcia próbne, by sprawdzić i ocenić ryzyko oraz predyspozycje aktora. Jesteśmy tu w głębokiej defensywie, gdyż kino światowe stworzyło typ bohatera, który nie jest tym pierwszym, narzucającym się naszym skojarzeniom, a jednak przebija się doskonale. Takim przykładem jest „Absolwent”. Pierwowzorem postaci Dustina Hoffmana był Robert Redford, czy ktoś równie piękny. Twórcy jednak odważyli się obsadzić inaczej. Dowody na sens takich działań można mnożyć, niestety nie u nas.

 

W jaki sposób trzeba komunikować chęć takich płodozmianów?

 

Najlepiej własna pracą. Jeśli nadarzają się okazję, trzeba korzystać i udowadniać, że można grać różne role. Zupełnie innych ludzi. Film uwielbia takie metamorfozy. Oto esencja tego zawodu, kreacja pod każdym względem.

 

Skąd tak wiele „występów poniżej godności” w naszym kinie?

 

Nie potrafię odpowiedzieć za innych. Byłbym nietaktowny gdybym się ośmielił. Mogę przyznać za to, że mnie osobiście zdarzały się takie występy z bardzo prostych powodów.

 

Dobrej dniówki?

 

Tak. Trzeba uświadomić naszych czytelników. Teatr nie jest miejscem, w którym zarabia się pieniądze. Środków na utrzymanie rodziny, czy na inny cel trzeba szukać gdzie indziej. Jeśli nie następują propozycję ambitne, tylko intratne finansowo, to się z nich korzysta.

 

Ona może zaważyć na przyszłości aktora.

 

Pocieszam się, że nie zawsze. Gdyż nasz rynek jest pozbawiony kryteriów. Czyli można zagrać źle i być zasypywanym propozycjami. Można także zagrać znakomicie i kompletnie nic nie będzie z tego wynikać. Nie obawiałbym się konsekwencji występów poniżej godności.

 

Ciężko znaleźć w Twojej filmografii jakąś masakrę.

 

Mogłem uniknąć kilku z nich.

 

Czyli wiem, że gram szmirę, ale trudno - biorę. To występ poniżej godności?

 

Dla mnie tak.

 

Ja interpretuję to raczej, że dostaję słabą propozycję i tak też gram.

 

Robienie czegoś wbrew sobie jest już czymś trudnym i pozbawiającym godności.

 

Ale na planie nie odpuszczałeś.

 

Absolutnie. To moja żelazna zasada. Jeśli się powiedziało A, trzeba dokończyć cały alfabet. Jeśli się zdecydowałem, robię to najlepiej jak potrafię. Bez względu czy występuję w „Plebanii”, „Klanie” czy „Rodzinka.pl”. Nie może być inaczej, tym bardziej, że może się zdarzyć, że oto ktoś zobaczy mnie w czymś, co nie miało dla mnie żadnego znaczenia, mało tego - było nieco wstydliwe, ale się spodobało. Usłyszałem nawet z tego tytułu wspaniały komplement. Nigdy nie należy odkładać pałasza.

 

Aktor filmowy to ten zdolniejszy czy tylko bardziej obrotny?

 

Myślę, że taki sam jak ten teatralny czy telewizyjny.

 

Film to przecież nobilitacja największa.

 

Postawiłeś to nieco na głowie. Na podstawie mojego 20-letniego doświadczenia teatralnego, mogę mówić że nobilitacją jest teatr. Charakter pracy w teatrze jest szalenie wymagający, zwłaszcza dyscypliny i techniki.

 

Ale film zobaczy masa ludzi, może nawet zostanie na lata, bo się udał i co roku będzie powtarzany a wraz z tym Twoja dobra kreacja. Teatr jest bardzo ulotny.

 

Owszem, ale można zaproponować w filmie coś sensownego tylko wtedy, jeśli się pracowało w teatrze.

 

Dlatego kiedyś w filmie nie grali średniacy?

 

Kiedyś pierwsze skrzypce w filmie grali Kondrat, Gajos, Linda, Janda, Stroiński. Długo by wymieniać. Mowa o całym wielkim pokoleniu artystów teatralnych. Oni w filmie wzięli się wprost z teatru. Udział w filmie był nobilitacją wielką, choćby grało się epizod. Mieliśmy wówczas potrzebę robienia ciekawego kina. Nie mieliśmy gatunku komedii romantycznej. To było coś obcego. Nie licząc pomyłek, uważam, że było to kino ważkie. Chodziło o jakąś wypowiedź. Później zaczęły się ekranizacje lektur i cała reszta.

 

Film to jakaś specjalizacja, czy tylko fucha od przypadku?

 

Zdecydowanie specjalizacja. Popatrz na Roberta Więckiewicza. Jest wybitnie filmowym artystą. Może sobie pozwolić na to, bo ma propozycje i znakomity dorobek. Jest jeszcze kilku artystów z podobnym wzięciem. Każdy pracuje na miarę możliwości. Chciałbym by sfery, o których mówimy, były tak pełne. Czyli sfera telewizji, gdzie jest miejsce na dobre seriale a aktorzy mogą się wykazać, przy jednoczesnym powiększeniu runku filmowego, wpuszczając co rusz nowe twarze, tak jak to wygląda na świecie. Dajemy małą rolę, ale pozwalamy się wykazać. Tak szuka się talentów. Tymczasem nasz personalny klucz obsadowy i to  jest jak kałuża stojącej, śmierdzącej wody. Wszyscy się w niej kiszą.

 

Dlaczego nie grałeś w „Kac Wawa”?

 

Nie było propozycji. Dostałem inne do tego rodzaju produkcji.

 

I co?

 

Nie skorzystałem.

 

Dobra dniówka?

 

Doskonała.

 

Czyli producent wie, że musi nadrobić gotówką te braki scenariuszowe?

 

Oczywiście, on po to zresztą to robi. Mogłem zagrać główną rolę, ale odmówiłem.

 

Publiczność Ci wybaczy, bo masz na koncie też kreacje. Spłacisz szybciej ten piękny dom, w którym siedzimy.

 

Mimo wszystko nie, dziękuję. Póki mam co do garnka włożyć, nie ciągnie mnie. Poza tym idzie za tym…

 

Obciach. Umiesz nim zarządzać?

 

Niespecjalnie. Mam małą odporność na obciach. Cholera, wstydzę się. Nie doprawiłbym sobie jakiejś gęby.

 

To twoje nemezis -  role drugoplanowe?

 

Chyba tak. Doskwiera mi to. Jestem przecież aktorem, czyli jednym z motorów działania jest dla mnie ambicja. Nie chcę skończyć jako emeryt, mistrz drugiego planu. Mnie to nie satysfakcjonuje. Traktuję ten drugi plan jako trampolinę. Może wreszcie komuś udowodnię, że jako ten niby mistrz planu drugiego, zasłużę na plan pierwszy. Na pierwszą główną rolę w moim życiu.

 

Ale twoje role drugoplanowe są kluczowe w filmie. Na nich się wszystko opiera, choćby w „Róży” czy „Drogówce”.

 

Świetnie, jednak moim celem jest zagranie pełnej postaci. Możliwe jest to tylko wtedy, kiedy obsadzają cię w głównej roli.

 

Reżyserzy tępią Twoją indywidualność?

 

Nigdy nie mam w sobie buntu, jeśli reżyser prosi mnie, bym coś konkretnego pokazał. Mam świadomość, że jeśli powtórzę to na jego polecenie, to i tak zawsze przechodzi wszystko przeze mnie. Wiem, że jestem człowiekiem do wynajęcia. Narzędziem nienajgorszym, czym sobie pochlebiam.

 

Z Twojego amploi wyziera potrzeba komediowa czy dramatyczna?

 

Wbrew temu jak mnie widzą, bliższy był mi zawsze dramat. Wolałem to i w teatrze, i w filmie. Grałem w komedii wiele razy. Jednak by udało się ludzi rozśmieszyć, postać musi być prawdziwa, mieć problemy. Niekiedy tragedię.

 

Tak jak robili to mistrzowie gatunku - Pokora czy Czechowicz?

 

Zdecydowanie tak. Tragizm postaci śmieszy najbardziej. Nie bawią miny. Komizm tworzy dialog i okoliczności. Myślę, że tak dzieje się obecnie w filmach psychologiczno-obyczajowych. Zanim widza poruszymy, najpierw trzeba go nieco rozluźnić.

 

Tak jak robi to Wojtek Smarzowski.

 

Na szczęście z powodzeniem.

 

Dziś Bareja albo Chęciński nie potrafiliby rozbawić.

 

Nie mieliby za bardzo o czym robić tych filmów. Kiedyś komedia była po prostu na ulicy. Choć przyznam, że ilekroć oglądam tryptyk „Sami Swoi” to mnie to bawi, bo Wacław Kowalski, wielki aktor, zawsze był prawdziwy w swoim aktorstwie.

 

Wychodzi mi, że Twój widz jest mądry.

 

Zgadzam się. Tych moich trzech widzów jest zdecydowanie mądrych.

 

W PRL państwo intensywnie dotowało kulturę, dzisiaj nawet wśród mądrych panuje opinia, że kultura  powinna być za darmo?

 

W moim przekonaniu nigdy nie była za darmo. Ludzie którzy ją tworzą, nie robią tego bez kosztów własnych. Pomijam koszty niematerialne, choć największe znaczenie mają właśnie pieniądze. Nie bardzo rozumiem dlaczego produkt, który wytworzyłem własną ciężką pracą, mam komuś oddać za darmo. Będąc w sklepie nie biorę za darmo chleba, więc niech ktoś, przekraczając na przykład próg teatru, też płaci za kulturę.

 

Skąd w takim razie to nasze przekonanie, że wszystko się nam należy?

 

Z mentalności. Identycznie ma się ta sprawa w wielu kontekstach. Weźmy choćby rzucanie śmieci na ulicę. Można to robić, bo przecież ktoś posprząta. Wydaje się nam, że jeśli jest coś dostępne za darmo, to możemy sobie to brać do woli. Tymczasem zwykła przyzwoitość każe zapłacić za produkt jaki chcemy mieć, papierka na ulicę nie rzucać, sąsiadowi mówić dzień dobry. Niby wszyscy to wiemy, ale mamy centralnie w poważaniu, czy parkować tak, żeby jeszcze ktoś mógł się zmieścić obok nas.

 

Dobra kultura musi być droga?

 

Nie musi. Odpowiem ci inaczej.  Jeśli dobra kultura może kosztować symboliczną złotówkę, nie jest już za darmo. Wszystko zależy od uczciwości osoby, która chce coś stworzyć. Młody filmowiec chce zaistnieć, robiąc pięciominutową etiudę małymi środkami. Upublicznienie tego spowoduje, że następny film będzie dwudziestominutowy. Czyli może to być trampolina dla chłopaka, by zawodowo mógł zająć się robieniem filmów. On jednak wie, że nie ma niczego za darmo, dlatego płaci mi symboliczną złotówkę. Jeśli ktoś mi proponuje pracę i chce żebym zrobił coś za darmo, nie ma możliwości, żebym się na to zgodził. Mogę wziąć tylko złotówkę, ale - w imię zasad - nie będę tego robił za darmo.

 

Jak często się tak rozmieniasz?

 

Zdarza mi się być proszonym o zagranie czegoś za złotówkę. Istotne kryterium dla mnie jest tylko jedno. W jakim celu mamy to zrobić. Jeśli dzwoni do mnie młody reżyser ze szkoły filmowej w Katowicach, chcący zrobić dyplomowy film i widzę jak mu zależy, myślę sobie tak: scenariusz jaki dostałem jest przyzwoity, nie jest to produkcja wysokich lotów, ale może mój udział w czymś mu pomoże?

 

Zatrudni Cię w przyszłości do filmu, gdzie będziesz mieć 100 dni zdjęciowych.

 

Oby się tak zdarzyło.

 

Czyli zgadzając się pracować za złotówkę, inwestujesz także w swoją przyszłość?

 

Nie tylko, także w przyszłość człowieka, któremu pomagam. Często jest tak, że nie można uprawiać tego zawodu tylko w sferze marzeń i tego czego się pragnie najbardziej. Czasem trzeba zejść kilka stopni niżej, by zrobić także coś interesującego.

 

Legalność  to jakaś postawa na życie, czy tylko pryncypialne wytyczne?

 

Ja rozumiem to jako przyzwoitość. Zarówno w kulturze jaką tworzymy, jak i w zwykłym życiu codziennym.

 

Profesor Bartoszewski napisał o tym bardzo ciekawą książkę - „Warto Być Przyzwoitym”.

 

Dla wielu lektura obowiązkowa. Przyzwoity, czyli taki, który nie kradnie.

 

Twoi chlebodawcy wywiązują się?

 

To jest regulowane prawnie. Ja jako twórca, mam prawo do tantiem, czyli praw autorskich. Ilekroć coś jest emitowane, ja z tego tytułu mam pieniądze. Na szczęście to dzieje się poza producentami, którzy nie mają na to wpływu. Każda rzecz, za którą mi zapłacono, procentuje także gdy znowu jest emitowana. Terminy płatności to już inna historia.

 

Czyli w twórcach kultury przyzwoitości jest tyle samo co w zwykłych widzach, czasem zwanych złodziejami w sieci?

 

W pewnym sensie tak. Oczywiście, w tym porównaniu trzeba zachować proporcje. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że rynek producentów w Polsce, to głównie skoki na kasę. Szybko, łatwo i nie zawsze przyjemnie. Zróbmy lekturę, albo kolejną genialną komedię z tą obsadą, którą wszyscy znają. Na szczęście przestaje się już to sprawdzać. Może ten brak prawidłowości skłoni ich do tego, żeby tworzyć rynek nieco inaczej.

 

Jak?

 

Sprzeda się produkt dobry. Nieważne, jak jest opakowany.

 

Po czym widać, że ludzie nie zgłupieli?

 

Po pierwsze widzę masę bibliotek - ponieważ jestem czasem zobligowany, żeby poszukać lektury dla mojej najmłodszej córki. Starsze są już poza systemem edukacyjnym podstawowym i kształcą się same. Jeśli ktoś chce czytać, a nie stać go na kupowanie drogich książek, może sobie założyć kartę biblioteczną. Ze swojego dzieciństwa pamiętam Zwierzyń czyli małe miasteczko, gdzie biblioteka miała znakomite zbiory. Mieszkałem w internacie, dlatego raz w tygodniu organizowało się wyjście do kina. Z teatrem było gorzej. Pierwszy raz byłem w nim mając bodaj 10 lat. Nie sądzę, żeby obecnie dostęp do kultury wymagał jakichś wielkich nakładów finansowych. Owszem, mamy ogromną podaż i zobaczenie wszystkiego wiązałoby się ze sporym wydatkiem.

 

Chyba latając po świecie.

 

Jeśli, jak to rozumiem, podstawą nabywania cudzego spojrzenia na różne sprawy czy poznawanie świata i ludzkiej myśli bez wychodzenia z domu są książki, to kultura ma się znakomicie. Są oczywiście pokusy, które spychają książkę na dalszy plan.

 

Tworzysz dzieciom konkurencję dla internetu?

 

Odwożąc dzieci do przedszkola, dodam, że w jedną stronę trwało to godzinę, zacząłem opowiadać bajki. Repertuar w pewnym momencie się wyczerpał. Potem opowiadałem o swoim dzieciństwie, które było dla nich egzotyczne. Mam na myśli zwierzęta domowe, takie jak koń, dalej wynalazki typu stodoła, wóz, woda ze studni. To także się wyczerpało. W pewnym momencie złapałem za najbardziej mrożące krew w żyłach historie z Biblii, typu żona Lotha. Szalenie się im to spodobało. Kolejnym stopniem edukowania było wprowadzenie nagród za czytanie książek. Z najmłodszą córką postąpiłem dość podle - idąc za przykładem któregoś z pisarzy iberoamerykańskich, zacząłem płacić za czytanie drobne kwoty.

 

Odpytywałeś później?

 

Jasne. Zdarzyły się nawet dwa szwindle. Szybko to skontrolowałem i pomyślałem, że albo zbankrutuję, albo za którymś razem to zaskoczy. Na szczęście zaskoczyło i czyta już bez opłat ojca.

 

Do czego służy dziś w Polsce kultura?

 

To wciąż niezmienne ramy. Oczywiście zmieniają się pola eksploatacji kultury.

 

Pytam w kontekście kompromisu z biznesem. Jeden spektakl robimy bulwarowy, żeby zarobić na ten ambitny.

 

Musimy mieć świadomość w jakiej mentalności się obracamy, kto nas otacza. Nie ma tutaj ścisłych podziałów jak w Ameryce, typu Broadway, Off Broadway, Off Off Broadway itd. Ja nie mam osobiście problemu, że w teatrze wisi baner firmy energetycznej, czy jakiegoś fast foodu, jeżeli dzięki temu możemy grać dobre sztuki. Może następnym razem widz wybierze spektakl bardziej ambitny, nie - sponsorowany.

 

Wtedy coś znowu zaskoczy.

 

Oto inwestowanie w publiczność. Ludzie często nie mają świadomości, że to może być niesłychanie atrakcyjne, bo nie ma czegoś, co by ich do tego skłoniło. Jeśli zrobi to nazwisko z serialu, proszę bardzo. Oby ten mechanizm doprowadził do czegoś, co może stanie się zwyczajem chodzenia do teatru.  Umówmy się - dziś cel uświęca środki.

 

Co Cię interesuje w teatrze?

 

To, co zawsze tam było. Mody mijały, wyważanie otwartych drzwi mijało, epigony teatru niemieckiego mijały, przebrzmiali brutaliści mijali… Co zostało? Metafora, literatura, gust, scenografia, kostium, aktorstwo, psychologia. Czyli wszystko, czym teatr zawsze był bogaty.

 

Każdy dyrektor wybiera z tej listy to, co mu pasuje.

 

Jeden będzie zajęty jedynie tym, co modne a są twórcy, którzy mają jakieś credo.

 

Mówisz pewnie o Teatrze Powszechnym, do którego powracasz?

 

Trudno być mi adwokatem we własnej sprawie. Pamiętam ten teatr z czasów dyrektora Hubnera. Mawiał: najważniejszy w teatrze jest widz. Nie krytyka, nie mody, tylko widz, którego trzeba edukować i zachować z nim komunikację. Podnosząc poprzeczkę, nie mizdrzyć się do niego. Z teatrem jest naprawdę dobrze. Warlikowski, Klata, Englert. Byłem niedawno na „Hamlecie” w Teatrze Współczesnym. W roli tytułowej Borys Szyc. Wspaniałe przedstawienie, Borys wybitny. Jak to się mówi - wyszedłem zbudowany.

 

Wychodzi na to, że szukamy czegoś między tym, co jest znakomite a tym, o czym mówi się, że jest równie dobre. 

 

Korzyść z teatru publicystycznego jest zawsze o tyle, o ile towarzyszą temu ludzie, widzowie zaangażowani w temat. Wszystko, co zmusza ludzi do myślenia, nie tylko o pieniądzach - nadmiarze bądź braku - jest dobre.

 

Jaki repertuar nazwałbyś trudnym?

 

Nie mam pojęcia. Jest jedno kryterium: coś jest dobre albo złe. Nieważne, o czym mówi.

 

Zapytam inaczej - chodzisz do teatru oglądać kumpli, czy aby coś przeżywać?

 

To zależy od dnia, pogody, nastroju czy czego tam. Nie fiksuję się na to, że trzeba chodzić tylko do Polonii albo Współczesnego a do Rozmaitości to już nie.

 

Kupujesz bilety?

 

Zawsze.

 

Możesz wchodzić za darmo?

 

Bardzo często. Stać mnie jednak na bilet, chcę sobie usiąść wygodnie i zobaczyć spektakl w spokoju. Nie widzę powodu, abym miał wchodzić bocznym wejściem dla artystów, tylko dlatego, że ich znam. Teatr to instytucja, która utrzymuje masę ludzi. Tak samo jak ktoś przychodzi do mnie do teatru, nie wpuszczam od kulis. Niech sobie kupi bilet. Tak powinno być.

 

Ludzie mają z tym problem?

 

Raczej nie. Jeśli ktoś zagaduje mnie o bilety, polecam stronę www z rezerwacjami. Nie widzę powodu, żebym miał komuś stawiać bilety. Poza mamusią oczywiście.

 

Nie korci Cię założyć teatr?

 

Nie daj boże. Wiąże się to z kolosalnymi problemami.

 

Dlaczego ludzie to robią? Z miłości?

 

Myślę, że tak. Twórcy teatru chcą zabierać stanowisko w różnych sprawach. Chcą mieć swój głos. Przykład - Tomek Karolak w teatrze IMKA. Wypowiada się doborem repertuaru i artystami, którzy biorą udział. Robi to wzorem najlepszych teatrów repertuarowych.

 

Ty nie masz takich potrzeb?

 

Nie. Społeczne zaangażowanie ma swoje złe strony. Bojkot, jaki miał miejsce w stanie wojennym, większość społeczeństwa odczytuje jako zacne posunięcie środowiska. Owszem, można tak to widzieć. Ale ile karier ten bojkot złamał. Nikt tego czasu i szansy nie zwrócił. Dlatego jestem przeciwnikiem otwartego publicznego zabierania stanowiska politycznego. Uważam, że to mnie ogranicza, bo ludzie patrzą na mnie przez pryzmat jakiejś partii.

 

Nicholson czy De Niro,  stający obok kandydata na prezydenta nie kojarzą mi się z Demokratami, kiedy ich oglądam w kinie.

 

Tam są dwie partie i zupełnie inna kultura polityczna. U nas zawsze po czasie okazuje się, że wszystkie poczynania polityczne są amoralne, kryminogenne. W związku tym trzeba być uważnym, żeby ludziom nie kojarzyć się z jakąś partią.

 

Co dajesz od siebie za darmo?

 

Chodzę na zdjęcia próbne, to chyba wystarczy?

 

Rozmawiał Tomasz Kin

 

 

Fotosy z filmu "Drogówka", dystrybucja Next Film

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.




Do góry!