Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
W tym świecie nie ma koloru…

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

W tym świecie nie ma koloru…

W tym świecie nie ma koloru…

10.01.20

Najpierw miało być „Mydło”. Kiedy przed kilku laty spotkałyśmy się na jednym z festiwali, gdzie Małgorzata Imielska pitchowała swój projekt, wiele wskazywało na taki tytuł. Ale też na film o trudnej tematyce, traktujący o dziewczynach z domów dziecka i ośrodków wychowawczych, odrzuconych przez rodziny, nieakceptowanych, oddawanych na wychowanie innym. Skrzywdzonych przez ludzi, którzy powinni się nimi opiekować. O pomyśle na film „Wszystko dla mojej matki” i jego realizacji z Małgorzatą Imielską rozmawia Jolanta Tokarczyk.

 

Kiedy rozmawiałyśmy przed kilku laty po branżowym pitchingu na Regiofund w Katowicach wspomniałaś, że pracujesz nad projektem filmu fabularnego pod roboczym tytułem „Mydło”. Tytuł został zmieniony, ale pomysł z mydłem pozostał w jednym z dialogów, kiedy dziewczyny rozmawiają o swoich trudnych, intymnych doświadczeniach. W jakich okolicznościach poznałaś bohaterki filmu?

 

Ze środowiskiem dziewczyn z domów dziecka i poprawczaków zetknęłam się realizując filmy dokumentalne. „Wszystko dla mojej matki” nie jest jednak kontynuacją żadnego z nich, ale nową, debiutancką w moim przypadku, formą wypowiedzi na ważny dla mnie temat. Powszechnie mówi się o trudnej sytuacji dzieci z domów dziecka, ale rzadziej porusza się temat przemocy seksualnej, do jakiej niekiedy dochodzi w tych środowiskach, a nawet w rodzinach zastępczych. Co gorsza, ich sprawcy często pozostają bezkarni.

 

O ile więcej można przekazać w filmie fabularnym z udziałem aktorów w porównaniu z dokumentem? Jak prowadzić odtwórców, żeby ich kreacje nie były przerysowane? Mając doświadczenie z jednym i drugim rodzajem filmów możesz pozwolić sobie na porównania…

 

W dokumencie nie zawsze możemy opowiedzieć o wszystkim, na czym nam zależy, ponieważ często musimy chronić naszych bohaterów, nie odzierać ich z intymności. W filmie fabularnym wydarzenia możemy natomiast przedstawić bardziej dosłownie.


fot. R.Palka

Zapraszając aktorów chciałam opowiedzieć im o świecie, który będziemy tworzyć. Musiałam wprowadzić ich w rzeczywistość moich bohaterek. Z aktorami pojechałam do poprawczaka, ponieważ chciałam, aby poznały tamtych ludzi i ich historie. Z punktu widzenia aktorów było to najcenniejsze doświadczenie, które zaowocowało w pracy przy filmie.


Potem były próby. Długie, najpierw pojedyncze. Rozmawiałam z aktorkami o ich postaciach, budowałyśmy ich przeszłość. Nawet jeśli w filmie nie było o niej mowy; chodziło nam o to, by stworzyć kontekst dla postaci, dla jej teraźniejszości. Dla emocji i decyzji, które widzimy w filmie. I oczywiście długie, wspólne szukanie tego, jak one wyglądają. Kostium i make-up bardzo mocno, moim zdaniem, dookreślają postaci. Wysłuchiwałyśmy się w kwestie dialogowe – czy nie brzmią fałszywie? Czy używany język dookreśla charakter bohatera? Potem, kiedy już skończyłyśmy próby indywidualne, zaczęłyśmy się spotykać całą grupą. Chodziło o to, by za pomocą ruchu, gestu znaleźć coś, co by wyróżniało każdą postać. I jeszcze, by wykreować łączące ich relacje.

 

Ile jest prawdy, a ile fikcji we „Wszystko dla mojej matki”?

 

W filmie nie ma fikcyjnych zdarzeń, a każde, o którym opowiadamy, miało miejsce w rzeczywistości. W tych środowiskach często dochodzi do molestowania czy gwałtów, ale dziewczyny zazwyczaj nie mają świadomości, że stały się ofiarami. Żyją w przeświadczeniu, że to normalne, że pewnie tak po prostu jest. Kiedy z nimi rozmawiałam, niektóre mówiły, że przecież nie połamano im nóg ani rąk, więc nie stało się nic złego.


Inne bardzo przeżywały to, czego doświadczyły, ale żeby nie rozpaść się na kawałki, spychały uczucia poza obszar świadomości. W zapomnienie. I chyba przez to stawały się bardziej okrutne… Gdybym chciała zrobić bardziej brutalny film, mogłabym to uczynić dowiedziawszy się przez co przeszły. Nie przytoczę cyfr, ale dowiedziałam się, że w niektórych środowiskach gwałty wciąż są powszechne. Zwłaszcza tam, gdzie na co dzień dokonuje się przemocy, gwałtu nie uważa się za coś złego.

 

Jak budowałaś relacje między dziewczynami, które doświadczyły przemocy a aktorkami?

W czasie pracy przy projekcie fabularnym powróciłam do Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Rembertowie, do którego trafiłam po raz pierwszy pracując przy dokumencie. Otrzymałam tam wiele pomocy i wsparcia, miałam też możliwość rozmawiania z dziewczynami, które przebywały w ośrodku. Przekonałam się, że czasami bardzo trudno było usiąść naprzeciwko siebie i poprosić: „Okay, to powiedz mi teraz o tym, co cię najbardziej boli”. Człowiek nie jest pudełkiem, z którego można wyjąć to, co nam potrzebne.


Pamiętam rozmowę z dziewczyną z Ośrodka w Falenicy. Przyprowadził ją lekarz i zasugerował, aby ze mną porozmawiała. To była dość sztuczna sytuacja. Obie byłyśmy spięte, więc zaproponowałam, abyśmy wyszły zapalić. Zapaliłyśmy pierwszego, potem drugiego papierosa i zaczęłyśmy rozmawiać. Na początku zastrzegłam, że dziewczyna może mówić tylko o tym, o czym chce. Po pewnym czasie zawiązała się ważna dla nas obu relacja. Zaufała mi. Zaprowadziła na piętro do swoich koleżanek i zachęciła je, aby opowiedziały o swoich doświadczeniach. To była mądra, wrażliwa, choć również niepokorna dziewczyna z trudnym życiorysem. Wiedziała, że robię film i chciała mi pomóc.


fot. R.Palka

Obraz utrzymany jest w ciemnym kluczu kolorystycznym… W jednej z pierwszych scen, rozemocjonowanej bohaterce towarzyszy rozedrgana kamera. W jaki sposób temat wpływał na Waszą pracę, sposób budowania kadru i definiowanie postaci?

 

Kolorystyka filmu jest pochodną tematu, kwestią wyborów estetycznych i oddania prawdy o świecie, który sfilmowaliśmy. A w tym świecie nie ma koloru. Życie młodych ludzi, właściwie jeszcze dzieciaków, które tuż przed startem w dorosłość doświadczyły traum, rysuje się w czarnych barwach. Takich, z którymi później jako dorośli nie będą potrafili sobie poradzić.|

Chcieliśmy być blisko postaci i ta zasada definiowała nasz styl pracy. Świat oglądamy więc przez pryzmat Oli, głównej bohaterki filmu. Czasami emocje towarzyszące realizacji były bardzo silne, nie chcieliśmy jednak pokazywać scen gwałtów „jeden do jednego”. Wierzę, że to co zasugerowane – a nie pokazane wprost – działa mocniej. Wstrząsające doświadczenia nakręciliśmy mastershotowo [w jednym długim ujęciu – przyp. red.], w tym wypadku ważne było bardzo precyzyjne zaplanowanie ruchu postaci. Pomógł mi w tym Tomek Naumiuk, on ma niezwykłe oko w kreowaniu montażu wewnątrzkadrowego. W każdym razie, nie mieliśmy storyboardów, ale dokładnie wiedzieliśmy, jaki przekaz powinien dotrzeć do widza.


Jestem zwolenniczką starannego przygotowania się do pracy, lubię mieć wszystko przemyślane i zaplanowane, a podczas tej realizacji było to tym bardziej uzasadnione, że realizowałam swój fabularny debiut. Razem z Tomkiem Naumiukiem (dziękuję mu za piękne zdjęcia!) chcieliśmy, by kamera była blisko naszej głównej bohaterki. Byśmy śledzili jej emocje i byśmy widzieli świat jej oczami. Materiał filmowy był montowany już w trakcie zdjęć (tu bardzo, bardzo dziękuję Agnieszce Glińskiej) – i to było bardzo ważne. Dawało mi to poczucie, że kolejne ujęcia w sposób czytelny przenoszą zaplanowany przekaz emocjonalny. I że budują czytelną dla widza historię. Oczywiście, w trakcie pracy wypadły niektóre sceny, ale nie było ich dużo. Właściwie tylko scena, gdy Ola wysiada na dworcu i od razu szuka matki. To była kwestia rytmu opowiadania. 


fot. R.Palka

Lokacje znaleźliście na Mazurach i na Śląsku. Czy te decyzje były pochodną dofinansowania z Regionalnych Funduszy Filmowych?

 

Film nakręciliśmy w ciągu 27 dni zdjęciowych, a większość lokacji rzeczywiście znaleźliśmy na Mazurach i na Śląsku. Mazurskie lokacje powstały w miejscowości Purda, malowniczej wsi regionu. Kocham Mazury, uwielbiam oddech, przestrzeń, zieleń, przyrodę. Gdybym nie otrzymała dofinansowania z Warmińsko-Mazurskiego Funduszu Filmowego, musiałabym kręcić gdzieś w okolicy, na pewno w mniej odpowiedniej dla nas lokacji, ale szczęśliwie mogłam robić film tam, gdzie chciałam. Podobnie było z lokacjami na Dolnym Śląsku. Gdyby nie pieniądze z Funduszu, nie byłoby nas stać na drogie przerzuty i dodatkowe koszty. Dzięki dofinansowaniu mogłam nakręcić część zdjęć w mojej ukochanej Świdnicy.

 

Czy lokacje w Twoim filmie definiowały sposób zachowania się bohaterów? Czy historie, o których opowiadasz rzadziej wpisują się w mapy dużych miast o wysokiej świadomości społecznej, np. Warszawy czy Poznania?

 

Niestety, takie rzeczy dzieją się wszędzie, choć środowisko, z którego wywodzi się człowiek, predestynuje go do pewnego typu zachowań. Jeżeli jest to środowisko patologiczne, częściej dochodzi do aktów przemocy.

 

Czy kiedy na jaw wyjdą okoliczności przemocy seksualnej – w szkole, w poprawczaku, w ośrodku opiekuńczym – sprawcy często pozostają bezkarni jak w filmie? Czy może jednak sprawiedliwość zwycięża, a agresorzy są pozbawiani stanowisk, otrzymują zakaz pracy z młodzieżą?

 

Nie przytoczę danych statystycznych, ale z rozmów wiem, że wygląda to różnie. Niekiedy sprawy są „zamiatane pod dywan”, kiedy indziej nie udaje się oskarżyć sprawcy, bo przecież dziewczyna sama zgodziła się na seks. To nic, że nie miała jeszcze18 lat i została wykorzystana, bo potrzebowała pieniędzy na kosmetyki czy papierosy... Sylwetka filmowego dozorcy, który dopuszcza się gwałtu była wzięta z życia, a prawdziwy sprawca został oskarżony jedynie o… nadużywanie stanowiska.

 

Ofiary, bardzo wrażliwe dziewczyny czasami nawet targają się na swoje życie, bywa, że kończą tragicznie. Niektóre wydarzenia znajdują finał w sądzie i sprawcy zostają ukarani. Naprawdę bywa różnie, przeraża jednak to, że pewną regułą jest oskarżanie dziewczyny… To straszne – „sama chciała”…

 

fot. R.Palka

Filmowej bohaterce
Oli nie udał się powrót do domu, choć wszystko robiła dla swojej matki. Czy w realnym życiu zdarzały się szczęśliwe powroty?


Zdarzają się, jednak, na szczęście. I może dlatego, że ktoś wziął je za rękę i powiedział: „dla mnie jesteś ważna”? Albo „jeszcze wygrasz te zawody”…  Ale też wciąż pamiętam dziewczynę, której się nie udało, choć bardzo tego pragnęła…

 

Za rolę Oli Zofia Domalik otrzymała nagrodę za Profesjonalny Debiut Aktorski na 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Obraz zwyciężył też w Plebiscycie Publiczności 35. Warszawskiego Festiwalu Filmowego w kategorii film fabularny. Gratulujemy serdecznie!

 

Spotu do filmu „Wszystko dla mojej matki możecie posłuchać:

 

Rozmawiała: Jolanta Tokarczyk

Wywiad ukazał się w magazynie „Film&TV Kamera” nr 1/2020

fot. tytułowa: Małgorzata Imielska na planie filmu „Wszystko dla mojej matki”, fot. R. Palka




Publikacja powstała w ramach
Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura




Spodobał Ci się nasz artykuł? Podziel się nim ze znajomymi 👍


Do góry!