Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Najlepszy, który nie pasuje do roli

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Najlepszy, który nie pasuje do roli

Najlepszy, który nie pasuje do roli

To, jacy jesteśmy jako aktorzy, jakie mamy umiejętności, skąd się wywodzimy, wpływa na nasze filmowe role - mówi Jakub Gierszał, którego w tym roku możemy oglądać m.in. w „Pokocie”, „Zgodzie” i „Najlepszym”. Rozmawiamy o przygotowaniach do roli narkomana-sportowca, wyczerpujących treningach i przeżywaniu emocji filmowych bohaterów.



Prześledziłam niektóre wywiady prasowe odwołujące się do niemieckiego wątku w Twoim życiu, przypadającego na okres dzieciństwa i wczesnej młodości. Jak dziś, z perspektywy lat, postrzegasz tamten czas?

Urodziłem się w Polsce i mam stuprocentowo polskie korzenie. Moi rodzice wyjechali do Niemiec, kiedy byłem dzieckiem, a decyzja o emigracji podyktowana była względami politycznymi. Rodzice nie byli w tej decyzji osamotnieni, z podobnych powodów w końcu lat osiemdziesiątych z kraju wyjechało wielu polskich artystów. Za granicą nasi rodacy trzymali się razem i tworzyli twórcze enklawy. Zamieszkaliśmy w Kolonii, gdzie tata pracował w polskim teatrze. Później losy tak się potoczyły, że po kilku latach pobytu w Niemczech wróciłem do Polski.

Pobyt za granicą pomógł Ci w budowaniu kariery, czy raczej masz wrażenie, że coś Cię ominęło?

To, jacy jesteśmy jako aktorzy, jakie mamy umiejętności, skąd się wywodzimy, bardzo często wpływa na nasze filmowe role. Tak jest przynajmniej w moim przypadku. Znam język niemiecki, chociaż mówię nim coraz słabiej, ponieważ wypiera go polski. Dzięki znajomości języka niemieckiego mam jednak większe predyspozycje do grania określonego typu ról. Tę przydatną umiejętność docenia wielu reżyserów. Maciej Sobieszczański, reżyser „Zgody”, obsadzając aktorów do swojego filmu, postawił warunek, aby zaangażowano niemieckojęzycznego aktora, a nie Polaka, który nauczy się po niemiecku kilku kwestii potrzebnych do filmu. Znajomość języka pomogła mi również we współpracy z Urszulą Antoniak, reżyserką filmu „Pomiędzy słowami”. Już w 2007 roku miała ona pomysł na film o emigracji, którego akcja rozgrywała się w Amsterdamie. Kiedy się spotkaliśmy i Urszula dowiedziała się, że mówię płynnie po niemiecku, zdecydowała się przepisać fabułę filmu, tak aby akcja toczyła się w Berlinie.

Na aktorskie emploi wpływają również nagrody, szczególnie te zdobywane w początkowym okresie kariery, kiedy młodzi twórcy wkraczają na rynek. W 2012 roku na festiwalu w Berlinie otrzymałeś prestiżowy tytuł Shooting Star, przyznawany najbardziej obiecującym młodym aktorom europejskim. W jaki sposób ta nagroda wpłynęła na Twoją dalszą karierę?

Moja aktorska aktywność na arenie międzynarodowej właściwie zaczęła się od nagrody Shooting Star. W tamtym czasie polskie środowisko filmowe było bardziej hermetyczne niż obecnie, a kontakty międzynarodowe – bardziej ograniczone. Gdyby nie Shooting Star nie miałbym możliwości poznać wielu zagranicznych reżyserów, a oni nie wiedzieliby o moim istnieniu. No i nie zagrałbym w „Finsterworld”, a później w kolejnych zagranicznych filmach.


W filmie "Zgoda" fot. Grzegorz Spała

W Twoim zawodzie szczególnie liczy się też wizerunek. Czy wiesz, co powiedział mi Łukasz Palkowski, kiedy spytałam, dlaczego powierzył Ci główną rolę w „Najlepszym”?

Słyszałem jego odpowiedź (śmiech). Ponoć powiedział, że nie pasowałem do tej roli tak bardzo, że obsadzenie mnie musiało się udać, bo będę grał wbrew warunkom. A po wtóre chciał podkręcić moją delikatność, wrażliwość (śmiech).

Tak, ponadto wspominał, że początkowo miałeś zagrać Andrzeja, którego finalnie zagrał Mateusz Kościukiewicz. „Doszliśmy jednak do wniosku, że Gierszał jest aktorem tak eterycznym, tak bardzo nie pasuje do postaci Jurka Górskiego, że będzie musiał go przebić. Dlatego pracowaliśmy na kontrze w poczuciu, że taki zabieg musi się udać. Szliśmy pod prąd – by zniszczyć go fizycznie w okresie narkomańskim, odbudować w okresie sportowym, aby to, co zrobimy z jego wizerunkiem, odzwierciedlało historię tej postaci” – mówił reżyser. Jaki jest Twój komentarz?

Rzeczywiście na wczesnym etapie castingu brano mnie pod uwagę do roli, którą finalnie zagrał Mateusz. Reżyser Łukasz Palkowski odwoływał się do mojej wrażliwości, ale wiem, że jedni twórcy obnoszą się z tym na zewnątrz, a inni – wprost przeciwnie. Łukasz jest bardzo wrażliwym człowiekiem i na tym polu doskonale się dogadywaliśmy. Pewnie sam by się do tego nie przyznał, ale skoro poruszamy ten temat, to w ten sposób skomentuję (śmiech).

Na jakim etapie dołączyłeś do tego projektu?

Kiedy otrzymałem propozycję współpracy przy „Najlepszym” właśnie kończyłem zdjęcia do filmu „Pomiędzy słowami”. Miałem więc kilka tygodni przerwy pomiędzy jednym filmem a drugim i to był mój czas na przygotowanie się.

Udział w projekcie wymagał od Ciebie fizycznej metamorfozy oraz intensywnego treningu. Jurek Górski zaczynał odnosić sukcesy sportowe mając 29 lat, Ty zagrałeś go w podobnym wieku. Uprawiałeś wcześniej jakieś sporty? Biegałeś, pływałeś?

Jako filmowy Jurek Górski musiałem przygotować się do udziału w triathlonowych mistrzostwach świata, a na tę dyscyplinę składają się trzy konkurencje: pływanie, bieganie i jazda na rowerze. Film wymagał ode mnie intensywnego przygotowania i wielu godzin treningów, dzięki którym nabrałem kondycji oraz sportowej sylwetki. Najmniejszy problem miałem z bieganiem, a najwięcej trudności sprawiało mi pływanie. Potrafiłem pływać żabką, ale nigdy nie pływałem kraulem i tej umiejętności musiałem się nauczyć. I to w takim stopniu, aby uwiarygodnić zdobycie tytułu mistrza! Jazda na rowerze z epoki również okazała się trudniejsza niż początkowo myślałem. Tu jednak pomógł zespół doświadczonych kolarzy, który towarzyszył nam na planie. W trudnych chwilach zawsze przypominałem sobie Jurka, który wielokrotnie zmagał się z własną niemocą, ale pokonywał słabości, ponieważ przyświecał mu ważny, życiowy cel.

Nie mniej interesująca od zmian fizycznych jest psychiczna przemiana bohatera. Który etap był większym wyzwaniem z aktorskiego punktu widzenia: pokazać Jurka-narkomana czy Jurka-sportowca?

Ciężko powiedzieć, co było trudniejsze dla mnie. Dla Jurka na pewno trudniejszy był etap, kiedy błądził. Z drugiej strony mówił, że wtedy też miał cel, tylko że był on zły, ponieważ tym celem było ćpanie. Ani jednej, ani drugiej sytuacji nie doświadczyłem wcześniej na planie filmowym, ani tym bardziej w życiu (śmiech). Nie grałem sportowca ani narkomana; nie byłem uzależniony, ani związany w tak dużym stopniu ze sportem. Każde wcielenie wymagało ode mnie innego rodzaju zaangażowania, a mając doświadczenia z różnymi gatunkami filmowymi, wiedziałem, że należy zaproponować zupełnie inne środki wyrazu niż na przykład przy „Zgodzie” albo „Pomiędzy słowami”. „Najlepszy” był dla mnie nowym wyzwaniem i, aby mu sprostać, musiałem bazować na tym, co przeczytałem i co sobie wyobraziłem. Wracając zaś do pytania – oba zadania – zarówno zagrania Jurka w okresie narkomańskim, jak i sportowym, były wyczerpujące i nie pozwalały na taryfę ulgową. Trzeba było po prostu je wykonać.


W filmie "Najlepszy", zdjęcie: R. Palka / Dystrybucja Mówi Serwis

W jaki sposób pracujesz nad filmem? Czy „wczuwasz się w przeżycia swoich bohaterów, analizujesz ich zachowania, czy raczej dla zachowania higieny psychicznej odcinasz się od tego ze świadomością, że jest to tylko gra aktorska?

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie; po pierwsze dlatego, że sposób pracy zależy od wielu czynników: gatunku filmowego, podejścia reżysera, treści filmu, oczekiwań wobec danej postaci i aktora, który ją kreuje. Nie jestem jednak zwolennikiem przeżywania na planie dokładnie tego samego co mój bohater. Wydaje mi się, że jeśli ktoś podkreśla, że pracuje w ten sposób, nie mówi prawdy. Może raczej należałoby zastanowić się czy jest to w ogóle potrzebne? Zwłaszcza jeśli pracuje się w szczególnych warunkach, wobec szczególnie wyczerpującego tematu, jak np. przy filmie „Zgoda”, który opowiadał historię więźniów byłego obozu w Świętochłowicach. Podczas takiej trudnej pracy nasuwa się pytanie, na ile głęboko można sobie pozwolić we własnej psychice wejść w graną postać? Zajmując się różnymi tematami filmowymi, oczywiście siłą rzeczy wchodzimy w świat bohatera, zaczynamy otaczać się jego emocjami i one też się w nas wzbudzają. Pozostaje tylko pytanie na ile pozwolimy, aby w nas pozostały. Pracując przy filmie staram się raczej sięgać po literaturę, która więcej powie mi o bohaterze i sytuacji, w jakiej się znalazł, pootwiera moje skojarzenia, bo koniec końców to ja jestem źródłem tej filmowej twórczości. Szukam różnych bodźców po to, żeby one uruchomiły we mnie coś ważnego. Zadaję reżyserowi kontrowersyjne albo często te same pytania, ponieważ chcę, aby i jego uruchomiło to do zadawania mi pytań. Ponieważ to ze mnie oraz z wyobrażeń reżysera na dany temat powstają te filmy. Łukasz Palkowski, reżyser „Najlepszego” również wspominał w wywiadach o tym, że w jego życiu było kilka wspólnych mianowników z historią Jerzego i dlatego zafascynował się nią jako filmowiec. W przeciwnym razie trudno byłoby pracować, ponieważ jeśli człowiek zabiera za coś kompletnie mu obcego, taka praca na ogół nie przynosi spodziewanych rezultatów. Jeśli zaś temat nas zainteresuje i zaczynamy się nim zajmować, siłą rzeczy wchodzimy w świat bohatera, koncentrujemy na nim swoją uwagę i niczym sito odsiewamy inne treści. I nagle zaczynamy dostrzegać przede wszystkim to, co w danym momencie jest dla nas ważne.

Tomasz Kot, przygotowując się do roli Zbigniewa Religi w „Bogach” opowiadał o ćwiczeniach warsztatowych, które miały mu pomóc mówić jak profesor, chodzić zgarbionym jak on, nawet w podobny sposób podnosić słuchawkę telefonu. Ale też opowiadał o obawach, aby nie przerysować postaci, aby nie pójść za daleko w tym naśladowaniu. Czy w czasie przygotowań do „Najlepszego” przyświecał Wam podobny cel: odzwierciedlić jak najwierniej postać Jerzego Górskiego, czy raczej stworzyć film inspirowany jego życiem?

Raczej to drugie, reżyser chciał nakręcić fikcyjną historię, inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami. Łukasz Palkowski również opowiadał o tym, jak przygotowywali się do „Bogów” i jakie zadania miał dla Tomka Kota, ale w przypadku „Najlepszego” miało być inaczej. Tutaj pojawia się element nadrealny w postaci alter ego, lustrzanego odbicia i wroga głównego bohatera, z którym toczy on wyczerpującą walkę. Nie mieliśmy tego obciążenia jak w przypadku filmu o doktorze medycyny, żeby pokazać wiernie jego ruchy, sposób życia, ponieważ Jurka Górskiego zna bardzo mało ludzi, niewielu wie jak wygląda, jak mówi i jak się zachowuje. Nie mieliśmy tym bardziej takiego zobowiązania, aby jak najdokładniej odzwierciedlić prawdziwą postać. A że historia życia Jurka naszpikowana jest tyloma wydarzeniami, że wystarczyłaby ich na kilka filmów fabularnych, scenarzyści skompilowali kilka wydarzeń, tak aby ułożyły w jedną całość. Wszystkie wydarzenia są prawdziwe, ale nie zawsze miały miejsce dokładnie w tej chronologii, jaką pokazaliśmy. Czasami jednego bohatera obdzielaliśmy doświadczeniami dwóch osób, ale najważniejszy był czytelny przekaz: tu słabość staje się siłą. Jako odtwórca roli Jurka musiałem skoncentrować się na tych właśnie cechach bohatera, które pozwoliły mu odbić się od dna i wznieść na sam szczyt. Na jego przekorze, która wiele razy mu pomogła, a może i uratowała życie, na niesamowitej woli walki i charyzmie, która sprawia, że od pierwszych minut filmu chcemy mu kibicować.

W którym memencie w życiu Jerzego nastąpił przełom?

Stało się tak pod wpływem spotkania z Markiem Kotańskim. Stąd też pochodzi tytuł filmu: Kotański często powtarzał, że aby wyjść z narkomanii, trzeba być po prostu najlepszym! Zresztą ten tytuł początkowo miał być zupełnie inny. „Najlepszy” wzbudzał kontrowersje w ekipie, ale ostatecznie tak pozostało.

Z narkomanii wychodzą najlepsi, w sporcie najlepsi osiągają największe sukcesy, najciekawsze role otrzymują najlepsi aktorzy. Wiele tych punktów wspólnych.

Jurek ma taką maksymę, z którą zresztą stuprocentowo się zgadzam: wszystko, co robisz w życiu, rób najlepiej jak potrafisz. On tak postępował i ja też zostałem tak wychowany: albo robić coś porządnie, albo nie robić wcale. Nie znaczy to, żeby iść do celu po trupach, bo wydaje mi się, że najistotniejszą rzeczą w życiu jest tak działać, pracować, żeby nie krzywdzić innych. Ale podejmując się jakiegoś zadania, angażować się w nie na sto procent. A że w nasz zawód wpisana jest rywalizacja, na jedną rolę przypada kilkudziesięciu chętnych, to musimy być najlepsi w tym co robimy, jeśli chcemy ją zdobyć.

Nie użyłeś słowa walka, ale rywalizacja.

Uprawiamy na tyle specyficzny, czasami trudny zawód, że aktorzy powinni trzymać się razem. Zresztą tak po części jest, bo zdajemy sobie sprawę z tego, jakie trudności przechodzi kolega, mimo że z boku może wyglądać to tak, że w życiu idziemy wspaniałą, równą drogą. Ale, jak wszyscy, przeżywamy zawodowe trudności, dlatego wydaje mi się, że walka w ogóle nie wchodzi tu w grę. Rywalizacja – tak, bo takie są realia rynku, każdy chce otrzymywać jak najlepsze role, grać w najlepszych filmach. Rywalizacja była zresztą już w szkole teatralnej. Jeśli mówimy „walka”, to raczej w kontekście zmagania się z samym sobą, wydobywania siły do następnego dnia zdjęciowego, kiedy już nic się nie chce, jak najlepszego zagrania sceny, jak najciekawszego, twórczego spotkania. A to zawsze sporo kosztuje.


W filmie "Najlepszy", zdjęcie: R. Palka / Dystrybucja Mówi Serwis

Czy w czasie zdjęć do filmu Jerzy Górski często przychodził na plan, coś go szczególnie interesowało? Obawiałeś się tych wizyt, czy były one pomocne w budowaniu postaci?

Czasami wpadał do nas na plan, bo był ciekaw jak będziemy kręcić niektóre sceny. Kiedy realizowaliśmy sceny w Monarze albo inne z Kotańskim, widać było, że powrót do wspomnień dużo go kosztuje. Odżywały emocje. Już samo wejście do filmowej scenografii i zbudowanego na planie budynku Monaru było dla niego trudne. Jurek czasami dawał wskazówki, które braliśmy pod uwagę w montażu, ale nie było to nagminne. Raczej sprowadzało się do stwierdzenia, że coś w rzeczywistości wyglądało inaczej, ale z filmowego punktu widzenia były to drobne rzeczy, chociaż dla Jurka ważne. Obecność na planie prawdziwego bohatera zawsze jest dla aktora stresująca. Zastanawiamy się co powie, jak zareaguje. My mieliśmy to szczęście, że Jurek był szalenie wyrozumiały i szybko pojął, o co chodzi w filmowym świecie. Gdyby bardzo skrupulatnie odnosił się do tego, czy – przykładowo – jego strój był dokładnie taki, jak pokazaliśmy, czy rower był taki czy inny, to moglibyśmy ugrząźć w tym procesie na długo. Najważniejszy przekaz, jaki od niego płynął był taki, aby tego „nie schrzanić”. Jak mówił, on jest żywym przykładem na to, że z narkomanii można wyjść, tylko trzeba o to bardzo mocno walczyć. Dlatego staraliśmy się zrobić film nie tyle o narkotykach i triathlonie, ale o walce wewnętrznej, którą każdy z nas toczy, tylko na różnych polach.

Wielki reżyser, Krzysztof Kieślowski, znany był w środowisku z tego, że kiedy musiał w montażu znacząco okroić jakąś postać, wysyłał do aktorów listy z wyjaśnieniami. Jedna z pierwszych wersji montażowych „Najlepszego” miała dwie i pół godziny. Jak wiele wycięto z Twojej postaci?

Życie Jurka jest bogate w różne wydarzenia, dlatego nakręciliśmy jeszcze więcej scen, kiedy upadał i podnosił się, ponosił porażki i osiągał sukcesy. Reżyser z producentem (który zresztą z pierwszego zawodu jest montażystą filmowym) zdecydowali, że było tego za dużo i trzeba wrócić do głównego nurtu, a nie rozdrabniać się na wątki poboczne. Było też kilka scen kaskaderskich, które nakręciliśmy, zwłaszcza podczas ostatnich zawodów triathlonowych w Alabamie, i to także skrócono. Wypadło wreszcie trochę początkowych scen, które opisywały etap życia w Legnicy, ale ponieważ nie chcieliśmy, aby ta pierwsza część narkomańska zdominowała resztę, sceny te wycięto. Najważniejsze było, aby film nie rozmywał się, a jako najistotniejszy pozostał motyw walki i bohatera, który podnosi się niczym Feniks z popiołów.

Nie odczuwasz jednak żalu z tego powodu, że znaczna część Twojej pracy idzie na marne i widzowie nie obejrzą jej w kinie?

Aktor zawsze musi liczyć się z taką ewentualnością. Czasami z naszej pracy pamiętamy jakieś duble, które – jak nam się wydawało – były dobre, ale reżyser czy montażysta wybierają inne. Tak było również w innych filmach z moim udziałem – w „Zgodzie” wypadła cała sekwencja trzech scen, przez co na czasie ekranowym straciłem ja i moja postać, ale też inni aktorzy. Ja to rozumiem i uznałem, że tak jest lepiej dla filmu. Film zawsze jest przecież pracą zespołową, a wszyscy tylko dokładamy cegiełkę swoich umiejętności, aby budowany przez nas fikcyjny filmowy dom był jak najbardziej okazały.

Rozmawiała: Jolanta Tokarczyk

fotografia tytułowa: Legalna Kultura



Do góry!