Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Na planie każdy jest równie ważny

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Na planie każdy jest równie ważny

Na planie każdy jest równie ważny

…Tego nauczył mnie Andrzej Wajda – mówi Bronia Zamachowska, która zadebiutowała w ostatnim filmie Mistrza „Powidoki”. "O niej się szybko dowiecie. Bardzo jestem szczęśliwy, że dałaś temu filmowi cały talent rodziny Zamachowskich" - powiedział o niej Andrzej Wajda podczas uroczystej prapremiery filmu na Festiwalu w Gdyni. Z filmową Niką Strzemińską rozmawiamy o dorastaniu w rodzinie aktorskiej, pokonywaniu tremy i pracy u boku Bogusława Lindy.



Materiał dzięki uprzejmości Kino Polska

Masz 15 lat i właśnie wystąpiłaś w filmie Andrzeja Wajdy „Powidoki” u boku Bogusława Lindy. Czujesz się wyróżniona, że pracowałaś z takimi gigantami kina?

Tak, ale dotarło to do mnie nie od razu. Moje pokolenie nie aż tak dobrze, jak powinno zna i docenia twórczość Andrzeja Wajdy. Ja sama – chociaż znam jego filmy od lat, musiałam je sobie przypomnieć. I dopiero na planie poczułam, z jaką legendą kina mam przyjemność się spotykać. Pan Wajda okazał się bardzo miłym, serdecznym człowiekiem, mającym niewiele wspólnego z pozą wielkiej gwiazdy. Nie traktował aktorów szczególnie, zauważał wszystkich – niby nic wielkiego, ale dzięki temu naturalnie nas zintegrował. To zbudowało szczególną atmosferę, dzięki niej łatwiej było się skupić.

Ale rola Niki Strzemińskiej to nie jest twój debiut na dużym ekranie?

Z jednej strony jest, z drugiej nie. W 2015 roku zagrałam córkę u boku mojego taty w japońskim filmie „Persona non grata”, ale podczas filmu bardziej tylko przebywałam. Chociaż tamto doświadczenie bardzo cenię – oswoiłam się z kamerą, zobaczyłam, jak wygląda praca na planie. Tamtą rolę zaproponowała mi reżyserka obsady Ewa Brodzka, dzięki której również znalazłam się na castingu do roli Niki. Kiedy zadzwoniła do mojej mamy z propozycją, pomyślałam, dlaczego nie. Wiedziałam, że tym razem to coś większego, nie tylko epizod.


Na planie filmu "Powidoki", fot. Akson Studio

I tam po raz pierwszy spotkałaś Andrzeja Wajdę…

Tak, na castingu panował lekki chaos, wszędzie było dużo ludzi. Bardzo się denerwowałam, a musiałam odegrać trzy sceny, które najlepiej oddawały charakter bohaterki. Jedną z nich była sekwencja, która miała pokazać konflikt między Katarzyną Kobro a Strzemińskim – miałam przynieść filmowemu ojcu placki i wytłumaczyć, że zrobiłam sama. Nie tknąłby ich, gdyby dowiedział się, że przygotowała je Kobro. To nie było granie, tylko udawanie normalnej sytuacji domowej. A miałam też z tyłu głowy to jacy byli oni naprawdę – jednym z powodów rozstania Kobro i Strzemińskiego było przecież to, że malarz bił swoją żonę. Poza tym blokował jej rozwój i nią pogardzał. Ich córka, a moja bohaterka musiała na to patrzeć.

Stąd jej wycofanie, które świetnie udało ci się oddać w filmie.

Tak, wiedziałam, że Nika musiała być zamknięta w sobie, niewylewna, zdystansowana. Przyznam szczerze, że bardzo szybko stała się mi bliska i bez trudu się z nią utożsamiłam. Czułam, że moja bohaterka powinna być powściągliwa i dojrzalsza od swojego otoczenia. Kiedy miałam problemy ze zrozumieniem jakiś kwestii, czy interpretacją scen, przegadywałyśmy je z mamą.

Zresztą spotkałyście się z mamą na planie…

To było bardzo zabawne doświadczenie. Ale nie mamy wspólnej sceny. Trochę szkoda.

A jak Andrzej Wajda zareagował na to, co mu zaproponowałaś na planie?

Zanim kamery poszły w ruch, omawialiśmy poszczególne sekwencje, pan Wajda tłumaczył, co chciałby zobaczyć na ekranie. Był otwarty na nasze propozycje. Np. w filmie kilka razy upominam ojca, że za dużo pali. I któregoś razu zaproponowałam – zamiast kolejnego upomnienia – że zabiorę Strzemińskiemu popielniczkę. To się bardzo spodobało reżyserowi.


Kadr z filmu "Powidoki", fot. Akson Studio

A jak układała się współpraca z Bogusławem Lindą? Dawał ci wskazówki?

Przede wszystkim nie dał mi odczuć, że jest wielką gwiazdą. Był bardzo naturalny i serdeczny. Ale kiedy grał, widziałam jego skupienie, był zawsze świetnie przygotowany. Dzięki temu ja też trzymałam się w ryzach. Oboje wiedzieliśmy, co mamy grać – pełen profesjonalizm (śmiech).

Wasza relacja na ekranie jest bardzo chłodna, ledwie narysowana. Trudno było to osiągnąć?

Strzemiński był oczywiście wybitnym artystą, ale bardzo zawziętym. Gorliwie wierzył w swoje ideały, do końca pozostał sobą, nie dal się złamać przez system. I chociaż był niepełnosprawny – nie miał nogi, ręki, nie dowidział na jedno okno, nie poddał się, walczył o prawo bycia wolnym i prawo tworzenia. Ale był też egoistą i sztukę wynosił ponad wszystko, wyglądało to jakby była dla niego ważniejsza niż córka. Dlatego wiedzieliśmy z panem Lindą, że nie możemy sobie pozwolić na chwile słabości, że musimy trzymać dystans między naszymi bohaterami. I tak jak powiedziałaś, staraliśmy się być wobec siebie konsekwentnie chłodni i chyba udało nam się ten poziom zaangażowania emocjonalnego utrzymać przez cały film. Nie było to bardzo trudne, zresztą jak się ma u boku takiego aktora (śmiech).

A miałaś jakieś trudne momenty w tej pracy?

Emocjonalnie trudna była do zagrania scena, kiedy poszłam do filmowej matki do umieralni. Musiałam być bardzo skupiona, kontrolować każdy gest. Próbowałam myśleć o smutnych rzeczach, żeby nic nie wybiło mnie z tego stanu. Podobnie był w przypadku mojej ulubionej sceny, kiedy Nika w szpitalu staje nad pustym łóżkiem, w którym właśnie umarł jej ojciec i i gładzi prześcieradło.

Pracowałaś z Andrzejem Wajdą! Czułaś presję?

Pamiętam jeden z pierwszych dni zdjęciowych – miałam powiedzieć biały wiersz o Stalinie. Dobrze się go nauczyłam, wiedziałam jak rozłożyć akcenty, ale kiedy jechałam na plan, w samochodzie dopadła mnie straszliwa trema. I wtedy właśnie włączyła się panika, że zaraz pomyle cały tekst i że wybrali nie tą dziewczynę. Ale otoczenie było tak przyjazne, że paraliż prysnął, nawet nie wiem, kiedy.


Kadr z filmu "Powidoki", fot. Akson Studio

A czego nauczyłaś od Wajdy?

Byłam zaskoczona jego skromnością i zaczęłam ją podziwiać. Wiem, że brzmi to trochę dziwnie, ale zaimponował mi tym. Z niedowierzaniem też patrzyłam, że ten dobiegający 90-tki reżyser ma ciągle głowę pełną pomysłów i już pracuje nad kolejnym filmem. Cieszę się, że zdążyłam się z nim spotkać. A czego mnie nauczył? Tego, że na planie wszyscy są równie ważni. Dzięki „Powidokom” zaczęłam też dostrzegać techniczną stroną robienia filmów, nie spodziewałam się, że jedną scenę trzeba kilkanaście razy powtarzać. Doceniłam też ogromną pracę całej ekipy. Teraz już inaczej oglądam filmy, np. ostatnio widziałam „Birdmana” kręconego na jednym ujęciu – to musiało być bardzo trudne.

A wiążesz swoją przyszłość z aktorstwem?

Chyba za wcześnie na takie deklaracje, ale nie sądzę. Aktorstwo chciałabym traktować jako hobby, jeśli zdarzy się okazja, że będę mogła pójść na casting i spróbować swoich sił w filmie, to z wielką chęcią, ale nie myślę o tym, jak o zawodzie. Owszem, odkąd pamiętam występowanie przed publicznością sprawia mi wielką radość. Szczególnie lubię recytować wiersze. Nawet ostatnio wzięłam udział w przedstawieniu szkolnym. Mówiłam biały wiersz. Duża frajda. Lubię też czasem stać na scenie Teatru Narodowego, który znam jak własną kieszeń. I lubię zaglądać za kulisy, podglądać przygotowania.

W końcu twoi rodzice to aktorzy…

Najprawdopodobniej w domach lekarzy rozmawia się o operacjach, a my rozmawiamy o teatrze, rolach, filmie. Przyzwyczaiłam się. Nawet, kiedy ktoś zaczepia tatę na ulicy próbuję nie zwracać na to uwagi. Po prostu dorastam z kulturą w tle (śmiech). Dzięki rodzicom bardzo też lubię muzykę klasyczną i filmową. Sama jakiś czas temu grałam na pianinie, to była fajna przygoda, jednak połączenie wielu innych zajęć było trudne i się wypisałam. Ale jestem pewna, że wrócę do pianina.


Kadr z filmu "Powidoki", fot. Akson Studio

Wspomniałaś o kulturze, a z czym kojarzy się ci się hasło „legalna kultura”?

Przede wszystkim kojarzę spot reklamowy z tym hasłem.

Widzę obok ciebie komputer. Często korzystasz z internetu? Zastanawiasz się w ogóle na tym, jakie strony odwiedzasz?


Nie jestem jakoś szczególnie wkręcona w nową technikę, nie muszę mieć najnowszego smartfona. I nie spędzam całych dni w sieci. Mam wprawdzie fb, ale czasem, dla eksperymentu wypisuję się z niego na kilka miesięcy. I szczególnie nie tęsknię. Tylko kontaktów ze znajomymi czasem brak. Przyznam też szczerze, że nie zastanawiam się, czy strona, na jaką właśnie weszłam jest bezpieczna.

A masz ulubione strony z muzyką i filmami?

Pamiętaj, że jestem czwartym dzieckiem w rodzinie, rzadko ściągam cokolwiek z sieci – mam gotowe, bo moja siostra i dwóch braci dawno mnie wyręczyli. Jeśli chodzi o muzykę, to czasem korzystam z youtuba.

Wspomniałaś, że korzystasz z facebooka. Jesteś sobą w sieci?

Pewnie! Ale wiem, że nie każdy tak zdrowo to traktuje. Dlatego jestem staroświecka i wolę bezpośrednie relacje.

Rozmawiała Agnieszka Michalak



Do góry!