Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Trzeba to było pokazać

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Trzeba to było pokazać

Trzeba to było pokazać

Andrzej Jakimowski, reżyser "Sztuczek" i "Zmruż oczy", nakręcił mocny film o Polsce bez make-upu. "Pewnego razu w listopadzie..." to perypetie rodziny, która traci dach nad głową i narastającej wokół nas brutalności. Z tego filmu nikt nie wychodzi obojętny.


Matka (Agata Kulesza) i syn Marek (Grzegorz Palkowski) szukają ciepłego kąta przed zbliżającą się zimą. Niedawno zostali eksmitowani z mieszkania w centrum Warszawy. Teraz Matka traci miejsce w kolejnych ośrodkach dla bezdomnych, bo nie chce porzucić psa „Kolesia”, a dla niego nie ma tam miejsca. Syn w dzień studiuje prawo, wieczorami dorabia w myjni samochodowej. Nocuje w garażu u rodziców swojej dziewczyny. Jedynym miejscem, w którym matka czuje się u siebie jest squat. Spotyka w nim przyjaznych ludzi, m.in. swoją byłą uczennicę, znajduje zajęcie i powoli odzyskuje spokój po utracie pracy i dachu nad głową. Ale nadchodzi Święto Niepodległości, a wraz z nim przez Warszawę przetacza się nacjonalistyczna demonstracja. Squat, w którym przebywa mama Marka, staje się celem ataku bojówkarzy…

Pokazany w filmie atak na squat Przychodnia miał miejsce 11 listopada 2013 roku. Ponad 20-minutową sekwencję ataku oraz przemarszu narodowców ulicami Warszawy Andrzej Jakimowski pokazał w większości za pomocą zdjęć dokumentalnych. Pogrom, wojna domowa, lincz – takie skojarzenia rodzą te zdjęcia. A jednak. To zdarzyło się naprawdę. Tu i teraz. Przy milczącej bierności większości z nas. Rozmowa Magdaleny Żakowskiej z Andrzejem Jakimowskim o filmie „Pewnego razu w listopadzie”.



Co robiłeś z kamerą na ulicach Warszawy 11 listopada 2013?


Kręciliśmy materiały do filmu o podnoszącej się fali nacjonalizmu w Europie. Tego roku kręciliśmy też w Londynie, Berlinie, Poznaniu, Dreźnie, nie tylko w Warszawie.

Skąd ta volta? Ostatecznie zrobiłeś film o rodzinie, która w wyniku eksmisji straciła dach nad głową z atakiem na squat Przychodnia w tle.

Podłoże nacjonalizmu prawie w każdym z krajów europejskich jest trochę inne.  Nie potrafiłem znaleźć wspólnego mianownika, żeby bez historycznych wykładów i bez uproszczeń pokazać ludziom skąd to wszystko się bierze. To jest jednak temat na grubą książkę a nie film fabularny. Ale to, co zdarzyło się w Warszawie było bardzo wyraziste. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę miejsce zdarzenia. Jest to centrum Warszawy, częściowo dziś wyludnione, pełne opuszczonych kamienic, z których eksmitowano mieszkańców. Znam śródmieście od podszewki. Mieszkałem tu, kręciłem filmy dokumentalne, drążąc historie rodzin na wiele pokoleń wstecz.  Na przykład przez mur ze squotem Przychodnia sąsiaduje kamienica Wilcza 32. Nakręciłem film dokumentalny o tym domu − to tu wychowywała się Ola Prószyńska grająca potem główną rolę w „Zmruż oczy”. Patrząc na Marsz Niepodległości przechodzący pod jej oknami, widzę też historię tej dzielnicy i ludzi, którzy tu mieszkali i mieszkają dzisiaj. Ta wiedza pozwala mi spojrzeć trochę szerzej. Dlatego atak na squat Przychodnia, wraz z całym kontekstem otoczenia, dla mnie jest wymownym zdarzeniem, w którym, jak w soczewce koncentrują się szersze zjawiska. Może to jest nawet trochę za mocna tabletka − dla wielu osób nie do przełknięcia − ale nie da się jej rozcieńczyć.

Byłeś świadkiem ataku na Przychodnię?

Tak, widziałem to z bliska. Dokumentowaliśmy nie tylko ten atak, mamy wiele drastycznych, brutalnych zdjęć z tego roku. Większości z nich nie wykorzystaliśmy w filmie, bo nie chcieliśmy epatować takimi obrazami. Dla mnie bardziej wstrząsający był widok pewnej matki z dzieckiem, której akurat w 2013 nie mogłem sfilmować dokumentalnie. Ale umieściłem podobną dziewczynę w Marszu w 2016 roku.


Grzegorz Palkowski, Kadr z filmu "Pewnego razu w listopadzie" / Kino Świat

Pokazałeś wystarczająco dużo, aby odczuć potęgę nacjonalistycznej gorączki z wyraźnymi neofaszystowskimi korzeniami.

Ostrożnie z takimi słowami. Nie pokazujemy statystów, tylko prawdziwych ludzi i ich emocje − tego się nie da opisać słowami. Słowa to za mało. Oczywiście w sekwencji opisującej Marsz usłyszymy wiele haseł skandowanych przez tłum, ale te hasła też nie wyczerpują emocji ludzi, którzy je wznoszą. Mamy tu jeszcze znaczny potencjał emocji w zapasie, a słów nam już brakuje.

W twoim filmie podczas Marszu 11 listopada po dwóch stronach barykady spotyka się dwóch kolegów − Marek i Krzyś. Pochodzą z tej samej kamienicy, wieczorami pracują w tej samej myjni samochodowej.

Obaj są zaskoczeni, nie spodziewali się ujrzeć siebie po przeciwnych stronach. Marek nie jest squattersem, tym bardziej nie jest aktywistą Antify. Trafił na squat z powodu mamy, ale przecież mieszkańcom eksmitowanych kamienic w centrum Warszawy zdarza się trafiać na squaty. Z kolei Krzyś nie jest zwykłym chuliganem, ani tym bardziej faszystowskim bojówkarzem.  Codzienne doświadczenie życiowe i zagrożenie eksmisją podkopują jego poczucie własnej wartości i zaufanie do więzi społecznych. Przemawia do niego skandowane wspólnie hasło: „Duma, duma, narodowa duma!”. Chętnie bierze udział w rozróbie, bo ktoś nareszcie wskazał mu wroga, na którym może odreagować swoją frustrację i złość. Ci ludzie nienawidzą swoich „wrogów”, ale ich nie znają. Są zaskoczeni, kiedy nagle mogą spojrzeć im w oczy.

Spotkanie patrioty z nacjonalistą?

Znowu te słowa. Słowa kontra słowa. Rozpalają emocje i zaburzają ostrość widzenia. Tymczasem chłodnym okiem możemy zobaczyć więcej. Słowa są przydatne i niezastąpione, kiedy chcemy uchwycić rzeczy abstrakcyjne. Na jednym ze spotkań z widzami zostałem ostatnio zapytany, czym według mnie różni się patriotyzm od nacjonalizmu. Odpowiedziałem, że nacjonalizm nie może się obejść bez wskazywania wrogów, a patriotyzm ich nie potrzebuje. Wielcy patrioci, których mieliśmy, nie żywili w sobie nienawiści do nikogo. Słowo „nienawiść” pozwala nam wyrazić różnicę między dwoma nieostrymi pojęciami.


Agata Kulesza i Grzegorz Palkowski, kadr z filmu "Pewnego razu w listopadzie..." / Kino Świat

Jak udało ci się zdobyć zdjęcia nagrane ze środka tłumu atakujących squat nacjonalistów?

Najlepsze zdjęcia zrobił Tomas Rafa [fotograf i filmowiec, prowadzi badania nad problemem ekstremizmu w Polsce, Czechach i na Słowacji w ramach wieloletniego projektu „Nowy nacjonalizm w sercu Europy” – przyp.]. Tomas jest wybitnie uzdolnionym operatorem. Potrafi sfilmować wszystko, co widzi, a widzi więcej niż inni. Dlatego potrafi znaleźć się w miejscu zdarzenia, zanim przybędą tam wszyscy uczestnicy. Tomas nie posiada instynktu samozachowawczego, jak wielu korespondentów wojennych, zresztą kręcił czasami na froncie, np w Słowiańsku. Kiedy kręciliśmy pod squatem Marka i „Kolesia”,  nie zdążyliśmy nakręcić dwu, czy trzech ujęć z psem. Zrezygnowałem z nich z żalem. Ale potem, w montażowni, okazało się, że Tomas nakręcił takie ujęcia, których potrzebowałem. Nikt z ekipy ze mną włącznie nie zauważył, że pies przez chwilę był tam, gdzie trzeba. Tomas to zauważył, i nakręcił.

Jak udało ci się zdobyć zaufanie squattersów?

O ile zdążyłem się zorientować, nie ma czegoś takiego, jak zaufanie squattersów. Zawsze się komuś coś nie podoba. Poszedłem tam natychmiast po zdjęciach, 13-go czy 14-go listopada. To był wstrząsający obraz. Nie było prądu, pomieszczenia były kompletnie wychłodzone, ciemno, bo okna zabite deskami, w dymiącej kozie palili połamanymi meblami. Trochę jakbym się przeniósł w inną epokę − do średniowiecza albo raczej do jakiejś mrocznej przyszłości. Doświadczenie raczej nie skłaniało squattersów do nadmiernej ufności. Tymczasem ja potrzebowałem zgody na filmowanie squatu od środka. W końcu ktoś mnie poinformował, że nie są zainteresowani. OK, rozumiem to, mam inne ciekawe tematy. Ale po półtora roku sami zadzwonili z pytaniem, czy temat jest nadal aktualny. OK, rozumiem to, można się zastanowić. Gdyby nie ich nieufność i początkowy sprzeciw, skończylibyśmy ten film w 2015 roku. Ale warto było poczekać, żeby pokazać w filmie realia życia squattersów, wnętrze Przychodni. Na squacie poznałem panią Iwonkę, która stała się pierwowzorem postaci matki Marka.


Agata Kulesza i pies Koleś, fot. Adam Bajerski / Kino Świat

Fantastyczna postać – z jednej strony złamana, apatyczna, pogrążona w depresji, ale jednak nieugięta, z niezwykle wyraźnym i pięknym „kręgosłupem”. 

Ona ma cechy kilku postaci − pewnej bezdomnej, o której dowiedziałem się podczas dokumentacji, ale także mojej matki, której dedykuję ten film.

Co ma z twojej matki?

Moja mama, tak jak mama Marka, bardzo przejmowała się losem bezpańskich psów. Nie znosiła też bezmyślnego zaśmiecania ulic, parków. Ja zresztą też. Zawsze zbieram te śmieci − tę cechę mama Marka ma po mojej mamie i po mnie.

Robiłeś ten film cztery lata. Miałeś chwile zwątpienia, żeby odpuścić, rzucić ten temat?

Nie cztery, a dwa. Przez dwa lata z tych czterech zastanawiali się squattersi. Ja w tym czasie robiłem inne ciekawe rzeczy. Jednak ukończenie filmu jest dla mnie ulgą. Pokazałem coś, co widziałem na własne oczy, i co mi w jakiś sposób ciążyło.  W końcu byłem naocznym świadkiem i zdanie relacji zwalnia mnie trochę z ciężaru odpowiedzialności. Niech teraz sobie z tym radzą inni, to ich sprawa, co zrobią.

Rozmawiała Magdalena Żakowska

Wywiad udostępniony dzięki uprzejmości Gildii Reżyserów Polskich

Zdjęcie tytułowe: Michał Puchalski / Kino Świat



Do góry!