Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Ambasador kina artystycznego

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Ambasador kina artystycznego

Ambasador kina artystycznego

Koneser kina. Z niezmienną pasją ogląda filmy już od blisko pięćdziesięciu lat. Na szczęście lubi się też nimi dzielić z nowymi wciąż widzami. Współwłaściciel firmy dystrybucyjnej Gutek Film, twórca Warszawskiego Festiwalu Filmowego oraz wrocławskich Nowych Horyzontów.

Z Romanem Gutkiem rozmawia Ryszard Jaźwiński.

 

Od jak dawna oglądasz filmy w kinie?

Od bardzo dawna. Myślę, że od jakichś 50 lat.

 

Zapisywałeś kiedyś, może liczyłeś, ile filmów oglądasz? Teraz pewnie nie dałoby się tego zrobić?

Kiedyś nie zapisywałem. Teraz zapisuję, ponieważ z pamięcią zaczynam mieć mały problem. (śmiech)

 

Może oglądasz za dużo filmów?

Rzeczywiście oglądam dużo. Na festiwalach filmowych staram się oglądać pięć filmów dziennie, więc robi się tego dużo. Jak ogląda się filmy azjatyckie, południowoamerykańskie, to nie łatwo zapamiętać nazwiska, tytuły, więc staram się je zanotować. Notuję również parę myśli na temat obejrzanego filmu. Nie jestem typem „kronikarza”. Nie mam zresztą żadnego swojego archiwum. Kiedy potrzebuję zdjęć, to muszę je wyszukiwać, ponieważ nie mam ich systematycznie ułożonych. Byłem niedawno w Australii i tam przeczytałem książkę Davida Strattona „Moje życie w kinie”. To człowiek, który był dyrektorem Sydney Film Festival przez prawie dwadzieścia lat. Jest Anglikiem, ale wyjechał do Australii, bo Australijczycy zapraszali Anglików w latach 60-tych, fundując im bilet na statek. Dopłynął tam i zajął się kinem, choć filmem interesował się już wcześniej. Dlaczego o nim mówię? Właśnie w związku z zapisywaniem. On w swojej książce skrzętnie opisuje późne lata 40-ste, początek lat 50-tych, kiedy był bardzo młodym człowiekiem. Skwapliwie zapisywał wszystkie tytuły - w jakim kinie, którego dnia widział filmy, z jaką sytuacją było to związane. To wydało mi się niesamowite. Wiele nas łączy, jeśli chodzi o nasze działania związane z kinem, mimo że on był w Australii, a ja w Polsce. W książce pisze też o tym, że Sydney Film Festival praktycznie nie miał biura. Przypomniałem sobie początki Warszawskiego Festiwalu Filmowego, jak siedzieliśmy w Hybrydach w jednej „kapciorze”, jak to nazywaliśmy. Stratton właśnie zapisuje i znam wiele osób, które robią tego rodzaju notatki.

 

Czy przypominasz sobie ten moment, w którym uświadomiłeś sobie, że to właśnie kino jest Twoją największą, życiową pasją?

Tak. Najpierw było to oglądanie filmów z rówieśnikami. Urodziłem się pod Lublinem, we wsi nie było regularnego kina, tylko do remizy przyjeżdżało kino objazdowe. To była swego rodzaju magia. Pamiętam, że oglądaliśmy tam „Winnetou”, westerny. Po prostu wszystko, co pokazywano. Na takie seanse schodziło się pół wsi! Oczywiście później do kina jeździłem już do Lublina. Oglądałem również filmy i seriale w telewizji, takie jak „Czterej pancerni i pies”, „Stawka większa niż życie”, „Bonanza”. Coraz bardziej świadomie - gdy miałem już dwanaście, trzynaście lat. Pamiętam też sąsiada, który odegrał ważną rolę w moim życiu. Bardzo ciekawił mnie jako osoba. Dużo czytał, miał warsztat stolarski, hodował pszczoły, rozmawiał z nimi. Pierwszy we wsi miał telewizor i to miało znaczenie. Uchodził troszkę za takiego wiejskiego dziwaka, bo był inny. Im gorzej o nim mówiono, tym bardziej mnie fascynował. Podrzucał mi książki, zapraszał na seanse.

 

Dzięki telewizji odkryłeś też w końcu dla siebie dzieła mistrzów?

Wówczas w telewizji pokazywano wiele fascynujących filmów, chociażby w ramach cyklu „Filmoteka arcydzieł” profesora Aleksandra Jackiewicza. Z profesorem spotkałem się później osobiście w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk. Tam cztery lata uczęszczałem na studia doktoranckie z antropologii kina jako wolny słuchacz. W „Filmotece arcydzieł” pokazywał wybitne filmy. Pamiętam, jak po raz pierwszy oglądałem Bergmana. Przyznam, że mało z tego rozumiałem, ale rozmawiałem o tych filmach z moim sąsiadem. Wtedy uświadomiłem sobie, że kino, to nie tylko rozrywka. Rozumiałem kino intuicyjnie, rozumiałem również, że kino mówi o najważniejszych tematach: dotyczących Boga, relacji kobieta-mężczyzna, spraw ostatecznych. Tak jest do dzisiaj. Sąsiad podrzucał mi książki, czytał moje wypracowania, ale uczył też sensualnego spojrzenia na świat. Pamiętam, jak miałem w ramach pracy domowej napisać wypracowanie o jesieni. Coś tam szybko napisałem, gdyż chciałem grać w piłkę z chłopakami. Sąsiad przeczytał to wypracowanie, widziałem, że nie był zadowolony. Wyprowadził na polną drogę, mówiąc: „Zobacz ten las, ile masz odcieni żółci, brązu, czerwieni. Zobacz pole, ile masz odcieni szarości. Opisz to wszystko!” On uczył mnie takiego spojrzenia na świat, a to ma też związek z formą. Zawsze bliskie są mi te filmy, które mają ciekawą formę. Opowiadają fajną, ciekawą historię, ale są też zrobione w JAKIŚ sposób. Reżyserzy-kreacjoniści są dla mnie ważni. Myślę, że to wzięło się właśnie stąd. To był moment przełomowy. Później uczyłem się w liceum w małej miejscowości, ale też jeździłem do kina w Lublinie i oglądałem dużo filmów, duże wrażenie zrobiła na mnie „Ziemia obiecana” Wajdy. Kino było dla mnie ważne też z tego względu, że każdy, mając te „naście lat”, zmaga się ze światem, zadaje różne pytania, walczy… Kino było dla mnie formą rozmowy o świecie i azylem, bo w życiu układało mi się różnie. Troszkę miałem żal do świata, do Boga za to, że inni mają tak, a ja mam trochę inaczej. I dlaczego jest tak niesprawiedliwie? Mam też trochę duszę samotnika. To może dziwne, ale lubię chodzić do kina sam i oglądać filmy w samotności. Na festiwalach uciekam od znajomych - oni wychodzą, coś im się nie podoba… (śmiech). W kinie zawsze szukałem „innych” bohaterów, może trochę podobnych do mnie? Ludzi, którzy zmagają się z podobnymi problemami. Kino pełniło trochę rolę terapeutyczną i pełni do tej pory.

 

Aż w końcu stworzyłeś własne kino?

Tak. To rzeczywiście było moje marzenie, bo przez całe lata 80-te błąkałem się po kilkunastu salach kinowych w centrum Warszawy. Później Muranów i firma dystrybucyjna Gutek Film, bo to mi się marzyło. Chciałem wprowadzać do kin w całej Polsce filmy bliskich mi reżyserów, bo organizowanie jednorazowych pokazów to była już rutyna. Miałem w życiu dużo szczęścia, bo trafiłem na przełom lat 80-tych i 90-tych, na zmiany polityczno-ekonomiczne. Został zlikwidowany państwowy monopol, skwapliwie z tego skorzystałem i w 1994 roku założyłem prywatną firmę Gutek Film, która dotychczas wprowadziła do kin ponad 400 filmów. Teraz dystrybucja też mi się zrutynizowała, więc co jakiś czas coś zmieniam. Oczywiście w obrębie kina, ale cały czas szukam czegoś nowego, innego, uciekam od rutyny.

 

Wciąż było Ci mało. Stąd pojawiła się potrzeba stworzenia takiego festiwalu jak Nowe Horyzonty?

Tak, festiwal Nowe Horyzonty pojawił się z potrzeby pokazywania i dzielenia się filmami z innymi. Fajne w moim życiu jest to, że mogę dzielić się z innymi tym, co jest mi bliskie. To jest główna zasada, która zawsze mi przyświecała. Jak wybierałem pierwsze filmy w DKF-ie, to pokazywałem właśnie te, które mi się podobały. Zawsze myślałem sobie, że są inni ludzie, którzy z tego samego powodu co ja, też chcą chodzić do kina i oglądać podobne filmy. Stąd wynikały moje wybory i właściwie jest tak do tej pory. Zarówno na festiwalu, jak i w firmie dystrybucyjnej, wybieram, pokazuję to, co jest mi bliskie. Nowe Horyzonty powstały w 2001 roku. Oglądałem wówczas dużo filmów, ale mogliśmy wprowadzić jako Gutek Film tylko 15-18 tytułów rocznie. Mnóstwo ciekawych, również transgresyjnych filmów wciąż nie docierało do polskiej publiczności. Nie ze względów obyczajowych czy cenzuralnych, ale dlatego, że były to dość niszowe rzeczy. Oczywiście wtedy była też mniejsza liczba festiwali. Postanowiliśmy więc z Jakubem Duszyńskim z Gutek Film stworzyć nowy festiwal. Dyskutowaliśmy, jak go nazwać i pamiętam, że trwało to tygodniami. Chodziło o to, żeby pokazywać filmy, których nie ma na ekranach, na polskich festiwalach. Z myślą o publiczności, która chce po prostu „innego kina”- czasami eksperymentalnego, walącego po wnętrznościach. Nie baliśmy się tego, stąd też nazwa Nowe Horyzonty. To było spełnienie w tym sensie, że na tym festiwalu mieliśmy i mamy absolutną wolność, jeśli chodzi o wybory. Na Nowych Horyzontach są oczywiście i bardziej znane nazwiska oraz filmy dla szerszej publiczności, ale jednak dominuje kino trudniejsze. Spełnieniem jest to, że mam naprawdę dużo niezależności. Mam prawie absolutną wolność, jeśli chodzi o wybór. Są oczywiście różne ograniczenia, na przykład nie zawsze dostaniemy tytuł, o który się staramy. Przy organizacji festiwalu skupiają się wszystkie moje wcześniejsze doświadczenia - prowadzenie kina, doświadczenia dystrybucyjne. Myślę, że gdyby nie Gutek Film, to bardzo trudno byłoby nam mieć filmy nagrodzone Złotą Palmą w Cannes - „Życie Adeli...” na tegoroczne otwarcie czy w ubiegłym roku „Miłość”. Na początku pieniądze z Gutek Film były przeznaczane na organizację i dofinansowywanie, bo nie było wtedy Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i nie dostawaliśmy publicznych pieniędzy. Inwestowałem w festiwal prywatne środki, ale nie żałuję, to było świadome. Chodzi o promowanie filmów, których część wprowadza później Gutek Film. To jest też kształtowanie gustów, przyzwyczajanie widzów do takiego kina.

 

Mówisz o artystycznych filmach, bo takie możemy właśnie oglądać w Twoim kinie i na festiwalu Nowe Horyzonty. A wiadomo, że trudniej jest przyciągnąć większą publiczność na seanse ambitnego kina. Jak to robić, żeby ludzie chcieli wydać swoje własne pieniądze na trudniejsze kino, pozornie mniej atrakcyjne, na pewno mniej rozrywkowe? Tobie to się udało...

Są ludzie, którzy oglądają filmy komercyjne, czytają powieści romantyczne, science fiction, kryminały, ale są też tacy, którzy czytają Szymborską, czy prozę iberoamerykańską. Tak dzieje się w każdej dziedzinie kultury czy sztuki.

 

 fot. Anna Jochymek

 

Są też tacy, którzy lubią sięgać i po jedno, i po drugie.

To też jest fajne. Nowe Horyzonty są organizowane dla ludzi, którzy mają potrzebę oglądania jednak trudniejszych filmów. Myślę, że od samego początku widzowie bardzo czują, że robimy to dla nich - chcemy dzielić się tym, co jest nam bliskie. Myślę, że nasz festiwal jest wyrazisty. Ludzie wiedzą, po co tu przyjeżdżają, czego się spodziewać. Na początku podstawą było to, że pokazywaliśmy kino, którego w Polsce nie było. Trzynaście lat temu dostępność tytułów była ograniczona. Teraz w Internecie można znaleźć prawie wszystko. Te wybory były subiektywne, ale ludzie je rozumieli. Z tego względu festiwal ma charakter. Zawsze też zabiegaliśmy o to, żeby widzowie czuli się na nim dobrze. I nie chodzi tu tylko na przykład o jakość projekcji, ale o wiele ważnych szczegółów, detali, które po prostu ułatwiają życie i sprawiają, że widzowie chcą do nas wracać. Mamy bardzo dużą publiczność, która jest z nami od początku. Ludzie najpierw trochę psioczyli, że przenieśliśmy się z Cieszyna do Wrocławia. Myślę jednak, że oni czują, że my lubimy kino. To jest ważne, że można tym zarażać. Teraz mam oczywiście mniej czasu, żeby wychodzić przed seansem i uzasadniać swoje wybory. W Cieszynie robiliśmy tak z Jakubem Duszyńskim, mówiliśmy, dlaczego właśnie te filmy. Myślę, że widzowie już oswoili się z trudniejszym kinem, ale podczas pierwszych edycji wiele filmów szokowało widzów. Myślę, że mamy taką widownię, która ogląda spektakle Jarzyny, Lupy, słucha awangardowej muzyki. Może troszkę snobizm powoduje, że „warto się tu pokazać”, ale moim zdaniem nie jest to nic złego. To jest czterdziestomilionowy kraj i tych kilka tysięcy ludzi po prostu chce takie filmy oglądać i ma swoje święto tutaj, we Wrocławiu. Myślę, że święto autentyczne.

 

Kino od początku swojego istnienia kreowało gwiazdy, później ten kult gwiazd pielęgnowała i rozwijała publiczność, podstawą odbioru filmu byli więc aktorzy, to dla nich ludzie przychodzili do kina. Ty spowodowałeś, że gwiazdami stali się autorzy - reżyserzy, scenarzyści, różni twórcy filmu, niekoniecznie aktorzy. Jak to się udało, bo to chyba też nie było od początku takie oczywiste i związane z podstawowym nurtem kina?

Przede wszystkim najpierw zrobili to krytycy, którzy troszkę później, już jako reżyserzy, stworzyli francuską „Nową Falę”. To oni zwrócili uwagę na reżysera jako autora. Taki sposób myślenia jest mi również bliski. Bliskie są mi filmy przefiltrowane przez osobowość twórcy. Lubię indywidualistów. To ludzie, którzy chcą zadawać pytania, rozmawiać o świecie, ale robią to w swój unikatowy i niepowtarzalny sposób. Używają kina jako formy wypowiedzi, rozmowy. Tacy autorzy są mi bliscy.

 

Publiczność masowa chodzi jednak do kina na gwiazdy.

Jasne. Tak było, tak jest i myślę, że tak będzie. Francuzi wyeksponowali rolę reżysera-autora. Mnie też takie kino jest bliskie - wyraziste filmy, wyrazista forma. Autorzy często reżyserują, są autorami scenariuszy, bo na tym właśnie polega kino autorskie, a jednocześnie na pewno jest to przefiltrowane przez ich doświadczenia i przeżycia. Buñuel, Grzegorzek, Jarmusch - oni tworzą swoje światy. Najnowszy film Jarmuscha to film absolutnie o nim, o tym, gdzie teraz jest, że chętnie by się wyłączył, nie chciałby podróżować. Ja tak rozumiem, odbieram ten film i to mnie interesuje. Interesują mnie też sami reżyserzy, jestem ciekaw tych twórców i spełniam własne marzenia, zapraszając ich do Wrocławia.
 

Dajesz szansę nie tylko oglądania autorskich filmów, ale też dyskusji z ich twórcami. Czy z perspektywy wielu lat organizowania festiwalu uważasz, że właśnie te spotkania i rozmowy zmieniają świadomość, przede wszystkim młodych odbiorców kina, którzy zaczynają zupełnie inaczej patrzeć na to dzieło, także przez pryzmat konkretnego człowieka, który je tworzy?

Tak. Oni przyjeżdżają tutaj i świadomie chodzą do kina. Idą na autorów, bo są ciekawi tych ludzi. Nam udało się „wylansować” wielu autorów, wprowadzić ich do świadomości kinomanów, którzy lubią to autorskie, trudniejsze kino. Dobrym przykładem jest Apichatpong Weerasethakul, który dostał Złotą Palmę w Cannes za „Wujaszka Boonmee”, a wszystkie jego poprzednie filmy były pokazywane na festiwalu. Wielu polskich krytyków w Cannes było zdziwionych, pytało „co to za facet, skąd?!”. A nasza festiwalowa publiczność już go znała. Wprowadziliśmy do naszego obiegu kulturowego wiele nazwisk autorów, którzy gdzieś już funkcjonowali w świecie. Myślę, że szczególnie te trudniejsze filmy dużo więcej wnoszą, jeśli publiczność, zwłaszcza młodsza, ma szansę porozmawiać z reżyserami. Nasz festiwal jest otwarty, a co jeszcze ważne, wydajemy książki. Są również wystawy, które korespondują z dorobkiem twórców. Cały ten kontekst jest ważny i dokładnie o to chodzi, żeby kształtować gusta, podpowiadać ludziom pewne znaczenia. W tym roku na przykład przedstawiłem widzom Gustava Deutscha i jego film „Shirley”. To bardzo trudny film, a wyprzedane były wszystkie seanse. To też jest nasza największa frajda - znajdowanie rzeczy trudnych, które gdzie indziej nie mogłyby funkcjonować. Cieszę się, że można promować pewne zjawiska, mając taką machinę jak festiwal i dużą machinę promocyjną. Młodzi ludzie wyjeżdżając z festiwalu, mówią mi, że wyjeżdżają z głowami pełnymi pomysłów i inspiracji. Myślę, że to jest bardzo ważne. Jest mnóstwo ludzi, którzy wychowali się na Nowych Horyzontach - nie tylko krytycy, ale też ludzie, którzy są aktywni w innych dziedzinach. To jest satysfakcja, że nie jesteśmy w żadnym mainstreamie. Mimo wakacji ludzie przyjeżdżają i od rana siedzą w kinach, brakuje biletów. Ufają nam.

 

Na projekcjach Nowych Horyzontów, przed filmem pojawia się napis, że oglądamy go z legalnego źródła. Myślę, że przez lata pracy dystrybutorskiej wielokrotnie spotkałeś się z naruszaniem Twoich praw dystrybucyjnych czy praw twórców filmów. Jaki jest Twój stosunek do legalności w kulturze, dostępności do jej dóbr? Na pewno współczesne czasy stawiają przed nami zupełnie nowe wyzwania...

Generalnie dostępność do dzieł sztuki jest w tej chwili rzeczywiście bardzo duża, dotyczy to też filmów. Z jednej strony - świetnie, bo w Internecie można zobaczyć praktycznie wszystko, również filmy, których często nie można zobaczyć w kinie. Teraz ludzie oglądają filmy niekoniecznie w kinie, nad czym ubolewam, ale to już bardziej ideologicznie, bo jednak dla mnie magia oglądania wspólnie jest ważna. Wielu twórców natomiast nie ma szans, żeby ich filmy trafiły do kina, do telewizji, nawet na DVD. Więc jeśli oni sami godzą się na umieszczanie ich filmów w sieci, to w porządku. Doskonale jednak wiemy, że dzieje się tak również bez ich zgody. Praktycznie równolegle z premierami w kinach, często jeszcze przed premierą, filmy pojawiają się w sieci i to jest podstawowy problem.

 

Bywało tak z tytułami, które Ty kupowałeś?

Oczywiście, że tak. Można powiedzieć, że więcej tracą ci, którzy wprowadzają do kin filmy komercyjne. Tracą, choć proporcjonalnie mniej, także dystrybutorzy kina artystycznego. Kilka lat temu kupiliśmy prawa do filmów Bergmana i zastanawialiśmy się, jaką liczbę DVD z każdym tytułem wyprodukować. Pomyślałem, że przynajmniej dwa tysiące, ale chłopak, który zajmował się DVD, powiedział: „Panie Romanie, przecież te filmy są w sieci! Te filmy ściągają ludzie, zagorzali fani Bergmana, którzy później nie kupią DVD, bo mają je w niezłej jakości z polskimi napisami!” Postanowiliśmy sprawdzić legalność strony „napisy.pl” i w konsekwencji zawiadomiliśmy policję i prokuraturę. Sprawdziliśmy nasze kontrakty i okazało się, że mamy też prawa do dialogów. Prokuratura zamknęła tę stronę. Rozpętała się ogromna burza... Wspominam o tym dlatego, że dla mnie każda sprzedana sztuka DVD, to szansa na to, że odzyskam zainwestowane pieniądze. To są rzeczy bardzo niszowe, ale to uderza w nas tak samo jak w dużych dystrybutorów. W przypadku dystrybucji kinowej to ważne, bo dzięki temu możemy kupować inne filmy. Ostatnio były prezentowane dane, że 1,8 mln osób zobaczyło film „Jesteś Bogiem” w Internecie, czyli więcej niż widzowie w kinach. Straty są ogromne.

 

Jak więc temu przeciwdziałać?

Naprawdę nie wiem.

 

Czy w ogóle jest to w tej chwili możliwe, kiedy jest taka łatwość zamieszczenia filmu w Internecie, a później ściągnięcia go?

Część ostatnich wakacji spędziłem u przyjaciół we Francji. Nasz przyjaciel Francuz zajmuje się Internetem w Unii Europejskiej i rozmawialiśmy o tym, co zrobić, żeby twórcy i producenci mieli z tego pieniądze. Wydaje mi się, że tego nie zatrzymamy. On forsuje tezę, żeby wprowadzić rodzaj abonamentu, taki jak za radio, czy telewizję. Nie wiem, jak później dzielić te pieniądze, ale może jest to jakiś pomysł? Wiadomo, że w tym nielegalnym obiegu wiele osób zarabia, nie tylko piraci, ale też telekomy, które pobierają pieniądze za SMS-y, które trzeba wysyłać. To są ogromne pieniądze. Myślę, że sytuacja z ACTA pokazała, że nasz rząd się ugiął, a moim zdaniem nie powinien.

 

Nie tylko nasz rząd, także inne w Europie.

Nie wiem, czy cała Europa, ponieważ tak do końca tego nie śledzę, ale myślę, że robi się z tego również sprawa polityczna. Lęk przed tym, że straci się wyborców. Myślę, że państwa powinny się ze sobą porozumieć, bo co z tego, że zamkniemy serwer w Polsce, jeśli natychmiast za granicą pojawi się kolejny. Dystrybutorzy wynajmują firmy, które specjalizują się w usuwaniu filmów z Internetu. Państwo traci ogromne pieniądze, a zarabiają piraci. To jest bardzo skomplikowany problem. Myślę, że wymaga on współdziałania producentów i polityków. Na pewno jakieś wyjście z tego powinno się znaleźć, ponieważ tracą ci, którzy legalnie inwestują i chcą na tym zarabiać, a nie zarabiają. Obowiązkiem państwa jest ochrona tych, którzy płacą podatki, często bardzo duże, a mają ogromne straty. Widzowie chcą dzisiaj mieć wszystko od razu. Przyzwyczaił ich do tego Internet, więc szukają. Sporo czasu mija zanim film dotrze do jakiejś mniejszej miejscowości, a ludzie chcą go oglądać od razu, więc nie mam nic przeciwko, żeby był w Internecie, np. na VOD. Często jestem pytany: „Dlaczego waszych filmów nie można legalnie oglądać w Internecie?” Nie można oglądać ich w Internecie, bo ludzie po prostu nie chcą za to płacić realnych pieniędzy. Wiele firm w Polsce i za granicą próbowało pokazywać w ten sposób kino artystyczne, ale to się nie sprawdziło. Potrzebne są na to duże pieniądze, a ludzie nie chcą płacić.

 

Festiwal Nowe Horyzonty robisz w Polsce, chociaż pokazujesz tutaj przede wszystkim filmy zagraniczne. Zrezygnowałeś nawet z istniejącego przez jakiś czas konkursu filmów polskich. Powiedz, jak oceniasz współczesną, młodą, polską publiczność? Czy dzisiaj odbiorcy kina są już obywatelami świata i interesuje ich dobre kino, niezależenie od tego, skąd pochodzi, czy też ciągle istnieje potrzeba sztuki narodowej, także kina narodowego, polskiego?

Myślę, że teraz wszystko jednak stało się bardzo globalne, dzięki Internetowi, technice, technologiom. Z jednej strony świat bardzo się skurczył, ale z drugiej strony, cały czas siłą kinematografii narodowych jest lokalność. Od 10 lat jest taka tendencja, że filmy narodowe są chętnie oglądane, a jeszcze 20 lat temu nie było to takie oczywiste. Teraz Polacy bardzo chętnie chodzą na polskie filmy, więc ta narodowość związana z tożsamością, z poczuciem przynależności do pewnej wspólnoty, jest ważna. Historia, kultura, doświadczenia - to jest ważne. Z jednej strony globalizacja, skurczenie świata, można w krótkim czasie przenieść się daleko i być w innej kulturze, ale jednak, gdy nawet jest się gdzieś daleko, to zauważa się również lokalność. Z kinem jest podobnie i na tym też polega jego wartość. Wajda zawsze mówił: „Róbmy filmy polskie, które będą też rozumiane zagranicą. Róbmy filmy polskie, zakorzenione w naszej historii, kulturze i doświadczeniu”. Myślę, że miał dużo racji.

 

Nie mam wątpliwości, że kino miało ogromny wpływ na całe Twoje życie, ukształtowało Cię, zmieniło… Czy myślisz, że ciągle ma tę siłę i zmienia ludzi, oczywiście na lepsze?

Oczywiście, że zmienia. Widziałem chociażby reakcje po „Życiu Adeli”. Ludzie bardzo przeżyli ten film. Widziałem emocje. To nie było już po prostu „dziękuję ci za zrobienie filmu”. Widziałem dziewczynę, która w podziękowaniu przytuliła reżysera. Kino jest w stanie wywoływać takie emocje i myślę, że wciąż wywołuje. Kino jest częścią sztuki współczesnej. Kiedyś miałem takie doświadczenie, że po filmie Bruno Dumonta „Dwadzieścia dziewięć palm”, w którym końcówka jest bardzo mocna - gwałt na dziewczynie, jedna z oglądających kobiet tak to przeżyła, że przez miesiąc nie mogła dojść do siebie. Miała do nas żal, że nie uprzedziliśmy i nie zaznaczyliśmy, że to jest film, który tak działa. Myślę, że twórcy robią to świadomie i nie chcą szokować dla szokowania. Emocje mogą być skrajne, ale myślę, że to dobrze, że kino jest w stanie wyrwać nas z tego pięknego i kolorowego świata mediów, reklam, w którym będziemy wiecznie młodzi, piękni i będziemy wiecznie żyli. To jest taki paradoks, z jednej strony kino potrafi być brutalne, wywoływać negatywne reakcje, ale w ten sposób trzeba czasami „przyłożyć”, żeby wyrwać nas z obojętności, ze sztucznego świata. Widzę, jak ludzie przeżywają, jak rozmawiają o tym. Jest tutaj wielu moich przyjaciół, którzy przyjeżdżają na Nowe Horyzonty od lat i bardzo czekają na ten festiwal, bo czekają właśnie na tę dawkę emocji i przeżyć.

 

A czy po obejrzeniu w życiu tak wielu filmów wciąż jest ten jeden, do którego zawsze będziesz wracał, zawsze chcesz wracać i niezmiennie pozostaje dla Ciebie najistotniejszym punktem odniesienia?

„Zwierciadło” Andrieja Tarkowskiego. To jest dla mnie ideał filmu, kina. Podróż w czasie. Jednocześnie jest to podróż bohatera przez swoje życie, ale właśnie nielinearnie. To jest mi bliskie, taki strumień podświadomości. Rzeczy ważne, bardzo ważne, ale obok nich banalne - zapamiętany obraz natury, twarze. Fragmentaryczne pokazanie świata, mijającego czasu, emocji, historii, losu ludzkiego... Niezwykły! To takie wrażenie, jak wtedy, gdy doświadczyliśmy czegoś mocnego, negatywnego, co każe nam się na chwilę zatrzymać, zastanowić. I wracamy do naszego życia, tak jak w tym filmie i obok spraw istotnych, fragmentów, które przepuszczamy sobie w głowie, przypominają nam się też banalne sytuacje. Ten sposób pokazania życia w kinie - naszego świata, przeżyć, emocji - jest mi bardzo, bardzo bliski. A z drugiej strony też bardzo bliskie są mi filmy Wernera Herzoga.

 

Dla Legalnej Kultury rozmawiał Ryszard Jaźwiński.


© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!