Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Nigdy nie planowałem aktorstwa

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Nigdy nie planowałem aktorstwa

Nigdy nie planowałem aktorstwa

Nazywa siebie „egoistyczną łajzą”, ale wykorzystuje popularność, żeby pomóc startującym filmowcom. Do akademii trafił z „głupia frant”, ale w dwa lata po dyplomie ma dwie statuetki dla najlepszego aktora festiwalu w Gdyni na koncie. Paradoks? Zupełnie jak to, że, jeśli widzieliście „Jesteś Bogiem” w sieci, znacie hit z Tomaszem Schuchardtem w wersji „prawie skończonej”. A prawie, jak wiadomo, robi wielką różnicę.

 

 

Dwie nagrody za główną rolę męską w Gdyni na koncie, a ty nadal grywasz w etiudach studenckich. Ostatnio z Chyrą.

 

Miałem w tym projekcie tylko jeden dzień zdjęciowy. Etiuda opiera się na roli Andrzeja. Reżyserował kolega z łódzkiej filmówki, dlatego się w niej znalazłem.

 

Wydawałoby się, że etiudy niewiele dają aktorowi z twoją pozycją. Że szkoda na nie czasu.

 

Każda praca coś daje. No i nie przesadzajmy z tą moją pozycją. Dostałem dwie nagrody, ale nie przebieram w scenariuszach. Teraz, na przykład, nie robię nic.

Jeszcze gdy byłem w szkole, obiecałem sobie poza tym, że jeśli będę mógł jakoś pomóc znajomym, którzy są na początku drogi, będę to robił.

Więc owszem, gram w etiudach i nie przeszkadza mi, że to praca za zero złotych. Gdybym nie miał teraz kompletnie za co żyć, poprosiłbym pewnie o pieniądze. Choć i tak symboliczne.

 

Tym bardziej, że mieszkasz między dwoma miastami. Jeśli nie trzema?

 

Teraz między dwoma. Kraków wypadł. W Łodzi mam teatr, w którym mam angaż, a mieszkam w Warszawie.

 

Pieniądze to w ogóle trudny temat w rozmowie o polskim kinie. Wszyscy myślą, że za sukcesem idą „kokosy”. Mi przypomina się anegdota z rozdania Złotych Kaczek w tym roku: Marcin Kowalczyk, Magik z „Jesteś Bogiem”, musiał pożyczać garnitur z teatru, bo nie miał własnego. Może gdyby ludzie znali kulisy pracy przy niektórych polskich filmach, nie sięgaliby po pirackie kopie...

 

Najzabawniejsze było to, że „Jesteś Bogiem” trafiło do sieci jeszcze przed premierą, w nieskończonej wersji, bodaj z kolaudacji. Ludzie oglądali więc kompletnie inny film! Niedopracowany, przed postprodukcją.

Ale wracając do pieniędzy... Gdy przygotowywaliśmy się do „Jesteś Bogiem”, Marcin i Dawid [Ogrodnik – przyp. red] byli na 4 roku. Musieli przyjeżdżać na próby do Warszawy z Krakowa. Ja byłem w komfortowej sytuacji , bo miałem jeszcze pieniądze z „Ratowników” [serial TVP – przyp. red.]. Poza tym musiałem schudnąć do roli, więc byłem na diecie i dostawałem codziennie 5 posiłków.

Ale chłopcy... jechali na bułkach z jogurtem. Byli studentami, skąd mieli mieć pieniądze?

 

Mogli od pierwszego roku pracować, zamiast „bimbać” w szkole.

 

Na studiach przychodziłem do szkoły o 8 rano, a wychodziłem o 1 w nocy. Ciężko to nazwać „bimbaniem”.

Faktycznie, mamy dziś problem z parciem na „bycie”, „zaistnienie” jak najszybciej, jeszcze na studiach. O ile ktoś jest zdolny, nie widzę problemu. Gorzej, gdy nic nie umie. Idzie na casting, który trwa pięć minut, przykuwa czyjąś uwagę plastyczną buzią i ląduje na planie profesjonalnego filmu. Co dzieje się dalej, oglądamy na ekranie...

 

Często chodzisz na castingi?

 

Jest zima, więc teraz prawie w ogóle. Ale ja generalnie nie dostaję dużo propozycji. Najwięcej rzeczy przytrafia mi się właśnie dzięki etiudom, w których kiedyś, jeszcze w czasie studiów, zagrałem. Albo w ogóle dzięki wcześniejszym projektom. Grześ Jaroszuk ostatnio dostał zielone światło na pełny metraż, w którym być może się pojawię. A poznaliśmy się na planie innego filmu: „Nowhere” Małgośki Szumowskiej.

 

Projektu realizowanego w małym gronie, na Mazurach, trochę w tajemnicy...

 

Zgadza się. Jest klauzula. Nie można o tym filmie mówić. Zresztą – sam nie widziałem żadnych fragmentów.

 

Dwa lata po szkole to już jakiś czas na podsumowania. Jakieś zawody?

 

Kiedyś myślałem, że z każdego projektu będę wynosił tylko pozytywne doświadczenia. Niektórych niestety wcale nie wspomina się przyjemnie, co nie znaczy, że nie były ciekawe.

 

Z negatywnych emocji między reżyserem, a aktorem często rodzą się świetne rzeczy na planie.

 

Zgadzam się. I chcę być manipulowany. Reżyser ma manipulować aktorem, żeby ta łajza egoistyczna  - jak nas czasem nazywam - poczuła się współtwórcą.

 

Wróćmy zatem na chwilę do okresu, zanim zostałeś „egoistyczną łajzą”. Chłopak z domu, w którym „nie okazywało się emocji”, idzie do szkoły aktorskiej, gdzie emocje trzeba mieć na dłoni. Dlaczego?

 

Po tym, jak udzieliłem tamtego wywiadu dla „Elle” [wyznanie cytowane w pytaniu padło w tym magazynie– przyp. red.],  mama się obraziła. Gdy tylko pojawiłem się w domu, posypały się pytania: „Jak to, ja nie mówiłam ci <<kocham>>?”. Tłumaczyłem jej, że to, że nie mówiło się w domu o emocjach, nie znaczy, że ich nie było. Ja to wiedziałem i mówiłem o tym w tamtej rozmowie.

Może właśnie dlatego poszedłem do szkoły? Żeby nauczyć się uzewnętrzniać emocje?

Pamiętam, jak po egzaminach w szkole aktorskiej wychodziłem zazwyczaj na piętnaście-dwadzieścia minut i zaszywałem się w samotności. To było takie „przeżywanie pod przeżywanie”, żeby inni widzieli, ile mnie to kosztowało. Jak grałem rolę dramatyczną, miałem jeszcze na przykład długo po zejściu ze sceny łzy w oczach. Teraz wydaje mi się to dziwne, przygrywane, ale wtedy nie umiałem inaczej.

 

Gdy dostałeś swoją pierwszą nagrodę na festiwalu w Gdyni za „Chrzest”, też podobno zaszyłeś się w pokoju hotelowym.

 

Z Gdyni nie pamiętam nawet wyjścia na scenę. Wiem, że latała mi noga. Wiem, że patrzyłem w ziemię, że zacząłem mówić wiersz. Skończyłem. Podziękowałem. Zszedłem. Takiego stresu nie przeżyłem od czasu pierwszego roku szkoły aktorskiej.  Najzabawniejsze jest to, że jakieś dwa miesiące po tamtej gali trafiłem na Youtube na filmik z ceremonii. Patrzę na tego skurczybyka: i nic! Ani śladu tremy! Jakby był pewny siebie. Z gigantycznym ego.

Gdy odbieraliśmy z chłopakami z „Jesteś bogiem” nagrodę w tym roku, widziałem w nich siebie sprzed tych dwóch lat. To było fajne uczucie, móc im pomóc odnaleźć się.

 

Ty jesteś już na kolejnym etapie.

 

W moim zawodzie bardzo dużo zależy od tego, jakie dostaje się propozycje. Miałem kolegę na roku w szkole aktorskiej. Zrobił listę teatrów w Polsce. Grupa A – marzenie, grupa B – te, w których ewentualnie mógłby zagrać, grupa C – w których nie wziąłby roboty nawet, gdyby nikt by mu jej gdzie indziej nie dawał. Teraz marzy o C.

Ja mam krótki staż nawet w marzeniu. Dopóki nie przyszedłem na studia, nie znałem teatrów poza „Wybrzeżem” w Gdańsku. Nie robiłem list. Chodziłem do mat-fizu. Nawet nie planowałem aktorstwa. Poszedłem na egzamin z głupia frant. Bo namówił mnie przyjaciel.

 

Teraz robisz plany? Na przykład listę reżyserów, z którymi chciałbyś pracować?

 

Żyję raczej tu i teraz. Ale z Wojtkiem Smarzowskim chciałbym się spotkać na planie. Bardzo. Zwłaszcza, że znam już prawie wszystkich aktorów z jego stałej ekipy. Słyszę od nich, kim jest, jak działa. Fascynuje mnie.

 

Arkadiusz Jakubik odchorował rolę w jego „Domu złym”... Plan Smarzowskiego to ekstremalne doświadczenie dla aktora.

 

I wracamy do pytania o emocje i wybór zawodu, który jest nierozerwalnie z nimi związany. Ja nigdy nie pozbyłem się tego, co wyniosłem z domu. Tego, że z natury nie mam ochoty gadać o uczuciach, otwierać się. Ale na potrzeby spektaklu, filmu gwałcisz się psychicznie. Robię to za każdym razem. Nadal, mimo że mam już większe doświadczenie, obycie.

Tylko że, gdy przy okazji tego gwałcenia się powstaje taki film, jakie kręci Smarzowski... To jest cena, którą po prostu warto zapłacić.

 

 

Rozmawiała: Karolina Pasternak, szefowa publicystyki Stopklatka.pl

 

 © Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!