Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Stres to oznaka największego profesjonalizmu

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Stres to oznaka największego profesjonalizmu

Stres to oznaka największego profesjonalizmu

Kusząca femme fatale z "Różyczki", obarczona wojenną traumą Janina z "W ukryciu"... Magdalena Boczarska słynie z wyrazistych kreacji aktorskich. Teraz powraca na ekrany w roli Michaliny Wisłockiej - słynnej seksuolog, którą przeciwnicy nazywali gorszycielką PRL-u. Z aktorką rozmawiamy o miłości, prawach kobiet oraz tajemnicach aktorstwa i... alkowy.


Magda Boczarska w czepku urodzona. Dobra szkoła, pierwsza, druga wielka rola, nagrody, teraz świetna rola w „Sztuce kochania”.

Mam tatę artystę, jest muzykiem i odkąd pamiętam to było dla mnie oczywiste, że moje miejsce jest na scenie.

Zawsze czułaś, że Magda ma talent i powinna tą drogą podążać?

To jest instynkt, nigdy nie powiedziałam sobie, że Magda ma talent. Po prostu nie było innego pomysłu.

Przyszedł moment zderzenia oczekiwań z rzeczywistością?

Gdy kończyłam szkołę w 2001 roku, to ta rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej niż teraz. Seriale raczkowały, filmów robiło się niewiele, raczkował internet i nie było plotkarskich portali; nie było takiego pojęcia jak „celebryta”. Największym marzeniem było dostać się do teatru: grać, grać i jeszcze raz grać. Ja miałam szczęście, najpierw Teatr Nowy pod kierunkiem Mikołaja Grabowskiego, nagroda za „Kurkę wodną”, później Berlin - Karussell Theater i Słowacja. Nawet jak było gorzej, to nigdy nie czułam, że siedzę na ławce rezerwowych.


Z Marią Sadowską, reżyserką "Sztuki Kochania", fot. Franciszek Mazur/Agencja Gazeta

Kariera jak z bajki. Nic Ci nie przeszkadza?

Przeszkadza mi, że zdewaluowało się słowo aktor. Catherine Deneuve, dwa lata temu przy okazji Festiwalu w Cannes, krytykowała selfie na czerwonym dywanie. Mówiła, że to jest okrutne, bo aktor w ten sposób zabija tajemnicę, a bez tajemnicy aktor nie istnieje. W ogóle mam poczucie, że się urodziłam w złych czasach. Świetnie bym funkcjonowała w czasach bohemy, lata 30-te, futra, kwiaty, tajemnica… Kiedyś aktor był niedostępny; był kimś, kogo trzeba zobaczyć na scenie albo na ekranie. Słowo aktor miało moc, teraz aktorem mieni się każdy, kto tylko przemaże się przez ekran lub pojawi się w reklamie.

Pamiętasz, gdy pierwszy raz musiałaś się rozebrać przed kamerą?

Tak, to był film „Futro” Tomka Drozdowicza.

Co czułaś?

Już wcześniej, przez pięć lat grałam nago w spektaklu „Merlin” w Teatrze Narodowym, dlatego nie robiło to na mnie aż tak wielkiego wrażenia. Nie dotarło do mnie, że w kinie mogą to zobaczyć setki, a nawet tysiące ludzi. Skoncentrowałam się na ekipie na planie. W teatrze, przed publicznością, doświadczenie jest mocniejsze.

Miewasz jeszcze tremę?

Tak, oczywiście, że tak. Teraz mam gigantyczną tremę przed premierą „Sztuki kochania”. Bardzo się z moją bohaterką, Michaliną Wisłocką, utożsamiam. Chciałabym, żeby widzowie ją polubili. Zawsze się stresuję, ale to jest podobno oznaka profesjonalizmu. Kiedyś pięknie powiedziała Krystyna Janda, że brak tremy zabija czujność, wpada się w rutynę, a to jest śmierć dla aktora.


Kadr z filmu "Sztuka Kochania", fot. Jarosław Sosiński/Watchout Production

Masz sposoby na tremę?

Nie mam. Ona zawsze przychodzi w najmniej spodziewanym momencie i objawia się zupełnie inaczej. Potrafią mi np. drętwieć palce, zaczynam się przejęzyczać, oblewają mnie fale gorąca.

"Sztuka kochania" właśnie trafia na ekrany. Ile miesięcy spędziłaś z tą bohaterką?

Jakieś 14 miesięcy… 3 grudnia 2015 roku, zadzwoniła reżyserka Maria Sadowska, że dostałem tę rolę.

Zaczęłaś przygotowania od spotkań czy od wywiadów z Wisłocką?

Zaczęłam od „Sztuki kochania gorszycielki” czyli biografii autorstwa Violetty Ozminkowski, później była dojrzała i świadoma lektura „Sztuki kochania” i w końcu rzeczywiście spotkania z najbliższymi, z rodziną, z córką, z profesorem Zbigniewem Izdebskim i tak dalej. To był trudny i żmudny okres przygotowań. Zaczęliśmy próby 5-6 miesięcy przed zdjęciami. Pamiętam jak mówiłam do Marii, że nie mam już siły, a ona stała niczym więzienny strażnik: „nie, jeszcze raz, powtarzamy”. Dzięki tej konsekwencji i 200-procentowym zaangażowaniu w prace stworzyliśmy film, z którego jesteśmy po prostu dumni. Ale nie był to łatwy czas, bo widzi się siebie w procesie poszukiwania, a rzadko kiedy to, co zobaczyłam było zadowalające. Pilnowałam, żeby moja Wisłocka nie była przekupą, żeby miała klasę, była charakterystyczna, ale nie przerysowana. Myślę, że mi się udało.

Co było najtrudniejsze?

Starsza Miśka. Zagranie 55-letniej kobiety. To mi spędzało sen z powiek. Podniesienie ramion, obniżenie głosu, zgarbiona sylwetka.

Boisz się upływu czasu? Jako aktorka i jako kobieta?

Skłamałabym, gdybym powiedziała to nie jest trudne. Jeśli grasz amantki, a potem dostajesz role matek, to znak, że ktoś dostrzega w tobie upływ czasu. Mam też młodszego partnera i przeszłam przez czas, gdy wytykano mi mój wiek. My, Polacy, jesteśmy bardzo silni w hejcie. Nie ma miejsca na wiek, bycie w słabszej formie, chorym, starszym. Mogę tylko znosić to z godnością. Jak się ostrzyknę albo wyprasuję twarz nie zacznę grać młodszych postaci. Czasu nie zatrzymamy, nigdy nie będziemy młodsi, każdego z nas czeka śmierć, co jest pewnie jedyną sprawiedliwością na tym świecie… Można dbać o siebie, ale trzeba wiedzieć, gdzie w tym wszystkim jest granica godności i śmieszności.


Kadr z filmu "Sztuka Kochania", fot. Jarosław Sosiński/Watchout Production

Czy rola Michaliny Wisłockiej, wymagała od Ciebie fizycznych poświęceń?

Tak, 2-3 miesiące przed zdjęciami przestałam ćwiczyć, żeby ta moja Michalina miała kobiecy, obły kształt, a nie wyrzeźbione ciało. A od momentu, gdy dostałam tę rolę było: „stop golarko”. Musiałam zapuścić włosy pod pachami i na łonie.

Co ćwiczysz?

Uważam siebie za sportowy typ. Przez dwa lata w moim życiu był obecny triathlon, byłam ambasadorką tego sportu, dwa razy kończyłam dystans długi. Teraz to cross fit, mam swojego trenera i staram się ćwiczyć regularnie, 3-4 razy w tygodniu.

Michalina Wisłocka walczyła o rewolucję seksualną w Polsce. Czy teraz kobiety w Polsce wciąż muszą walczyć?

Historia zatoczyła koło i obudziliśmy się w trochę dziwnej rzeczywistości. Nasz film stał się wyjątkowo aktualny.

Chodzi Ci o czarne protesty?

Tak, ruszenie tego tzw. kompromisu godzi w kobiety, w ich wolność osobistą i poczucie godności. A to tylko wierzchołek góry lodowej, za tym idzie chęć wypowiedzenia ustawy antyprzemocowej, ograniczenie antykoncepcji, ograniczenie badań prenatalnych. To godzi też we mnie. Nie jestem jeszcze mamą, ale możliwe, że będę. Mam 38 lat, więc być może z takiej diagnostyki będę musiała korzystać. Podchodzę do tego bardzo osobiście.


Kadr z filmu "Sztuka Kochania", fot. Jarosław Sosiński/Watchout Production

Czy kobiety są w tej walce osamotnione?

Nie, myślę, że wspiera je bardzo wielu mężczyzn, partnerów. Stanęli na wysokości zadania.

Czy polskim mężczyznom czegoś brakuje? Mówimy o francuskich kochankach, południowcach… a Polacy?

Co mężczyzna to inny egzemplarz, ale utarło się takie przekonanie, że Polacy nie są mistrzami erotyki. Ale wątpię, czy dziś jest słuszne. Za większą świadomością kobiet idzie większa świadomość seksualna mężczyzn. Osobiście nie narzekam.

Grałaś w teatrze w Berlinie, mówisz po niemiecku. Zachód się o Ciebie nie upomina?

Gram dosyć regularnie w Niemczech. Ostatnio główną rolę w bardzo dużej produkcji, która będzie mieć premierę we wrześniu. Zagrałam u boku najlepszych niemieckich aktorów. To ekranizacja bestsellerowej książki, więc oczekiwania są duże.

Co to za historia?

Jest taka książka „Pod niemieckimi łóżkami - Unter Deutschen Betten”, którą wydała Polka pod pseudonimem Justyna Polańska. Ja właśnie zagrałam tę Polkę.

    Premiera "Sztuki Kochania", fot. Franciszek Mazur/Agencja Gazeta

W dzisiejszych czasach obok świata filmu jest ogromny rynek seriali? Śledzisz, co się w nim dzieje?

Jestem wielką fanką seriali! Czekam na drugą serię „Wersal. Prawo krwi”. Ależ się w to wkręciłam, to jest po prostu petarda! „Dom grozy” z Evą Green. Jestem też bardzo ciekawa, „Belle Epouque” TVN-u.

Oglądasz seriale z nielegalnych źródeł?

Odkąd jestem zaznajomiona z Legalną Kulturą, to nie. Jest mi po prostu wstyd. Mówię zupełnie poważnie: jako aktorka spaliłabym się ze wstydu. Wiem jak się wkurzamy, gdy ktoś w teatrze wprowadza znajomych. Ja przecież żyję z grania! Zarabiam w ten sposób pieniądze. Jeżeli ktoś wejdzie za darmo, to wpływy w kasie będą uboższe. To samo jest z filmem - będą one powstawać, jeśli będą na nie pieniądze. Wiem, że bilety są drogie, ale to nie znaczy, że można kraść. Na stronie Legalnej Kultury podane są strony portali, gdzie można za darmo lub za grosze korzystać z legalnej kultury. Pamiętajmy, że finansując kulturę w jakiś sposób, jednocześnie ją współtworzymy. Nikt nie daje nic za darmo, dlaczego z kulturą ma być inaczej?


Fot. Katarzyna Rainka

Karać czy uświadamiać?

Jedno i drugie. Jeżeli nie będziemy podchodzić do problemu poważnie, to samo uświadamianie nic nie pomoże. Trzeba karać zwłaszcza pirackie portale. Nie ma dyskusji, to jest zwykłe złodziejstwo.


Rozmawiała: Patrycja Wanat


10 lutego na stronie www.legalnakultura.pl przeczytacie nasz wywiad z Marią Sadowską, reżyserką "Sztuki Kochania".

Zobaczcie także naszą video-rozmowę z ekipą "Sztuki Kochania"...




Do góry!