Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Po drugiej stronie lustra

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Po drugiej stronie lustra

Po drugiej stronie lustra

Etnografia nie była przypadkowym zrządzeniem losu, była Jej przeznaczeniem. „Czas Cyganów” i inne filmy Emira Kusturicy nauczyły Ją przekraczania granic baśniowego i realnego świata. Celtycki folklor fascynował Ją od zawsze, dlatego Jej serce chwilowo utknęło… na klifie Zielonej Wyspy. Podczas 51. KFPP w Opolu zaśpiewa na zieloną nutę swój ukochany utwór „Ostatni raz”. Nigdy nie ukradłaby chleba, tak samo jak nie ściągnęłaby z nielegalnego źródła czyjejś piosenki. Tak została wychowana i tak wychowuje swojego syna. Kocha podróże. Te w głąb duszy także. Dlatego Jej ostatni album jest zbiorem opowiadań z kobietą w roli głównej – tej z Indii, z Zaolzia, z Irlandii i tej…

po drugiej stronie lustra!

 

Halina, nie mogę zacząć od innego pytania – wszyscy wiemy, że kochasz Indie, Czechy, Polskę, Irlandię – gdzie, w sensie etnograficznym, leży Twoje serce? Serce jest pojemne…

Na szczęście! Moje w dodatku jest teraz roztargnione i rozdarte. Myślałam, że już wiem gdzie chcę żyć, wszystko mam poukładane. Byłam pewna, że najbliższa jest mi Polska. I w momencie kiedy sobie wszystko uporządkowałam, to nagle nastąpiła kompletna rewolucja w moim życiu.

 

Chcesz rozśmieszyć Pana Boga - opowiedz mu o swoich planach…

Dokładnie tak! I to się w moim życiu sprawdza. Jak tylko sobie powiem, że „już nigdy” albo „na zawsze”, to wtedy, ujmując rzecz metaforycznie, słyszę śmiech z góry i takie z przekąsem: „Naprawdę? A ja Ci pokażę, że jest inaczej” (śmiech). Ale abstrahując od tego, że moje serce jest wiecznie w podróży, zawsze w trybie poszukującym, to rzeczywiście lewituję jednak mentalnie w przestrzeni kosmicznej, albo raczej kosmopolitycznej, a dosłownie w powietrznej bo latam między Polską i Czechami, dużo koncertuję. Etnograficznie, niewątpliwie moje serce wypełnia mikstura etno-kulturowa. Mam wrażenie, że urodziłam się po to, by cały czas dokądś iść, odkrywać nowe, poznawać inne. Szczęśliwie mój charakter pozwala mi przystosować się natychmiastowo do nowych warunków. Z dnia na dzień mogłabym wszystko zmienić. Spokojnie za chwilę spakować plecak i ruszyć w nieznane. Jedynym powodem, dla którego nie podążam za impulsem, jest mój syn, który na tym etapie swojego życia potrzebuje stabilizacji, domu, poczucia bezpieczeństwa. W ciągu ostatnich dwóch lat przeżył wiele zmian i bardzo dzielnie sobie z tym radzi, ale nie mogę mu dokładać kolejnych doznań, muszę myśleć o nim.

 

Parafrazując tytuł Twojej poprzedniej płyty, gdybyś miała teraz otworzyć swoją „Etno-tekę”, zajrzeć do niej, do notatek z podróży, przede wszystkim tych muzycznych, to pewnie mi powiesz, że Twoje serce chwilowo przycumowało na klifie Zielonej Wyspy. Co Cię tak fascynuje w irlandzkiej muzyce?

Przede wszystkim powiedzmy sobie wprost – wieki temu Celtowie przechodzili przez nasze tereny więc ich muzyka jest głęboko zakorzeniona w naszej kulturze. W całej Europie słychać ją było głównie na zamkach, w Czechach te echa są bardzo wyraźne. Zwłaszcza, że tam wiele zamków ocalało. Broniąc naszej słowiańskiej kultury zawsze zazdrościłam południu, że tam tyle rzeczy przetrwało. Powtarzam wciąż, że niewiele dla nas, współczesnych ocalało bo praktycznie wszystko spalono, zniszczono, ograbiono. A kultura celtycka szczyci się wielowiekowymi ocalałymi zapisami. Często bardzo starymi, przez to jeszcze bardziej fascynującymi. Pamiętam człowieka z Zaolzia, który mówił, że płynie w nim celtycka krew – od dziecka robiło to na mnie wrażenie.

 

Na kim by nie zrobiło?! Jesteśmy pokoleniem emitowanego przez telewizję publiczną serialu „Robin z Sherwood” z niezapomnianym singlem „Robin (The Hooded Man)” z albumu „Legenda” zespołu Clannad!

Do dziś najchętniej słuchałam… ale moja ostatnia fascynacja to zespół Evanescence. Amy Lee, ich wokalistka, śpiewa trochę w stylu irish. Instrumenty wykorzystywane w muzyce irlandzkiej są mi bardzo bliskie. Harfa i te wszystkie przeróżne flety o pięknych, niepowtarzalnych brzmieniach. W utworze „Ostatni raz” nasz kolega tak popłynął grając na 1,5 metrowym, grubym flecie poprzecznym w studio, że na początku chcieliśmy zostawić ten utwór jako instrumentalny! Muzyka celtycka ma tak bogate brzmienia, tak rozpięte dźwięki, nieszablonowe podziały, nawet skoczność w tej muzyce jest nieoczywista. To wszystko razem fascynuje.

 

A wokalnie, jak oceniasz irlandzkie linie melodyczne?

Wielu mówi, że są trudne. Dla mnie są po prostu ciekawe. Ale nawet jeśli obiektywnie lina jest trudna, to ja tego nie czuję. Nie przechwalam się, tak mam, podchodzę do śpiewania z marszu.

 


fot. Levron

 

Wróćmy jeszcze na chwilę do źródeł – opowiedz proszę, skąd u Ciebie, dziewczyny na progu dojrzałości taki wybór: etnografia! Bardzo rozległy, obszerny kulturowo, głęboki temat.

Przypadek. Jak u Kieślowskiego. Mój tata był bardzo mocno zafascynowany kulturą. Pisał słownik gwary, książki, zrobił ikonografię strojów ludowych, układał gwarą wiersze, naprawdę to była jego wielka pasja! Marzył, żebym została w Cieszynie na UŚ. A może to jednak przeznaczenie, że akurat tego roku utworzono u nas wydział etnografii? Ja oczywiście marzyłam o muzyce! Rodzice protestowali, że to stracone lata, że nic mi to nie da itd. Klasyka (śmiech). Na totalnym fochu poszłam na te studia. Naturalnie z tajnym planem, że po roku, jak już rodzice nie będą mieli kontroli, nauczę się wszystkiego na egzaminy i pójdę za muzyką. Oczywiście oni mieli rację. Okazało się, że etnografia jest genialna! Choć ostatecznie, szczęśliwie wylądowałam na UJ i… Kraków mnie pochłonął! Zaczęło się artystyczne życie, nocne wysiadywanie, filozoficzne rozmowy do rana. Dużo czasu spędzaliśmy w Teatrze BUCKLAINA, do którego chodziliśmy na spektakle, a później dyskutowaliśmy zażarcie o sztuce w ogóle. To był też czas KustuRICY „Underground”, „Czarny kot, biały kot”, „Czas Cyganów” i przesiąkaliśmy bałkańską muzyką Bregovića. Zanim Kayah to zrobiła, znaliśmy te wszystkie piosenki na pamięć, tańczyliśmy przy nich do świtu. Była nas tam garstka, ale wszyscy się znaliśmy. Ten okres uważam za niezwykle kreatywny w moim życiu, nie tylko artystycznie, a wszech-rozwojowo. Studia także się do tego przyczyniły ponieważ załapałam się jeszcze na stary system. Mogłam poszerzyć program o muzykę, historię sztuki, socjologię – to naprawdę otwierało horyzonty! Profesor na egzaminie, paląc jednego papierosa za drugim, powtarzał: „Jesteście studentami – musicie umieć dyskutować, a nie wkuwać na pamięć”. I to była najlepsza nauka. Dobrałam sobie jeszcze szkołę jazzową jako wisienkę na torcie, choć o torcie na długo mogłam zapomnieć – to był czas życia na obwarzankach z krakowskiego Rynku (śmiech). Ale z całą pewnością – etnografia była jednym z moich życiowych strzałów w dziesiątkę! Ciało na osobliwej diecie, ale umysł i dusza na full wypasie.

 

Super, że tak mówisz, zwłaszcza, oceniając to już z perspektywy kobiety, która przeszła na drugą stronę lustra… Bardzo mi się podoba klamra Prologu i Epilogu na Twoim albumie. Zwłaszcza, że tekst jest mocny! W Prologu na dźwiękach a la Dzwony Rurowe Mike’a Oldfielda śpiewasz o odbiciu – ona ma moje oczy, ja usta jej. Z drugiej strony „powiedzieć coś ciągle chcę. A całą mnie rozpiera chęć przejścia na drugą stronę lustra i zostać by zobaczyć kim chce być?”

Po prostu już niczego się nie boję po tej drugiej stronie lustra. Jestem inną, silniejszą kobietą, oczywiście ze wszystkimi swoimi, typowo kobiecymi wzlotami i upadkami na koncie. Chcę lepiej rozumieć inne kobiety, choć oczywiście każda z nas patrzy w lustro i widzi tam siebie. Jesteśmy kompletnie różne. Każda z nas to indywiduum. Uważam, że kobiety są fascynujące. Poza tym, jestem spełniona zawodowo i prywatnie. To mój czas.

 

A wiesz już w 100% czego chcesz, potrafisz być konsekwentna? Dojść do obranego celu?

Coraz bardziej ale… jestem za dobrze wychowana (śmiech). Jak raz tupnęłam nogą w pewnej sprawie na planie teledysku, to wyrzuty sumienia mam do dziś, choć dawno powinnam o tym zapomnieć. Uczę się walczyć o swoje, ale nie jestem typem bezwzględnego lidera zakochanego w sobie samym. Z tym się chyba trzeba urodzić. Za bardzo lubię i szanuję ludzi. Wyniosłam to z domu. Niebezpiecznie wkraczamy na obszary psychologii.

 

Nie istniejemy bez psyche. Kiedy wysłuchałam Twojej płyty i teraz słucham Ciebie, nasuwa mi się od razu skojarzenie z „Biegnącą z wilkami” Clarissy Pinkola Estes, terapeutki i cantadora (kolekcjoner legend latynoskich), która pisała tę książkę przez 20 lat analizując różnorodność legend, baśni oraz mitów z wielu kultur i poprzez to ukazując, jak nasza kobieca natura, instynktowna, twórcza moc tzw. dzikiej kobiety są „cywilizowane” przez społeczne normy. Twoja płyta też wydała mi się takim zbiorem różnych historii z kobietą w roli głównej. Począwszy od irish-pubowego „Karczma upiorów” gdzie śpiewasz: „hej, lej w moje ciało wino, żeby grzało, żeby mi się chciało tupać bosą nogą i umierać błogo!”.

Tak jest rzeczywiście, ta płyta to zbiór opowiadań z kobieta w roli głównej. „Karczma upiorów”, czy też „Aż do dna” – mój pierwszy singiel, są bardzo żywymi piosenkami, bo mówią o tym, żeby korzystać z życia pełnymi garściami, bawić się aż do dna, bo jeśli nie teraz, to kiedy. I przede wszystkim być sobą, czyli żyć pełnią życia. To są także utwory, które mówią o pewnym etapie mojego życia. Czasami nam się wydaje, że już nic nie możemy, a to oczywiście nieprawda. Z każdej sytuacji jest wyjście i to sensowne, które jak zwykle czas pokazuje, było dobrym rozwiązaniem dla wszystkich. Zachłystujemy się wtedy życiem. Można to zresztą interpretować wszelako. Znam rodziców, którzy po wyjściu na prostą ich bardzo chorego dziecka, chcieli od razu robić milion rzeczy na raz, bo mięli już świadomość jak kruche jest życie, i że liczy się naprawdę każda chwila. Nie jesteśmy ani za starzy, ani za młodzi na miłość. Ostatnio usłyszałam bardzo mądrą sentencję: nigdy nie wiemy, zwłaszcza, jeśli jako bardzo młodzi ludzie ślubujemy przysięgę małżeńską, czy wybraliśmy tego odpowiedniego partnera. A chodzi o to, by być tym odpowiednim partnerem. Niewielu z nas myśli w ten sposób. Zazwyczaj mamy postawę roszczeniową „masz być idealny dla mnie” i wieczne wątpliwości, czy to na pewno ten „jedyny”. Choć zdarzają się chlubne wyjątki. Sama znam takich ludzi, którzy są ze sobą od 17-go roku życia. Nie ma granic w tym przypadku. Powstało mnóstwo książek, filmów i piosenek na ten temat, ba! Niektóre nawet łączą ten wątek w jedno dzieło jak cudnie zagrana, filmowa wersja „Mamma Mia!”. Całe życie kręci się wokół miłości. Wszyscy chcemy kochać i być kochanymi. Jak już jesteśmy przy Piercie Brosnanie, albo raczej genialnych kobietach pokroju Meryl Streep u jego boku, to przepięknym filmem, historią jest też „Wesele w Sorrento” ze wzruszającą kreacją duńskiej aktorki Trine Dyrholm. „Aż do dna” lubię za przesłanie: doceniajmy życie! I lubię go także za ten irlandzki wstęp, za „dzwony rurowe”, które miały od razu pokazać ludziom, co ja teraz robię – dlatego ten utwór jest pierwszy. Ale moim faworytem jest „Ostatni raz”.

 

„Ostatni raz”, który już za chwilę powalczy o nagrodę im. Karola Musioła podczas 51 .KFPP w Opolu. Dziś mamy kilka liczących się Festiwali, czy dla Ciebie Opole pozostało sercem polskiej piosenki? Masz jakieś szczególne wspomnienia związane z tym wydarzeniem?

Może rzeczywiście mamy kilka liczących się festiwali. Z czego można się tylko cieszyć i chwalić się w Europie i na świecie. Ale festiwal w Opolu ma najdłuższą tradycje. Dla mnie to niezwykle wyróżnienie zakwalifikować się do dziesiątki piosenek startujących w konkursie SuperPremier ponieważ ostatni raz – patrz jak się z nazwa mojej piosenki połączyło – startowałam w tym konkursie jeszcze jako wokalistka zespołu. To szczególny czas dla nas, artystów. Opole to przede wszystkim muzyka i wspaniała opolska publiczność, ale też spotkania z innymi artystami, z którymi nie mamy okazji spotkać się w ciągu roku.

 

 

Mówisz o przypadkach, ale czuję, że wierzysz w przeznaczenie.

Oczywiście, że wierzę w przeznaczenie. Tłumaczę to też Piotrkowi, mojemu synowi. Mam wrażenie, że każda droga, którą podążamy rozwidla się w V i od nas zależy, którą odnogę wybierzemy ale… one i tak się kiedyś znowu spotkają! I staniemy na kolejnym rozdrożu, których przez całe życie miniemy mnóstwo. Wybierając daną drogę, nazywamy nasz wybór przypadkiem ale i tak, bez względu na to, którą z nich w danym momencie wybierzemy, prędzej czy później dotrzemy do przeznaczonego nam celu. Droga każdego z nas, jest jednak od dawna ułożona. Możemy ją tylko przejść na różne sposoby. Wierzę na pewno w to, że każdy z nas jest tu po coś i każdy z nas ma coś konkretnego do zrobienia. Od tego zależy jakość naszego życia.

 

Wybiłaś mnie tą filozofią z kolejnego pytania, czy coś w życiu przegapiłaś?

Miałam taką piosenkę „Przegapiona”! Nawet jeśli, to nie mamy tej świadomości, że coś przegapiliśmy – po prostu o tym nie wiemy. Ale już dzisiaj mam pełną świadomość, że gdybym nie lekceważyła znaków, słuchała ludzi, którzy mi dobrze życzą i mówią szczerze, to co czują, w trosce o mnie, bo mi sprzyjają, to moje życie potoczyłoby się inaczej. Często bywa tak, że żyjemy - symbolicznie mówiąc - z chustą przewiązaną na oczach i dopóki sami nie zdecydujemy, że nas uwiera, nie przejrzymy na oczy. Niczyje opinie nie pomogą. Tak już jest.

 

Szczęśliwie, nie przegapiliście się z Leszkiem. Gdyby nie premierowy klip, pomyślałabym, że „Ostatni raz”, to piosenka o Waszym spotkaniu.

Można to tak zinterpretować choć klip kończy się nieodwracalnym, a ja jednak postrzegam tę piosenkę jako przesłanie z odrobiną nadziei. Najważniejsze: moja historia z Leszkiem jest szczęśliwa. Znamy się od zawsze. Ale rzeczywiście długo nie znaliśmy się osobiście. Podziwiałam Leszka już lata temu, jeszcze kiedy śpiewałam w Brathankach. Pamiętam, że katowałam w samochodzie jego wydane wtedy „Olzę” i „Wichry”. Leszek, dopiero jak mu pokazałam „zajechane” płyty, uwierzył, że tak było. Wiele osób już wcześniej namawiało mnie, żebym zaproponowała Mu współpracę, ale ja nie chciałam. On już pracował z Ewą Farną, a obie jesteśmy z Zaolzia. Wydawało mi się to… nie wiem, może zbyt oczywiste? Ale widzisz, a propos tych rozwidleń w V, poszłam inną drogą, a i tak doszliśmy do siebie, tyle że to „nie góra przyszła do Mahometa, tylko Mahomet do góry” albo na odwrót! (śmiech). Żartuję oczywiście, ale jak to przekazują ludowe porzekadła: co ma być, to będzie. Przeznaczenie!

 

A propos fabuły klipu do „Ostatniego razu” – jesteś z tych, co uważają, że najsilniejsze i wieczne są tylko niespełnione miłości?

Tekst piosenki zawsze wynika dla mnie z melodii. Muzyka podaje nam gotową historię, trzeba tylko ją ponieść w słowach. Inspirują mnie ludzie, lubię obserwować, słuchać, ale lubię też czytać mowę ciała, bo ona jest najprawdziwsza.Gram obecnie spektakl w reżyserii Marty Meszaros „Edith i Marlene” i jest coś w tym, co powiedziałaś. Edith Piaf miała wielu mężczyzn, ale za największą miłość do końca życia uznawała tę niespełnioną, odebraną jej przez życie, czyli do swojego drugiego męża, boksera Marcellina Celdana, który zginął w katastrofie lotniczej. Może co niewiadome pociąga nas najmocniej właśnie dlatego, że jest niespełnione i możemy marzyć, jakby to było… Ja jednak wolę spełnienie, lubię być szczęśliwa.

 

Myślałam, że to jakaś celtycka historia Cię zainspirowała - książka, film, artykuł przeczytany na lotnisku?

Inspirują mnie ludzie. Książki dają wytchnienie w chwili dla siebie, ale nie są źródłem inspiracji – to byłoby trochę jak naruszenie praw autorskich. Wolę czerpać bezpośrednio z życia. Wiesz, gdybym opisała w piosence historię z książki, to tak jakbym ściągnęła czyjąś piosenkę z sieci nie płacąc za nią – wolę legalnie i kulturalnie mieć czyste sumienie, bo tak jak płacę za chleb, tak płacę za książkę, którą przeczytałam i byłoby to nie fair wobec autora, który daną historię napisał, żebym się nią „inspirowała” przerabiając na słowa mojej piosenki.

 

Chyba, że tak jak twórcy wspomnianego musicalu „Mamma Mia!” zrobiłabyś to oficjalnie, płacąc tantiemy i mając prawnie usankcjonowaną zgodę na użycie. Jakie jest Twoje zdanie na temat umieszczania i ściągania autorskich utworów z Internetu?

Nie funkcjonujemy dziś jeśli nie ma nas w sieci. Ale czym innym jest obejrzenie nowego klipu na oficjalnej stronie ulubionego artysty, który sam go zamieścił, a czym innym ściąganie jego utworów z nielegalnych źródeł. Oczywiście są artyści niszowi, którzy dają na to pozwolenie, ale mając pełną świadomość, że np. debiutują i nie sprzedadzą takiego nakładu, o jakim marzyli, więc traktują to promocyjnie. Ich sprawa, ich wola. Nic mi do tego. Ale jeśli artysta ma pozycję, żyje z tego co robi, a ktoś nie płaci za to, że czerpie korzyści z jego twórczości bo np. na siłowni, czy do biegania wykorzystuje ściągnięte z nielegalnego źródła utwory tego artysty, to to jest mega nie fair.

 

Ale może nie płaci, bo płyty są dla niego za drogie – to częsty kontr-zarzut…

Przywykliśmy do tej łatwej „filozofii”. Niestety. Nie zgadzam się z tym absolutnie. Ja myślę, że wszystko jest kwestią ustawienia priorytetów. Jeśli chcę zacząć biegać idę do odpowiedniego sklepu sportowego i kupuję adekwatnie do ceny solidne, wygodne buty. Dlaczego zatem mam nie pójść do sklepu muzycznego i kupić płytę, przy której świetnie będzie się trzymało tempo? Butów nie kradnę, to dlaczego mam kraść muzykę? Proste. Tylko u nas nie ma kultury płacenia za kulturę. Nie mamy nawyków. Nie wychowano nas, jako społeczeństwa w poszanowaniu własnej kultury. Szczęśliwie jesteście Wy, Fundacja Legalna Kultura i spore grono osób, które tę kulturę kultywują i przekazują dalej. Dlatego Was popieram! Ściąganie z netu „bo jest za darmo” i nieważne jakiej jakości jest dla mnie jak rzucanie się na szwedzki bufet na imprezie „bo jest za darmo”.

 

Stawiasz na jakość, a nie na ilość.

Dokładnie. Wiem co kupuję, wiem, że źródło, z którego nabywam jest legalne. Czułabym się bardzo niekomfortowo mając świadomość, że przywłaszczyłam sobie cudzą własność, i że któregoś dnia policja zapuka do mych drzwi z nakazem sądowym. To nie jest kwestia wstydu. To kwestia etyki i wychowania. To się wynosi z domu. Kod zachowania przechodzi z pokolenia na pokolenie i odbudowanie go też wymaga pokoleń. Warto działać „zaraz”.

 

Nielegalne są sposoby pozyskiwania, ale kultura jest legalna wszędzie, nie zna granic. Widzisz różnice pomiędzy rynkiem muzycznym w Czechach i w Polsce? Myślałaś o wydaniu płyty na tamtym rynku, w języku czeskim?

Czesi uwielbiają swój język. Kochają, cenią i szanują rodzimych artystów. Często przerabiają zagraniczne utwory tłumacząc teksty piosenek. Rynki muzyczne w obu krajach zasadniczo się różnią. Czechy, to zaledwie 10 milionowy kraj i tam wciąż 70% społeczeństwa kupuje płyty z książeczkami, płaci za bilety na koncerty i to jest dla nich zupełnie normalne i niepodważalne. Co nie znaczy, że Czesi są zacofani, o nie! Surfują po necie jak wszyscy, ale szanują muzyków, jak każdego innego. Też tak zostałam wychowana. Skoro nie ukradłabym chleba, to dlaczego miałabym ukraść piosenkę?

 


fot. Fero Deak

 

Wracając do Twojego albumu, od „Karczmy upiorów”, przez „Chłopaka z naręczem gwiazd”, po wręcz dla mnie atawistycznie irlandzką, stojącą na klifie „Lorelai” byłam niemalże pewna, że adaptowałaś jakieś mity i opowieści celtyckie, a tu niespodzianka. Z jakich zakamarków wyobraźni wyciągnęłaś tę tragikomiczną historię o karczmie upiorów?

Tekst do tej piosenki napisał Leszek. Tutaj to jego wyobraźnia zadziałaa. Jest mnóstwo autorów, którzy siedzą po knajpach, podsłuchują, obserwują, spisują interesujące sytuacje, a potem tylko sięgają do szuflady, pstryk i inspiracja na tekst do piosenki gotowa (śmiech). Ja bardzo lubię bajki. Napisałam już kilka. W zbiorze gwiazd akcji charytatywnej znalazła się moja „Nutka kapryśnica”. Kiedy masz wolną rękę i wchodzisz z premedytacją w baśniowy, poetycki świat, a w przypadku całego albumu „Po drugiej stronie lustra” mogłam sobie na to pozwolić, wyobraźnia uwalnia niesamowite obrazy. Zaczynasz zagłębiać się w nie i tak rodzą się przedziwne historie, takie jak ta. Mroczne. Ewidentnie dla dorosłych. Tak naprawdę, czy jest to kultura celtycka, czy słowiańska, w erze przedchrześcijańskiej wszystkie wierzenia, sacrum, profanum przenikały się wzajemnie. Funkcjonowały na granicy. Tak jak dziś. Tyle, że współcześnie prawie wszystko wyparliśmy. Mnie fascynowało to już na studiach. Bardzo chciałabym zrobić teledysk do tego numeru, za wszelką cenę. Mam już z 10 scenariuszy w głowie. On aż się prosi o fabułę. To jedna z najciekawszych opowieści na tej płycie, rozwiązła niemalże! Bohaterką jest upiorzyca, kobieta, która żyje już jakieś tysiące lat w karczmie pełnej upiorów i nagle pojawia się tam zabłąkany turysta. Typowy ciamajda, który chce się upić, bo jest nieszczęśliwy. Nie ma pojęcia do jakiego miejsca trafił. Wszyscy już się na jego widok ślinią, sapią, wzdychają, a Ona nie. Ona już chce odejść. I on jest jedyną drogą jej ewakuacji. To oś całej narracji. Opowieść zaczyna się bajkowo, można sobie tu wiele wyobrazić. Jest mrocznie, tajemniczo, intrygująco i do tego jeszcze te celtyckie dźwięki – uwielbiam grać tę piosenkę na koncertach.

 

Dramaturgicznie, prowadzisz słuchacza na tym albumie z nastroju w skrajnie odmienny nastrój. W „Aniele mój”, chyba najbardziej poruszającym literacko momencie na całej płycie, działa niewiarygodnie instrumentarium, to harfa zbudowała ten utwór?

Tak, harfa musiała tu wybrzmieć. Tekst napisałam będąc jeszcze wokalistką Brathanków. Jest bardzo stary. Muzykę miał tworzyć do niego jeszcze Zbyszek, bo podobała mu się ta historia. Wtedy było to kierowane do anioła wyznanie słabości. Pod wpływem melodii przerodził mi się w bardziej dramatyczną historię. „Aniele mój” jest dla mnie modlitwą kobiet, które zbyt często stawiane są przez życie w takiej sytuacji, że nie mogą mieć, utrzymać, wychować własnego dziecka. Strata dziecka ma wiele wymiarów, a każda jest niewyobrażalnie bolesna. Czy to będzie poronienie, czy nieszczęśliwy wypadek, czy śmiertelna choroba. Pisząc ten tekst myślałam o kobietach, które zwłaszcza w biednych krajach, ale nie tylko, bo u nas też się to dzieje, muszą oddać swoje dziecko, bo nie mogą go utrzymać i wiedzą, że robią to po to, żeby temu dziecku było lepiej w życiu. Przynajmniej mają taką nadzieję. Dramaty tych kobiety są nie do opisania, mogłam tylko spróbować dotknąć słowami tej rozpaczy, której doświadczyłam w Afryce, kiedy kobiety podtykały, wciskały mi swoje dzieci i błagały: „zabierz stąd moje dziecko”. To były dla mnie wstrząsające momenty. Jak wielka musi być desperacja i miłość tych kobiet. Wiele adopcji z Afryki, Kambodży, Laosu odbywa się z tych powodów. To była chyba jedyna piosenka, o której mogę powiedzieć, że trudno było mi ją było zaśpiewać – bo trudno opanować płacz przy takim tekście i muzyce. To jest rzeczywiście najsilniejszy punkt na płycie. Ale takie rzeczy się dzieją, to jest nasz świat, nie wolno nam tego przemilczać. Niedawno obejrzałam dokument o Kambodży i rodzicach, którzy sprzedali swoje małe córeczki na prostytutki – nie da się opisać skowytu i histerii tych matek, które nie mogą sobie wybaczyć największego błędu w życiu. Za nic w świecie nie zgotowałyby drugi raz takiego losu swoim córkom. Najgorsze jest to, że często jest to decyzja wynikająca z chęci ratowania życia dzieciom kosztem drugiego dziecka. Coraz głośniej się o tym problemie mówi. Szczęście w nieszczęściu pomogła tu historia najmłodszej aktorki „Slumdoga”, która rzeczywiście pochodziła ze slumsów w Indiach, a którą ojciec po Oskarach chciał sprzedać za trzysta tysięcy dolarów. I choć problem nie zniknie ot tak, afera wstrząsnęła całym światem. ONZ robi co może i chwała wszystkim tym, którzy działają we wszelkich organizacjach społecznych jak choćby Amnesty International. Apeluję, siedząc na facebooku, podpiszcie choć petycje. To was nic nie kosztuje, komuś może pomóc.

 

To też kwestia kultury, w której kobieta nadal nic nie znaczy…

Oczywiście. Widziałam to w Indiach, w których oficjalnie nie ma takiej sytuacje jak w krajach arabskich, islamskich, ale kobiety same mówią wprost: tu rządzą mężczyźni. Kobiety się nie liczą. Sytuacja porwanych dziewczynek ze szkoły, bo chciały się uczyć, mówi sama za siebie, Dopóki kobiety na całym świecie nie osiągną równych praw z mężczyznami, tak się będzie działo. Mamy jeszcze bardzo dużo do zrobienia w tej globalnej wiosce. A żeby wychować dziecko, potrzeba całej wioski.

 

O dziecko w Tobie również chciałam zapytać, ale także o to, czego uczysz swojego syna, a czego On Ciebie? Zanim na końcu tekstu słuchacz orientuje się, o co naprawdę chodzi w tym utworze, miałam wrażenie, że śpiewasz o dziewczynce, którą zachowałaś w sobie.

Tak było na początku. Pamiętam, jak biegłam po schodach mojego mieszkania w Krakowie, żeby zapisać słowa, które mi się „urodziły” w głowie. Miałam do nich zupełnie inną melodię. To bardzo moja piosenka. A dziecko w sobie zachowałam jak najbardziej. Przyznaje się, jak każda z nas bywam niesforną dziewczynką. Myślę, że to nieuniknione w moim zawodzie. A jeśli chodzi o dzieci w ogóle, to uważam, że są naszymi najlepszymi nauczycielami. Uczymy się wzajemnie od siebie. Mój Piotr pokazuje mi moje błędy, słabości, niekonsekwencje. Widzę często sama, że moja nerwowość wynika z mojej słabości. Choć Piotr też czasami przesadza z punktowaniem mnie (śmiech). Ale jest coś w powiedzeniu, że możesz mówić o cierpliwości i dojrzałości, dopiero wtedy, kiedy wychowałeś choć jedno dziecko. Moje życie, jak pewnie każdej mamy, dzieli się na dwie ery: przed i z Piotrkiem. Jest pięknie i tego się trzymam, to mnie uspokaja.

 


Halina plan teledysku „Ostatni raz”, fot. Fero Deak

 

A czego się trzymasz u mężczyzny, tego że „uniesie świat, czy naręcza gwiazd”, że przytoczę opcje z „Chłopaka z naręczem gwiazd”.

Pytasz mnie podstępnie o ideał faceta? (śmiech). Zdecydowanie wybieram tego, co uniesie świat. Ani te habrowe oczy, ani włosy jak łany pszenicy, nie zatrzymają mnie na dłużej. Choć oczywiście jako małolata kochałam się dokładnie w takim typie – miałam nawet takie same spodnie jak bohaterka „Dirty Dancing” (cóż to był za film!) i oczywiście marzyłam, że Patrick Swayze, któregoś dnia przejdzie dla mnie przez wodę na kolanach (śmiech). Ale On, zarówno w filmie, jak i w życiu, był również bardzo męskim, silnym facetem. Niedługo potem zafascynował mnie Tom Waits i jego charyzmatyczny głos. A jako dziecko, ku uciesze mojego brata, całowałam okładki winyli Karela Gotta. To tekst Zbyszka Książka, który jest absolutnym mistrzem w pisaniu takich utworów i połamanym językiem. Stworzyliśmy już świecką tradycję, że przynajmniej jeden jego tekst musi zaistnieć na każdej mojej płycie. Uwielbiam go. Jest cudownym, otwartym człowiekiem. A „Chłopaka…” strasznie lubię. Pod koniec, w refrenach, robi się już mocno rockowo, to nam rozkręca koncerty. To skoczny, ale wbrew pozorom niełatwy kawałek. Często muszę publiczności pokazywać jak klaskać do niego, bo podział jest zupełnie inny niż u nas. Głównie przez rytmikę, rzeczywiście jest nawiązaniem do mojego stylu sprzed lat.

 

„Lorelai” to mój faworyt. Doceniam kunszt producencki, umiejętności aranżerskie, znakomitych muzyków (brawa za cudne piano imitujące wiatr!) i fakt, że ten song mógłby być książkowym przykładem świetnego popowego utworu. Mam nadzieję jednak, że doczekam kiedyś wersji całkowicie akustycznej – najbardziej podoba mi się druga część, po bridge’u. W warstwie literackiej, to dla mnie najbardziej archetypiczny celtycki utwór i jednocześnie najbardziej filmowy. Słysząc go pierwszy raz miałam przed oczami kadry z „Kochanicy Francuza” kiedy rudowłosa Meryl Streep stoi u stóp oceanu. To lustro, w którym, tak jak napisałaś, nie tylko Ty, ale każda kobieta znajdzie swoje odbicie.

Masz rację. Teraz to skojarzyłam, ale rzeczywiście kiedy piszę jakiś tekst, a „Lorelai” jest moja, to widzę obrazy, które maluję słowami. Muszę „widzieć” ten film, który kręci się sam w mojej wyobraźni. Mam jeszcze jeden taki utwór, bardzo filmowy, o dwojgu ludzi mieszkających naprzeciwko siebie i zakochujących się w sobie powoli, rzec by można, „okno w okno”, ale byłoby to tak pokazane, że żadne z nich nie wie o zakochaniu drugiego. Pokazałabym to w klipie detalami, śladami na szybie itp. Siedzi mi to w głowie i na pewno to kiedyś zrobię. A co do „Lorelai”, akurat dobrze wyczułaś, to legendarna postać. Opis jest mój, bo musiałam to zobaczyć, poczuć, jak ona idzie nad brzegiem oceanu, jak widzi zdradę swojego ukochanego, jak nie potrafi żyć bez niego, ale i z tym piętnem. I rani kolejno wszystkich mężczyzn, którzy zakochują się w niej. To zupełnie niechciana zemsta. Lorelai już po prostu nie potrafi nic poczuć.

 

Trochę jak na rollercoasterze, znów zmieniasz nastrój, bo jako następny w kolejności, pojawia się żartobliwy „Choć masz duży nos” - z banjo, skrzypkami i atlasem naszych ludzkich wad.

To od początku, z założenia miała być taka niefrasobliwa, prosta piosenka przerywnik. Nawet pamiętam, że jak dostałam od Leszka muzykę, to zadzwoniłam zapytać, co mu chodziło po głowie, kiedy to komponował, a Leszek szczerze mi powiedział, że nucił sobie te melodię do tekstu: „masz duży nos…”. Zaczęłam się śmiać i w pierwszym odruchu pomyślałam, że to strasznie głupie, ale potem mnie olśniło, że zaraz, zaraz, przecież to można wykorzystać i rozwinąć w ten deseń (śmiech) i w 10 minut napisałam ten tekst. O tym, żeby się nie napinać. I ten tekst jest specjalnie taki, żeby właśnie się nie napinać, nie kombinować, nie doszukiwać drugiego dna i nie oceniać go z wyżyn intelektualnych. To prosty, wesoły kawałek. Nie tylko o naszych wadach, jesteśmy jacy jesteśmy. Nie oceniajmy się, nie napinajmy się. Co to kogo obchodzi, że ta ma taką pupę, a inna mniejsza lub większą. To trochę wycieczka w kierunku mediów tabloidowych, ale też nas samych. Lubimy oceniać i lubimy się napinać. Tymczasem to niczemu zdrowemu nie służy. Nikt nikomu nie dogodzi. I to jest piękne, że się tak różnimy. Dawniej to było normalne. To co dany człowiek miał charakterystycznego, określało go, czyniło wyjątkowym. Kiedy z moim tatą szukaliśmy korzeni w księgach kościelnych, nie znajdywaliśmy nazwisk, tylko właśnie opisy, typu: Maria, ta która lubiła plotkować pod płotem zegarmistrza. Albo Helena, ta której odstawały uszy. To były „znaki szczególne”. A dziś, przecież jak się wszyscy zoperujemy wg obowiązującego kanonu piękna, to co nas określi? Ta, która wygląda jak sąsiadka? To byłaby katastrofa. Nauczmy się cenić inność, oryginalność, indywidualność. Dajmy sobie na luz, i tak traktujmy na luzie też tę piosenkę. Dlatego tak ją zostawiłam i dla tego tak ją lubię.

 

Ja z niej wyciągnęłam jeszcze taki przekaz, kochajmy siebie takimi jakimi jesteśmy, będzie nam łatwiej kochać innych i świat, a życie odpłaci nam wzajemnością.

Dokładnie. Każdy psycholog, terapeuta mówi: zacznij od siebie.

 

I nie ma tu innego, ukrytego przekazu? Ujmując rzecz antropologicznie, mówią, że jak facet ma duży nos, to wiesz co ma duże…

Ja to wiem od Wojtka Jagielskiego, który to często podkreśla w żartach (śmiech).

 

Pozdrawiamy Wojtka, a Ty opowiedz za co się lubisz najbardziej.

Generalnie myślę, że jestem już na dość wysokim pułapie samoakceptacji, fizycznie i psychicznie. Najbardziej lubię w sobie niepoprawny optymizm, który pozwala mi się zawsze odbić od najgłębszego dna. I przyznam szczerze, że kompletnie nie rozumiem ludzi, którzy „wstają lewą nogą”, nawet w piękny, słoneczny dzień.

 

 

Depresję dziś się leczy. To a propos. „Bóg tu zmarł” skojarzyło mi się przez flet poprzeczny, męski chór, dialog między piano, a instumentami klawiszowymi z rozbudowaną stylistyką opracowań Loreeny McKennitt, choć u Ciebie to brzmi bardziej popowo. Natomiast tekst z pradawnymi rytuałami i…

To też moja opowieść i tak jak „Aniele…”, też miała dwie odsłony. Pisałam ją mając przed oczami noc świętojańską, moment spotkania mężczyzn z kobietami. Widziałam płomyki świec wystawionych w oknach. Noc płonęła lampionami w wieńcach, które kobiety zanurzone do pasa w wodzie puszczały po rzece. Pięknie noc Św. Jana pokazał w „Czasie Cyganów” Emir Kusturica. A potem, pewnie przez mroczne elementy w muzyce, przerodziło mi się to w pożogę. Najgorsze, że ja to widzę cały czas bardzo realistycznie przed oczami, u siebie, na Zaolziu. Znam tę polną dróżkę, która prowadzi do małej rzeki, tyle, że w moich wyobrażeniach – choć jestem dokładnie w tym znajomym miejscu, ta droga jest szeroka i długa, a rzeka gigantyczna. I tam jest wojna, zgliszcza, ruiny domów, i tylko w nielicznych ocalałych tlą się jeszcze te płomienie, wyrwane z innych rąk. I ten potworny strach paraliżujący ciało w obliczu takiego krajobrazu, który mi towarzyszy kiedy idę przez tę płonąca miejscowość. Zarazem, jakbym była tym strachem. I nie czuję tego tylko w ludziach, ale też w jakiejś fali, która do nas dociera, jakby zły demon zacierał właśnie ręce przed zdmuchnięciem ostatniej świeczki na torcie. Nie można być obojętnym wobec tego, co się dzieje na świecie, niedaleko nas. Politycy prowadzą swoje wojny siedząc wciąż w drogich garniturach przy cateringu z pięciogwiazdkowych hoteli, a cierpią niewinni ludzie - dzieci, matki, cywile. O tym jest ten utwór.

 

Gdybyś ten album wydała teraz, pomyślałabym, że to Twój głos w sprawie Ukrainy.

Pisałam ten song w trakcie konfliktu w Syrii i podobnej sytuacji niemocy. Każda wojna czy rewolucja ma ten sam schemat. To jest głos przeciwko przemocy w ogóle. Zawsze najbardziej cierpią najsłabsi – kobiety chroniące dzieci.

 

Świadomie czy nie, ale jeszcze przyszedł mi do głowy casus „Misji”, pewnie przez skojarzenia z muzyką Ennio Morricone.

Wierzę w Boga. Myślę, że wojny religijne, w imię Boga, „słusznie jedynego” są najgorsze. Osobiście, nie spotkałam się z ostracyzmem, choć znam przykład niebywałej hipokryzji. Na szczęście mam wielu zaprzyjaźnionych ludzi pracujących w Kościele i to są świetni ludzie. Wyznań wiary może być wiele, ale przecież kod postępowania powinien być podobny – nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe.

 

Też mam przyjaciela księdza, z powołania i w dodatku znakomicie rozumiejącego młodych ludzi, zarażającego ich dobrą muzyką. Autorytet. Dziś strasznie brakuje takich ludzi w kościele jako instytucji.

Zjawiają się i znikają jak przelotne zjawy, bo system w nich zabija spontaniczność, a przecież powinni dawać nadzieję, a nie uprawiać malkontenctwo. Jak mam wysłuchać kazania w tonie minorowym, to w ogóle mi się wszystkiego odechciewa. Szukam pokrzepienia, a nie zdołowania. Tak samo, a może zwłaszcza, młodzi ludzie, kompletnie dziś zagubieni, bez wskazówek, autorytetów, zasad. Szkoda. Naprawdę szkoda.

 

„Zjawa” to kolejny utwór, o zgoła odmiennej tematyce. Numer staccato, wyśpiewany na skandowaniu niemalże.

O Boże, pomóż! – tak powinien zakrzyknąć facet, któremu dostanie się taki typ kobiety. Grrr! To piosenka o histeryczce. Z jednej strony, kochaj mnie, bądź tylko dla mnie, z drugiej, zdradzasz mnie, czuję to – a facet stoi bezradny, patrzy jak na zjawę i kompletnie nie wie, jak się w tej sytuacji znaleźć. To też tekst o uzależnieniu. Od miłości, od seksu. O toksycznym związku.

 

Mamy takie koleżanki, znamy typ, wystarczy przeczekać burzę i spokojnie zapytać: ej, stara, ale o co ci chodzi?

(śmiech) Ale znamy też takie przypadki, kiedy kobieta doskonale wie, co mąż robi za jej plecami, ale z różnych powodów przymyka na to oko. I to już jest smutne. Dlatego na koncertach, przed tym numerem, zawsze mówię: „Drogie Panie, jak już wiecie, że macie takiego drania, a nie możecie się z wam wiadomych powodów rozstać, to przynajmniej go wykorzystujcie! Albo was zabiera na drogie zakupy albo…” zawsze mam gromkie brawa z salwami śmiechu!

 

A Ty potrafiłabyś zawalczyć, rywalizować o faceta, tak jak bohaterka tego numeru? Padają tu słowa: „wydrapię jej czarne oczy, niech zło cię nie zauroczy, zrozum, że ty jesteś dla mnie, szczęśliwy będziesz, niech padnę!”.

Nie. Nie zmienisz kogoś, kto zdradza. A poza tym, jeśli dajesz siebie całą, a jesteś przyjmowana, powiedzmy to dyplomatycznie „letnio”. To nie ma to sensu.

 

„Deszcz” to katharsis w dwu-głosie (dosłownie), bo jednocześnie utwór o pamięci o tych, co odeszli. Muzycznie pokolorowany cymbałkami.

Dedykowałam go mojemu tacie. Deszcz zmywający ślady z szyb, to deszcze oczyszczający. Pani, która sprzątała u nas w domu w Krakowie, powiedziała mi kiedyś, że ona zawsze wie, kiedy byliśmy, bo znajduje małe ślady rączek na szybach. Stąd ta metafora. Zwłaszcza przy nagłej śmierci dostrzegamy takie drobne ślady, niedopitą z rana kawę, zapach perfum na szaliku, gazetę otwartą na ostatnim przeczytanym artykule. Miałam taką straszną ochotę stanąć pośrodku drogi w totalnej ulewie, w świetle punktowego reflektora i wypłakać cały żal i smutek. Czasem pośrodku lasu, nagle napotyka się krzyż, oznajmiający, że w danym miejscu spoczywa np. Johan i na krzyżu widnieje tylko data śmierci. Wiemy, że zginął w trakcie II wojny światowej i tylko motyl, co przysiądzie na ramieniu krzyża go odwiedza. Dlatego trzeba pamiętać i gromadzić te drobne detale w pamięci jak puzzle, co pozwolą nam tych, którzy odeszli, na zawsze zachować w pamięci i w sercu.

 

Co Tata Ci pozostawił po sobie?

Był dla mnie inspiracją. Nam się wydaje, że musimy dzieciom wszystko dać na talerzu, pokazać, podsunąć, powiedzieć co i jak. A one często czerpią z tego, co obserwują. Z naszego zachowania. Tata zabierał mnie na koncerty, nasz dom tętnił życiem. Pamiętam jak mama się denerwowała, że poszedł z Bogusiem Heczko, pięknie malującym malarzem z Ustronia, na krótki spacer - całą noc ich nie było. A jak wrócili nad ranem, to obaj zgodnie zeznawali, że zasłuchali się w śpiew skowronka w lesie. No bo co mogą robić malarz i muzyk całą noc w lesie? (śmiech) Poza tym, że skowronki śpiewają na łąkach i niekoniecznie nocą. Zaraził mnie życiem otwartym na ludzi, towarzyskości i z całą pewnością, zawdzięczam mu etnografię, otwartość i szacunek do ludzi i kultury. Dla porównania dodam, że mój rodzony brat, kochający co prawda operę, jest lekarzem, introwertykiem i domatorem (śmiech).

 


fot. Levron

 

To dobry moment by na chwilę porozmawiać o „Pannach Wyklętych” i „Morowych Pannach”.

Oba projekty inicjatywy Muzeum Powstania Warszawskiego były bardzo zacne i czuję się zaszczycona, że mogłam wziąć w nich udział. O ile w „Pannach Wyklętych” do piosenki „Panie Generale” zainspirowała mnie jedna historia, o tyle przy „Morowych Pannach”, pisząc słowa „Za wolność…” wysłuchałam wielu historii Pań, które przeżyły Powstanie. Amerykanie robili w trakcie powstania dokument i nakręcili ślub jednej z par, wieczorem, ta sama para, już jako małżeństwo oglądali się na ekranie. Powstanie nie było dla Morowych tragedią, było codziennością. One się stroiły dla Powstańców. One wszystkie mówiły, że stroiły się dla tych chłopaków, bo w ten sposób dawały im wiarę. Tam, poza warunkami wojennymi, tliło się normalne życie, rozgrywały się miłości, rozstania, tragedie. Oglądałam te materiały ze 3, 4 razy w kółko, żeby jak najwięcej wchłonąć. I ta piosenka, to esencja tego, co one przeżyły, a ja poczułam. Jedna z tych Pań powiedziała niesamowitą rzecz: gdyby to miało wrócić, to ja bym chciała to przeżyć jeszcze raz. Bo to nie było tylko okrucieństwo, my byliśmy młodzi. A młodość, w każdych warunkach, nawet wojennych jest piękna.

 

Dzięki Ekipie PASTY, miałam przyjemność poznać wciąż żyjących Kilińszczaków, ich Łączniczki i Sanitariuszki – to jest niezwykłe pokolenie! Ale wracając na druga stronę lustra, następne mamy piękne nawiązanie do czerwonych korali w evergreenowym numerze z banjo i wiatrem „Nie pragnij mnie”. To taki babski manifest. Jesteś już wiedźmą?

Jestem absolutną wiedźmą (śmiech). To jest bardzo przekorna piosenka. Z jednej strony wszyscy myślą, że „wyrywam” ze sceny tych mężów od żon i rodzin, ale tak naprawdę, jest to numer alarmowy, ostrzegający: chłopaku, uważaj! Zyskasz niewiele i na chwilę, a stracisz wszystko. Jak zaczynam śpiewać tę piosenkę na koncercie, to widzę rzędy naburmuszonych min dziewczyn, a jak ją kończę, to już wszystkie są szczęśliwe i buńczuczne jak na zlocie czarownic (śmiech). Każdy związek przechodzi kryzysy, etapy, wzloty i upadki. I czy będzie to Pan Karol, czy Zenek, nie będzie inaczej. Trzeba się nauczyć wspólnie żyć, kochać i szanować, i zdawać sobie sprawę, że to co damy od siebie, wróci z nawiązką od partnera. Reakcja naczyń połączonych. Doceniajmy to co mamy. Jest to ewidentnie babska piosenka, bo w przeciwieństwie do dziewczyn, panowie nie mają na koniec zadowolonych min (śmiech).

 

W Epilogu klamrowo ujętego „Po drugiej stronie lustra”, kończącego się dzwonami rurowymi, śpiewasz, że „nie wiesz, czy powrócić chcesz, że nie możesz ustać w miejscu, że jednego czego chcesz, to sobą zostać i sercu się oddać”. I jak mniemam, skoro słyszymy trzask pękającego lustra na koniec, nie wierzysz w zabobony. Wierzysz w siebie?

Uwierzyłam. Mam super zespół, moja ulubiona z tej płyty piosenka „Ostatni raz” zyskała uznanie u odbiorców. Dzięki ich głosom mam nominację do tytułu SuperArtysty i SuperPremier. Jestem spełnioną kobietą, matką, w szczęśliwej relacji z mężczyzną, który daje radę unieść również mój świat zawodowy. Czegóż chcieć więcej. I piękne jest to, że robię to co kocham. Zaczynam prace nad moim trzecim solowym albumem. Wielu ludzi mówi o afirmacji i wizualizacji swojego życia. Trochę wierząc w cud. Ja myślę, że nasze życie jest sumą naszych wyborów. Wierzę, że jestem teraz we właściwym miejscu, o właściwym czasie, właściwymi ludźmi. Będę przeszczęśliwa, jeśli odbiorę w Opolu wyrazy sympatii widzów, ale jeśli nie, niczego to nie zmieni i szczerze pogratuluję moim koleżankom i kolegom. Czuję się superspełniona. To najpiękniejsze wyróżnienie jakie mnie w życiu spotkało. Patrzę dziś w lustro bardzo spokojna.

 

Rozmawiała: Anita Banita Bartosik

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!