Wpisz e-mail


Rozmowy

O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Kino według Michała Kwiecińskiego

Kino według Michała Kwiecińskiego

Jego zawodowy świat dzieli się na dwie części. Pierwsza to popularne seriale, które realizuje dla największych stacji telewizyjnych w Polsce. Druga to kino stanowiące nieustające wyzwanie i przygodę. Spod jego producenckiej ręki wyszły m.in. "Miasto 44" Jana Komasy, "Wenecja" Jana Jakuba Kolskiego i "Drzazgi" Macieja Pieprzycy. Przez ostatnie 15 lat czuwał nad produkcją kolejnych filmów swojego przyjaciela Andrzeja Wajdy - od "Zemsty", przez "Katyń" po "Powidoki". Rozmawiamy z twórcą Akson Studio Michałem Kwiecińskim.


Kinowa premiera „Bodo” to dość niespotykana sytuacja. Na ogół jest tak, że najpierw jest coś w kinie, potem trafia do telewizji. Wy natomiast przycięliście serial do wymiarów filmu kinowego i po roku od premiery telewizyjnej postanowiliście wprowadzić go do kin.

Pomysł, żeby powstał film i serial istniał od początku. W umowie z TVP zapisane było, że ma powstać film. Pierwotnie zakładaliśmy inną kolejność. Najpierw film, potem serial. Zdarzyło się jednak inaczej. Zmontowałem film, który generalnie w ogóle nie przypomina serialu. Dlatego że nie da się z 13 odcinków biograficznych zrobić półtoragodzinnego filmu biograficznego. Dlatego jest to film muzyczny. Postać Bodo jest tylko pretekstem do pokazania szalonych lat dwudziestych i trzydziestych w wolnej Polsce i Europie. Nasza propozycja nie jest więc skierowana do widza kina biograficznego, tylko do wielbicieli filmu muzycznego.

„Bodo” to piosenki, „Bodo” to rewia. Cofnijmy się trochę do momentu produkcji tego filmu i pomówmy o tym, jak to wszystko powstało, jak tworzyliście te sceny muzyczne, co było wyzwaniem realizacyjnym, przy tych wszystkich ograniczeniach, które zawsze spotykamy w polskim kinie.

Wyzwaniem, jeśli chodzi o stronę muzyczną, choreograficzną, inscenizacyjną – było właściwie wszystko. Potrzeba było wielu godzin prób tanecznych i wokalnych dla aktorów. Nagrywaliśmy playbacki długo przed realizacją scen filmowych - czyli już na tym etapie trzeba było sobie wyobrazić, jak będą wyglądały choreografie tych wszystkich scen, żeby ekspresja śpiewania pasowała do ruchu, który był stworzony dużo później. To był ugór, pole niczyje i długo się przez nie przedzierałem, ponieważ w Polsce nie ma tradycji filmów muzycznych. Nie ma specjalistów, którzy mogliby w tym pomóc. Nie ma jednego miejsca, studia muzyczno-tanecznego, gdzie można się zgłosić, i powiedzieć „słuchajcie, przygotujcie mi aktorów do filmu muzycznego, przygotujcie mi do tego tancerzy, choreografię”.

Ile trwały te prace?

Scenariusze powstawały rok. Przygotowanie de facto trwało kolejny. Krócej się nie da. W serialu i w filmie jest 30 dużych, rewiowych numerów muzycznych. To musiało tyle trwać.

Czy w Polsce w ogóle jest miejsce na musical? Jest widz? Czy przygotowując film i serial badaliście rynek pod tym kątem?

Mnie się wydaje, że jest widz, który lubi dobrą muzykę, nawet jeśli ona nie jest wspólczesna. Problem sprowadza się, jak zwykle w takich sytuacjach, do pieniędzy. Gdybym miał takie pieniądze, dzięki którym numery muzyczne można by wyprowadzić ze scen teatralnych, tak by był to typowy musical, to na pewno film byłby o wiele bardziej efektowny. Mam nadzieje, że jest to prekursorska produkcja, jakiej dotąd w Polsce nie było. Można to porównywać do filmu Janusza Rzeszewskiego „Hallo Szpicbródka”, ale tam było raptem 5 czy 6 numerów muzycznych.

W tej chwili mamy na ekranach oscarowy musical „La La Land”, który zgromadził ponad pół miliona widzów. To dużo czy mało?

Moim zdaniem to świadczy o tym, że Polacy nie do końca szaleją za musicalem. Bo jeśli tak nagłośniony film jak „La La Land”, który miał 14 nominacji do Oscara, ma tylko 600 tysięcy widzów, to ośmielam się stwierdzić, że eksperyment z filmem muzycznym w Polsce jest bardzo ryzykowny.

Czyli gdyby Akson Studio miało wejść w taki klasyczny musical plenerowy, długo byście się zastanawiali?

Oczywiście, że długo byśmy się zastanawiali, ale kiedyś trzeba robić te eksperymenty. Bo jeśli nie, to w końcu zostaniemy tylko w poetyce telenoweli lub niskobudżetowych filmów sensacyjnych albo komedii romantycznych. Trzeba więc próbować. Nie można wróżyć z fusów, że coś na pewno pójdzie, a coś innego na pewno nie.



Patrząc na Akson Studio jako producenta, można powiedzieć, że w ostatnich latach wyspecjalizowaliście się głównie w kinie historycznym. Czujecie się tutaj bardzo pewnie.

To nie był zamierzony plan. Wynika to po części z tego, że mnie taka tematyka bardzo interesuje. Poza tym każda produkcja niewspółczesna daje duże doświadczenie produkcyjne i jest szczególnym wyzwaniem. Wymaga zupełnie innego przygotowania aktorów, kostiumów, scenografii i charakteryzacji. To jest przygoda dla producentów, dla aktorów, dla ekipy. Przy filmach historycznych wiele osób odchodzi od swoich twardych warunków finansowych, które stosują na co dzień przy filmach czy serialach współczesnych. Biorąc udział w filmie historycznym, chcą zrobić coś nowego, innego. I to jest bardzo fajne.

Spod waszych skrzydeł wyszedł także ostatnio serial „Belle Epoque”. Oczekiwania widzów wobec tej produkcji były bardzo wysokie. Obejrzały go aż 3 miliony widzów, ale ich odzew był bardzo niepomyślny.

Ten serial jest produkowany dla jednej z czterech wielkopasmowych telewizji i jest to produkcja dla widzów, którzy nie oglądają seriali w Internecie. Którzy nie mają pojęcia, jakie jest „Tabu”, jaki jest „Sherlock Holmes” czy „Ripper Street”. Te seriale, nawet jeśli po jakimś czasie są emitowane w wielkopasmowych telewizjach, mają znikomą oglądalność. Ci, którzy krytykują „Belle Epoque”, to widzowie internetowi. Hejt, który powstał (choć było też wiele pozytywnych opinii), był spowodowany chyba rozbieżnością oczekiwań, które rozbudził TVN, nawiązując zresztą bardzo profesjonalnie i świadomie do wielkich seriali HBO, Netflixa czy Canal+. Po raz pierwszy w polskiej telewizji powstał serial kryminalny dziejący się na początku XX wieku, oczywiście zrealizowany w ramach polskich możliwości. To jest prototyp. Ja się nie przejąłem hejtem, bo od widzów, do których kierowaliśmy ten serial słyszałem same pochwały. Dużo bardziej przejęli się twórcy, było im po prostu przykro. Mnie zadziwił brutalny ton hejtu. I to, że tyle osób chciało wyrazić swoją opinię. Temat okazał się niezwykle gorący. Byłem zszokowany poziomem niektórych wpisów np. że czcionka w napisach okropna, czyli serial zły, muzyka nieklasyczna, czyli serial zły… Wydawanie na podstawie jakiegoś jednego elementu tak radykalnych opinii, wynikać może wyłącznie z chęci „przywalenia”, bez jakiejkolwiek głębszej analizy. Ale publiczność telewizyjna oglądając drugi odcinek dała dowód na to, że bardzo lubi „Belle Epoque”. Hejty ucichły.

Czy w Polsce jest możliwe realizowanie seriali na poziomie, na jakim robi to np. Netflix czy BBC?

Jest to absolutnie niemożliwe z powodów czysto finansowych. Mówimy tu o różnicy takiej, że podczas gdy my robimy za mniej niż milion złotych jeden odcinek „Belle Epoque”, to jeden odcinek „The Crown” kosztuje 10 milionów funtów. To są nieporównywalne światy. W takim budżecie jesteśmy skazani na seriale najwyżej takiej i aż takiej jakości jak „Belle Epoque”. Ale wierzę, że można zrobić w Polsce coś na wzór seriali skandynawskich, w których coś ciekawego się dzieje, w bardzo skromnych warunkach. Ich siłą jest obserwacja relacji między ludźmi. Tylko na razie nie ma takich scenariuszy, przynajmniej ja takich nie dostałem.

A czy w ogóle w takim razie możliwe jest w Polsce zbudowanie takiego serialu, który można będzie sprzedać na inne rynki? Bo siłą tych wszystkich „Sherlocków Holmesów” – związane jest to też z platformami, które działają w wielu krajach – jest to, że są pisane z myślą o różnych krajach, nie tylko rynku anglosaskim.

Jest jeden podstawowy problem – my mówimy w tych serialach po polsku. A bardzo rzadko serial w polskiej wersji językowej jest sprzedawany na świat. Chociaż z drugiej strony seriale norweskie czy szwedzkie mają taką dystrybucję. Mam nadzieję, że i z polskimi serialami to się zdarzy.

Rynek serialu się rozwija, „Belle Epoque” jest tego przykładem. Przykładem będą też te seriale premium, które TVN zrobił z Canal+ – mam tu na myśli „Belfra” – czy HBO, które zrobiło drugi „Pakt”, robi drugą „Watahę”. To wszystko pokazuje, że rynek seriali rośnie, ma jakiś potencjał.

Proszę zauważyć, że HBO robi seriale, które absolutnie nie docierają do widzów telewizji mainstreamowej, czyli Jedynki, Dwójki, TVN-u i Polsatu. Czeski serial, który zrobiło HBO z Agnieszką Holland - „Gorejący krzew”, może być sprzedany i pokazywany na całym świecie, ale to jest ciągle w HBO, które w danym kraju ma 300-400 tysięcy widzów. A my chcemy dwóch milionów, trzech milionów, czterech milionów w telewizjach mainstreamowych. Tu jest problem. Może jakiś serial, który został wyprodukowany przez Canal+ czy HBO, gdzie budżety są dużo większe niż w przypadku serialu „Belle Epoque”, stanie się światowym hitem, ale ciągle mówimy o niszowym widzu. To są dwa różne światy: mainstream krajowy i wykwintne stacje płatne.

Pan swego czasu miał taki ambitny projekt, który nie doszedł do skutku. Był to projekt serialu o Jagiellonach właśnie z HBO.

Żałuję, że to nie wyszło, ale mi się wydaje, że HBO Polska poszło w kierunku współczesnych seriali, a „Tudorowie” powstali parę lat temu i główny moment zainteresowania czy też zachwytu taką tematyką już minął. Staram się teraz przygotować coś bardzo klasycznego dla Canal+, ale HBO to jest stacja, do której ja nie mam chyba siły się przebijać. Obecnie HBO Polska chce iść w kierunku szlachetnych eksperymentów i chwała im za to! A ja, ponieważ ciągle robię rzeczy dla stacji mainstreamowych, z tyłu głowy mam tzw. oglądalność. Pierwsza seria „Paktu” miała olbrzymią oglądalność, druga już znacznie mniejszą. Ale od moich produkcji wymaga się nieporównanie wyższych wyników – zdarza się, że nie kontynuuję serialu, który ma 1 900 000 widzów. A w przypadku HBO, kiedy serial ma 100 000 widzów, można mówić o sukcesie. To są dwa różne światy, myślę, że mój syn może się zajmować światem HBO, Canal+ czy Netfliksa, a ja się będę zajmował rodzimą produkcją mainstreamową dla bardzo szerokiej publiczności. Po prostu tak się potoczyło moje życie. Chociaż bardzo chciałbym być producentem „The Crown”.

Platform pojawia się w Polsce coraz więcej, właśnie wszedł ShowMax, od roku jest Netflix, HBO ma ofertę HBO Go, Canal+ ma również ofertę w Internecie. Jak Pan zdaniem to wpływa na zmniejszenie skali piractwa w Polsce, czy tego się nie odczuwa? Bo przez wiele lat się słyszało „my piratujemy, bo nie mamy dostępu”. Dzisiaj jest już wszystko.

Osób płacących 20 czy 30 zł, by legalnie oglądać Showmax albo Netflix jest coraz więcej. To na pewno działa na niekorzyść piractwa. Z drugiej strony jest bardzo dużo młodych ludzi, którzy chcą piratować, bo z tego czerpią jakiś fun. To jest akurat grupa, której nie chodzi o 20 czy 34 zł. Dopóki nie będzie jakiś zdecydowanych blokad formalnych, jakichś kar, to wydaje mi się, że 15-16 letni chłopcy będą zawsze piratować, bo to jest rodzaj modnej aktywności w okresie hormonalnej burzy.

Z punktu producenckiego, ale także dystrybucyjnego, piractwo jest dużym problemem?

Zabezpieczamy się, jak możemy. Ale jako dystrybutor działamy dopiero od pół roku, także na pytanie, jak duży to problem, odpowiem dopiero za rok.

Uruchomienie Akson Dystrybucja to był bardziej pomysł czy potrzeba?

Nie miałem zastrzeżeń co do współpracy z dużymi dystrybutorami jak np. Kino Świat. Ale na dystrybucji można zarobić dodatkowe pieniądze, a ponieważ ciągle szukamy nowych źródeł dochodu dla Aksonu, stąd pomysł. Czy nam to wyjdzie? Nie wiem, ale trzeba próbować.

Co się bardziej opłaca produkować w Polsce – film czy serial?

Produkcja serialu jest bezpieczniejsza. Realny producent – bo ja jestem tylko producentem wykonawczym – czyli stacja telewizyjna wykłada na to pieniądze. Osobiście nie przypominam sobie, żebym cokolwiek zarobił na eksploatacji wyprodukowanego filmu. Pracując z Andrzejem Wajdą nigdy nie liczyłem, że coś zarobię na kinie. A posądza się nas cały czas, że zarabiamy strasznie dużo. Działka filmowa jest naprawdę przeznaczona dla fanów i wielbicieli filmu, a nie dla liczących na duże zyski biznesmenów. To jest pasja, a nie biznes.


Antoni Królikowski i Michał Kwieciński na planie "Bodo", fot. TVP

Jest Pan w biznesie od dobrych dwóch dekad. Wiele zmieniło się w tej materii na plus. Kiedy nie było PISFu, było chyba zdecydowanie trudniej?

Było bardzo trudno, bo praktycznie produkcja opierała się na telewizji i jakichś funduszach z Ministerstwa Kultury, z tzw. pakieciarni. To było coś odrobinę podobnego do PISF, tylko oparte o Ministerstwo Kultury i z o wiele mniejszymi środkami. Dzisiaj na pewno jest dużo więcej źródeł finansowania. Podziwiam producenta filmu „Pokot” Agnieszki Holland, m.in. za to, że potrafił podpisać tyle umów z wzajemnymi zobowiązaniami – tam było około 12 koproducentów. Ale też po tym filmie widać ile jest możliwości finansowania.

W tym roku, najprawdopodobniej, doczekamy się w końcu ustawy o tzw. zachętach finansowych. Jakich korzyści we wprowadzeniu tych przepisów Pan upatruje?

Przede wszystkim liczę na otwarcie się międzynarodowego rynku koproducenckiego i na to, że zaczną ściągać do nas producenci, którzy chcą nakręcić filmy w polskich plenerach czy wnętrzach. Teraz będą mogli sobie odpisać część wydatków, zmniejszyć koszty produkcji. Natomiast nie wierzę, żeby te zachęty doprowadziły do tego, że więcej polskich inwestorów będzie się pchało do finansowania filmów. Ponieważ inwestorzy, którzy chcą wspierać filmy, robią to, bo kochają kino. Bardzo rzadko się zdarza, żeby ktoś traktował film jako formę inwestycji.

Akson Studio takich doświadczeń koproducenckich za dużo nie ma. Liczy Pan właśnie na to, że zrealizujecie więcej koprodukcji?

To była przede wszystkim moja świadoma decyzja, że wycofywałem się z wielu koprodukcji. Miałem poczucie, że traktuje się nas jak koproducenta z kraju, gdzie niedźwiedzie chodzą po ulicy. Nie mogłem sobie na to psychicznie pozwolić. „Katyń” miał bardzo zaawansowaną koprodukcję z Francuzami i Euroimages, ale tydzień przed zdjęciami zerwałem ten kontrakt, ponieważ okazało się, że stawki pracujących przy produkcji Francuzów miały być czterokrotnie wyższe niż Polaków na tych samych stanowiskach. Dlatego zrezygnowałem z Euroimges i koproducenta francuskiego. I tak było chyba z pięć razy. Koprodukcja miała być formą wyduszenia z nas wszystkich soków za małe pieniądze i bardzo mały procent koprodukcyjny. Nie mogłem się z tym pogodzić.


Robert Więckiewicz, Michał Kwieciński i Janusz Głowacki na planie "Wałęsy", fot. Akson Studio

Pana producencka przygoda filmowa zaczęła się od współpracy z Andrzejem Wajdą i od „Pana Tadeusza”.

To była bardzo dziwna przygoda, bardzo pouczająca dla mnie. Samo spotkanie z Andrzejem Wajdą to przełom w moim życiu producencko-reżysersko-artystycznym. „Pan Tadeusz” to był moment, w którym zaczynałem. Ten projekt powstawał przez rok. Był gotowy scenariusz, zrobiony casting, sprowadziłem script doctora ze Stanów i w ogóle byłem bardzo „światowy”. Wreszcie Pan Andrzej powiedział: „no dobrze, to teraz zacznijmy kręcić” i dopiero wtedy stwierdziłem, że nie jestem w stanie załatwić pieniędzy. Budżet był tak wielki, że jak pomyślałem, jakie są moje źródła finansowania, to stwierdziłem, że nie mogę Panu Andrzejowi zapewnić tych funduszy. Powiedziałem „Andrzej, przepraszam Cię bardzo, ale ja muszę oddać ten projekt Lwu Rywinowi, ponieważ sam go nie uniosę i gdybym nie wiem jak bardzo chciał zrobić ten projekt, to nie jestem w stanie zgromadzić takich pieniędzy. Pracowałeś nad tym, oddaję Ci to. To była wspaniała przygoda, ale mam nadzieję, że później, może za parę lat wrócisz do mnie jako do producenta.” Cierpiałem potwornie, bo to było dziecko, które stworzyłem i nagle oddałem je do adopcji. Andrzej nie mógł czekać kolejnych dwóch lat, aż ja nabiorę większej mocy, zresztą nie było to do końca pewne… Poszliśmy do Lwa Rywina, a on w ciągu tygodnia załatwił pieniądze. Patrzyłem na to z otwartymi oczami i myślałem z podziwem: „ jaki on jest wielki”. „Pan Tadeusz” to było to pierwsze dziecko i oddałem je z wielkim żalem. Na plan pojechałem tylko raz, bo sprawiało mi to przykrość. Zazdrościłem po prostu, że ktoś inny robi coś, co Andrzej Wajda ze mną wykreował. Ale od tamtego czasu miemal wszystkie przedsięwzięcia Wajdy były również moimi przedsięwzięciami.

„Pan Tadeusz” nie Pana rękami, ale doszedł do skutku. Czy we swoich wspomnieniach ma Pan jakieś projekty, które się nie udały.

„Dywizjon 303” jest taką moją przegraną, której się teraz przyglądam. Mam nadzieję, że powstanie wspaniały film. I druga rzecz - z synem Leopolda Tyrmanda nie udało mi się porozumieć co do powieści jego ojca „Filip”. Jako spadkobierca uznał, że można strasznie dużo zarobić na tej książce, skoro zainteresował się nią producent filmowy. Mit hollywoodzkiego producenta z cygarem jest tak silny, że wydaje się, że dysponuje nieskończenie wielkimi pieniędzmi i że tak mu zależy na projekcie, że można go wręcz szantażować. Spotykam się wielokrotnie z takimi sytuacjami. Jest mi tylko przykro, że ktoś nie rozumie, że to jest ciężka i ryzykowna praca. Trzeba ją bardzo kochać. Można nauczyć się kierownictwa produkcji, czyli produkowania, ale nie bycia producentem.

Akson Studio to jeden z większych graczy na rynku. Jak wiele propozycji propozycji scenariuszowych do was wpływa? Jak wygląda ten proces kierowania filmów do produkcji, rozpatrywania tego, co do Was przychodzi?

Na konkurs scenariuszowy Akson Studio wpłynęło około 4 tysięcy tekstów. Nastąpiło coś absurdalnego, bo każdemu się dziś wydaje, że umie pisać i może wysyłać co mu się w głowie ulęgnie, bez najmniejszej odpowiedzialności. Ale nikt nie przeczyta 4 tysięcy scenariuszy. Ja czytam często cztery strony lub streszczenie. Jeśli wiem, że nie mam serca do tego tekstu, to nie czytam dalej. A jeżeli coś mnie zafascynuje, to jestem w stanie walczyć, przegryzać aorty decydentom, urzędnikom i szukać pieniędzy. Ale to musi absolutnie być temat, który nie tylko mnie zainteresował, ale też muszę czuć z nim jakąś więź. Jedynie w przypadku Andrzeja Wajdy nie musiałem odczuwać tej więzi. Bo cokolwiek chciał zrobić Andrzej, ja też chciałem to robić. Bez żadnej wątpliwości. To jest człowiek, który odcisnął największe piętno na moich życiu.

Skoro wróciliśmy do Wajdy, zapytam co dalej z „Powidokami”? Film był polskim kandydatem do Oscara, ale nie przebił się do finałowej piątki. Jakie będą jego losy dystrybucyjne?

Sprzedaliśmy już „Powidoki” do 55 krajów. Film otwierał 12 festiwali światowych i cały czas jest w obiegu festiwalowym - do tej pory mieliśmy 120 zaproszeń na imprezy na całym świecie. Jeśli chodzi o frekwencję w kinach – myśleliśmy, że będziemy mieć między 250-300 tysięcy widzów i tyle jest.



Jakie są najbliższe plany Akson Studio. Dostaliście dofinansowanie do filmu Jacka Bromskiego „Pochłaniacz” według powieści Katarzyny Bondy.

Bardzo podobała się powieść Katarzyny Bondy, więc kupiłem prawa, potem Jacek, sprawdzając, kto ma prawa, trafił do mnie. Dostarczył bardzo dobry scenariusz na film i 10-odcinkowy serial. I teraz kolaborujemy z Canal+ i z TVP, żeby może razem stworzyć ten serial i ten film. Przygotowujemy także film Janusza Kondratiuka o jego bracie Andrzeju, pt. „Jak pies z kotem”. To zachwycający scenariusz. Trwają też prace postprodukcyjne nad filmem Pawła Maślony „Atak Paniki”, który produkuje mój syn. Widziałem pierwszą układkę, jest bardzo obiecująca. Planujemy też projekt polsko-hinduski oparty na faktach - o miłości Miss Indii z lat 70. i Polaka, syna urzędnika pracującego w Polskiej Żegludze Morskiej na Madrasie. To bardzo dziwna, ciekawa historia. Mam nadzieję, że to będzie taka komedia bollywoodzko-polska. Rozmawialiśmy z producentami hinduskimi. Będzie dużo tańców, ¾ akcji się dzieje na Madrasie, w Indiach, ¼ w Szczecinie. Chcemy też zrealizować projekt komercyjny „Miłość jest wszystkim”. To format holenderski, ale tak niezwykły, że po raz pierwszy w ogóle ośmieliłem się spojrzeć w stronę formatu filmowego. Wydaje mi się, że nigdy w Polsce nie czytałem tak dobrego scenariusza komedii obyczajowej.

W jakim kinie, w jakim filmie i w jakich serialach Pan się najlepiej odnajduje jako widz?

Ostatnio powaliła mnie „The Crown”, czyli „Korona”. Bardzo lubię też islandzki serial „Trapped” („W pułapce”). Poraził mnie kompletnie, także grą aktorów, na pewno zupełnie nieznanych.

A w kinie?

Ostatnio absolutnie zachwycił mnie „Moonlight” i „Lion. Droga do domu”, niezwykle podobało mi się też „Manchester by the Sea” - to bardzo mi bliski eksperyment narracyjny. Rozczarował mnie natomiast „La La Land”, to chyba nie jest mój klimat. Lubię filmy albo bardzo nasycone muzyką, albo romantyczne, a tutaj proporcje mnie jakoś znużyły. Zastanawiam się, jakim cudem ten film osiągnął tak nieprawdopodobny sukces.

Czy sukces da się w ogóle jakoś przewidzieć?

Nigdy. I na tym polega siła tego zawodu, który uprawiamy. Można wykoncypować film, na który przyjdzie np. 2,5 miliona widzów. Ale nie można mieć gwarancji, że to będzie sukces artystyczny.


Rozmawiał: Rafał Pawłowski
fot. tytułowa: Olga Grochowska



Do góry!