Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Inna definicja rapu

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Inna definicja rapu

Inna definicja rapu

Jak wyglądałoby moje życie, gdybym rzucił muzykę i zajął się czymś innym, „normalnym” – na nowej płycie zastanawia się Miuosh. Skąd „POP.”, tacy goście jak Organek, Nosowska, Rogucki czy Smolik i skąd optymistyczne spojrzenie na muzyczny rynek? O tym opowiada raper, producent, tekściarz, szef Fandango Records Miłosz Miuosh Borycki.


Na znakomitej okładce płyty „POP.” zakładasz czy zdejmujesz maskę?


Z jednej strony obnażam się z tego, czego się boję, albo czego bym w życiu nie chciał, a z drugiej, wchodzę w skórę kogoś innego. Ta okładka, szczególnie w wersji fizycznej CD, w której możesz obwolutą z tą maską poruszać, zdejmować i zakładać, jest symbolem tego, że poprzez muzykę można się totalnie wyzerować, ale też być kimś innym. Doskonale świat z „POP.” wychwycił autor okładki Forin, czyli Grzesiek Piwnicki.

Pod tymi maskami są bardzo osobiste teksty.

Chciałem żeby ten materiał był przemyśleniami na temat, jak wyglądałoby moje życie, gdybym rzucił muzykę i zajął się czymś innym, „normalnym”. Gdybym był odcięty od muzyki. Czy byłoby to fajniejsze. Często w rozmowach z innymi muzykami przewija się ten temat. Zastanawiamy się jak nasze życie nas różnicuje, odsuwa od normalnego funkcjonowania. Bo przecież, z jednej strony fajnie jest być muzykiem, ale to praca 24 godziny na dobę, muzykę mam w głowie cały czas. Odcięcie się od takiego życia nie jest łatwe. Mam masę znajomych, którzy funkcjonują w innym trybie i widzę, że nie jest im łatwo mieć weekend na odcięcie się od codziennego życia. Ja natomiast w weekendy jestem zazwyczaj w pracy, na koncertach. Trzeba umieć te życia balansować i dlatego ta maska na okładce jest ruchoma.


fot. P. Wierzgacz

Pop ma dla ciebie ambiwalentne znaczenie? Pewnie 10 lat temu nie myślałeś, że dojdziesz do etapu, że będziesz chciał tak nazwać swoją płytę i to nie na przekór.

To jest dla mnie przede wszystkim skrót, który rozwinąłbym na popularność problemów, które poruszam w tekstach. Goście, których zaprosiłem na płytę, oprócz Bajmu, niekoniecznie poruszają się w rejonach muzyki popularnej, ale z popularnością są kojarzeni. A poza tym dzisiejszy alternatywny pop jest znakomity. Zresztą scena rapowa też dzisiaj mieści się w popie, przecież obok disco polo i radiowego rocka to najpopularniejsza gałąź naszej muzyki. Miejsca rapu jest dziś w mediach, raperzy są muzykami popowymi i nie widzę w tym nic złego. Także „pop” ma tu wiele odnośników i absolutnie się go nie wstydzę. A czy się kiedyś tego spodziewałem? Nigdy nie mów nigdy i nigdy nic nie planuj – to jest moja zasada.

Bez wątpienia nasz rap jest dzisiaj inny niż ten, kiedy ty zaczynałeś. Ty też podchodzisz do niego inaczej. Ktoś w komentarzach pod klipem z nowej płyty na YouTube napisał, że „Miuosh to inna definicja rapu”.

Najciekawsi dla mnie artyści kojarzeni z tą sceną odchodzą w inne kierunki. Taco, Łona, Fisz czy Ten Typ Mes robią to w bardzo ciekawy sposób. Niestety spore grono ciągle patrzy na to, co do nas płynie z zachodu. Chcą się załapać w popularne nurty. Mnie to nie interesuje. Zresztą na koncertach widzę, że moja publiczność i muzyczni koledzy się zmienili. Podczas występów stykam się m.in. z artystami, którzy pojawili się na „POP.”, a nie z tymi zamkniętymi w rapie.

Są tu artyści różnych pokoleń, od Organka i Myslovitz, przez Katarzynę Nosowską i Piotra Roguckiego, po Soxso.

Nie jest dla mnie ważne czy klimat, który mnie pochłania jest tożsamy z artystami i muzyką aktualną, sprzed pięciu czy 20 albo 40 lat. Chciałem wyciągnąć wszystko to, co jest moim zdaniem dobrą muzyką. Mam przy tym świadomość, że nie wymyśliliśmy tu nowych gatunków muzycznych. Odwołaliśmy się do klasycznych rzeczy. Jest blues, alternatywny rock zrobiony z Myslovitz, poprock bajmowy zamieniony w taneczny klimat i bardzo dużo lat 80, wczesnych 90, muzyki klawiszowej, do tego trochę grime’u.



Skąd u ciebie to częste sięganie po klasyków naszej sceny. Pracowałeś już m.in. z Budką Suflera czy Janem Skrzekiem. Teraz Beata Kozidrak i Bajm. Rodzice podsuwali ci ich płyty jak byłeś nastolatkiem, żebyś nie tonął tylko w hiphopie?

Nigdy nie było tak, że podsuwali mi coś na siłę. Mama puszczała sobie Bruce’a Springsteena albo Queen, a tata od Pink Floyd po Jarre’a. I tym wszystkim też mimowolnie przesiąkłem i to się na „POP.” przecina. A zapraszanie gości sprzed lat to niechcący wykreowana tradycja, której chce się trzymać na kolejnych albumach. Hołduję przy okazji rapowej tradycji samplingu.

Wykorzystując fragment utworu „Jezioro szczęścia” Bajm.

Ważne dla mnie było, by wykorzystać oryginał Bajmu, a nie śpiewać na nowo. Tak jak ważna była zgoda artysty na wykorzystanie fragmentu utworu. Trochę bałem się decyzji Bajmu, ale udało się bez żadnych przeszkód dogadać. Artyści ze starszego pokolenia, czy to Beata czy Tomek Żeliszewski z Budki Suflera, z którym spotkałem się dwa lata temu to są wyjątkowi artyści, z którymi mimo różnic wieku dogadujemy się bez problemu.

Nie wykorzystujesz ich największych przebojów.

Wybieram te, które lubię i szanuję. Nie dobieram ich przypadkowo i faktycznie nie są to numery z pierwszych rzędów, hiciory. Te kompozycje mam na swoich płytach. Sam jestem ciekaw kto będzie następny.

W przypadku samplingu często pojawia się problem praw. Jesteś za wykorzystaniem pełnych fragmentów kompozycji czy też za przerabianiem ich na nowy muzyczny język?

To zależy, bo faktycznie dwa dźwięki wykorzystane jako instrument są czymś innym niż fragment z wokalem i małą częścią piosenki. Jeżeli budujesz tym fragmentem charakter numeru to jednak trzeba poprosić o zgodę. Szczególnie jak to jest polski wykonawca. Nie wyobrażam sobie samplowania polskiego artysty bez konsultacji z nim. Elementarny szacunek jest niezbędny.

Od początku miałeś pomysł na taki zestaw artystów na „POP.”, czy on ewoluował?

Towarzystwo i przez to album tworzyli się na bieżąco, zgodnie z kolejnymi przygodami muzycznymi: Męskie Granie, 20-lecie Myslovitz, koncert Tribute to Hey. Wszyscy pojawili się przez ostatnie kilkanaście miesięcy naturalnie, producent Fox też. I to całe towarzystwo świetnych autorów piszących podobnie do mnie, intensywnie, mocno, mrocznie, to było najlepsze co się mogło tej płycie przytrafić.

W otwierającym płycie utworze „Nie” rapujesz „czuję ile uciekło mi lat”. Masz wrażenie, że coś ci muzycznie uciekło, że popełniłeś jakiś błąd?

Nie żałuję niczego, a taki album nagrałem właśnie dlatego, że kilka razy się potknąłem albo stałem za długo w jednym miejscu. W tym tekście chodzi o to, że muzyka spowalnia rozwój emocjonalny, że może odsunąć od pewnych rzeczy. Nie jest przecież tak, że jako muzyk przeżywam wyjątkowe chwile, a wszyscy inni mają bardzo źle. Innym też świetnie idzie, mają swoje extra życie, zawodowe i rodzinne. I kiedy jest się muzykiem warto sobie to szybko uświadomić.

Wspominasz też swoje 30. urodziny, to była dla ciebie data graniczna?

Miałem trochę doła (śmiech). Wśród znajomych mam sporo młodszego towarzystwa i to mi przypominało o moim wieku. Ale w pionie trzymała mnie moja żona Sandra. Pomogły mi też słowa Smolika, który uświadomił mi pewną rzecz. Powiedział: większość ostatniej dekady przeimprezowałeś, przejadłeś, byłeś głupi. Dopiero teraz się rozkręcasz i wiesz po co, i jak idziesz.

Czym się to rozkręcenie objawiło?

Na przykład gram na gitarze. Pewnie 10 lat temu, nie tylko nie pomyślałbym, że nagram płytę „POP.”, będę samplował Bajm, a do tego zagrał na gitarze, ale sam bym się z siebie zaśmiał. Nie miałem wtedy tyle odwagi muzycznej by uznać, że to nie będzie obciachowe.



W „Perseidach” śpiewasz „czekam aż będzie nas troje”.

To był pierwszy numer napisany na ten album. Zacząłem go pisać w ciężkim psycho-fizycznie momencie. Byliśmy tuż przed serią stresujących dla nas koncertów akustycznych w Teatrze Śląskim. Dwie doby przed pojechaliśmy do Francji. Tysiąc sześćset kilometrów busem, na miejscu o szóstej, rano po trzech godzinach snu, potem koncert i powrót. Tekst pisałem jadąc w tym busie. Zastanawiałem się czy to wszystko co robię jest w ogóle normalne. Zrozumiałe, że chcę wyjść od zmęczenia muzyką i postawić przed sobą jakąś decyzje. Po 1/3 życia i to z tą samą dziewczyną, potem żoną, kombinuję, żeby może coś by się tam pojawiło, żeby rozszerzyć sobie wachlarz rodzinny.

„Normalność to problem dla nas” – to fragment innego tekstu. Nie masz wrażenia, że każdy chce być dziś przesadnie inny, wyjątkowy?

Ludzie mają problem z tym, żeby być zwykłymi. A zwykli ludzie są świetni. Jak chociażby Maria Czubaszek. Była wyjątkowa w najbardziej prostej sprawie, wyjątkowo podchodziła do normalności. Podobnie Szymborska. Od takich ludzi powinno się uczyć wyjątkowości, w pewnym sensie przyziemnej, jednostkowej, nienaciąganej, prawdziwej, wynikającej z wnętrza. Wiadomo, że każdy ma słabszy moment i ja też mam na koncie takie wydarzenia. Ale opieranie całego życia, na tym, żeby być świetnym jest bez sensu. To jest wzajemne, niezdrowe napędzanie się. Każdy dzień nie powinien być wyjątkowy, bo wtedy żaden taki nie jest.

To też cię odsunęło od środowiska hiphopowego i pchnęło w inne, które pojawiło się na „POP.”?

W rapie zawsze było mało normalności i zdystansowania się do siebie. Do tego raperzy bardzo zwracają uwagę na wyróżnienia, nominacje do Fryderyków. A sama Nosowska ma ich tyle, co wszyscy raperzy razem wzięci, ale to wcale nie podkręca jej pewności siebie, pozostała normalna. Charyzmą i podejściem do życia, sposobem relacji z innymi, tak jak inni goście na „POP.” wyprzedza o całe lata świetlne część sceny raperów.

Nie unikasz projektów historycznych. Nagrałeś płytę „Czarne ballady. Wujek.81”. Wraz ze Smolikiem i Natalią Grosiak „Historie” upamiętniającą powstanie warszawskie. Są jakieś historyczne rejony, w których nie chciałbyś się poruszać, wnikać w nie?

W projektach, w których brałem udział starałem się skupiać na ludziach. Nigdy nie chcę wiązać się z samą polityką. Nie chcę stawać po stronie konfliktów politycznych, bo one zawsze są stronami. Nie chcę w tych dywagacjach używać muzyki.


fot P. Wierzgacz

Jako założyciel i prowadzący Fandango Records jakie widzisz największe problemy współczesnego rynku muzycznego, piractwo?

Problem piractwa wciąż istnieje, ale na pewno jest lepiej niż kiedyś. Wciąż rośnie cyfrowa sprzedaż muzyki i to widać z miesiąca na miesiąc. Co prawda to są wciąż śmieszne zarobki dla wykonawców i wytwórni, ale ten wzrost legalnego streamingu jest widoczny i mnie cieszy. Z drugiej strony widać u ludzi chęć posiadania nośnika, stąd popularność winyli czy mały powrót do wydawania kaset. Wraca do niego m.in. moje pokolenie, które dorastało w początkach internetu w Polsce, pierwotnego ściągania muzyki i wymiany za pomocą programów typu peer-to-peer, jak KaZaa. Wtedy dzięki nim, można było znaleźć muzykę u nas niedostępną. Teraz się to zmieniło i to zmieniło też nas. Możesz ściągnąć każdą płytę z każdego miejsca na ziemi. Doszliśmy też do docenienia ludzi, którzy zajmują się stroną graficzną płyty, okładkami. Można powiedzieć, że się zresetowaliśmy. Staliśmy się trochę jak nasi rodzice (śmiech). Ich winyle przynosimy z powrotem z piwnicy do domu. Patrzę na to optymistycznie.

Rozmawiał: Wojciech Przylipiak



Do góry!