Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Rytm jest tym, co łączy wszystko

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Rytm jest tym, co łączy wszystko

Rytm jest tym, co łączy wszystko

Markiem Niedźwieckim i Sylwestrem Ostrowskim spotkaliśmy się w radiowej "Trójce". Udaliśmy się do krainy wspomnień, fascynacji i ciekawych spostrzeżeń, rozmawiając także o tym, że jazzu nie lubi ten kto go nie zna, dyskutując o kinowej liście przebojów Marka Niedźwieckiego, Bondzie, poezji i kluczowych inspiracjach.


Marek Niedźwiecki
: Co słychać u Deborah Brown?

Sylwester Ostrowski:  Przygotowujemy się do trasy koncertowej, widziałem się z Deborah dwa lub trzy tygodnie temu w Kansas City. Jest w znakomitej formie.

MN
: To pozdrów ją  przy okazji bardzo serdecznie. Deborah poprosiła mnie o to, żebym został jej kolegą na „twarzaku”, ale ja nie jestem „taki kumaty”, nie wiem nawet, czy wysłała mi zaproszenie. Ale będę sprawdzał.

SO: Deborah też nie jest „taka kumata”. Ja może sprawdzę Was oboje i dam Wam znać.

MN: Byłeś zaangażowany w powstanie Szczecińskiej Akademii Sztuki i nawet był pomysł, żebyś został jej kanclerzem.

SO: Stare dzieje.

MN: Stare. Jak do tego doszło?

SO: Szczecin był jedynym dużym miastem, które nie miało państwowej uczelni artystycznej, a my, artyści czuliśmy taką potrzebę. Ponieważ jestem osobą dość obrotną, pomogłem w odpowiednim momencie otworzyć tę uczelnię i rzeczywiście w 2010 roku powstała Akademia Sztuki, która funkcjonuje do dzisiaj.

MN: W międzyczasie stałeś się najważniejszym człowiekiem od muzyki w Szczecinie, organizujesz tam wiele imprez. Pamiętam, jak kiedyś zapytałeś mnie, czy poprowadziłbym koncert w Szczecinie. Pomyślałem: „Nie chce jechać do Szczecina, na koniec świata, więc zniechęcę go i powiem, że poprowadzę pod warunkiem, że to będzie koncert Kari Bremnes”. Trzy dni później – czy może jeszcze tego samego dnia – Sylwester dzwoni i mówi „Panie Marku, Kari Bremnes będzie na koncercie”.


Marek Niedźwiecki, fot. Kinga Jakubowska

SO: Dziś Szczecin nie jest wcale tak daleko. Można dojechać autostradą.

MN: Za rok zadzwonił do mnie Sylwester i powiedział, że moglibyśmy ten koncert powtórzyć, więc chciałem go jeszcze bardziej zniechęcić i powiedziałem Silje Nergaard.

SO: Też przyjechała i też było ciekawie.

MN: W następnym roku wymyśliłem Thomasa Dybdahla i ja wówczas nie dojechałem.

SO: Ten jeden raz…

MN: We Wrocławiu byliśmy na majowy weekend i  było minus 5. Odebrało mi głos.

SO: Pamiętam ten telefon, gdy dzwoni do mnie ktoś i mówi bardzo niskim basem „Cześć, to ja, Marek Niedźwiecki, nie przyjadę, jestem chory”.

MN: Podstawiony facet. :) Rok później wymyśliłem, że albo George Michael albo Michael Jackson i wówczas koncert się nie odbył. Nie dajesz rady wszystkiego załatwić.

SO: Niemożliwych rzeczy nie jestem w stanie.

MN: A ja, żeby jeszcze bardziej zniechęcić Sylwestra powiedziałem, że przyjadę, jeśli za rok na koncercie pojawi się Gino Vanelli.

SO: No i pojawi się 9 kwietnia w Szczecinie.

MN: Jasny gwint. Jeśli mnie pamięć nie myli, to pojawi się w Polsce po raz pierwszy. Gino Vanelli to jest jeden z tych artystów, o których koncercie marzyłem od lat osiemdziesiątych. On na koncertach jest po prostu zjawiskowy. No, ale to jest duża produkcja, to już nie odbędzie się w Trafostacji?

SO: Odbędzie się w Filharmonii Szczecińskiej. Mamy coroczną galę wręczenia nagród artystycznych miasta Szczecina, więc to będzie prestiżowe wydarzenie. I tym razem, Panie Marku, nie podstawi Pan nikogo z niskim głosem. W kwietniu jednak różnie bywa  z pogodą, więc proszę tydzień wcześniej zażywać leki odpowiednie, ziółka pić, żeby, broń Boże, żadna choroba się nie przyplątała…


Sylwester Ostrowski, fot. Kinga Jakubowska

MN: Aż się boję pomyśleć, kto by mógł być następnym artystą, ale o tym porozmawiamy chyba za rok. Powiedz mi, jak traktujesz Internet w Twojej pracy.

SO: To jest bardzo ważny obszar i wszystko nam obecnie zmienia – dostępność i sprzedaż muzyki. Sprzedaż utworów i albumów w głównej mierze odbywa się przez Internet.

MN: Ale w związku z tym, że przechodzi przez Internet, to można wszystko ściągnąć i pojawia się problem pirackiego rozpowszechniania.

SO: Młodzież jest przyzwyczajona, że muzyka jest za darmo. Jeżeli coś kosztuje, to ich zniechęca. Z drugiej strony płyt praktycznie nikt dziś nie kupuje…

MN: No ja kupuję!

SO: Ja też kupuję i kupują fani na koncertach. Natomiast dziś muzykę kupuje się głównie przez Internet. To jest obszar bardzo ważny i wymaga, wydaje mi się, procesu edukacyjnego, wytworzenia świadomości jak ważne jest korzystanie z legalnych źródeł, obojętne czy one są odpłatne czy nieodpłatne, powinny pracować nie tylko dla odbiorców, ale też dla twórców. Jeżeli wszystko będzie za darmo, to artysta nie przestanie tworzyć, ale kiedyś za prąd będzie musiał zapłacić.

MN: Jak z tym walczyć, czy to nie jest walka z wiatrakami?

SO: Potrzebne są akcje społeczne, edukacja, uświadamianie. Należy zachęcać do legalnych źródeł. Oprócz tego sami artyści muszą  - już na poziomie szkoły, jak Akademia Sztuki - poznawać prawo autorskie, marketing w Internecie, dowiadywać się, jak umieszczać utwory, by pracowały na artystę. To nie zawsze muszą być pieniądze ze sprzedaży płyty, to może być też podbicie wizerunku. Mówiąc wprost, jeżeli masz dużo odsłon na YouTubie czy na Facebooku, to chętniej zapraszają cię na koncerty, jeżeli częściej grasz koncerty, to masz za co opłacić zespół i rachunki. Widzę jednak przyszłość w świadomej edukacji, która powinna być uregulowana w systemie.

MN: Ja jestem trochę „staroczesny” i nie wyobrażam sobie, że można tylko słuchać muzyki w ten sposób. Oczywiście ściągam pliki, dostaję je też od wytwórni, bo nie dostajemy teraz singli, tylko pliki. Ale nie mieć płyty, nie dotknąć jej, nie popatrzyć na okładkę, na to, co jest w środku, nie poczytać tekstów, nie powąchać? Na przykład kanadyjskie płyty pachną zupełnie inaczej niż wszystkie inne. Ja sobie tego nie wyobrażam, moim zdaniem to jest olbrzymia przyjemność mieć muzykę w wersji materialnej. Ale za to trzeba zapłacić, np. taki Gino Vanelli - 11,99 $ w Chicago.

SO: No tak, nawet znam osobiście wielu muzyków młodego pokolenia, którzy na co dzień słuchają muzyki z komórki, ale jednak zgadzam się, że warto, by dzieło miało wymierny kształt. Dlatego też powraca się teraz do winyli,  to jest forma kolekcjonerska, która wyróżnia.

MN: Ja już nie będę wracał, za dużo mam kompaktów.

SO: Wydaliśmy też płytę z Deborah, która – szczęśliwie dla nas – dobrze się sprzedaje, ale jest też obecna na Spotify, Tidalu i w ogóle w Internecie. Niemniej jednak gdy wymieniam się muzyką z młodszymi kolegami po fachu, często słyszę „o Jezu, ale gdzie ja to odtworzę”. Kolejne pokolenie nie ma już CD playera. Płyt może słuchać w samochodzie, choć wkrótce i to się zmieni. Wracając do walki z piractwem - jeszcze raz podkreślam, to jest kwestia edukacji i świadomego podejścia. Muzycy powinni obserwować, jak to zmienia ich działalność. A odbiorcy? Też fajnie by było, gdyby zrozumieli, że nie zawsze to, co jest za darmo, jest dobre.


Deborah Brown, Marek Niedźwiecki i Sylwester Ostrowski, fot. Martyna Jakubiak

MN: Pod tym się podpisujemy, zdecydowanie. Deborah Brown Quartet & Sylwester Ostrowski – „Kansas City Here I Come” to przy okazji prawdziwa płyta. A jakieś plany najbliższe, powiedz?

SO: Jedziemy z Deborah w trasę europejską - 31 lipca zaczynamy w Wiedniu w Mozart Haus, takim fajnym tytułem „Mozart meets Charlie Parker”, potem gramy w Polsce, na festiwalu Ystad Jazz Festiwal, który jest największym festiwalem jazzowym w Szwecji i drugim największym w Skandynawii (jesteśmy wśród trzech wybranych zespołów, które będą mieć transmisję w szwedzkim radiu). Zagramy jeszcze w Kołobrzegu na festiwalu i wielki finał na The Tall Ship Races, gdzie pięć lat temu się spotkaliśmy. Jedziemy też do Stanów w drugiej części roku.

MN: Przed chwilą powiedziałeś, że Gino Vanelli w Szczecinie 9 kwietnia 2018 roku. Nie dworujesz?

SO: Nie, bo już nie mogę.

MN: Stało się! Nie wiemy jeszcze jak będzie z biletami. Do tematu wrócimy zimą.

Kinga Jakubowska (Legalna Kultura): Z zainteresowaniem przysłuchuję się Waszej rozmowie. Mam coraz większą ochotę zapytać, co Was inspiruje do twórczego działania. Na przykład, co czytacie, jakie filmy lubicie i w jaki sposób je oglądacie?

MN: Przyznam się, że ostatni film, jaki widziałem w polskim kinie to „Lista Schindlera”, czyli ponad dwadzieścia lat temu. Przestałem chodzić do kina, bo nienawidzę, kiedy wszyscy wokół prychają, kichają i jedzą te popcorny. Irytuje mnie to. Pamiętam kino z lat siedemdziesiątych, kiedy nie było coca-coli i chipsów, a już na pewno nie zabierało się ich do sali kinowej. Wchodziło się do kina, człowiek zapadał się w fotel i liczył się tylko ekran. Po chwili przestaję myśleć o tym, że są napisy, tylko wchodzę w film, a po dwóch godzinach nagle „budzi” mnie światło. Kino jest absolutną magią. Po filmie „Niebezpieczne związki” wyszedłem chory, „Kabaret” mnie po prostu powalił. Oczywiście byłem wówczas młody i nic jeszcze nie wiedziałem o świecie. Uwielbiałem robić listy filmów, które widziałem w ciągu roku, każdemu filmowi dawałem ocenę: 3+, 5- itd. Takie trochę poukładane jak moja Lista przebojów. Oczywiście oglądam też nowe filmy, ale w domu na DVD. Tyle, że wtedy mogę zatrzymać je na chwileczkę, a potem lecieć dalej, ale z drugiej strony  mam wyciszenie i spokój. Pochłaniam też dużo filmów w telewizji – czyli również legalnie. Natomiast swoje ulubione filmy kupuję na płytach DVD i np. „Australię” z Nicole Kidman i Hugh Jackmanem widziałem już chyba czterdzieści razy.

SO: Nie mam w domu telewizora ani odtwarzacza DVD. Oglądam filmy w kinie lub też na portalach internetowych na przykład zalukaj.pl.

KJ: To ciekawe, bo to jest piracki portal, jeden z największych.

SO: Jak to? Przecież pobierają opłaty za dostęp! nie wiedziałem o tym, że zalukaj.pl jest piracki, wyprowadzacie mnie z błędu.

KJ: Wyprowadzamy Cię totalnie, ponieważ jest masa nielegalnych portali, które pobierają opłaty. To jest podwójna nieuczciwość: po pierwsze rozprowadzają coś, do czego nie mają uprawnień, po drugie biorą za to pieniądze i wprowadzają ludzi w błąd.

SO: Jestem w szoku. Nigdy w życiu by mi do głowy nie przyszło, że coś, za co się płaci w Internecie może być nielegalne. Nie mieści mi się w głowie, że to funkcjonuje bez przeszkód od wielu lat. W życiu już nic nie zalukam. Które portale są w takim razie legalne?

KJ: Najprościej rzecz ujmując, wszystkie legalne znajdziesz w Bazie Legalnych Źródeł, na szczęście jest ich sporo.  Wracając do naszego pytania, powiedz, jakie lubisz gatunki filmów?

SO: Mam dwie własne kategorie. Film na sen czy też wyłączenie się, coś co pozwala mi wyłączyć myślenie o muzyce, o bieżących projektach, o nerwach. Ja mam to szczęście i nieszczęście jednocześnie, że moja praca jest moją pasją i jest ze mną cały czas. I to jest piękne, ale są też momenty, w których chciałbym o tym nie myśleć, a nie mogę. I wówczas sięgam po filmy, które nie wymagają zbyt dużego skupienia intelektualnego. Najczęściej wybieram filmy akcji, jak na przykład „Marsjanin” z Mattem Damonem.  Natomiast film, który ostatnio bardzo mi się podobał to „La La Land”. Jako muzyk byłem zauroczony, jak dużo zrobiono dla muzyki jazzowej promując ją wśród osób, które z jazzem nie mają nic wspólnego. Scena w której Ryan Gosling opowiada swojej dziewczynie, na czym polega jazz. Ona mówi: „Nie lubię jazzu”. „Jak to nie lubisz jazzu, to znaczy, że nie znasz jazzu” – odpowiada Gosling. Znakomita robota. Całość jest fajną, romantyczną historią – a ja jestem romantykiem i lubię filmy o miłości, lubię się wzruszyć oglądając filmy. Nie płaczę, ale lubię się wzruszyć.


Detroit Techno with Yah Supreme & Sylwester Ostrowski

KJ: Panie Marku, kogo z polskich reżyserów umieściłby Pan na szczycie swojej listy?

MN: Krzysztofa Kieślowskiego. Właściwie bałem się jego każdego kolejnego filmu, ale ja uwielbiam się bać. Uwielbiam również horrory; nie takie, gdzie krew się leje, tylko takie, które coś mają w tle. Na przykład Jasona Bourne’a mogę oglądać zawsze, a z filmów akcji przygody Jamesa Bonda. Uważam, że najlepszym Bondem w historii – czym się pewnie narażę – jest Daniel Craig. I czekam na następnego Bonda, bo te poprzednie z perspektywy czasu, to są takie bajeczki, strzelanie z kapiszonów. Natomiast scena w tym Bondzie, którego widziałem nie tak dawno po raz kolejny - scena w Meksyku na początku filmu jest absolutnym kilerem.

KJ: Czy Marek Niedźwiecki ma czas na literaturę?

MN: Coraz mniej. A uwielbiam, kiedy książka mnie złapie i dozuję ją sobie. Tak było np. z „Kodem DaVinci”, kiedy byłem na Korsyce na wakacjach i nagle spostrzegłem, że zbliżam się do końca, więc dozowałem sobie po 30 stron dziennie, żeby mieć do końca wakacji. To jest niesamowite, bo jak już „się złapię” w książce, to ona mnie pochłania i właściwie mogę całą noc czytać. Niestety nie mam za dużo czasu na literaturę. Natomiast nie dałem się namówić na audiobooki – sam z resztą zrobiłem jeden dla „radiety” – może to jest fajne, jeżeli ja sam piszę książkę i ją czytam, natomiast jeżeli aktor mi ją czyta, odczuwam, że narzuca swoją interpretację. Wolę jednak książki, bo rozwijają wyobraźnię. W dzieciństwie mama nie mogła mnie nakłonić do czytania, ale potem, jak już załapałem, to nie mogłem się uwolnić. Lubię się tak zatopić w książce jak w filmie.

KJ: Gdyby musiał Pan wybrać - książka czy film?

MN: Zdecydowanie książka. Wolę książkę, bo sobie zaznaczam. Wstyd się przyznam, czytam też poezję. Jak już wszystko mi dokopie, to biorę Poświatowską i robię sobie znaczki, skreślam, dopisuję… w ogóle mam odruch dopisywania. Czasami na płytach piszę sobie czasy, bo często artyści nie piszą czasów – a dla mnie, radiowca to niezwykle ważne, ile trwa utwór. I zaznaczam też krzyżykami i kropkami, co mi się na płycie podoba. Niszczę ją w jakiś sposób, ale może – jak już odejdę – uda się to sprzedać na Allegro za dobre pieniądze…

KJ: Wrócę na chwilę do poezji, dlaczego „wstyd się przyznać”?

MN: Żartowałem, to taka kokieteria. Lubię czytać poezję, to zaczęło się, kiedy byłem recytatorem, to mnie ośmielało. Bo na początku jako dzieciak czerwieniłem się przy każdej okazji. Byłem nieśmiałym dzieciakiem z małego miasteczka, takim troszeczkę zakompleksionym, a żeby recytować, musiałem wyjść na scenę i skonfrontować się z rzeczywistością.

KJ: Czyli to był początek mistrza radia?

MN: Tak, to była też nauka języka, poprawne mówienie końcówek. Moja ciocia prowadziła teatr lokalny w Zduńskiej Woli i ja do niej jeździłem na zajęcia. Ciotka mnie po dwie godziny trzymała, kazała mówić i poprawiała - „nie mówi się <<tą>> tylko <<tę>>”, to była nauka radia w pewnym sensie, bo potem z dnia na dzień zacząłem być lektorem i spikerem. Przyjęto mnie w Łodzi, wygrałem konkurs na spikera, bo wiedziałem, jak trzeba mówić do mikrofonu i znałem poprawną polszczyznę. W miarę.


Bobby Watson i Sylwester Ostrowski

KJ: Sylwester, co tak zamilkłeś? Jak Twoje książki?


SO: Nie jestem molem książkowym, ale czytam sporo. Teraz znakomitą książkę „Coltrane wg Coltrane’a”, jedną z najlepszych książek o jazzie. To jest pod redakcją Chrisa DeVito, który zrobił coś niesamowitego – w książce o jednym z największych muzyków w historii jazzu, jeśli nie największym – zawarł wszystkie wywiady spisane, nagrane, powiedziane, i listy, które napisał Coltrane o muzyce. Czyli wszystko to, co jest dostępne, zarejestrowane, wiarygodne i wyszło spod pióra Coltrane’a znalazło się w książce. Niesamowite. Kiedyś z moim przyjacielem, trębaczem Piotrem Wojtasikiem rozmawialiśmy o tym, że w pewnym momencie przestaliśmy czytać książki o muzyce pisane przez krytyków i muzykologów, a zaczęliśmy szukać na YouTube wywiadów z muzykami. W literaturze o wiele łatwiej dowiedzieć się, co Szekspir  miał do powiedzenia na temat świata, wystarczy go przeczytać. Ale co Jan Sebastian Bach myślał o kompozycjach, które tworzył? Jeśli można by to przeczytać albo posłuchać, byłoby to niesamowite. Na szczęście ci najwięksi twórcy jazzowi, ojcowie stylu tworzyli w czasach, kiedy były już nagrania i mamy teksty źródłowe.

KJ: Marek Niedźwiecki mówił o poezji, że go wycisza i że jest to rodzaj detoksu. Czy poezja jest inspiracją dla muzyka jazzowego, który nie śpiewa?

SO: Dwa tygodnie temu miałem przyjemność brać udział w takim happeningu - grałem podkład muzyczny do słów czytanych przez aktora. W takiej interakcji słowo – muzyka – improwizacja. Wszyscy mówili, że wyszło nieźle. Mimo że na co dzień w poezji nie siedzę, to wciąż takie rzeczy jak akcent, pauza, kwestie oddania rytmu i ekspresji są wspólne. Osobiście odkryłem  - bo to już było odkryte wcześniej – że jest element wspólny dla każdej dziedziny sztuki, a nawet dziedziny życia. Tym elementem jest rytm. Rytm jest tym, co łączy wszystko. Rytm, akcent, impuls jest wyczuwalny nawet w malarstwie. W wypowiedzianym słowie, zaśpiewanym, deklamowanym, napisanym, namalowanym, wyprodukowanym, w audio, w performansie, wszędzie mamy rytm, który okazuje się być wyjątkowo zbieżny z tym, który występuje w muzyce.

Większość muzyków jazzowych - tak przynajmniej wynika z mojego doświadczenia - nie czytuje poezji i nie penetruje innych dziedzin sztuki. Natomiast niewielu jazzmanów jednak robi to, świadomie szukając inspiracji w innych dziedzinach, chcąc poznać nie tylko sztukę, ale też środki wyrazu, metody kompozycyjne w malarstwie czy poezji, żeby znaleźć wspólne mianowniki. Zgłębianiu sztuki poświęcają się ludzie, którzy na serio zajmują się artyzmem, a bardzo dobrzy „rzemieślnicy” raczej nie są tym zainteresowani.

KJ: Z czego to wynika?

SO: Dużo się zastanawiałem nad modelem edukacji artystycznej, jaki jest w Polsce. Odkryłem wówczas, że studia muzyczne - mam na myśli instrumentalistykę – to studia mistrzowskie. Polega to na tym, że obojętne czy grasz jazz, klasykę, muzykę dawną czy symfonikę, musisz bardzo dobrze opanować swój instrument, jeżeli chcesz zostać w zawodzie. Na stu absolwentów kierunku instrumentalnego w Polsce tylko 10 znajduje pracę. Jak bardzo dobrym trzeba być, skoro tylko 10 najlepszych może zostać w zawodzie? To powoduje, że przez okres studiów musisz bardzo dużo czasu poświęcić na granie, wiele godzin dziennie. A to z kolei sprawia, że rozwijasz się na tym instrumencie, ale bardzo rzadko sięgasz po rozwój w innych dziedzinach. Zupełnie inaczej niż w przypadku studiów kompozytorskich, gdzie nie musisz ćwiczyć 8 godzin dziennie. Możesz ćwiczyć 2-3 godziny techniki kompozytorskie, a pozostały czas  możesz poświęcić na rozwijanie się jako osoba, która rozumie świat, szuka inspiracji w innych dziedzinach, źródłach. Tak samo,  jeśli studiujesz sztuki wizualne, np. malarstwo – nie musisz 8 godzin dziennie trzymać pędzla w ręku, tylko możesz to robić godzinę, a przez resztę szukasz inspiracji życiowych, rozwijasz się intelektualnie. W zakresie kierunków artystycznych ten intelektualny rozwój jest inny. Instrumentaliści muszą bardzo dużo czasu poświęcać na granie gam i pasażów, po prostu. Pompki i przysiady codziennie i nie starcza im siły, by sięgnąć po „Ulissesa” wieczorem. A w innych dziedzinach artystycznych jest to nieodzowne. Musisz mieć bardzo szeroki horyzont i to się też przekłada na chłonność czy lekkość intelektualną, percepcję danych artystów. To daje energię.


Sylwester Ostrowski w akcji z Dorotą Miśkiewicz

KJ: Panie Marku, a co Panu jeszcze daje energię. Czy jest takie miejsce na ziemi, gdzie ładuje Pan akumulatory?

MN: Australia, zdecydowanie. Jak pierwszy raz pojechałem w 1995 roku, to miałem wrażenie, że to jest jedno z moich miejsc na świecie. Nie chcę szpanować, dlatego mówię, że  Polska też, ale uwielbiam te swoje ucieczki, bo to są takie ucieczki do Australii. Przede wszystkim odwiedzam znajomych, dlatego tam ciągle latam. Bo mówią np. słuchaj, lecimy na Nową Zelandię, jak chcesz, to przyjedź i lecisz z nami. To na tej zasadzie. Ale też dużo sam podróżuję, zwłaszcza do Kimberley. Bardzo odległa kraina, nawet w sensie mentalnym.

KJ: Wracając do muzyki. Sylwester, jaki był pierwszy instrument, na którym grałeś?

SO: Saksofon. Mój tata grał na saksofonie i saksofon był zawsze w domu. Z różnych względów w moim życiu wszystko zawsze szło odwrotnie, nie tak jak powinno być. Saksofon był w domu, ale bardzo późno po niego sięgnąłem, dopiero jak miałem 15 lat zacząłem na nim grać, mimo że powinienem to robić od małego. Od zawsze było wiadomo, że będę na grał na saksofonie, ale przyszło to jakoś późno. Ten instrument był mi pisany. Moje życie jest kolorowe, najpierw byłem saksofonistą, potem producentem, następnie tworzyłem szkołę, a teraz znów jestem saksofonistą. Saksofon mam w sercu.

KJ: Twoja współpraca z Deborah to ciekawa historia muzyczna i emocjonalna, to już właściwie przyjaźń. Czy myślisz o tym, żeby rozwijać się też z innymi wokalistami?

SO: To idzie wielotorowo, bo z jednej strony wciąż ćwiczę, rozwijam się, żeby jak najlepiej grać. Deborah pomogła mi znaleźć swoją drogę i udzieliła mi takiego wizerunkowego wsparcia na niwie międzynarodowej, które już dziś odczuwam, bo jedziemy na kilka festiwali europejskich, na które sam, jako Sylwester Ostrowski nigdy bym nie został zaproszony. A Deborah Brown i Sylwester Ostrowski zostali zaproszeni. Z pewnością jest  to współpraca niezwykle dla mnie udana muzycznie i biznesowo.

KJ: Sylwester Ostrowski to jesteś Ty i Twoja kapela?

SO: Tak, to jest kilku nowojorskich muzyków, z którymi współpracuję od lat. Muszę to podkreślić, że to są świetni muzycy, światowej klasy. Namówiliśmy Deborah do wspólnego grania.  Teraz będę nagrywał płytę z Carlem Craigiem z Detroit dla młodzieżowej publiczności, która słucha muzyki w Internecie. Także zupełnie inny kierunek, ale bardzo ciekawy dla mnie. Jestem zainteresowany tą współpracą, ponieważ to są jazzmani, którzy wykorzystują elektronikę, ale na bardzo wysokim poziomie i bardzo chciałbym tego spróbować. Mam jeszcze kilka otwartych możliwości współpracy, ale sam nie wiem co będzie za rok. Dzisiaj skupiam się na współpracy z Deborah i chcę to kontynuować jak najdłużej, ale jeszcze nie zdecydowaliśmy, czy nagramy kolejną płytę za rok, dwa. Nie wzięliśmy ślubu artystycznego, tylko mamy świadomość, że to jest ten moment, który chcemy jak najlepiej wykorzystać.

MN: I to jest myśl dobra na pointę - warto jak najlepiej wykorzystać moment, w którym jesteśmy.


Deborah Brown i Sylwester Ostrowski w Trójce, fot. Katarzyna Rainka


Marek Niedźwiecki - dziennikarz muzyczny, "radiota", długoletni prezenter Programu Trzeciego Polskiego Radia. Dla wielu to wzorzec radiowego brzmienia. Dzieciństwo spędził w Szadku, a swoje pierwsze radiowe kroki stawiał w Studenckim Radiu Żak Politechniki Łódzkiej. Twórca jednej z najważniejszych list przebojów w Polsce - Listy Przebojów Trójki, a także Topu Wszechczasów i serii płytowej Smooth Jazz Cafe. Na swoim koncie ma też kilka książek, m.in. "Nie wierzę w życie pozaradiowe" (2011) i "Radiota, czyli skąd się biorą niedźwiedzie" (2014).

Sylwester Ostrowski
– saksofonista jazzowy i producent muzyczny. Zbodywca Fryderyka 2007 jako producent płyty Piotra Wojtasika „Circle” oraz odznaczenia „Zasłużony dla Kultury Polskiej” za działania na rzecz utworzenia Akademii Sztuki w Szczecinie w 2010 r. Jest laureatem nagrody artystycznej miasta Szczecin za rok 2012, a od 2015 roku szefem artystycznym festiwalu Szczecin Jazz. Na swoim koncie ma dwa krążki „When the groove is low” (2011) oraz „Don’t Explain” (2013) nagrane z amerykańskimi jazzmanami Waynem Dockerym i Newmanem T. Bakerem oraz trzeci „Just Music” (2014), dedykowany rynkom azjatyckim a nagrany wspólnie z japońską gwiazdą Makoto Kuriyą. Obecnie współpracuje ze światowej sławy wokalistką Deborah Brown, z którą nagrał swoją czwartą płytę „Kansas City Here I Come” (2016).

Fot. tytułowa: Sylwester Ostrowski i Marek Niedźwiecki, fot. Kinga Jakubowska




Do góry!