Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Andrzej Franaszek: Herbert był człowiekiem niepokoju

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Andrzej Franaszek: Herbert był człowiekiem niepokoju

Andrzej Franaszek: Herbert był człowiekiem niepokoju

Herbert był zdecydowanie bardziej człowiekiem niepokoju niż stabilności. Przez ponad trzydzieści lat zmagał się z chorobą dwubiegunową afektywną. Żył w upiornym rytmie oczekiwania na falę depresji, która prędzej czy później musi przyjść. I to naprawdę poważnej depresji - takiej, która człowieka miażdży i przykuwa do łóżka - mówi w rozmowie z Legalną Kulturą Andrzej Franaszek, krytyk i literaturoznawca, autor dwutomowej biografii Zbigniewa Herberta, która w kwietniu ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak.

Są godziny wertowania katalogów, zamawiania archiwalnych teczek, przeglądania indeksów w dziennikach i tomach korespondencji, czytania, czytania, robienia notatek. Bolą oczy, a później nadgarstki – od uderzania w klawisze - pisze Pan w postscriptum biografii Herberta, która liczy prawie 2000 stron. Czy mimo tak wielu lektur jednego poety, on jeszcze jakoś Pana prywatnie porusza?

Chociaż czytam wiersze Zbigniewa Herberta od trzydziestu lat, to nadal mnie one najprościej w świecie zachwycają. Nadal, gdy przeglądam tomy jego poezji, mam ochotę zaginać rogi albo wklejać zakładki. To są dla mnie przejmujące utwory – najbardziej prywatnie, a nie z powodów „zawodowych”. A książka, o której mówimy jest naprawdę duża i liczę jedynie na wyrozumiałość czytelników, na rodzaj Herbertowskiego wręcz męstwa w trakcie czytania.

Przejmujące są także fragmenty pierwszej części książki, poświęconej m.in. dzieciństwu Zbigniewa Herberta. Przywołuje Pan tam zdanie Marqueza: „Wszystko, co najważniejsze w moim życiu, zdarzyło się w domu babki pomiędzy pierwszym a siódmym rokiem życia”. Co ważnego wydarzyło się pomiędzy pierwszym a siódmym rokiem życia Herberta?

Bardzo wielu literatów, mówiąc brzydko, „eksploatuje” doświadczenie swojego dzieciństwa. Zbigniew Herbert nie był pisarzem takim jak na przykład Jerzy Pilch, w którego twórczości odnajdziemy nieustannie powtarzany gest powrotu do młodości czy protestanckiej społeczności Wisły. Niemniej jednak niektóre doświadczenia dzieciństwa były dla Herberta niezwykle ważne. Jedno z nich jest bardzo osobiste. To postać babki, Marii z Bałabanów, która stała się dla tego chłopca, a później także dojrzałego mężczyzny, figurą świętości: naturalnej, niewysilonej religijności, daru wiary, a także umiejętności i chęci pomagania innym. To wraz z nią młody Herbert zanosił biednym niewielkie dary. Jego uwagę zwracała staranność, z jaką jego babka okazywała pomoc innym ludziom – robiła to niezauważenie, bez domagania się wdzięczności; tak, aby nie tworzyć trudnej sytuacji dla obdarowywanego. Wiele lat później, już w latach sześćdziesiątych, Herbert postępuje podobnie wobec przeziębionego Tymoteusza Karpowicza, któremu podarował kilka, wtedy bardzo trudno dostępnych, cytryn. Zrobił to tak, aby nie zwrócić na siebie uwagi. Podarunek podrzucił mu do kieszeni płaszcza. Karpowicz, który w dzieciństwie stracił lewą rękę, zorientował się o tym dopiero po kilku dniach, gdy poczuł intensywny zapach dojrzałych cytrusów.



Choroba dwubiegunowa. Przyjaźnie. Alkoholowe dno. Miłości. Są w Pańskiej książce takie fragmenty, które nazwałbym „decogityzacją” Herberta. I to one pewnie zmienią jakieś skrótowe wyobrażenia o poecie.

Staram się ukazać wielowymiarowy wizerunek Zbigniewa Herberta, a nie człowieka z podręcznika szkolnego czy noty encyklopedycznej, człowieka sprowadzonego do umownej i bardzo banalnej roli współczesnego klasyka. Ale też z drugiej strony nie zależało mi na obnażeniu czy wręcz poniżeniu bohatera mojej książki. Jako biograf muszę jakoś konfrontować własne opowieści poety z tym, co jestem w stanie ustalić, ale moim zadaniem nie jest wyciąganie każdej nieścisłości czy bycie „lustratorem” kogoś, o kim piszę. Walczę o możliwie obiektywny obraz, pamiętając o tym, że bardzo różnie opowiadamy o swoich życiach.
Herbert był zdecydowanie bardziej człowiekiem niepokoju niż stabilności, sam miał świadomość, że jego życie było często bardzo różne od jego wierszy. Nigdy nie mówił o sobie, że jest takim człowiekiem jak bohater jego poezji. Ale starał się taki być i wierzył, że poprzez twórczość można jakoś przekroczyć samego siebie.

Chyba nie zawsze mu się to udawało.

Bo wiele było rozminięć w jego biografii, niemożliwości spełnienia w różnych pasmach. To historie w różnej skali. Powiedzmy choćby o tomie „Labirynt nad morzem”, zbiorze esejów poświęconych Grecji, który powinien ukazać się w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, a z rozmaitych względów ujrzał światło dzienne dopiero po śmierci Herberta. O tym, że Herbert dostawał wiele prestiżowych nagród, ale te najbardziej prestiżowe nie były mu przyznane. Do amerykańskiej nagrody Neustadt kandydował kilkakrotnie, lecz za każdym razem wydarzało się coś, co sprawiało, że jej nie otrzymał. Często rozmijał się także z tym, co było mu niezwykle bliskie: historią zbiorową Polski. Nie uczestniczył w wielu momentach polskich zrywów. Najpierw jako nastolatek nie mógł walczyć w powstaniu warszawskim, czego niewątpliwie by chciał. Potem, już jako dorosły mężczyzna, podróżując po świecie, nie mógł brać udziału w polskich wspólnotowych momentach, takich jak choćby Marzec 1968 czy Grudzień 1970. Przede wszystkim zaś należy pamiętać, że przez ponad trzydzieści lat był człowiekiem zmagającym się z chorobą dwubiegunową afektywną. Żył w upiornym - tak sobie to wyobrażam - rytmie oczekiwania na falę depresji, która prędzej czy później musi przyjść. I to naprawdę poważnej depresji - takiej, która miażdży człowieka i przykuwa do łóżka. Po latach doświadczeń wiedział już, że to jest nieuchronne. Że ta ciemność prędzej czy później go ogarnie.



Wspomniał Pan o nominacji do nagrody Neustadt, nazywanej „Małym Noblem”. Ale Herbert miał podobno także szansę na tego dużego Nobla.

Bez wątpienia byłoby sprawiedliwie, gdyby go otrzymał. Był wybitnym poetą, obecnym w życiu literackim nie tylko polskim, lecz także europejskim i światowym. Zamiast tego dołączył do obszernego grona wspaniałych pisarzy, którzy nie zostali uhonorowani Noblem. Po raz pierwszy wśród nominowanych pojawił się już pod koniec lat sześćdziesiątych, gdy po pierwszych przekładach został doceniony w Niemczech. Drugi moment to lata osiemdziesiąte, gdy opublikował tom Raport z oblężonego Miasta. Bardzo bolesny finał miały wtedy starania Jerzego Giedroycia o tę kandydaturę. Po kilku tygodniach wycofał się z „lansowania” Herberta do Nobla ze względu na niestabilny stan psychiczny poety. Nie był w stanie z nim współpracować, Herbert wtedy zrywał kontakty ze swymi wydawcami, tłumaczami...

Mimo że nie dostał Nobla, był wydawany w Niemczech, Anglii i Stanach Zjednoczonych. Był też zapraszany na międzynarodowe festiwale i uznawany za jednego z najwybitniejszych twórców europejskich swego pokolenia. Może ta nagroda nie była mu potrzebna.

Herbert żył z dnia na dzień, od stypendium do stypendium, zdobywając jakoś środki na przeżycie. W tym sensie jego sposób życia mógłby być bliski wielu dzisiejszym młodym pisarzom, którzy też żyją od grantu do grantu czy od nagrody do nagrody. Nie był również człowiekiem bardzo zapobiegliwym. Kiedy dostawał dużą nagrodę austriacką czy niemiecką szybko ją, że tak powiem, ją upłynniał.

A jedną z nich zgubił podobno gdzieś w hotelu.

Ale potem znalazł.



W 2018 roku mija 20 lat od śmierci Zbigniewa Herberta. Aby uczcić tę rocznicę, Sejm Rzeczpospolitej Polskiej ustanowił rok 2018 Rokiem Zbigniewa Herberta.

Zdjęcie główne: archiwum Michała Kapitaniaka

Biografię Zbigniewa Herberta autorstwa Andrzeja Franaszka znajdziecie tutaj.



Do góry!