Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Od harmonii do absolutnej histerii

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Od harmonii do absolutnej histerii

Od harmonii do absolutnej histerii

Do polskiego kina weszła przebojem w 1995 roku zdobywając Nagrodę dla najlepszej aktorki XX Festiwalu Filmowego w Gdyni za debiutancką kreację w "Pokuszeniu" Barbary Sass. Dziś jednak dużo częściej niż na kinowym ekranie, można zobaczyć ją na teatralnych deskach. Dopiero co wróciła z Sao Paulo, gdzie z Nowym Teatrem zagrała po raz setny "(A)pollonię" Krzysztofa Warlikowskiego. Jednak dosłownie chwilę wcześniej na Berlinale świętowała sukces filmu "Zjednoczone stany miłości", w którym gra jedną z głównych ról. O artystycznej intuicji, sile ludzkich emocji i lęków rozmawiamy z Magdaleną Cielecką.



Rozmawiamy niedługo po szczęśliwym dla Pani festiwalu w Berlinie, podczas którego „Zjednoczone stany miłości” Tomasza Wasilewskiego zostały uhonorowane Srebrnym Niedźwiedziem za scenariusz. Czy była Pani zaskoczona faktem, że filmowi przypadła akurat ta nagroda?


Nie, bo to rzeczywiście bardzo dobry tekst. O artystycznej odwadze i intuicji Tomka świadczy jednak fakt, że na planie wcale nie trzymał się kurczowo swoich pierwotnych pomysłów. Początkowo opowiedziane w filmie historie miały przeplatać się ze sobą, trochę jak w „Na skróty” Altmana. Tymczasem ostatecznie otrzymaliśmy właściwie trzy osobne nowele. Skoro widzowie i krytycy byli zadowoleni, oznacza to chyba, że podjął trafną decyzję. Prawda jest zresztą taka, że z każdej innej nagrody na Berlinale wszyscy cieszylibyśmy się tak samo. Osobiście miałam jeszcze więcej powodów do radości, bo ceremonia zamknięcia festiwalu wypadła w moje urodziny. Tego wieczoru nie tylko cieszyliśmy się z nagrody, lecz mieliśmy także okazję poznać osobiście Meryl Streep, a to jeden z najlepszych prezentów, jakie mogłabym sobie wyobrazić.

Grana przez Panią w „Zjednoczonych…” Iza jest dyrektorką szkoły. Czy w jakimś stopniu oparła pani tę postać na nauczycielkach, które spotkała pani w życiu?

Nie miałam żadnych konkretnych wzorców, ale na pewno w jakimś stopniu odwoływałam się do swoich wspomnień. Zwłaszcza, że w czasach, o których opowiadamy, miałam styczność ze szkołą, bo chodziłam jeszcze do liceum. Większość swoich nauczycieli z tamtych czasów wspominam z sympatią jako ludzi, którzy zachęcali mnie i moich kolegów do rozwijania tkwiącego w nas potencjału. Bez życzliwości takich osób zapewne nie zawędrowałabym tam, gdzie jestem dziś. Jednak dla mojej postaci nie to było najważniejsze. Wątek pracy w szkole odgrywał znacznie większą rolę w historii – granej przez Dorotę Kolak – Renaty, która przez lata uczyła języka rosyjskiego i zaczyna orientować się, że już za chwilę przestanie być swojej szkole potrzebna.

Co w takim razie uznała Pani za klucz do zrozumienia postaci Izy?

Gram kobietę, która jest złamana przez sprzeczność. Piastuje kierownicze stanowisko, a więc jest na pozór pewna siebie, a tymczasem w życiu prywatnym okazuje się słaba i bezradna. Właściwie ma w sobie coś z dużego dziecka, które demonstruje wyraźną zależność od drugiej osoby.

Skłonność do odmiennego zachowania w życiu prywatnym i zawodowym jest jednak wśród ludzi bardzo powszechna.

Tak, ale postawę Izy determinuje dodatkowo oczekiwanie, silna roszczeniowa postawa kobiety, której należy się miłość. a potem gorycz wynikająca porażki. Moja bohaterka tak bardzo zatraciła się w tym uczuciu, że podporządkowuje mu wszystkie swoje działania i właściwie nie ma własnego życia poza projekcją związku z Karolem. postępuje trochę jak bohaterka „Fatalnego zauroczenia”, która nie potrafi odpuścić, pogodzić się z przegraną.

Zgodziłaby się Pani z Tomaszem Wasilewskim, który podkreśla, że miłość – zależnie od swojej temperatury i przebiegu – potrafi wprowadzać nas w różne, czasem skrajnie odmienne stany?

Poszłabym nawet jeszcze dalej i powiedziała, że w człowieku najciekawsze są nie jego myśli czy zachowania, lecz właśnie szerokie spektrum stanów, w które popada – od harmonii do absolutnej histerii. Za wiele z nich rzeczywiście odpowiedzialna jest miłość. Wielkie uczucie niemal zawsze łączy się z silnym bólem. Wszystkie bohaterki naszego filmu doznają wielkiego rozczarowania z powodu miłości, ale każda z nich mierzy się z tym na swój własny sposób. postacie ze „Zjednoczonych…” to w pewnym sensie cztery warianty tej samej kobiety.



Bohaterki filmu Wasilewskiego teoretycznie żyją tuż obok siebie, lecz w rzeczywistości nie wiedzą o sobie zbyt wiele.

Wynika to zapewne ze strachu przed wzajemną bliskością i zaufaniem drugiej osobie. Grane przez Martę Nieradkiewicz i Julię Kijowską Marzena i Agata niby się przyjaźnią, ale i tak nie mówią sobie wszystkiego. Pierwsza chwali się drugiej, że odwiedzi ją fotograf z Warszawy, ale wątpię, by przyznała się do tego, jaki był finał tej wizyty. Moja Iza od czasu do czasu spotyka się z siostrą, ale emocjonalnie jest od niej dość oddalona. W pewnym momencie słyszy nawet oskarżenie w rodzaju „Nigdy nic mi o sobie nie mówisz!”. Mam wrażenie, że wszystkie bohaterki cierpią z powodu emocjonalnej skazy, deficytu, którego źródeł możemy się jedynie domyślać, ale również przez czynniki zewnętrzne, choćby rzeczywistość, w jakiej żyją, uwarunkowaniach społecznych czy normach jakie wówczas determinowały życiowe decyzje.

Osamotniona Iza chwilami znajduje się na skraju psychicznej wytrzymałości. Czy trudno było udźwignąć rolę, w której pani bohaterka zostaje uwikłana w sytuacje ekstremalne?

Nie chcę zabrzmieć cynicznie ani wyniośle, ale właściwie nie mam problemu z odgrywaniem takich stanów. Zarówno w kinie, jak i w teatrze mierzyłam się wiele razy z takimi wyzwaniami, wiem jakie emocje muszę w sobie uruchomić, by wypaść przekonująco. Bardzo doceniam to, że Tomek – nawet gdy opowiada o gwałtownych zachowaniach – potrafi robić to subtelnie i niejednoznacznie. W końcu chodzi nam o to, aby niepokój i wzruszenie poczuli nie twórcy, ale widz.

„Zjednoczone…” wydają się przesiąknięte pesymizmem, który wynika nie tylko z losów pojedynczych bohaterek, lecz także z zaprezentowanej w filmie wizji polskiej rzeczywistości. Choć postaciom teoretycznie powinien towarzyszyć entuzjazm z powodu ustrojowych przemian, w rzeczywistości wciąż tkwią one w marazmie kojarzącym się z poprzednią epoką.

Podczas Berlinale niektórzy dziennikarze pytali nas dlaczego nie przenieśliśmy akcji do czasów współczesnych i argumentowali, że ludzkie emocje są przecież uniwersalne. Odpowiadaliśmy, że oczywiście tak jest, ale jesteśmy przekonani, że w dzisiejszych czasach bohaterkom znacznie łatwiej byłoby już podjąć pewne decyzje. Teraz kobieta w Polsce, choć oczywiście nie wszędzie i nie zawsze, prędzej zdecyduje się na porzucenie męża albo związek z inną kobietą niż zrobiłaby to 20 lat temu. Tomek Wasilewski powtórzył wiele razy, że nie pamięta z dzieciństwa nikogo, kto byłby dzieckiem rozwiedzionych rodziców. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i stwierdziłam, że – choć jestem od Tomka dobrych kilka lat starsza – mogę powiedzieć o sobie to samo. Jak widać, dawniej ludzie często nie widzieli możliwości zakończenia związku, nawet gdy byli w nim głęboko nieszczęśliwi.


Magdalena Cielecka w spektaklu "Upadłe Anioły", fot. Luka Łukasiak/materiały Teatru Polonia w Warszawie

Czy myśli Pani, że – pomimo wszystkich przemian ostatniego ćwierćwiecza – ciągle jeszcze jesteśmy zakorzenieni mentalnie w komunizmie?

Reliktem tamtych czasów wydaje mi się przede wszystkim zbiorowy lęk przed życiową zmianą. To oczywiście głęboko uniwersalne uczucie, ale odnoszę wrażenie, że – właśnie ze względu na naszą historię – w Polsce jest ono silniejsze niż na przykład na Zachodzie. W wielu przypadkach nadal łatwiej tkwić nam w niedobrej sytuacji, niż zebrać się na odwagę i zacząć wszystko od nowa. To trochę jak ze zwierzęciem, które przez lata było trzymane w klatce, a potem długo nie potrafi zmusić się do wyjścia, nawet gdy drzwi otwarto już dawno temu.

Czy pamięta Pani jak sama przeżywała moment ustrojowego przełomu?

Miałam wtedy 18 lat i odczuwałam lekką dezorientację. Z jednej strony byłam podekscytowana i żyłam myślą, że wszyscy zaczerpniemy świeżego powietrza, ale z drugiej dręczyło mnie poczucie wszechobecnego chaosu. Wokół zaczynał szaleć dziki kapitalizm, dzięki któremu jedni dorobili się fortun, czasem działając zresztą na granicy prawa, a inni gdzieś sié zgubili – tak jak nasze bohaterki – chcieli zmienić swoje życie, ale poruszali się po rzeczywistości po omacku. Trudno było przewidzieć w jakim kierunku to wszystko zmierza i co właściwie przyniesie następny dzień. Moje pokolenie i tak przystosowało się do zmian stosunkowo łatwo, ale im kto dłużej żył w komunizmie i nasiąknął właściwą dla tego systemu mentalnością, z tym większym trudem odnajdywał się po jego upadku.

A czy – Pani zdaniem – wciąż jesteśmy odbierani za granicą jak przedstawiciele biedniejszej, „gorszej” części Europy?

Na całe szczęście to już powoli się zmienia. Na tegorocznym Berlinale, głownie za sprawą Tomka i świetnego przyjęcia filmu, czuliśmy się na miejscu, bez kompleksów reprezentując siebie i film. Wszyscy chcemy wierzyć, że ostatnie sukcesy polskiego kina mocno przyczynią się do zdjęcia z Polski odium „Kopciuszka Europy”.

„Zjednoczone…” to nie pierwszy film w pani dorobku, który podejmuje tematykę transformacji ustrojowej. Podobne kwestie poruszali już przed laty choćby „Egoiści” Mariusza Trelińskiego.

Filmy te są utrzymane w odmiennej stylistyce i opowiadają o zupełnie innych czasach. Akcja „Egoistów” toczy się dekadę po wydarzeniach ze „Zjednoczonych…”, w tym czasie Polska mocno się rozwinęła, a bohaterowie tego filmu mają już inne problemy niż kobiety u Wasilewskiego. Niemniej, oba tytuły rzeczywiście mają ze sobą coś wspólnego i przedstawiają ludzi, którzy znajdują się na życiowym zakręcie i – z różnych powodów – przegrywają walkę z rzeczywistością.

Niedawno wystąpiła Pani również w filmie, którego akcja toczy się na kilka lat przed wydarzeniami ze „Zjednoczonych…”, czyli w „Córkach dancingu”. Jak odnosi się Pani do zawartej tam wizji przeszłości?

Odbieram ten film jako zjawiskową pocztówkę retro i cieszę się, że mogłam współtworzyć ten projekt, nawet jeśli mój udział w nim był, powiedziałabym, krotochwilny. Nie mogłam jednak odrzucić możliwości wcielenia się w bohaterkę o pseudonimie Boskie Futro. Gdy myślę o „Córkach…”, odnoszę wrażenie, że reżyserka Agnieszka Smoczyńska wpisuje się do szerszej grupy młodych twórców, którzy tworzą odważne i autorskie wizje. Myślę, ze oni bez obciążeń i lęku mogą o czasach PRL-u albo początków III RP mówić w sposób pełen twórczej wolności. Jeśli tak ma wyglądać szumnie zapowiadane polskie kino historyczne, jestem jego absolutną zwolenniczką.


Magda Cielecka w filmie "Córki Dancingu", fot. Kino Świat

Nawet jeśli przeszłość bywa opisywana w atrakcyjny sposób, rzadko potrafi zainteresować młodych ludzi. Tymczasem oni również mogą być jej nieświadomymi niewolnikami. Istnieje popularna narracja, zgodnie z którą przyzwolenie na piractwo internetowe bierze się dziś w Polsce z komunistycznego z ducha braku szacunku dla państwa i prawa.

To na pewno jeden z powodów, ale wydaje mi się, że w przypadku młodzieży istotniejsze może być coś innego. Nie chcę, oczywiście, generalizować, ale mam wrażenie, że wielu współczesnych dwudziestoparolatków i ludzi jeszcze młodszych zostało zepsutych przez dobrobyt. Ci, którzy startują do życia z pułapu komfortu, często wychodzą z założenia, że jeśli mają coś na wyciągnięcie ręki, na przykład w internecie, automatycznie zyskują prawo, by tego używać. Kogoś, kto kupuje film na DVD albo płytę z muzyką, uważają najpewniej za frajera.

Jak w takim razie walczyć z podobnym sposobem myślenia?

Nie jestem ekspertką, ale wydaje mi się, że należałoby upowszechnić i maksymalnie uprościć dostęp do legalnych źródeł kultury, tak aby piractwo straciło chociaż część swojej atrakcyjności, przesłało mieć sens. Idealnie byłoby, gdybyśmy zaczęli traktować kulturę jako dobro wspólne – takie, z którego wszyscy korzystamy, ale przez co czujemy też zobowiązanie, by wspólnie się o nie troszczyć.


Rozmawiał: Piotr Czerkawski
Fot. tytułowa: Magdalena Cielecka w spektaklu "Moralność Pani Dulskiej"/TVP


© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!