Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
45 sekund samotności

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

45 sekund samotności

45 sekund samotności

To, co wydarzyło się wokół jej filmu, określa mianem surrealistycznej historii. Aneta Kopacz, autorka nominowanej do Oscara "Joanny" cały czas nie może uwierzyć w niezwykłą drogę, jaką przeszedł jej zrealizowany z pasji, przy wsparciu Szkoły Wajdy i internautów, osobisty portret Joanny Sałygi. Skromny obraz polskiej dokumentalistyki na kilka dni przed rozwinięciem czerwonego dywanu wymieniany jest w gronie absolutnych faworytów oscarowej gali.


Choć dziś stoisz w oscarowych progach, to jest to finał, którego nie dało się przewidzieć. Gdy wpadłaś na pomysł filmu o Joannie Sałydze, nie miałaś nawet pewności, że ona się zgodzi. Ani też budżetu, by stworzyć ten film. Jak udało Ci się to wszystko złożyć i pchnąć do przodu?


Od samego początku naszym największym wrogiem był czas. Z wielu powodów. Po pierwsze Joanna i jej życie, które dla mnie było absolutnie fascynujące. I sposób, w jaki ona się tym życiem naprawdę cieszyła, delektowała prostą codziennością. Kiedy czytałam bloga, robiłam film w mojej głowie. Miałam poczucie, że te chwile są tak cenne, że nie można ich zaprzepaścić nie rejestrując. Był we mnie wielki pęd, by zacząć natychmiast.


Po drugie nikt nie wiedział - ani Joanna, ani lekarze, którzy się zresztą pomylili, mówiąc, że przeżyje jedynie trzy miesiące, a żyła prawie trzy lata - jak długi, czy krótki jest jej czas. Nie mogłam zatem wcześniej przygotować się do realizacji filmu na wielu poziomach, także na tym, związanym z formalnościami dotyczącymi finansowania filmu. Trzeba było działać, robić film, po prostu, teraz, od zaraz.

Poszłam do Szkoły Wajdy – do miejsca, w którym wiedziałam, że mnie znają i ufają - kilka miesięcy wcześniej skończyłam tam kurs dokumentalny. A ponieważ nie zrobiłam filmu na koniec, wówczas rodziłam, pomyślałam, że to dobry moment, by wrócić i powiedzieć: moje dziecko ma już 6 miesięcy, oto jestem i zamierzam nakręcić film! Zmontowałam fragment jednego dnia zdjęciowego, pokazałam Marcelowi Łozińskiemu i Jackowi Bławutowi, zapytałam, czy mam robić film. Spojrzeli na mnie, Marcel roześmiał się: przecież Ty go już robisz Aneta, nie można cię zatrzymać. Rób!

Z Joanną było tak, że jej pierwsze "nie" w ciągu jednej minuty zmieniło się na "tak", choć nigdy, de facto, nie powiedziała "tak". Ale w tej jednej minucie, gdy wyraziłam, jak widzę jej historię w obrazie, czułam, że to już nie jest "nie". Dwa dni potem zaczęliśmy pierwsze zdjęcia.

To wszystko wymagało od Ciebie postawienie na głowie Twojego świata i przekonania bliskich Joanny do zaakceptowania obecności Twojej i ekipy.


Tomek - mój partner życiowy i ojciec naszego dziecka widział co się ze mną dzieje, kiedy codziennie wracał z pracy, a ja sadzałam go przy stole, podawałam obiad i podniecona czytałam fragmenty „Chustki”: Posłuchaj tego, a teraz tego... Niesamowite, prawda? W końcu poprosił: Obiecaj mi, że nie będziesz robić filmu o tej dziewczynie - obawiał się, że mnie to fizycznie i emocjonalnie wyeksploatuje. A przecież mieliśmy małe dziecko... Miał niestety rację. Zapłaciłam swoją cenę za „Joannę”. Powstał za to film, który przedstawia wyjątkową wartość dla setek ludzi na całym świecie, dla Jasia w przyszłości. Nie żałuje, mimo wszystko.

Dla Jasia obecność ekipy w ich domu była na początku zabawą, po pewnym czasie nie zwracał już na nas uwagi. Jego mama udzielała wywiadów, pisała bloga, powstał o niej reportaż radiowy... Kiedyś, podczas rozmowy z kolegą przez Skype'a żartował: Przyjechała do mnie telewizja i będę teraz sławny! Piotra, męża Joanny, nie trzeba było przekonywać. Powiedział: Asia jest tu szefem i cokolwiek uszczęśliwia ją, uszczęśliwia mnie. Jeśli ona chce tego filmu, nie mam nic przeciwko.


fot. Wajda Studio

To moje pytanie wzięło się stąd, że jak oglądasz film, to Piotr jest tam w głębokim cieniu.


Było więcej zdjęć z Piotrem, niż finalnie znalazło się w filmie. Joanna mówiła o Piotrze, że jest miłością jej życia. Ze wzajemnością zresztą. Można było więc opowiedzieć historię dwojga ludzi, którzy odnaleźli się w bardzo szczególnym czasie, kiedy już za moment muszą się ostatecznie pożegnać. W 40 minutach nie da się podjąć wszystkiego. Ostatecznie zdecydowałam, że to opowieść o matce i synu. Tak też widziałam tę rodzinę, kiedy spędzaliśmy razem czas. Joanna i Jaś byli na pierwszym planie. Joanna – energiczna, towarzyska, żartująca, skupiająca na sobie uwagę. A Jaś był dokładnie taki sam. Tylko w wersji męskiej i pomniejszonej. Piotr pełnił rolę opiekuna. Samca, który wszystko ogarnia i pielęgnuje to swoje stadko.

A dziś macie ze sobą kontakt? Jak on przyjmuje to, co dzieje się wokół filmu?


Podczas ostatniej rozmowy Piotr oznajmił mi, że cały czas bardzo przeżywa film i odtwarza go w nieskończoność. Tęskni za Joanną. Wszyscy jesteśmy ogromnie zaskoczeni sukcesem filmu. Niedawno dowiedziałam się, że w którymś momencie realizacji, Joanna powiedziała koleżance: Oscar to to może nie będzie, ale zaczyna mi się podobać. A tu proszę bardzo – nominacja do Oscara! Przez cały czas nie miałam nawet pewności, czy film w ogóle powstanie. Każdy dzień był swoistym sukcesem. Obawiałam się, że Joanna zrezygnuje. W każdej chwili mogła powiedzieć: „Dosyć” i filmu by nie było.

Cała droga, którą przebyłam z filmem jest niesamowita. Początki w stylu: czy uda się go zrealizować, czy wystarczy nam pieniędzy, czy zmontujemy tak, aby wierny był w warstwie emocjonalnej temu, co zaobserwowaliśmy na planie, czy widzowie go odczytają, czy wreszcie jest na tyle uniwersalny, aby poczuli go ludzie na całym świecie. Premiera międzynarodowa w Lipsku była wielkim sukcesem, w USA – jeszcze większym. W zasadzie nie przypominam sobie festiwalu za granicą, na którym „Joanna” nie zostałaby zauważona i nagrodzona. Często przyznawano nagrodę jury i publiczności jednocześnie. Potem była shortlista oscarowa i wreszcie nominacja. Niewiarygodne, surrealistyczne, ale dzieje się naprawdę. Jakkolwiek od ogłoszenia nominacji pracuje tak ciężko i cały czas, że nie miałam jeszcze za bardzo okazji uświadomić sobie tego, co się wydarzyło.



Nie jestem pewna, czy dzisiaj umiałabym jeszcze raz działać z taką energią. Może jestem po prostu bardzo zmęczona, ale nie potrafię sobie tego wyobrazić. Chociaż kilka dni temu, po screeningu oskarowym „Joanny” w Los Angeles, było Q&A ze mną i Amerykanie mówili, że moja rozmowa z widzami jest pięknym dopełnieniem filmu. Podobnie, jak podczas filmu, w trakcie Q&A wzruszali się kilkukrotnie. Że to nieprawdopodobne, bo pewnie miałam setki takich spotkań, a cały czas brzmię bardzo świeżo. Że opowiadam z pasją i energią. Szalenie mnie to zaskoczyło, bo – o ile na początku miałam tę ogromną energię i pasję - tak teraz kompletnie brakuje mi paliwa. A tu słyszę, że mówię o filmie, jakbym go wczoraj ukończyła i dziś nadal się tym ekscytowała.

A jak przyjęłaś to, że mamy aż dwa filmy w tej oscarowej kategorii?

Z Tomkiem Śliwińskim i jego żoną Magdą poznaliśmy się na festiwalach. Zaprzyjaźniliśmy, nasze dzieci się spotkały. Nasze filmowe historie są w pewnym sensie podobne. To, w jaki sposób zaczynaliśmy i to, że ani oni, ani my, nigdy nie wierzyliśmy w taki sukces. Bardzo podobnie przeżywamy wszystko, co się teraz dzieje. Cieszę się ze wspólnego doświadczenia. Dzielimy to samo podekscytowanie i ten sam rodzaj absurdu, w pewnym sensie.

Mam wrażenie, że nie potrafimy traktować się jak konkurencję, przynajmniej ja nie potrafię tak myśleć o Tomku. Fajnie, że jest nas więcej. Spotykamy się na zacnej imprezie pod tytułem Oscarowy Luncheon, który dopiero co się odbył i rozmawiamy chwilę po polsku. Wymieniamy na szybko wrażeniami...

Luncheon to taki rodzaj przedsionka Oscarów. Jakie to przeżycie?


Dostajesz agendę, w której masz konkretnie i szczegółowo rozpisane gdzie, co, jak i z kim. Śmiejesz się kiedy czytasz: Red Carpet starts at five. I teraz, co to dla Ciebie oznacza? Ja nie wiedziałam. A to oznacza tyle, że o godzinie piątej schodzą się goście i zaczyna się paradowanie po czerwonym dywanie. Każdy ma swoje przysłowiowe pięć minut. Trzeba przejść w świetle reflektorów, zatrzymując się w miejscach, w których są małe gwiazdeczki. Stajesz tam, uśmiechasz się i błyskają flesze. I tak co kilka kroków. Oczywiście nie miałam o tym pojęcia, więc zatrzymywałam się, gdzie popadnie, dopiero w połowie, mniej więcej, zwrócono mi uwagę, że tu są takie spots, na których trzeba stanąć. Po czym wchodzisz do środka i jest koktajl. Wszyscy pięknie ubrani, z szampanem w ręku i uśmiechem na twarzy, przemieszczają się po sali, dyskutują. A wśród nich: Clint Eastwood, Julianne Moore, Edward Norton, Michael Keaton, Robert Duvall, itd... Na wejściu dostajesz identyfikator na magnes, żeby nie zrobić sobie dziury w kreacji. Są dwa rodzaje: złote dla nominowanych i białe dla całej reszty. Jeśli chodzisz ze złotym, wszyscy, którzy Cię mijają, kłaniają się mówiąc congratulations... Rozmawiasz z kim chcesz, a potem zasiadamy do stołów. Na odwrocie identyfikatora jest napisany numer Twojego stolika. Przy naszym siedziała m.in. wdowa po Gene Kellym - Patricia Ward Kelly, a obok niej Bill Taylor - jeden z członków Oscars Governons. Nagle Patricia mówi, że to dla niej zaszczyt i że ma „the best seat”. Amerykańska uprzejmość jest ogromna, ale kiedy słyszysz z takich ust, że to najlepsze miejsce na sali, bo siedzi obok ciebie, nie wiesz, co myśleć. Po chwili okazuje się, że widziała film i, że uważa, że to arcydzieło. Jest naprawdę szczęśliwa, że ze mną rozmawia. Sporo mam dystansu do takich sytuacji, ale następnego dnia dostaję maila od Patricii, w którym jeszcze raz powtarza, jak ważny jest dla niej mój film. I zaprasza swoich przyjaciół na screening. Powiem szczerze, że ogromnie to zaskakujące.


fot. A.M.P.A.S.

Wracając do Luncheon'u. Podczas deseru na scenie stoi Pan, który wyczytuje wszystkich nominowanych. Wychodzimy po kolei i ustawiamy się do zdjęcia. Mnie posadzono w pierwszym rzędzie, obok Emmy Stone. Potem są imprezy, na które trzeba się stawić, żeby poznać nawzajem. Najpierw organizowana przez Variety, potem Hollywood Reporter. Obie także zaczynają się od Red Carpet. Przychodzisz, mówisz swoje imię i nazwisko. Wyszukują Cię na liście i gdy widzą, że jesteś nominowany – serdecznie gratulują. Po czym piszą Twoje nazwisko na kartce, wchodzą z nim na dywan i krzyczą do fotoreporterów "Aneta Kopacz, Dżoana"! I następnie kroczę ja, już nieco bardziej obeznana z tematem. Wszyscy są niezwykle podekscytowani i cały czas gratulują. I zaczynasz zastanawiać się, czy coś jest z Tobą nie tak, że nie potrafisz z siebie wykrzesać jeszcze więcej energii. Nie pomagają kolejne środki przeciwbólowe, kolejna kawa. Kiedy patrzę na te zdjęcia z Luncheon'u, od razu widzę, który Red Carpet był ostatni. W dodatku byłam świeżo po przylocie z Polski, ciągle nie odespałam zmiany czasu. Z przemęczenia strasznie marzłam, więc okutałam się swetrem i szalikiem. Mam delikatną traumę, jak patrzę na zdjęcia z tego dnia.

Realizacja "Joanny" i wszystkie późniejsze wydarzenie z tym związane to ogrom doświadczeń. Czujesz, że zmieniły Cię one w jakiś sposób?


Nie wiem. Nie mam czasu się zastanowić. Chciałabym robić filmy. "Joannę" kręciłam rok, a już prawie dwa lata jeżdżę po świecie i ją promuję. Nie podobają mi się te proporcje. Filmów nie robi się po to, by permanentnie stać na scenie i opowiadać to samo i o tym samym. Jakkolwiek kontakt z widzami podczas festiwali jest cudowny, to wolałabym szybciej wracać do normalnego życia i angażować się w kolejne projekty. Chciałabym mieć więcej czasu. Nie tylko na robienie filmów, ale także na zwykłe życie. Na przeczytanie książki, poleżenie na kanapie, dłuższą zabawę z dzieckiem. Odkąd zaczęłam "Joannę" pracuję non stop. Z czego lwia część tej pracy, to marketing. Czuję się bardzo zmęczona.

Czy w tym szalonym festiwalowym rytmie masz przynajmniej czas obejrzeć jakieś filmy?


Rzeczywiście zdarza mi się na festiwalach zobaczyć inne filmy. Głównie dokumenty, bo też przeważnie na takie festiwale jestem zapraszana. Lubię oglądać pracę moich kolegów. Natomiast niejakim obciachem jest to, że przyjechałam na rozdanie Oscarów, a nie miałam nawet czasu zobaczyć żadnego nominowanego filmu fabularnego (za wyjątkiem „Idy”). Należy pamiętać, że oprócz filmowca mam jeszcze jeden zawód, w którym intensywnie się realizuje. To gospodyni domowa, a nade wszystko: matka.

A oscarowych konkurentów "Joanny" i "Naszej klątwy" miałaś okazję widzieć?


Widziałam jeden film "La Parka", obraz przemysłowego zabijania zwierząt. Nie mogłam go obejrzeć do końca, zbyt drastyczny. Dwóch pozostałych nie miałam szansy zobaczyć. Słyszałam, że są bardzo dobre. Jeden z nich to produkcja o weteranach wojennych „Crisis Hotline: Veteran Press 1” - temat w USA strasznie ważki. Myślę, że to faworyt.

Krótko i średniometrażowe dokumenty raczej nie trafiają na ekrany kin. Dzięki oscarowej nominacji „Joannę” będzie można jednak zobaczyć na ekranach w całej Polsce.


Decyzja o dystrybucji kinowej została podjęta zanim „Joanna” dostała nominację do Oscara. Firma Solopan wprowadza film do kin 20 lutego. Bardzo się cieszę, że wreszcie będzie dostępny dla szerszej widowni, niż tylko widownia festiwalowa. Wiem, ze od dawna ludzie bardzo chcą go zobaczyć, często złoszczą się, ze nie mają takiej możliwości. Wreszcie ją dostaną.


fot. A.M.P.A.S.

Jesteś psychicznie gotowa, by wyjść o odebrać statuetkę?


Póki co nie jestem nawet gotowa fizycznie wejść na ceremonię w obcasach, które mi zaoferowano. Muszę jeszcze potrenować. A psychicznie...nie wiem. Wychodziłam tyle razy na scenę, przemawiałam na różnych festiwalach, odbierałam nagrody... To taki dziwny moment, że wszystkie światła świecą Ci prosto w oczy i masz poczucie, że jesteś kompletnie sam na sali. Podejrzewam, że na gali oscarowej te światła muszą być jeszcze większe i jeszcze jaśniejsze. Próbuję sobie to wizualizować. Kiedy odbiera się Oscara, przez kilkanaście sekund jest się obecnym w tylu domach na całym świecie. Niewyobrażalne i przerażające. I trzeba coś powiedzieć, najlepiej błyskotliwego i spontanicznego. I nie można zapomnieć o nikim, komu należy podziękować. To brzmi jak nocny koszmar. Wszystko w 45 sekund, bo po tym czasie jest cut off.

Będziesz mieć kartkę, by sobie pomóc?


Pan, który prowadził Luncheon powiedział: Po prostu wyjdźcie i zareagujcie spontanicznie. O ile jestem w stanie sobie wyobrazić, że wychodzę, cieszę się i dziękuję, o tyle, fakt, że w tak krótkim czasie nie można o nikim zapomnieć, jest przerażający. Świadomość tej odpowiedzialności przyprawia mnie o dreszcze. Oczywiście będę mieć kartkę. Nie wiem co się wydarzy. Nie jestem na to absolutnie gotowa. We will see.

Trzymam kciuki, by się udało.


Rozmawiał: Rafał Pawłowski

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!