Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Koneser trafiony piorunem

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Koneser trafiony piorunem

Koneser trafiony piorunem

Ma w sobie jakiś rodzaj energii, który sprawia, że wypełnia swoją osobowością przestrzeń tworząc niezwykle wyraziste kreacje. Najważniejsza z nich do tej pory to Wiktor - polonista-alkoholik w "Made in Poland" Przemka Wojcieszka. Zebrał za nią laury najpierw na najważniejszych festiwalach teatralnych, a następnie - po ekranowej adaptacji - na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Ma opinię filmowego konesera. W kinowym fotelu daje się ponieść emocjom, co sprawia, że nie raz zdarzyło mu się płakać na seansie. Właśnie nagrał pierwszego w karierze audiobooka. Wierzy, że każdego dnia może zdarzyć się coś, co komplenie odmieni jego życie. Rozmawiamy z Januszem Chabiorem.

Podobno gdyby nie pała na maturze z matmy, to zostałbyś nauczycielem historii, a nie aktorem?


To prawda. Myślałem o tym, bo miałem bardzo dobrą nauczycielkę historii. W tym wieku podąża się za fajnymi nauczycielami. To były bardzo ciekawe lekcje, które nauczyły mnie myślenia, a nie tylko wkuwania dat. Zainfekowały mnie historią. Chciałem składać papiery na Wydział Historii Uniwersytetu Wrocławskiego, ale widocznie mój los miał wyglądać inaczej.

Miałeś, a może masz nadal, jakiś ulubiony okres historyczny? Tematykę?

Z racji tego, że urodziłem się w Legnicy i mieszkałem na Dolnym Śląsku, to interesował mnie bardzo mocno okres rozbicia dzielnicowego i historie tych różnych szalonych książąt, którzy mieli różne małe państewka i księstwa. Rozgrywały się tam historie prawie że rodem z "Gry o tron" - ktoś zamurował brata, ktoś inny wyrwał żonie język itd. Historia to wspaniały kryminał.

Legnica Twojego dzieciństwa to było specyficzne miejsce. Stacjonował tam największy w Europie garnizon radziecki. Jak w takim razie wyglądała edukacja? Historia miała wymiar wyłącznie oficjalny czy też pojawiały się np. takie tematy jak Katyń?

Pojawiały się. U nas w klasie był syn milicjanta. Gdy nauczycielka zapowiadała, że teraz będzie taka lekcja prawdziwej historii, wskazywała na niego i mówiła, że jeśli ona będzie miała kłopoty to będzie wiedziała z czyjego powodu. Było to oczywiście żartobliwe. Mieliśmy dobrą, fajną klasę. Można było szczerze rozmawiać o wielu rzeczach.

A w historii kultury masz jakieś swoje ulubione tematy?

Każda dynamicznie rozwijająca się cywilizacja , która wyprzedzała ewolucję wcześniej czy później padała albo w wyniku ataku barbarzyńców albo w okolicznościach, które do dzisiaj skrywa tajemnica. Hetyci, Sumerowie, Egipt, cywilizacje prekolumbijskie, Rzym. W drugiej połowie XX wieku rozpoczął się niespotykany dotychczas rozwój technologii. Przez wieki podstawowym środkiem transportu był koń, a tu nagle w stosunkowo krótkim czasie człowiek wylądował na księżycu. Telefon z ebonitu zamienił na smartfona za pomocą którego może kupić w dniu premiery najnowszy album ulubionego zespołu z Australii bez wychodzenia z domu! Czy to jest początek końca?


Okładka "Cyrku" autorstwa Wojciecha Kliczki

W grudniu premiera audiobooka "Cyrk" Sławomira Michorzewskiego. To Twój pomysł, a zarazem debiut w roli czytającego. Co Cię zainteresowało w tej powieści?

Niesamowity klimat i taka lotność pisania Sławka, która gdzieś się mieści między Quentinem Tarantino, a Sergiuszem Piaseckim.  Dostałem "Cyrk" od Michorzewskiego i przeczytałem w ciągu jednego dnia. Muszę przyznać, że bardzo dobrze się bawiłem. Zadzwoniłem do niego na drugi dzień i powiedziałem: wiesz nigdy nie nagrywałem audiobooka, ale chciałbym go nagrać właśnie z tej powieści.
To jest taka niezobowiązująca lektura, w której zawarta jest pewna doza zajebistego szaleństwa. Jest kochająca się rodzina. Facet wygrywa w totka i postanawia kupić cyrk. NIe licząc się specjalnie z tym, co jego synowie chcą, robi z nich klaunów w tym cyrku. Chłopcy się nie buntują, ale kiedy nadaża się okazja, postanawiają większość pieniędzy, które zostały obrócić w ciągu tygodnia przemycając brylanty z Syberii do Amsterdamu. To jest początek niesamowitych przygód, które dzieją się w różnych miejscach w Europie. Całość napisana jest fajnym językiem i ta wyobraźnia Michorzewskiego, która zahacza od katedry do ubikacji, robi taki materiał, którego świetnie będzie się słuchać np. jadąc sobie samochodem. I stąd pomysł na tego audiobooka.

Całkiem niedawno wziąłeś również udział w innej dźwiękowej przygodzie - adaptacji w formie słuchowiska komiksu "Żywe trupy".

To dla mnie totalna frajda i cały czas jeszcze taki mało spenetrowany przeze mnie teren aktywności aktorskiej. Wcześniej jeszcze z Krzyśkiem Czeczotem pracowałem przy "Grze o tron" i przy Jo Nesbo. Jak się pojawia jakaś taka okazja, to idę w to jak w dym. I to mimo, że nie  jestem wielkim fanem filmów z zombie. Jak usłyszałem od właściciela studia San Tropez, że to jest taka mega zakręcona postać, to wystarczyło, bym pojawił się u niego przed mikrofonem.

W związku z licznymi aktorskimi obowiązkami znajdujesz czas, by przeczytać coś tak prywanie, dla przyjemności?

Lubię czytać. Właśnie kończę "Morfinę" Szczepana Twardocha. Mega książka, która jakoś tak strasznie wchodzi pod skórę i bardzo mi się podoba. Niestety często na czytanie brak mi czasu.  Mój kalendarz jest po prostu bardzo napięty. Ale jak jest jakaś luka, to wtedy walę w książkę. Kilka fajnych pozycji czeka w kolejce.

A masz jakiś taki najważniejszy tytuł, o którego adaptacji i przeczytaniu marzysz?

To nie tak. Nigdy nie myślałem, że będę aktorem. Nie mam jakiegoś takiego planowania. Liczy się dla mnie dzień, w którym jestem. Jeżeli się pojawi taka książka, to ja to po prostu zrobię.
Nie widomo, co się wydarzy jutro. Życie nauczyło mnie, że choć coś zamierzasz, to często gęsto pojawią się inne rzeczy, które Cię odciągają. Czekam zawsze na taki piorun, który się z nieba pojawi i mnie trafi w dyńkę. Wtedy mam taką energię, by się za to zabrać.


Fot. Paweł Szałowski

Czy to z tej energii powstała, napisana przez Ciebie przed laty, sztuka dla dzieci "Plumpa czyś Ty zwariowała"?

To był taki czas, że niespecjalnie głośno się mówiło o tym, że z dziećmi trzeba rozmawiać o pewnych zagrożeniach i niebezpieczeństwach, które są. Ja jestem jeszcze z tego pokolenia, które biegało całymi dniami z kluczem na tasiemce na szyi. Nikt nie pisał i nie mówił nam o tym, że są wśród dorosłych ludzie, którzy mogą zrobić krzywdę. Na pewno były takie domy, ale generalnie to jednak był jakis temat tabu. Bardzo późno dowiedziałem się o tym, że są ludzie nazywami pedofilami. I tak sobie pomyślałem, że gdyby zrobić takie dynamiczne i ciekawe przedstawienie łącząc dobre z pożytecznym, to będzie fajny pomysł. Poprosiłem swoich kolegów o pomoc. Paweł Moszumański napisał świetną muzykę. Graliśmy w różnych miejscach. Kiedy ten spektakl się wyeksploatował w Legnicy, to zaczęliśmy z nim jeździć. Graliśmy nawet w sadzie na jakieś wsi i w miasteczku, w którym nie było sali teatralnej, na zapleczu szpitala. Tak, to był piorun.

To jedyna rzecz, którą napisałeś?

Ula Kijak robiła w Wałbrzychu moją adaptację według Michaela Ende, tego od "Never Ending Story". I jeszcze napisałem adaptację i wyreżyserowałem bajkę "Titi i Nunu" Heleny Modrzejewskiej. Wystawiłem "Wznowienie" Macieja Wojtyszki na scenie kameralnej legnickiego teatru. Poza tym jeszcze z Tomkiem Kotem, który był małoletnim uczestnikiem mojej grupy teatralnej zrobiłem spektakl na podstawie tekstów Woody'ego Allena. Tomek razem z kolegą i koleżanką zgrarnęli prawie wszystkie nagrody na ogólnopolskich festiwalach.. Już wtedy widać było, jaki ten chłopak ma potencjał.. Cały czas też myślę o swoim monodramie. Mam już nawet napisany tekst według Kereta, ale pojawiła się praca i to się odsunęło. Może do tego wrócę.

A myślałeś o reżyserii? Wśród aktorów amerykańskich to dość powszechna praktyka.

Reżyserii filmowej? To moim zdaniem bardziej skomplikowana kwestia, bo musiałbym na dłuższy czas wyłączyć się z tego, co robię. A jeszcze nie do końca zrealizowałem się w aktorstwie. Chyba, że walnie mnie piorun.

Etykieta aktora charakterystycznego to przeszkoda czy przywilej? Jak to odbierasz?

W ogóle tego nie odbieram. Bo jeśli jest aktor charakterystyczny to jaki jest na kontrze?

Niecharakterystyczny.

Czyli co?

Taki, którego nie zapamiętujesz np. z fizys. Kompletnie przezroczysty.

Widzisz, że jest w tym jakiś absurd.

Paru takich pewnie bym u nas znalazł. Ale powiedz, bo ostatnio zaczęto obsadzać Cię może nie wbrew warunkom, ale trochę przełamując schemat. Co bardzo mi się podoba. Powiedz mi na co Ty zwracasz uwagę, czytając scenariusz. Co sprawia, że odrzucasz lub przyjmujesz propozycję?

To jest prosta droga. Po pierwsze scenariusz. Od razu odrzucam, jeżeli jest jakaś żenada totalna. Wówczas w ogóle nie ma o czym gadać. Jeśli mam wątpliwości, to spotykam się z reżyserem - jeśli go nie znam. Przypatruję się jaka jest w nim energia, jaki potencjał, myślenie. Ale decyduje scenariusz. Też pamiętaj, że nie mamy tu do czynienia z taką sytuacją, że te scenariusze latają tak, że miesięcznie pięćdziesiąt idzie do kosza.


Fot. NRK

Zagrałeś ostatnio w norweskim serialu "Walka o byt". W Polsce póki co nie można go obejrzeć, ale mnie ciekawi, co Ciebie zainteresowało w tym projekcie. I jaka jest różnica między pracą tam, a pracą na planie w Polsce?

Przyszła propozycja do agencji, że organizowany jest casting. Poleciałem. Spotkałem się z reżyserką. Oprócz mnie było tam jeszcze kilku aktorów z Polski. Ona kompletnie zwariowała na punkcie tego, że jesteśmy tacy sprawni i mamy taką wyobraźnię. Nie wiem do końca co to znaczy, ale  nasze propozycje szalenie jej się podobały. Po tym spotkaniu z reżyserką, która robi w Oslo dużo dobrych przedstawień operowych, pomyślałem sobie, że fajnie byłoby taki casting wygrać. I wygrałem. Latałem do Oslo co jakiś czas prawie przez dwa lata. Scenariusz pisało trzech norweskich pisarzy. Jeden z nich Erlend Loe wydał w Polsce sześć czy siedem książek. Według jego scenariusza powstał także film "Białe szaleństwo". W "Walce o byt" jest takie skandynawskie poczucie humoru, które lubię. Wiesz Roy Andersson "Pieśni z drugiego piętra", takie klimaty. Na razie powstały dwa sezony. Norwedzy są strasznie dumni z tego serialu. Dostali nominację do Prix Europa.

A doszły do Ciebie głosy, że norweska polonia oprotestowała ten serial, bo podobno pokazuje ich w krzywdzący sposób?

Polonia czasami reaguje histerycznie. Chociaż nie słyszałem o zamieszkach z tego powodu. Jak powiedział Stanisław Bareja jesteśmy bardzo specyficznym narodem. Uwielbiamy się śmiać z innych, ale broń boże tylko nie z siebie. Przede wszystkim Polacy nie są w epicentrum tej historii. To jest serial satyryczny o klasie średniej w Oslo, która zamieszkuje taką dzielnicę Ulleval Hageby, która została wybudowana przed wojną dla robotników, a potem przejęta przez establishment. To samo centrum Oslo. Malutkie domki, przewracające się płoty, a każda parcela warta grube miliony. Polacy są tam mega cenieni jako budowlańcy i stąd nasza obecność w tym serialu. Kiedyś grałem w "Londyńczykach" i też polonia protestowała. Jak z Więckiewiczem ukradłem butelkę wódki Hindusowi to zrobił się raban. Choć scenariusz i tak był wygładzony w stosunku do tego, co się tam dzieje naprawdę. Po dwóch odcinkach już nie żyłem, a na moje miejsce przyszła jakaś blondynka, która się zakochała i wszyscy byli zadowoleni.

Wspomniałeś, że lubisz kino skandynawskie. Masz opinię człowieka, który w ogóle lubi ambitne kino i jest częstym widzem festiwali filmowych takich jak Nowe Horyzonty czy Warszawski Festiwal Filmowy. Co Cię ostatnio zachwyciło?

Jest taki meksykański reżyser Carlos Reygadas. To takie kino, o którym ktoś mógłby powiedzieć, że się w nim nic nie dzieje. W historiach, które on opowiada jest klimat, który pozwala mi wejść w film. Lubię filmy, które mnie wciągną i pozwolą na totalne zapomnienie, oderwanie od tego, co jest tutaj. Dlatego jeśli mi się film nie podoba, to wychodzę z kina. Bo jest mi szkoda czasu i nie liczę na to, że na końcu coś się tam wydarzy. Kiedyś w Poznaniu miałem kilka godzin wolnego, wszedłem do kina w okolicach starego miasta na jakiś szwedzki film, na którym siedziały trzy osoby. Popłakałem się. Teraz nawet tytułu nie pamiętam, ale to jest to przeżycie, ten strzał.

Przewrotnie zapytam z czego w takim razie ostatnio wyszedłeś.

O kurna. Z polskiego filmu, ale nie będę mówił z którego.

Twój syn Nikodem studiuje montaż na łódzkiej Filmówce. Zakładam, że pasją filmową zaraził się od Ciebie. Dużo rozmawiacie o kinie.

To jest już dorosły człowiek. Gdybyś to pytanie zadał mi kilkanaście lat temu, miałoby ono większy sens. Oczywiście dzielimy się wrażeniami na temat tego, co oglądamy, jak w każdym takim dobrym układzie ojciec-syn.

Zdarza Wam się spierać?

Jeszcze się z nim nie biłem. Więc te spory nigdy nie były drastyczne.

Kiedykolwiek był wobec Ciebie krytyczny? Powiedział: Ojciec zagrałeś w beznadziejnym filmie?

Tak. Nie raz.

Zdarza Ci się dość często pracować z młodymi, początkującymi filmowcami. Jest w nich potencjał na dobre kino?

Nie wiem. Zdarza się, że ktoś robi jeden dobry film, a później już nigdy nic. Liczy się to, z czym w danym momencie człowiek przychodzi do mnie. Jak mi się ten człowiek spodoba, to mówię zrobię to, bo chcę.


Fot. Paweł Szałowski

Dzisiejsza kultura, w tym audiobook, który zrobiłeś, istnieje zarówno w postaci fizycznej, jak i coraz powszechniej cyfrowej. Dostępnej przez internet w formie plików. Którą formę dostępu do kultury wolisz? Korzystasz z nowinek technologicznych?

Jeśli chcę coś zobaczyć, to korzystam ze wszystkich możliwości, które oferuje mi dzisiejszy świat. Nie mam żadnej filozofii z tym związanej. Czas płynie coraz szybciej i można tylko tęsknić za tym, że kiedyś czekało się na to, aż coś się pojawi w kinie, na płytę winylową, książkę spod lady w zaprzyjażnionej księgarni, ale dziś jesteśmy w innej rzeczywistości.

A jaki jest Twój stosunek do zagrożeń związanych z cyfrowym dostępem do kultury takich jak piractwo internetowe?

Uważam, że artysta, który coś robi i ludzie, którzy go otaczają powinni dostawać wynagrodzenie. Zupełnie oddzielną sytuacją jest to, jak te pieniądze powinny być dzielone. Jeżeli słyszę od muzyka, że on za płytę, która kosztuje 30 zł dostaje złotówkę, to coś mi nie gra. Nie znam dokładnych danych, ale tak to wygląda i trzeba o tym rozmawiać. Kiedy jestem w kinie i widzę spoty Legalnej Kultury, które przypominają o tym, by korzystać z legalnych źródeł, to jest to świetna sprawa. Sam zresztą nagrałem taki do "Hardkor Disko" Krzyśka Skoniecznego.

Jak sam powiedziałeś lubisz kino niebanale, wyłamujące się ze schematów. Swojego psa jednak nazwałeś Batman. Czyżbyś miał słabość także do amerykańskiego kina rozrywkowego?

Tu mała korekta. Nie ja mu nadałem to imię. Miał je już w schronisku i uznałem za stosowne zostawić mu je, bo z jakiegoś powodu ktoś mu je nadał.

Słyszałem, że to bardzo ciekawa historia. Podobno połączył Was plan filmowy.

Na planie czekał na mnie biały pudel. Niesympatyczny i rozbisurmaniony psiak. Mieliśmy według scenariusza do zagrania kilka dużych scen. Powiedziałem, że ktoś popełnił bład przy wyborze psa i musimy go wymienić na innego. Powiedziano mi, że to pies producentki i musi zagrać. Wkurzyłem się, wziąłem taksówkę i pojechałem do nietypowego schroniska, które tak naprawdę jest Ośrodkiem Rehabilitacji Zwierząt Chronionych, gdzie poznałem pana Andrzeja Fedoczyńskiego- wspaniałego weterynarza. Był tam niedźwiedź i ryś i setka nielotnych bocianów i wszystko to co biega i lata. Powiedziałem, że potrzebuję inteligentnego psa na plan filmowy. Wskazał Batmana. Zawołał go. Popatrzyliśmy sobie w oczy i wiedziałem, że to jest ten pies. Zagrał cudownie. Za ten film do tej pory mi nie zapłacili. Nagrodą jest to, że jesteśmy razem.

Rozmawiał: Rafał Pawłowski
Fot. tytułowa Robert Pałka

© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!