Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Spotkałam kamień

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Spotkałam kamień

Spotkałam kamień

Między dłutami, młotkami, marmurem czy alabastrem, w białym pyle, hałasie szlifierek i młotka pneumatycznego, w tych wszystkich odłamkach, których tak bronię i nie pozwalam sprzątać, jest mój spokój. Mój ląd – mówi Monika Osiecka, polska rzeźbiarka i autorka książki "Fragmenty lustra". Z artystką rozmawiamy o miłości do kamienia, pustki i naturalnej materii.



Kiedy to się stało? Kiedy znalazłaś kamień dla siebie?

Oh, już w dzieciństwie. Mieszkałam z rodzicami kilka lat w Teheranie i w niedziele jeździliśmy pod miasto na pustynię, w takie dziwne kamienne miejsce, gdzie my, dzieci, mieliśmy się bawić. Co było robić? Po tych głazach i kamieniach trudno było biegać. Upał. Ale trzeba było czymś się zająć. Te kamienne pejzaże zapadły we mnie gdzieś głęboko. No i grób Cyrusa na pustyni. Wysiedliśmy z samochodów i stanęliśmy. Wokoło –  nic! Palące słońce i płaszczyzna pustynna. Nie było wokół mnie żadnego dyskursu, nikt mi nic nie powiedział. Panie wysiadły, niezadowolone, powkładały kapelusze i zaczęły rozmawiać o głupstwach. Wszyscy pokręcili się chwilę i zaraz chcieli odjeżdżać, a ja stałam z boku i zachodziłam w głowę, po co my tu przyjechaliśmy, na pustkowie, patrzeć na mały zikkurat z wielkich ciosów. Wydało mi się to tak absurdalne. Więc chłonęłam to wszystko, sama, swoimi zmysłami. I nigdy nie zapomnę tej mieszanki gorących kamieni budowli, jej zachęcającego cieniem prostokątnego ciemnego otworu na górze, pustyni naokoło, całkowitego bezludzia. A wszystko to przepięknie monochromatyczne, żółtoszare, miejscami rudawe. Było w tym coś wspaniałego, poruszającego. Grobowiec. Cyrus. Upał. Po co ludzie budują takie rzeczy na bezdrożach? Przyjęłam, że robi się rzeczy absurdalne, że jednym ze sposobów działania ludzi jest działanie niewytłumaczalne i abstrakcyjne, i uznałam to za normę, też dla siebie.



ASP, przy pracy

Potem był jeszcze Akropol, z tatą. Miałam 12 lat, dzień także był upalny i pamiętam tę olśniewającą białość na szczycie góry… Nauczyłam się, czym są kariatydy i byłam z tego dumna. Ojciec trochę objaśniał. A po latach odnalazłam to samo przyjemne ciepło kamienia dla siebie. Gdy trafiłam do Włoch na pierwsze w życiu sympozjum rzeźby w kamieniu, tuż po studiach, do Fanano: nie odkryłam kamienia, tylko go odnalazłam dla siebie. Spotkałam ponownie.

Kamienne pustynie, puste, wtedy jeszcze, Persepolis. Tam już nigdy tak nie będzie…

Tęsknisz za tą piękną pustką… Badasz ją, sprawdzasz jej możliwości, ale dajesz też szansę na jej wypełnienie. Mówisz swoim własnym językiem. Językiem emocji, dopełniania, przechodzenia, badania jej głębi i sprawdzania, czy możliwa jest materializacja pustki. Dlaczego pustka jest ważna?

Bo widzisz, dla mnie ta pustka stała się jakąś osobistą pełnią!

To jest pierwotna pustka. Taka była moja pierwsza abstrakcyjna rzeźba z kamienia. Nazwałam ją „Pusta”, żeby było wprost. Tak się dokładnie czułam. Wtedy uczucie pustki odezwało się z konkretnego powodu, ale ono się tylko odezwało, bo w istocie jest bazowe. Pustka jest jedną z moich części. Ona mnie buduje. Ja się z nią urodziłam. Czuję, że to jest moje pierwotne doświadczenie. Dlatego te rzeźby "puste", te, które mają przejścia - albo pokrewne, bo istnieje cała ich rodzina  - zawsze starałam się zrobić tak, żeby nie było widać dotyku ręki ludzkiej. Są gładkie w środku, a z zewnątrz pozostawione "dzikie", tak, jak się same odłupały w kamieniołomie. Nie ma śladu artystycznego gestu, nie ma tej "trzeciej" rzeczy, czyli dotyku mojej ręki. To mnie niesamowicie fascynuje. Zobaczyłam kiedyś rzeźbę w Carrarze, która sprowokowała mnie do takiego wprost "dopowiedzenia" tej mojej fascynacji rozwiązaniem, żeby w rzeźbie nie było widać faktury narzędzi rzeźbiarskich. Nawet kiedy musiałam jej dotknąć, bo trzeba było coś zmienić, to robiłam to tak, żeby nie  zostawić śladu dłuta. Taka pustka idealna, dziwny meteoryt… Kamień nadal trzyma formę, jest ostry, a wewnątrz bardzo cienki. Starałam się go zrobić tak cienkim, jak to tylko możliwe, jak najdelikatniej, a zarazem jak najdalej docierając wnętrze do zewnętrznej surowej bryły. Wnętrze to nie jest forma, którą sobie wymyśliłam, która mieści się w chropowatym zewnętrzu. Ta wewnętrzna jest odzwierciedleniem, tylko miękkim, tej dzikiej, chropowatej. To efekt procesu. Kamień to materiał, który na wiele pozwala. Człowiek może być pęknięty, chropowaty, lub delikatny, i tak samo jest z kamieniem.


Odsłonięcie Pomnika Montormel, Normandia


Pomnik Montormel, Normandia

Więc jego cięcie, niszczenie pierwotnej substancji, odłupywanie musi być bolesne… bo to jest praca na żywym organizmie?

Ale czym jest niszczenie? Dla mojego syna, Jasia, także rzeźbiarza, cięcie kamienia to ingerencja zbyt drastyczna, „cięcie ciała matki-ziemi” – jak się kiedyś wyraził. Dla mnie cięcie marmuru nigdy nie było destrukcją. Małe, odłupane kawałki, moje łódeczki, bo trochę taki mają kształt, stanowią dla mnie nowe, odrębne byty. Uwielbiam ich lśnienie w słońcu, ich mnogość. Nawet te odłamki bywały czasem ważniejsze niż sama rzeźba. Nie pozwalam ich sprzątać, wyrzucać, w ogóle nie pozwalam niczego dotykać w moim miejscu pracy. Odłamki mają leżeć tam, gdzie spadły albo gdzie je kopnęłam, odsunęłam, żeby się o nie nie potknąć, gdy chodzę wokół rzeźby z włączoną szlifierką. Guai! Jeśli nimi ktoś zadysponuje, wpadam we wściekłość i lecę bronić, odbierać. Kiedyś, na dyplom, chciałam porozcinać cały dwutonowy blok na malutkie kawałki, zabić rzeźbę, która była tam w środku. Pokazać ją ze wszystkich niemożliwych stron. Ujawnić jej wszystkie wewnętrzne strony.

Carrara Kamieniołomy


Rozbijasz i scalasz. Czego szukasz?

Haha, pewnie zawsze siebie... Nauczyłam się języka marmuru, z przyjemnością respektuję jego prawa. W tej oczyszczonej aurze, w tym wyjątkowym środowisku mogę być szczęśliwa. Mogę dopuszczać fale myśli,  czasem uporczywie powracających, aż do ich zaniknięcia. Tak sobie przerabiać sytuacje, jak to podobno dzieję się podczas snu. Nie da się opisać, jak cudownie jest pracować w harmonii z marmurem i ze sobą. Nie zawsze to się udaje, czasem się niecierpliwię, chcę szybciej niż można i staję na granicy zniszczenia jakiegoś kształtu. Wychodzi ze mnie jakaś walka, brak koncentracji. Obserwuję to i mówię do siebie „przecież wiesz, że tak niema sensu” i zaczynam znów spokojnie. Między dłutami, młotkami, marmurem czy alabastrem, w białym pyle, hałasie szlifierek i młotka pneumatycznego, w tych wszystkich odłamkach, których tak bronię i nie pozwalam sprzątać, jest mój spokój. Mój ląd.

Od powstania "Pustej" w 1994 roku minęło wiele lat. Potem była "Żółta pusta" ze sławniowickiego marmuru, były alabastrowe muszle, naparstnice, kwiaty bawełny, gniazda os, pełnie żółte, różowe i czarne. Powiedziałaś kiedyś, że chcesz tworzyć rzeźby zatrzymujące czas, owady zaklęte w bursztyn.

Taak, ale to było dawno... Teraz chciałabym raczej osadzać w rzeźbach różne swoje silne emocje, przeżycia, stany relacji, odczucia, to wszystko, co domaga się z mojej strony jakiegoś działania, opowiedzenia się, czemu muszę dać wyraz. W kamieniu pracuje się długo. Nie da się przeskoczyć żadnego etapu. Tam, gdzie jednego dnia zrobiło się ślad dłutem, następnego dnia ten ślad nadal jest. Zdejmowanie masy rozpoczyna się dokładnie w tym samym punkcie, w którym je zostawiłam poprzedniego dnia. Co za ulga. Wiem, co zastanę jutro w pracowni! A co ciekawe, to co zrobiłam poprzedniego dnia, następnego będzie wyglądało jednak inaczej, i sprowokuje mnie do innych dalszych działań, niż wydarzyłoby się to wczoraj.

Ale idziesz dalej. Powstają trójwymiarowe koła, turbiny, wyłaniają się drogi przejścia w kamiennej materii. Są podróżą i obietnicą?

Jestem dzieckiem wielu kultur i niosę w sobie różne światy. Urodziłam się we Włoszech i tam mieszkałam, potem w Polsce, w Iranie, i znów w Polsce. Jestem Polką, ale dopiero we Włoszech biorę głęboki oddech i czuję, że jestem u siebie, inaczej. Mogę recytować z pamięci, w oryginale, całe rozdziały z "Boskiej Komedii" Dantego. I wiersz Carducciego, który po latach wraca do ziemi ojczystej, gdzieś w Toskanii i podsumowuje gorzko swoje życie. I jest jeszcze oczywiście Iran, gdzie zostawiłam sporą część siebie, której nie mam ze sobą tu na co dzień. Wiem, że gdy tam pojadę, odetchnę tamtejszym balsamicznym powietrzem jeszcze głębiej. Inność była zawsze dla mnie normą. Ale z drugiej strony, nigdzie nie jestem do końca u siebie, na dłużej. Może to są te moje "przejścia", z jednych rzeczywistości do drugich?

I tak jak pustkę nazwałaś dosłownie w swojej pierwszej abstrakcyjnej rzeźbie, tak po latach zapraszasz dosłownie do przejścia ewakuacyjnego, gdzie budujesz swój Sculpture point - miejsce prezentacji rzeźb, a metaforycznie - miejsce wyjścia z niebezpieczeństwa.

Zapraszam do doświadczania materialności i zmysłowości rzeźby w tej małej przestrzeni. Do wypełnienia przejścia - tak w kamieniu, jak i dosłownie w przestrzeni budynku na Placu Trzech Krzyży - własną wolnością. Do sprawdzenia na sobie na ile sytuacja zmiany, wyjścia, może być przyjemna, twórcza. To przejście ewakuacyjne od hałaśliwego świata zewnętrznego do wglądu na przykład we własną historię. To zachęta do zmiany perspektywy. Rodzaj medytacji, którą ofiarował mi kamień.


Rozmawiała: Magdalena Kąkolewska

Zdjęcia udostępnione Legalnej Kulturze przez p. Monikę Osiecką.




Do góry!