Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Szkoła to nie fabryka

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Szkoła to nie fabryka

Szkoła to nie fabryka

Oczywiście, wiadomo, że nie wszyscy z nich znajdą pracę w teatrze. Moim marzeniem jest to, żeby szkoła wyposażyła tych młodych ludzi w taki sposób, że jeżeli nawet nie znajdą pracy stricte w zawodzie, to będą świetnymi specjalistami w bardzo szerokim wachlarzu dziedzin - mówi dr Marcin Perchuć, aktor filmowy, teatralny i telewizyjny oraz dziekan Wydziału Aktorskiego warszawskiej Akademii Teatralnej w rozmowie z Legalną Kulturą o przyszłych aktorach, nowych kierunkach kształcenia i sposobie na to, jak nie zwątpić po drodze i wierzyć w to, co się robi.


Przed rozpoczęciem rozmowy, czekając na Pana pod pokojem, słyszałem studentów aktorstwa, śpiewających podczas zajęć. Coś tam nucili, ćwiczyli gamę… Słychać było w tym ich głosie jeszcze sporo wiary, nadziei. Jak podtrzymać w nich właśnie tę wiarę, a jednocześnie dać im siłę do "przepychania się łokciami". Ta ostatnia, dzisiaj, to już codzienna, prozaiczna czynność. Nic - tak naprawdę - złego? 

Tak ma Pan rację. Rzeczywiście ta szkoła jest, zawsze uchodziła za takie miejsce nie tyle niewinności, co czystej pracy, zachwytu, poszukiwania siebie i swojej wrażliwości. Odkrywania własnych możliwości w takich laboratoryjnych - trochę - warunkach… Podczas, kiedy świat jest przecież całkiem inny. A, żeby studenci mogli wyjść z pod tego klosza, rzeczywiście staramy się tę szkołę otwierać, bardzo, na zewnątrz. To znaczy od dwóch lat, kiedy jestem dziekanem, a rektorem Akademii Teatralnej został Wojciech Malajkat. Przede wszystkim staramy się pokazywać naszych studentów niemal od samego początku studiów. W praktyce oznacza to, że najciekawsze rzeczy, które robią tu na studiach (spektakle, ćwiczenia, sceny), upubliczniamy. Staramy się, żeby dużo ludzi z zewnątrz przychodziło do Teatru Collegium Nobilium i oglądało to, co przyszli aktorzy zrobili podczas nauki. To ważne, aby studenci nie tylko mieli oddźwięk podczas takiej wewnętrznej giełdy - gdzie kolega na kolegę spojrzy i mówi: "Stary, super zagrałeś to". Istotne, aby zobaczyli, że jest publiczność zewnętrzna, która niekoniecznie tak entuzjastycznie podchodzi do różnych produkcji… Aczkolwiek wychodzi z tej szkoły - w co wierzę - również podniesiona na duchu. A wracając do pytania. Nie mamy takiego przedmiotu, jak "nauka przepychania się łokciami". Możliwe, że trzeba będzie go uruchomić. Myślę natomiast, że ta szkoła, Akademia Teatralna, nie przygotowuje tylko i wyłącznie aktorów teatralnych. Staram się to mówić studentom o tym, że to również uczelnia, która wyposaża młodego człowieka w bardzo potrzebne dzisiaj, w różnych zawodach pokrewnych teatrowi, narzędzia. Takie jak: pewność siebie, poczucie własnej wartości, takie jak głos, dykcja, zdolność radzenia sobie z bardzo czasami trudnymi sytuacjami emocjonalnymi. Oczywiście, wiadomo, że nie wszyscy z nich znajdą pracę w teatrze. Moim marzeniem jest to, żeby szkoła wyposażyła tych młodych ludzi w taki sposób, że jeżeli nawet nie znajdą pracy stricte w zawodzie, to będą świetnymi specjalistami w bardzo szerokim wachlarzu dziedzin. Od dziennikarstwa przez prezenterstwo, itd… Co tylko sobie wybiorą. Z drugiej strony pragnąłbym, aby wszyscy grali w teatrach, dlatego staram się ich wyposażać w takie myślenie albo wskazywać im, że można również myśleć w ten sposób: nie tylko etatem w jednym z kilku warszawskich teatrów repertuarowych. Chciałabym, żeby z każdego rocznika wyszły dwie grupy teatralne, które będą mogły wystąpić do miasta po jakieś fundusze, a nawet jak nie wystąpią, to będą potrafiły coś zrobić czym zarażą ludzi, którzy im z kolei pomogą w dalszej drodze. Myślę, że najistotniejsze co się zmieniło w tej szkole, to otwarcie jej, sposobu kształcenia, myślenia o zawodzie na przeróżne możliwości.

Wielu aktorów wspomina to miejsce jako "szkołę - klasztor". Zajęcia od rana do nocy, znikomy kontakt ze światem zewnętrznym. Z tym ostatnim nie mieli szans się konfrontować, próbować swoich na wolnym rynku kiedy byli jeszcze przed dyplomem. Obecnie jest już całkiem inaczej?

Muszę przyznać, że ja akurat lubiłem ten "klasztor"… Oczywiście, że uciekałem z niego, bo jako student zacząłem pracę w radiu, co - oczywiście - było bardzo źle widziane. Szkoła wyposaża w pewien bagaż i daje bazę. Razem tworzą fundament. Ten jest początkiem dla używania narzędzi, w które absolwenci tej uczelni zostają wyposażeni. Według nas, pedagogów, tak właśnie jest. I tego będziemy się trzymali rękoma i nogami. Natomiast nie mam nic przeciwko temu, żeby student, który powie mi na II roku "Panie dziekanie, ja z przyjemnością będę używał tych narzędzi, ale w Norwegii. Czy pomoże mi pan w rozpoczęciu tam właśnie studiów"? - to ja mówię wtedy: "Ależ absolutnie tak. Pomogę". I myślę, że na tym właśnie, stopniowe, coraz szersze otwieranie tej klasztornej furty polega. Tak samo dzieje się wtedy, kiedy ktoś chce się dokształcać w jakimś innym kierunku. Staramy się to umożliwić poza szkołą, przez różnego rodzaju warsztaty. Niech ci młodzi jeżdżą po Polsce, Europie, świecie. Niech zdobywają doświadczenie jak najszybciej.

Jak jest dzisiaj? Jak to wygląda w praktyce? Kiedy np. drugoroczny student idzie na casting, a post factum informuje Pana, Was, że go wygrał i dostał rolę, która wymaga udziału na planie przez dziewięćdziesiąt dni zdjęciowych. Na co taki student może liczyć?

Praktycznie wygląda to w ten sposób, że rzeczywiście staramy się utrzymać zasadę, że na I roku nie wypuszczam naszych studentów w świat. Z bardzo prostego powodu. Nie dlatego, że jesteśmy obrażeni albo chcemy ich przytrzymać w szkole. Tylko chcemy stworzyć namiastkę zespołu. Namiastkę grupy, która ma określony cel i razem do niego dąży. Tym celem jest np. "zbiorówka" (czyli zbiorowe sceny aktorskie do zagrania). Chcemy, aby młodzi ludzie poczuli, co to jest zbiorowość. To odbywa się na pierwszym roku i wymaga od nich skupienia. Natomiast od II roku student ma już możliwość pracy. Staram się i chyba przez dwa lata odkąd jestem dziekanem wydziału nie zdarzyło się, żebym studenta nie puścił ani do produkcji, ani teatru, filmu, itd… Uważam, jestem przekonany o tym, że to tam może on nawet więcej czasami nauczyć się niż tutaj, w szkole.


Spektakl "Iluzje" w Teatrze Collegium Nobilium, fot. Bartek Warzecha

Jeszcze dziesięć lat temu nie usłyszelibyśmy tego z ust dziekana wydziału aktorskiego. To mogło być odebrane jako "niepedagogiczne"?

No tak, ale dziesięć lat temu trochę inny był rynek pracy dla aktorów w Polsce. Wtedy nie stanowiło to problemu. Teraz, jeśli ci młodzi ludzie nie wejdą w zawód jak najszybciej, to następni, młodsi, już ich doganiają. Z roku na rok dzieje się to o wiele szybciej. Zdarzają się również wyjątkowe sytuacje. Chociażby teraz, kiedy na I roku mamy studentkę, która dostała główną rolę w dużym serialu. Nie tasiemcu, tylko zamkniętym, z bardzo wybitnymi aktorami. Nie mówię znanymi, tylko wybitnymi i znanymi. Wprowadziliśmy dla niej indywidualny tok studiów przez ostatni miesiąc nauki. Odbyło się to oczywiście za zgodą jej kolegów z roku, o których również to dobrze świadczy. I jest to dowodem na to, że stworzyła się grupa, która solidarnie wsparła koleżankę, żeby ona mogła zrealizować swój plan. Uważam, że dużą krzywdę byśmy wyrządzili tej studentce, gdybyśmy postąpili inaczej. Pracą, którą studenci wykonują na zewnątrz, zaliczam czasami wiele z przedmiotów. Mam inną studentkę, która "zrobiła" niedawno premierę w warszawskim Teatrze Roma. Była to główna rola w musicalu "Once". No zagrać w "Once" na II roku? To jest fantastyczna przygoda. Już będzie zauważona, już będzie miała – być może – łatwiej. Inny młody człowiek, który u nas studiuje, gra z kolei jedną z głównych ról w "Pilotach", także w Romie. Mam studenta, który gra Świętego Piotra w Teatrze Rampa, studentkę, która notorycznie, co wieczór prawie, gra w Teatrze Studia Buffo. I wielu innych, pracujących już w stołecznych teatrach: Dramatycznym czy Narodowym.

Może, w takiej sytuacji, sprawdziłby się tzw. warsztatowy system nauczania?

Ja uważam, że ten warsztatowy system, projektowy system jest absolutnie fantastyczny. Tylko również proszę wziąć pod uwagę, że staramy się nadal w Akademii Teatralnej zbierać taką grupę wykładowców, profesorów, którzy są praktykami zawodu. Na zachodzie bardzo często praktycy zawodu, czyli grający aktorzy, reżyserzy, nie pracują jako nauczyciele zawodu. Mają, co najwyżej, warsztat mistrzowski. Raczej incydentalnie. A tutaj grono wykładowców tworzą ludzie, którzy łączą zawód i nauczanie. Studenci mogą się spotkać z artystami, którzy rzeczywiście przed chwilą wrócili z planu, a za chwilę jadą na próbę do teatru. Wieczorem natomiast można zweryfikować ich wiedzę i umiejętności na scenie. Prowadzenie zajęć w modelu warsztatowym, projektowym w tej szkole, przy tak zajętych wykładowcach, byłoby dosyć trudne. Natomiast, bardzo mi odpowiada model, jaki miałem okazję zobaczyć i poznać w Meksyku. W tamtejszej szkole teatralnej na I rok przyjmują ośmiu, dziewięciu aktorów, aktorek, trzech reżyserów, dwóch scenografów, dwóch muzyków. Oni wszyscy, od początku tworzą grupę, która wspólnie przygotowuje projekt. Studenci aktorstwa mają oczywiście osobne zajęcia również: z dykcji, impostacji, itd… A we wspomnianej grupie tworzą spektakle.

Jacy są dzisiaj ci, którzy zdają na studia aktorskie? Jaka jest różnica między nimi, a chociażby Pana generacją?

Wydaje mi się, że część z nich jest rzeczywiście odważnych i otwartych. Widać, że miała świetnych nauczycieli w liceach. Natomiast część jest bardziej wystraszona niż moja generacja. Uciekają do łatwych rozwiązań. Niemal cały czas powtarzam, szczególnie na I roku: "Wyjdźcie z liceum, przestańcie traktować tutaj zajęcia jak szkołę, bo to nie jest szkoła. Aktorstwa nie można się nauczyć. To wy, sami, musicie zacząć myśleć w różnych kierunkach, sprawdzać siebie, odczuwać, szukać". Liceum im dzisiaj, w mojej opinii, nie daje, szkoła jest przede wszystkim testowa: "A, B, C – zaznacz i przejdź dalej". Sam mam ten problem już od podstawówki. Będąc ojcem dwójki dzieci w szkole podstawowej widzę, jak bardzo nie uczy ona myślenia skojarzeniowego, szerokiego, opartego na platformie skojarzeń. Na rzecz bardzo szczegółowego: data, data, data. A mnie właśnie interesuje podejście platformowe, tzn. że jeżeli na lekcji historii omawiamy XVII wiek, to uderzmy na języku polskim również w XVII wiek. Sprawdźmy do tego jeszcze, jakiego odkrycia dokonano wtedy dla fizyki, matematyki. Co działo się w sztuce?

Pragnienie bycia aktorem, studiowania tutaj oraz w innych szkołach jest, nieustająco, ogromne. 

Do nas zdaje 1200 osób na dwa kierunki - mówię o aktorstwie i aktorstwie teatru muzycznego.

Zastanawiam się dlaczego? Może tak bardzo mocno działa wciąż mit o tym zawodzie. Bo to jest pewien mit, boleśnie później konfrontowany przez prozę życia?

Tak, ale ja myślę, że ten mit jest boleśnie konfrontowany dla tych, którzy widzą swoje miejsce tylko i wyłącznie w teatrze. Ludzie, którzy wyciągną z tej szkoły jak najwięcej się da, będą mieli otwartość na to, aby zmienić zawód, porzucić go… Proszę zobaczyć, ile osób uprawia zawód aktora jako hobby. Bardzo drogie hobby. To dotyczy głównie krajów zachodnich. Jednocześnie, pracując gdzie indziej - od knajpy, po bycie szefem w małej firmie. I wieczorem ci ludzie spotykają się na scenie, żeby robić teatr. Robić – nie oglądać. W Kanadzie "robienie" takiego teatru domowego, grupowego, jest niesamowicie popularnym sposobem spędzania czasu i myślę, że to też zależy od stopnia otwarcia się mentalnie, intelektualnie. Oczywiście, nieszczęśliwym będzie ten, który całe życie marzył, żeby zagrać Ryszarda III, a do emerytury nie wejdzie na sceniczne deski, mimo że skończył szkołę. Wtedy tak, można się rzeczywiście "pochlastać" - pozwolę użyć sobie tego określenia.

"Dlaczego tu zdajesz?" - na egzaminie pada takie pytanie?

Tak, bardzo często je zadajemy. 

I co słyszycie w odpowiedzi?

Myślę, że kandydaci nie mówią nam prawdy. Sami jej pewnie nie znają. Oczywiście, najpopularniejsze są takie bardzo podstawowe odpowiedzi: "Bo to było moje marzenie od dzieciństwa", "Odkąd pamiętam chciałem być aktorem". Pytanie o powód studiowania tutaj jest ciekawe dla studentów IV roku, którzy kończą akademię. Zapytani pewnego razu o to: "Co wynieśli z tej szkoły?", odpowiedzieli "Panie dziekanie, teraz to ja bym chciał zacząć studiować, bo dopiero wiedziałbym, co i z których zajęć wykorzystać, wynieść i z przyjemnością bym to zrobił… Ale, niestety, mówię >>Do widzenia, bo czas nagli, mam casting<<". Zapytał Pan, dlaczego tutaj zdają? Nie mam zielonego pojęcia. Bardzo dużo osób traktuje to jak eliminacje do "X Factora" czy "Mam Talent". Wielu chce po prostu się sprawdzić, stanąć oko w oko z własnym stresem. Dowiedzieć się, gdzie znajduje się w nich ta granica odwagi. Na co i w jakim stopniu są gotowi.


Marcin Perchuć, fot. Tomasz Paczkowski

Pozostał bym jeszcze przy egzaminach. Anny Polony, która jest pedagogiem i wiele lat była członkiem komisji egzaminacyjnych w krakowskiej szkole teatralnej, przyznała się w wywiadzie o tym, że popełniała "beznadziejne pomyłki" - przyznała się, że wielokrotnie nie przyjmowano kogoś na studia, kto później, kończąc inną szkołę, okazywał się wielkim talentem i człowiekiem na swoim miejscu. Chciałem zapytać o Pańskie "beznadziejne pomyłki"?

Nie mam takiego przypadku, żadnego namacalnego. Może dlatego, że posiadam dosyć krótką pamięć (śmiech). Poza tym nauczyłem się nie zaśmiecać jej różnymi, czasami niepotrzebnymi rzeczami. Natomiast oczywiście, że takie pomyłki zawsze będą się zdarzały. Powód? Nie jesteśmy fabryką gwoździ, nie posiadamy żadnego wymiernego modelu oceniania. Tu nic nie można zmierzyć, niczego podstawić pod wzór.

No właśnie. Nie ma szablonu…

I pomyłki na pewno się zdarzają, ale to również zależy od tej drugiej strony. Taki osiemnastoletni czy dziewiętnastoletni człowiek, zdający tutaj, jest jeszcze bardzo rozwibrowany. Może mieć jeden dzień tzw. spadku formy, być na samym dnie swojej egzystencji. I co, jeśli przypada to na czas egzaminu? A może na drugi dzień unosić się już nad podłogą. Nie mamy wpływu na to, kiedy go spotykamy. W jakiej jej formie? Komisja główna, ta z trzeciego etapu, w którym rzeczywiście podejmuje się decyzje, składa się z dziewięciu osób. Staram się dobierać tę komisję tak, żeby jej członkowie reprezentowali różne spojrzenia na teatr, żeby był tam człowiek od teatru ewidentnie współczesnego, performatywnego, żeby był ktoś, kto najbardziej szanuje słowo w teatrze, żeby był ktoś od tzw. kobiecego teatru, itd… Staram się, na ile mogę, żebyśmy byli sprawiedliwi. Aby każdy miał coś do powiedzenia ze swojego podwórka. Na studia dostają się naprawdę bardzo różni ludzie - pełen przekrój. Ważne, aby byli wrażliwi, ważne żeby byli otwarci i pracowici.

Istnieje wciąż tzw. "odsiew pierwszoroczny"?

Studenci boją się tego odsiewu, ale wychodzę z założenia, że podobny spotyka ich w momencie, kiedy wychodzą ze szkoły. Na każdym kroku. Bywa cotygodniowy, comiesięczny. Każdy casting nim jest. W ich życiu, tym zawodzie, odsiew trwa nieustająco. I im wcześniej się oni do tego przyzwyczają, tym będzie im łatwiej. Mam kolegów, którzy zostali odsiani po pierwszy roku. Skończyli inne szkoły i uprawiają ten zawód.

Na egzaminy przychodzą także młodzi ludzie z bardziej lub mniej znanych rodzin aktorskich, artystycznych. To nie jest łatwe dla obydwu stron?

Zgadza się. Często są to dzieci naszych kolegów, koleżanek.

Chociażby tu, w tym warszawskim "grajdołku"?

Pracuję w komisji, tak czynnie, od szesnastu lat. W ciągu tego czasu przyjęliśmy kilka osób z tzw. rodzin aktorskich, a kilkunastu nie przyjęliśmy. Nie było to efektem kierowania się w podejmowaniu decyzji "na nie" względami osobistymi. Jest to wszystko o tyle trudne, że oczywiście potem następują telefony, spotkania, pytania: "Dlaczego?", osądy: "Jest to niesprawiedliwe".

Z moich wcześniejszych rozmów wynika, że dzieci z aktorskich rodzin, nawet jak dostały się na studia, to i tak miały o wiele trudniej. Nazwisko ciążyło, a nie pomagało.

Zgadza się, bo grupa też patrzy na nich trochę inaczej: "A jemu to będzie łatwiej, a on tu ma wejścia", itd…

I często są to ludzie "nieczynni" zawodowo.

"A, bo to jest syn tego i tego. Dobra, no to dajmy sobie spokój" - mówi ktoś po drugiej stronie.

Z czterech szkół aktorskich – dramatycznych, publicznych, co roku trafia na rynek około 120 absolwentów. Do tego wydziały lalkarskie oraz szkoły prywatne… Mówi się o "nadprodukcji" aktorów w Polsce?

Wie Pan co… Ten zawód jest bardzo niewdzięczny i niesprawiedliwy. I ta niesprawiedliwość mogłaby się zaczynać już u zarania egzaminów wstępnych, bo moglibyśmy sobie założyć, że przyjmujemy ośmiu…

Czyli system meksykański?

Ośmiu, dziesięciu. Pięć studentek i pięciu studentów. Tylko, że jak ktoś ma 18 lat, nie wie za bardzo jeszcze kim jest. Staje na początku tej drogi. I teraz, jak otwieramy ten wachlarz dla tych dwudziestu czterech osób, to myślę, że i my dajemy sobie szansę przyjrzenia się im. Przecież tu nikt nikogo nie trzyma siłą. Jeżeli komuś to nie odpowiada, może wyjść. Gdyby nie było takiego zapotrzebowania, gdyby przychodziło tutaj pięćdziesięciu kandydatów, to w życiu nie ośmieliłbym przyjąć dwudziestu czterech. Ale jak ja mam tysiąc trzysta osób, to od razu mówię: "Kurczę, żebym się tylko nie pomylił". Na samym początku studiów każdy opiekun roku mówi: "Słuchajcie, może czterech, może pięciu będzie miało szansę w tym zawodzie". Od razu ich bierzemy także na piętro, gdzie znajduje się wielka "ściana płaczu" - wiszą na niej listy z nazwiskami kolejnych roczników AT. Studenci stają przed nią, a ja mówię: "Zobaczcie z każdego rocznika ile jesteście w stanie rozpoznać nazwisk"? I oni wtedy otwierają - naprawdę szeroko - oczy. Wtedy również mają prawo zrezygnować. Mieliśmy kandydatów, którzy po takim wstępie, powiedzieli otwarcie: "Cholera, chyba to nie dla mnie". Byli i tacy, co po roku sami rezygnowali, "Nie, nie daję rady, nie chcę, po co"? A są tacy, którzy ostrzą pazury i się trzymają. I chwała im za to.


Spektakl "marat/sade" w Teatrze Collegium Nobilium, fot. Bartek Warzecha

Zainteresował mnie nowy przedmiot, który ma pokazywać coś, czego do tej pory studentom aktorstwa w żadnej ze szkół się nie mówi. To "Aktor i media", prowadzi go Maciej Stuhr.

On już był wykładany, kiedy zostałem dziekanem. Swoją nazwą leciutko odbiega od tego, co się na tym przedmiocie dzieje, dlatego że Maciek Stuhr, na przykład, robi ze studentami filmy. Powstało już "Milczenie owiec polskich" oraz najnowszy "Ding Dong". Podczas tych zajęć studenci mają okazję na spotkanie z człowiekiem - artystą, a jednocześnie człowiekiem mediów, z mediów. Przy okazji realizacji filmu, pracy nad scenariuszem, pracy przed kamerą, opowiada im również o tych zderzeniach i niebezpieczeństwach wynikających z "bycia na świeczniku", robienia swojego, a jednocześnie nie zwariowania w tym wszystkim. Jestem bardzo Maćkowi wdzięczny, że nadal chce to u nas robić. Oprócz przedmiotu "Aktor i media", organizujemy studentom również spotkania z ludźmi od szeroko pojętego PR-u.

Bo to jest dzisiaj bardzo ważny element. Kiedyś nikt tego nie uczył.

Tak, zgadza się. Planuję nawet otwarcie takiego fakultetu w połączeniu z wydziałem medioznawstwa i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Mam specjalistę, medioznawcę, od wypowiedzi publicznych, bo tutaj kulejemy straszliwie. Musimy wiedzieć, co można powiedzieć, a czego nie należy mówić. A, jeżeli, coś się już powie, to jakie to może nieść konsekwencje na wizerunek. A wiemy, że dzisiaj najmniejsze, najkrótsze zdanie może wywrócić życie do góry nogami.

No Maciej Stuhr to wie z pewnością...

On to świadomie robi, i to jest niesamowite. Natomiast młody człowiek nie ma zielonego pojęcia o konsekwencjach takiego postępowania.

Wspomniał Pan o realizacji filmów z udziałem studentów. To całkiem nowa rzecz w akademii. Zarezerwowana do tej pory dla szkoły filmowej w Łodzi?

Zgadza się. Nie możemy uciekać od tego. Przecież aktor teatralny to jednocześnie aktor filmowy i serialowy. Skoro sami wykładowcy: profesorowie, doktorzy, magistrowie uczestniczą w tych dwóch światach czy trzech światach, dlaczego nie mają dopuszczać do tego studentów? My nie mamy takich możliwości jak Łódź. Nie chcemy z nią konkurować. To tam przecież znajduje się wydział operatorski, wydział reżyserski, studia, sprzęt. Oni się z tym urodzili. To mają, z tego po prostu korzystają i udostępniają studentom. My rzeczywiście stawiamy pierwsze kroki w tej dziedzinie, ale w jakże zacnym towarzystwie i pod jak zacnym przewodnictwem.

W 1996 roku skończył Pan wydział, którego jest dziekanem. To był mocny rocznik. Joanna Brodzik, Cezary Kosiński, Agnieszka Warchulska. Pełen osobowości. Jak, po latach, kiedy jest Pan już pedagogiem, patrzy na tamten okres? Można powiedzieć, że mieliście szczęście i byliście tymi, którym się udało. A wchodziliście na rynek w również trudnych latach 90. Okres zmian…

Może ta zmiana nawet pomogła…? Jeszcze warto wymienić Waldka Barwińskiego, który jest podporą Teatru Dramatycznego. Milenę Lisiecką związaną z łódzkim teatrem, w którym zagrała ważne, duże role czy Michała Zielińskiego, związanego dzisiaj m.in. z Och-Teatrem, a szerszej publiczności znanego z programu "Szymon Majewski Show". Nie mogę pominąć Teatru Montownia, który współtworzę od 1996 roku - czyli od zakończenia studiów - razem z moimi kolegami ze szkoły teatralnej: Maciejem Wierzbickim, Rafałem Rutkowskim i Adamem Krawczukiem. 22 lata wspaniałej przygody!

Małgorzata Lewińska, która miała bardzo mocne wejście do serialu.

...oraz Iza Bukowska, która jest w warszawskim Teatrze Polskim. O dziwo ten rocznik jest również świadectwem tego, że nie tylko w teatrze można, trzeba pracować. Na studiach był ze mną Jarek Budnik - jedna z czołowych postaci polskiego eteru. Ja sam mam za sobą również 5 lat "radiowania". Już wtedy, proszę mi uwierzyć, ta szkoła szeroko nas kształciła.

Choć Pan znajdował się jeszcze w tzw. klasycznej sytuacji, kiedy ta szkoła była bardziej "z kiedyś" niż "z teraz". Pod względem pedagogów i pamięci czasów przedwojennych i powojennych. Profesor Andrzej Łapicki, Maja Komorowska…

Myśmy mieli szczęście o tyle, że z jednej strony uczyła nas profesor Aleksandra Górska - była naszym opiekunem i trzymała za twarz. Nauczyła mnie i moich kolegów szacunku oraz takiego dobrze pojętego savoir-vivre’u teatralnego. Z drugiej strony był profesor Jan Englert, który, oczywiście, "po pierwsze klasyka", ale wtedy ta współczesna klasyka i z jego strony podejście bardziej już nowoczesne do teatru. Z trzeciej strony natomiast Zofia Kucówna, która uczyła wiersza. Pani profesor trzymała nas za twarz również mocno, czego wtedy jeszcze nie rozumieliśmy, a potem to zaczęło procentować. Fantastyczny Waldemar Śmigasiewicz, który nas wziął do dyplomu na IV roku i zrobił z nami niekonwencjonalnie "Wesele Figara". Czy Wiesław Komasa, który do tej pory uczy. Historia kołem się… Oprócz mnie, pracują dzisiaj na uczelni moi koledzy z tego samego roku szkoły teatralnej: Cezary Kosiński i Maciej Wierzbicki. Czarek jest już po doktoracie i bardzo się cieszę, bo ma świetny kontakt z młodymi ludźmi i wnosi to, co sam ,"otrzymał" w Teatrze Rozmaitości od Grzegorza Jarzyny. Chociażby.

Proszę wyobrazić sobie taką sytuację. Podchodzi do Pana student i pyta: "Czy być albo nie być?" – no i jaka jest odpowiedź dziekana?

No… ale… jak nie być? Co dalej? Niebycie jest nudne. Chyba. Niebycie nie jest.

Jak go przekonać… do bycia? Do trwania?

Może warto "pociągnąć" dalej ten monolog Hamleta i powiedzieć "Oto jest pytanie, kto postępuje godniej, ten kto biernie stoi pod gradem zajadłych strzał losu, czy ten, kto stawia opór morzu nieszczęść i w walce kładzie im kres". Odpowiedź nasuwa się sama.

Rozmawiał: Maciej Kędziak
Zdjęcie główne: Teatr Montownia; slider: Mikołaj Tym / Agencja Bumerang



Do góry!