Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Wciąż czuję się młody

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Wciąż czuję się młody

Wciąż czuję się młody

Powinienem Cię zapytać o pierwszy ślad pomysłu na OFF Festival. Ta muzyka w dzisiejszych czasach może nie jest nietypowa, ale wówczas, na początku tworzenia festiwalu, dość konkretnie zmieniałeś rolę, schodziłeś z estrady w zupełnie inne miejsce.

To kwestia mojego niespokojnego ducha i moich zainteresowań, pociągała mnie kwestia organizacji czegoś, kreowania kolejnego, nowego projektu.

To była chęć wynikająca z tego, że jesteś muzykiem i wiesz, jak chcesz, by Cię traktowano? Bo muzycy mają zapewne zupełnie inny punkt widzenia niż standardowy organizator, dla którego jest to po prostu jakiś sposób na życie. Jesteś po drugiej stronie barykady, więc czy grając na jakimś festiwalu, masz czasem wrażenie, że wszystko jest trochę nie tak, że powinno to inaczej wyglądać?

Nie nie, ja tak nie myślę. Nie miałem żadnego doświadczenia z organizowaniem festiwali i w ogóle rzadko się na nich pojawiałem. W Polsce grałem kilka razy w Jarocinie, dwa razy na Przystanku Woodstock. Miałem natomiast świadomość tego, że wiele rzeczy, których słucham, nigdy w Polsce nie zobaczę. Pierwszym momentem przełomowym, który bardzo mocno mnie zainspirował, to był okres, kiedy Myslovitz zaczęło jeździć po świecie odwiedzając międzynarodowe festiwale. Zagraliśmy na T in the Park w Szkocji, Wittness w Irlandii, Paleo i Montreaux Jazz Festival w Szwajcarii, Bizzare w Niemczech i jeszcze na kilku innych. Zobaczyłem po raz pierwszy takie festiwale z prawdziwego zdarzenia. Wtedy nawet nie myślałem, że będę kiedyś coś takiego organizował. Zobaczyłem skalę, zainteresowanych ludzi, infrastrukturę…

Politykę specyficzną?

Tak. To było w 2001-2002 roku i jak wróciłem, to zacząłem myśleć, żeby zacząć organizować pojedyncze koncerty. Chciałem ściągać zespoły do Polski – te zespoły, które lubiłem i miałem poczucie, że ludzi takich jak ja jest trochę więcej, tylko są rozsiani po całej Polsce, a spotykają się tylko raz na jakiś czas w związku z jakąś wyjątkową okazją. Pomysł ściągnięcia pojedynczych artystów do Polski szybko odszedł na tor boczny i przerodził się w myślenie o czymś większym, o festiwalu. To był szalony pomysł, ja się w ogóle nie zastanawiałem jak to się robi, nie wiedziałem jak to się organizuje. Miałem tylko bardzo silne poczucie, że to jest coś potrzebnego, niesamowicie interesującego i wierzyłem w to. W pewnym momencie pomysł był na tyle klarowny, że poszedłem do urzędu miasta i zaprezentowałem pierwszą wersję późniejszego OFFa. Miasto uwierzyło mi, ja miałem bardzo silne przekonanie, że to jest świetny pomysł i to moje przekonanie burzyło wszystkie przeszkody. I zrobiłem pierwszą edycję.


fot. Karol Grygoruk

Wydaje mi się, że wyprzedziłeś czasy – teraz słowa kurator używa się dość powszechnie, ale w 2001 roku było ono zarezerwowane raczej dla galerii sztuki, nie dla festiwali muzycznych.

Ja się nie nazywałem kuratorem.

Mówię o sposobie myślenia, postrzegania swojej roli.

Nie zastanawiałem się nad tym, nazwałem się dyrektorem artystycznym, ale rzeczywiście działałem jak kurator.

Myślę, że czasami dyrektor artystyczny jest tylko plakietką PR-owską. Kurator to jest coś więcej. To jest historia, w której modelujesz festiwal po swojemu i nawet jeśli z tyłu głowy masz ułożony przez kuzyna biznesplan, to ten profil artystyczny jest ważny, to nie jest tak, że masz spełniać czyjeś oczekiwania, komercyjne.

Wymyśliłem sobie imprezę, na którą sam chciałbym pójść i w zasadzie kreowałem ją nie tylko artystycznie, ale i wizualnie. Wyobrażałem sobie, że scena powinna stać tu czy tam, jedzenie powinno być takie, tu powinniśmy robić wywiady, a tam powinniśmy mieć zaplecze techniczne itp. Na początku, gdy robiliśmy ten festiwal, gadałem ze wszystkimi – z dostawcą toi-toi, z dostawcą wody, załatwiałem sponsorów, bookowałem zespoły, robiłem bardzo dużo różnych rzeczy. Ten festiwal powstał według mojego pomysłu i z czasem się profesjonalizował. Na początku to było takie entuzjastyczne, nawet zbyt entuzjastyczne. Na szczęście nie robiłem dużych kroków, nie porywałem się na nic wielkiego, aczkolwiek pamiętam do dzisiaj jak robiłem pierwszą edycję i wysłałem Ci smsa, nie mając świadomości w ogóle jakie to są koszty, z czym to się je. Wymyśliłem sobie, że zaproszę na pierwszą edycję Iana Browna albo zespół Elbow. Elbow był wtedy po pierwszej płycie.

Coś mi ten Ian Brown przypomina.

Wysłałem do czterech osób, m.in. Ciebie, smsa z pytaniem kogo byście chcieli zobaczyć. Każdy mi odpowiedział, potem udało mi się skontaktować z agentem, okazało się, że koszty są takie jak całego festiwalu, więc gwiazdą pierwszej edycji był zespół Banco de Gaia.

Na nikogo z tej trójki bym w ogóle nie postawił, ale to już jest zupełnie inna historia. Mówiłeś, że festiwal się profesjonalizował, że robiłeś kolejne małe kroki, ale ja mam wrażenie, że kuratorem jesteś do dziś. Dlatego, że nie dałeś temu festiwalowi się za bardzo przepoczwarzyć, mentalnie starasz się go utrzymać w klimacie zwykłej imprezy, od której zaczynałeś. Oczywiście, że czasy są inne, sytuacja jest inna, nawet Twoje wewnętrzne przygody z miastem są inne. Natomiast ten festiwal jest przez Ciebie trzymany w pewnych ramach, nie pozwalasz mu wybuchnąć w stronę, która być może byłaby słuszna komercyjnie.

Ja to robię cały czas według swojego postrzegania, odliczając też wszystkie błędy, które popełniam. Bo nie wszystko wychodzi mi tak, jak bym chciał.

Panujesz nad tym.

Oczywiście. Wszystko odbywa się pod moją kontrolą i nikt nie ma na to większego decyzyjnego wpływu niż ja.


fot. Adam Burakowski

Mówię przekornie o takiej sytuacji, kiedy impreza ma absolutnie swój status, markę, brand, są różne przygody z lokalizacją, miastem i pojawia się nagle bogaty sponsor, który mówi: chętnie nawiążemy współpracę, ale mamy pewne oczekiwania komercyjne. To nie Twoja polityka, nawet jeśli ten sponsor miałby uratować istnienie festiwalu, to jednak na warunkach brzegowych, które są zawsze najważniejsze.

Nie pozwoliłbym na coś takiego, nie potrafiłbym, żeby festiwal się przeobraził w coś, czego ja nie czuję. Stworzyliśmy nawet kiedyś kodeks współpracy z partnerami i sponsorami. Widząc kiedyś, że oni działają według standardowego klucza i nie ważne czy to jest OFF czy Juwenalia, cały czas próbowałem ich przekonać, że w tych miejscach jest inna publiczność i nie wszystkie pomysły, które sprawdzają się na innym festiwalu, sprawdzą się u nas. W naszym przypadku sponsor powinien być mecenasem, powinien wspierać kulturę, a nie odlepiać się od kultury. Staraliśmy się przekonać sponsorów do działań, które byłyby bliskie naszej publiczności i naszej idei. Stąd PGE promuje polską kulturę, MasterCard przez kilka lat miał swój namiot DJski, gdzie Dj-ów zapraszałem ja, Converse miał przestrzeń, w której publiczność spotykała się z artystami, promotorami i managerami, a Grolsch miał swoje kino, organizował Dancing Międzypokoleniowy i rozstawiał fortepiany po całej przestrzeni. Zajęło nam bardzo dużo czasu, żeby ich  przekonać, że lepiej skomunikują się, kiedy będą dopasowywać się do tego festiwalu niż powtarzać schemat, który stosują na każdym evencie. Nasz kodeks dotyczy też wielkości brandingu, umiejscowienia, materiałów. Pozostawiamy sobie też prawo do decyzji, które działania nam odpowiadają, a które nie. To nie jest po to, żeby ograniczać ich działania, tylko po to, żeby mogli bardziej się dopasować do naszej publiczności i uzyskać lepszy efekt. Korzystają na tym wszyscy. Na początku był opór, ale z czasem dawali się przekonać. My ich też trochę inspirowaliśmy.

Postrzegam to jako jeden z Twoich największych sukcesów, ponieważ ta branża z reguły wie lepiej, są bardzo skoncentrowani na realizacji planu marketingowego na cały rok za duże pieniądze. Przekonać ich to trudna sprawa.

Myślę, że wielu ludziom z tej branży zaimponowało zjawisko bycia off, jak na to wskazywała nazwa festiwalu i jego muzyczny kierunek. Marki współpracujące z nami szukały wyróżników, chciały być na odwrót. mBank nie był standardowym bankiem. Grolsch chciał dotrzeć do bardziej wymagającego klienta, a Converse chciał się bardziej skomunikować z trendsetterami. Każdy z nich szukał niszy. I nagle pojawia się festiwal, który te dążenia uosabia.
Wizerunkowy sukces festiwalu i przebicie się do masowych mediów spowodowało, że Off stał się modny. Po nas powstało wiele innych offów, jak chociażby Off Plus Camera, Off Piotrkowska, Off Frytka, Off Radio i inne.

Off się spopularyzował jako słowo, ale Ty byłeś pierwszy i w związku z tym masz do tego prawa.

Takie niepisane. Kolega mi mówi, że oni wszyscy na nas pracują :)

Czy patrząc na te 10 lat, mógłbyś w skrócie opowiedzieć o tym, co się nie udało?

Nie udało się sprowadzić wielu zespołów, które chciałem sprowadzić. Nie dlatego, że coś zaniedbałem, głównie to ograniczone możliwości związane z dostępnością danego artysty w terminie, kiedy odbywa się festiwal i naszymi możliwościami finansowymi. Albo pewne plany, których zespół nie potrafił zmienić, żeby przyjechać i zagrać na Offie.

Ale to jest takie proste, normalne, nie zmienimy kalendarza. Jest zawsze szansa, że te zespoły jeszcze przyjadą. Mam na myśli rzeczy, które się nie udały w walce z materią wokół, bo takie rzeczy się zdarzają.

Na początku siłą tego festiwalu było to, że nie dość, że był off, to jeszcze się odbywał w takim mieście jak Mysłowice, gdzie nie licząc kąpieliska, nie było żadnej infrastruktury. Ludzie z pola namiotowego zakupy mogli robić tylko w Biedronce, a artyści mieli ten sam backstage co media i ekipy techniczne. W tym samym czasie kiedy odbywał się festiwal w okolicy kąpieliska, odbywały się cztery wesela, a samo kąpielisko nie zmieniło się od czasów, kiedy Kazimierz Kutz kąpał się tam mając 9 lat. Samo miasto zapuszczone, obdrapane, z dużą ilością pustostanów stało się niezwykle wdzięczne dla artystów sztuk wizualnych, co też eksplorowaliśmy mocno w pierwszych latach działalności. Ta anty-infrastruktura pasowała do całej idei. Niestety nie udało się utrzymać festiwalu w tym mieście. Paradoksalnie to, co się nie udało było krokiem do przodu. Przeniesienie się do Katowic, wsparcie jakie otrzymałem i świetna współpraca pozwoliły mi na większy rozwój i międzynarodowy sukces.

Czyli nie wchodząc w szczegóły, ten festiwal wyrósł po prostu.

W Mysłowicach nie mógłbym się rozwinąć do takiej skali, w jakiej Off jest dzisiaj. Z czasem te wszystkie braki zaczęłyby być problemem, a festiwal przestałby być interesujący.

To znaczy, że tych porażek w sumie nie było.

Każda porażka jest po coś. Nie zawsze na naszym festiwalu była tak dobra strefa gastronomiczna jak dzisiaj. Przez pierwsze lata organizowania festiwalu, jeszcze w Mysłowicach, nie było gastronomów, którzy potrafiliby zabezpieczyć jedzenie na festiwalach albo byli tacy, którym się wydawało, że potrafią, bo obsługiwali koncerty na stadionach. Jednak różnica pomiędzy festiwalem, a koncertem stadionowym jest taka, że u nas korzysta się ze strefy non stop, od południa do godzin porannych, a tam godzinę przed wejściem na stadion i godzinę po wyjściu, kiedy koncert się kończy. Kiedy przenosiłem się do Katowic, miałem nadzieję, że to się zmieni. Przełomowy okazał się rok 2010, pierwsza edycja w Katowicach. Pamiętam jak przed festiwalem jeździłem po mieście, spisywałem nazwy knajp, które wydawały mi się interesujące i zapraszałem ich do współpracy – okazywało się, że znów byli to ludzie kompletnie nieprzygotowani do obsługi gościa festiwalowego. Chociaż na festiwalu było już bardziej różnorodnie niż w Mysłowicach, gastronomowie nie wyrabiali i w piątek pod wieczór zamiast kuchni zróżnicowanej, znów była dostępna tylko kiełbasa i ogórki. I właśnie wtedy, w 2010 roku, udało mi się zaprosić pierwszy raz dziennikarzy ze znaczącego dla mnie pisma muzycznego, New Musical Express. Okazało się, że dwóch z nich było wegetarianami i nie miało co jeść. Konsekwencją tego była recenzja festiwalu, która skupiła się na krytyce strefy gastronomicznej. Pamiętam, że mnie to strasznie zabolało. To była porażka, ale jednocześnie moment przełomowy. Od 2011 strefa gastronomiczna przeszła taką przemianę i rozwój, że dziś uważam, że to jedna z najlepszych stref gastronomicznych na festiwalu muzycznym w Europie.

Czy skoro festiwal wyprowadził się z Mysłowic to teraz każda podróż jest możliwa?

Nie boję się żadnej podróży, chociaż nie chciałbym się nigdzie stąd wyprowadzać. Festiwal był już jedną nogą we Wrocławiu, kiedy zadzwonił do mnie Marek Zieliński, człowiek odpowiedzialny za działania Katowic wokół konkursu na Europejską Stolicę Kultury. Gdyby nie jego telefon i poruszenie, jakie spowodowała informacja, że OFF przenosi się do Wrocławia, nie byłoby nas w Katowicach.


fot. Karol Grygoruk

Pewnie o sukcesach będzie Ci tak samo trudno mówić jak o porażkach. Ale porozmawiajmy o Twoich prywatnych sukcesach, które postrzegasz w związku z festiwalem. Co Ci się udało, o czym tylko Ty wiesz, że to jest dla Ciebie sukces?

Kiedy robiłem to w Mysłowicach, na kąpielisku Słupna, zarządcą terenu był mój były trener pływania. Pamiętam, że jak byliśmy dziećmi, on czarował nas opowieściami, że bycie sportowcem wyprowadzi nas w świat, że będziemy mogli poznać ciekawych ludzi, zobaczyć wiele miejsc, nauczyć się języków. Wierzyłem mu. Na zbiórkach przed treningiem opowiadał nam o słynnych pływakach,  jak Weismuller albo Spitz, organizował lekcje języka angielskiego i niemieckiego, organizował spotkania z olimpijczykami, z ludźmi, którzy opowiadali nam o rzeczach nieosiągalnych dla nas. Kiedy byliśmy na Węgrzech na obozie sportowym, na parkingu stał autobus na rejestracjach austriackich. Trener powiedział nam wtedy, że do Wiednia pojedziemy w następnym roku. I chociaż nigdy nie pojechaliśmy, to bardzo mocno nas to pobudzało. Pamiętam też taką śmieszną sytuację z wycieczki do Warszawy, kiedy przechodziliśmy obok hotelu Victoria, on się zatrzymał i powiedział: widzicie ten hotel? Wszystkie dzieci patrzą wielkimi oczami, a on mówi: tutaj nigdy nie będziecie spać (śmiech).

Kiedy robiłem festiwal na kąpielisku, którym on zarządzał, po pierwszej edycji powiedział mi: „No Artur, gratuluję. Bardzo mi się podobało. Marzy mi się, żeby w następnym roku zagrała tu u Ciebie Tina Turner”. Pomyślałem wtedy: „Boże… Mieszkać na takim zadupiu i mieć tak abstrakcyjną wyobraźnię...”. Ale w 2009 roku na tym festiwalu zagrał zespół The National, który wtedy był po płycie Boxer i przed płytą High Violet, który zaczął być jednych tchem wymieniany obok R.E.M. jako jeden z najważniejszych zespołów amerykańskich. Kilka lat później pojawił się Iggy Pop, My Bloody Valentine, The Smashing Pumpkins czy Patti Smith. Mam dużą wyobraźnię, ale jego była większa.

I myślę, że tą Tiną Turner w pewnym sensie przepowiedział drogę tego festiwalu. Wszyscy ci, których przez całe życie uważałem za nieosiągalnych, oni po prostu przyjeżdżali na festiwal. A na dodatek wynosili jeszcze z OFFa dobrą informację dalej. Cały czas spotykałem na świecie ludzi, którzy nas znają. W ten sposób poznałem m.in. Jonathana Ponemana, założyciela Sub Pop Records i człowieka, który podpisał się z Nirvaną. Jonathan jest naszym regularnym gościem od 2009 roku. OFF jest rozpoznawalną marką w świecie. W 2012 zdobyliśmy nagrodę dla Najlepszego Festiwalu w Europie, a w 2014 magazyn Time wybrał nas jednym z 14 najciekawszych festiwali muzycznych świata. Ogromną satysfakcją jest dla mnie to, że się udało i że pochodząc z miejsca niepretendującego do tego, żeby osiągać sukcesy, można coś rzeczywiście swoim zaangażowaniem, pracą i pomysłem, wykreować. Myślę, że to jest największa wartość tego festiwalu – że, mam nadzieję, pozostawia coś ludziom.

Zastanawiam się jak nazwać obecność zespołu Ride na OFFie - przedziwne zapętlenie, kropka nad i?

Ride był dla mnie ogromną inspiracją. Poznałem ich muzykę zanim założyłem zespół. Byłem totalnym fanem. Napisałem nawet do ich fanklubu, miałem ich zdjęcie z autografami. I ta historia zatoczyła koło. Zespół, który zainspirował mnie do grania muzyki, pojawił się finalnie jako mój gość na festiwalu. Podobnie było z House Of Love, My Bloody Valentine, Slowdive czy Primal Scream.

To już w kontekście jednak Screamadelici.

Tak, bo to najważniejsza ich płyta dla mnie. A w tym roku mamy Lush. Mam ten komfort, to taka idea założycielska, że zapraszam zespoły, które sam chciałbym zobaczyć. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że dzisiaj to już nie jest takie zaskoczenie jak kiedyś. Ludzie mają łatwy i szeroki dostęp do zasobów i do kultury, do muzyki, mają o wiele większą wiedzę niż wtedy, kiedy ten festiwal zaczynałem.

A z drugiej strony, my się nie zorientowaliśmy, że od początku lat 90. minęło 25 lat, to są prawie dwa pokolenia. Lata 90. znowu są cool i dzięki Offowi dostaną kopa do przodu.

Tylko w niektórych przypadkach ta siła muzyki lat 90. jest w stanie mnie na nowo przekonać. Z całą miłością do zespołu Ride, ich koncert był dla mnie trochę rozczarowujący. Czego nie mogę powiedzieć o koncercie Slowdive. Albo o koncercie Primal Scream grających Screamadelice. Ta muzyka się kompletnie nie zestarzała, działa po prostu piorunująco.

Ostatnie trudne pytanie: na ile Off Festival zastąpił Ci w życiu Myslovitz?

Nikt nigdy mi tego zespołu nie zastąpi. Zaczęliśmy rozmowę od tego, dlaczego ten festiwal w ogóle zacząłem robić. Przez ten czas, kiedy grałem z Myslovitz, imałem się różnych zajęć, wszystkie były związane z muzyką – miałem audycję w radiu, pisałem recenzje do gazety i angażowałem się w inne projekty muzyczne –  założyłem drugi zespół i cały czas czegoś szukałem. I ten festiwal jest też wynikiem mojego poszukiwania. Miałem coś takiego, stety i niestety, że nie chciałem być tylko związany z zespołem Myslovitz. Wkurzało mnie to, jak ktoś mówił, że idzie ten z Myslovitz. Nie chciałem, żeby tak było. Myslovitz to jedno, ale jest jeszcze Off Festival, Lenny Valentino, moja kariera solowa itd. I cały czas mam w sobie takie przeświadczenie, aczkolwiek dzisiaj już trochę mniejsze, mając za sobą doświadczenie tego, co się udało zrealizować. Nie traktowałem tego nigdy tak, że jedno ma zastąpić drugie. To miało po prostu rozszerzyć moją działalność, bo samo Myslovitz mi po prostu nie wystarczało. Myslovitz jednak było jakimś ograniczeniem, to był kolektyw, pięć osób. Nie wszystko zależało ode mnie, to było zderzenie pięciu osobowości. I ja jako jedynak i wyczynowy sportowiec, ale w sportach indywidualnych, zawsze miałem takie ciągotki do działania bardziej indywidualnego niż zespołowego. I to było wynikiem mojej natury, że poszedłem jeszcze dalej, że wyszedłem z tego. Ale nie na zasadzie zastępstwa.

To może być fajne ostatnie zdanie: wyrosłeś z Mysłowic i z Myslovitz.

Trochę tak. Z drugiej strony jak jeszcze byłem w Myslovitz, to trudno mi było wyobrazić sobie siebie mającego 60 lat i cały czas grającego koncerty. Teraz to nieco weryfikuję, być może dlatego, że moja praca jest trochę podzielona. Pamiętam, że stwierdziłem to na koncercie The Stooges w Irlandii – oglądałem Iggy’ego, który kopulował ze wzmacniaczem i pomyślałem sobie „mój Boże, nie chcę tak skończyć”. Teraz jestem 44-letnim facetem i czuję się cały czas młody, chociaż już młody nie jestem i nie myślę już o tym w taki sposób jak na wspomnianym koncercie. Podziwiam Iggy’ego za to, że wytrzymał i znalazł się tam, gdzie się znalazł.

Kto wie czy to nie jest moje najmocniejsze wspomnienie z Offu w ogóle, Iggy prowadzony przez dwóch współpracowników tylko po to, żeby wejść na scenę, po czym na scenie zaczyna nią rządzić, skakać, zapraszać ludzi.

To było niesamowite. Myślę, że to był taki ludzki cliff, facet w takim wieku, który po prostu porwał ludzi. Z resztą Patti Smith zrobiła to samo w tamtym roku. Pasja z jaką odegrała „Horses” to było ogromne wzruszenie zarówno dla publiczności, jak i dla niej. Do dzisiaj o tym wspomina w wywiadach…

Rozmawiał: Piotr Metz



© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!