Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Chciałbym być w jakiś sposób żywy

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Chciałbym być w jakiś sposób żywy

Chciałbym być w jakiś sposób żywy

Choć współtworzył najważniejsze grupy polskiej sceny yassowej - Miłość i Łoskot, jak ognia unika etykiety ikony polskiego jazzu. Od muzycznych salonów woli kameralne kluby, w których sceniczna ekspresja spaja twórcę z publicznością. Jest artystą poszukującym, który nieustannie eksploruje granice improwizacji. W jego dyskografii znajdziemy ponad 60 płyt, ale dopiero teraz, po blisko 30 latach na scenie zdecydował się na nagranie solowego albumu. O szaleństwie, lukrze i języku rozmawiamy z Mikołajem Trzaską.


50. urodziny uczciłeś wydaniem pierwszego w karierze solowego albumu. Skąd taki pomysł? Czy do solowego albumu trzeba dojrzeć?


Nigdy w życiu nie wymuszałem na sobie działań. Każde wynikało z jakieś potrzeby. Czekam na znak. Albo od rzeczywistości, albo od reżysera, albo od jakiejś inspiracji. W tym przypadku znakiem do nagrania płyty było takie poczucie, że kończenie pięćdziesiątki dla artysty, który jest przez całe życie człowiekiem bardzo aktywnym pod względem psychofizycznym, to jest to moment pewnego upadku. Od tego momentu świat nie jest dla mnie już okrągły. Ziemia stała się płaska, a ja widzę jej koniec. Tę barierę. Ta płyta solowa to moment, w którym przelała się jakaś kropla. Człowiek zaczyna się obrać w tył. Przyszła pora, że zacząłem archiwizować swój dorobek. Okazało się, że jest tego od cholery. I trochę się przestraszyłem. Być może płyta solowa jest po to, by trochę się uspokoić i nie sypać łopatą.

O muzyce jazzowej, z której pnia wyrastasz, mówi się, że, bardziej niż w przypadku innych gatunków, jest to muzyka dialogu. W przypadku solowego albumu jest to dialog z kim?

Jestem osobą, która często rozmawia z samym sobą. Nagranie takiej płyty pod tym względem nie było dla mnie trudne. Trudność polegała raczej na tym, żeby utrzymać napięcie historii. Bo muzyka zawsze jest historią, a dialogiem bywa zależnie od gatunku. Jazz może być dialogiem, ale nie musi. Często jest raczej dialogiem z publicznością niż między muzykami. To muzyka improwizowana wytworzyła taki rodzaj klimatu, w którym muzycy porozumiewają się na scenie, a państwo na to patrzycie. Nagrywanie takiej płyty solowej to rozmawianie z różnymi formami swojego ja. To ewidentnie pulsuje. Człowiek taki jak ja jest zbudowany z wielu czasów, wielu narracji... I kiedy mam szansę w studio albo na scenie koncertowej utrzymać taki stan ducha, gdzie dopuszczam rodzaj wielogłosowej, duchowej rozmowy wewnętrznej, to mam poczucie, że koncert można uznać za udany. Mam do czynienia wówczas z taką swego rodzaju pulsującą biblioteką różnego rodzaju głosów, które są we mnie. Czy to jest szaleństwo? Trochę tak brzmi. To jest próba uporządkowania tego. Wiadomo, że szaleństwa nie da się zatrzymać. Nie da się też go pozbyć. To już też wiem. Natomiast da się z niego korzystać w sposób twórczy. Pod warunkiem, że się z tym pogodzimy. Oczywiście przyszło do mnie mnóstwo wewnętrznych pytań dotyczących samej techniki grania. Czy ja jestem dobrym saksofonistą? Bo wcześniej właśnie tak myślałem, że nie poćwiczyłem dostatecznie dużo w życiu. Co jest zresztą prawdą, bo nie zajmowałem się takim klasycznym jazzowym ćwiczeniem, jak moi koledzy. Czy mój warsztat jest na tyle bogaty, że będę mógł się swobodnie wypowiedzieć? Im dłużej bym tak myślał, to bym pewnie tego nie zrobił. Uważam, że warsztat muzyka jest naprawdę gotowy, gdy jest w stanie powiedzieć proste zdanie. I czasami lepiej by było, gdyby ta historia dla wielu muzyków, łącznie ze mną, skończyła się na tych prostych zdaniach.

Nie jestem muzykiem, który na tej płycie pokazuje swoje bogactwo techniki warsztatowej. Wręcz odwrotnie. Ta płyta w jakiś sposób jest nieporadna. Jest dużo pomyłek, kiksów, o których wiem. Nagrałem cztery godziny materiału i wybrałem z nich 50 minut, które uważałem za najbardziej żywe. Takie, które mówią. I ja w to wierzę.

A co mówią?

Dużo rzeczy, ale tego już nie powiem. Bo jak zacznę o tym mówić, to będę jak reżyser Gluś, który opowiada publiczności co właśnie dzieje się na ekranie. Od tego są książki, by czytać w nich litery, a obraz pojawia się taki, jaki my tylko możemy zobaczyć.



Powiedziałeś, że 50. urodziny to moment, gdy zaczynasz patrzeć wstecz i porządkować to, co się wydarzyło. Stworzyłeś już jakąś taką mapę?

Jest w tym pewien chaos. Musiałem posłużyć się jakimś kluczem, by to wszystko uporządkować. Pomyślałem sobie, że najpierw skończę te studia na ASP, które kiedyś przerwałem. I to było takim moim podstawowym motorem. Pomyślałem, że trzeba zabić mit, bo przestraszyłem się, że skończyłem tę pięćdziesiątkę i stałem się taką ikonką tej popkultury yassowej. Zauważyłem, że przed wieloma moimi koncertami ładuje się właśnie tę notkę, że jestem tym od Miłości i yassu. Pomyślałem: do cholery, chciałbym być w jakiś sposób żywy. Jeżeli zaczyna się myśleć o sobie w kategorii "jestem ikoną" to jest śmierć artysty. Dlatego postanowiłem to odczarować i skończyć studia. Nie będę świrował, że to rzucenie studiów to był jakiś wielki wyczyn. To była po prostu głupota. Dziś być może bym nawet chciał podzielić się ze studentami swoją wiedzą, ale nie mogę, bo nie mam tego cholernego papierka. A moje doświadczenie jest może i chaotyczne, ale jednak niebywałe. Ale staję teraz pomiędzy moimi młodymi kolegami, znakomitymi muzykami, z których część nawet wychowała się na mojej muzyce i myślę, że w tej drugiej części - od pięćdziesiątki do końca - czeka mnie bardzo ciekawa historia. Jakim warsztatem, językiem i aktywnością będę się posługiwał?

Nawiązując do języka, czy Ty dziś czujesz się jeszcze jazzmanem?

Wydaje mi się, że dla artysty to jest najgorsza rzecz dać się wpakować w jakiś taki system i oczywiście staram się tego unikać. Nie czuję się częścią jazzowego środowiska, ale jestem muzykiem jazzowym i myślę, że to bardziej odbiorcy odnajdują mnie w tym świecie, niż ja sam. Nie mam jazzowego rodowodu. Wychowałem się na rock'n'rollu, a jazz poznałem przed maturą i poznawałem intensywnie przez następne lata. To jest tak szerokie słowo ten jazz, że brzmieć może zarówno jako przekleństwo, jak i bardzo dobre słowo. Pamiętam taki wywiad z Igym Popem, który powiedział, że "rock'n'roll to dla niego święte słowo". Oczywiście mówił do będąc rozebranym od pasa w górę i doskonale wiedziałem co on mówi. Że to jest dla niego skała i będzie się do niej zawsze odnosił. Ja też mogę tak powiedzieć. Że jazz jest dla mnie świętym słowem, które oznacza uczciwość, pracę, prawdę, pot, fizykalność, duchowość, modlitwę... mnóstwo rzeczy. A z drugiej strony to takie słowo, które oznacza też nudę, papierosy, frustrację, samochody, sport, kiełbasę, słoninę, wódkę... Tyle o jazzie.



W Stanach i w Europie jazz funkcjonował w dwóch zupełnie innych przestrzeniach. Tam długo był muzyką czarnego getta, a u nas rozrywką dla intelektualistów na salonach. Czy te dwa światy nadal istnieją?

Oczywiście. Z jednej strony masz wielkie jazzowe festiwale, gdzie muzycy ubrani są w poszerzane spodnie i aksamitne koszule, a na koncerty przychodzi bogate państwo płacąc za nie po kilkaset złotych. I są takie miejsca, jak warszawskie Pardon, to tu, do którego przyjeżdżają muzycy zmęczeni, spoceni trasą. Mają jedną koszulę na cały tydzień i grają muzykę, która ma zupełnie inny charakter. Tamta muzyka jest blichtrem, ta muzyka jest społeczna. Ja wolę słuchać tej społecznej. Być może to właśnie w jazzie jest najbardziej pociągające. Choć mnie samego najbardziej pociąga proces. Przychodzę na koncert i wiem, że to wszystko dzieje się dokładnie w tym momencie, że muzyk zmaga sie z czymś, z jakąś osobistą historią, przeżyciem. Oczywiście ten jazz, który przyszedł do Europy, też na początku miał charakter buntu. Tylko że kultury cywilizacji już tak mają, że zawsze biorą jakiś bunt, kupują go na rynku, biorą do domu, walą warstwę kremu, trochę cukru, jakieś wisienki i w sklepie obok sprzedają jako lepszy towar. Ale całkowicie rozumiem moich kolegów muzyków, którzy bywają zmęczeni i wolą usiąść na krześle, niech ktoś walnie ten lukier na nich i sprzeda ich w trochę lepszym świetle, za lepszy bilet, by mogli żyć spokojniej. Ale osobiście wolę spokojniej spać. I to jest pytanie, gdzie umieszczamy nasze marzenie o tym, co byśmy chcieli z tego świata mieć.

Jeśli mówimy o zmaganiach to Ty także, odkrywszy korzenie żydowskie, przez lata zmagałeś się z własną przeszłością i tożsamością.

No właśnie już chyba przestałem. Natomiast obawiam, że zaczynam zmagać się z faktem, że rzeczywiście jestem Żydem. Ale to jest raczej historia polityczna niż muzyczna. Jestem przerażony tym, co się dzieje w Polsce. Jak pękły wszystkie bariery. Ale to jest jasne dla wszystkich, którzy są choć trochę wrażliwi. Bardzo to przeżywam. Pamiętam, jak 10 lat temu dokonałem tego coming outu i bardzo mi ulżyło. I ten proces tożsamościowy się już zamknął. Przestałem spierać się ze swoją żydowskością i polskością. Nie spodziewałem się, że tak szybko nadejdzie moment, że trzeba będzie poczuć to, kim się jest w sensie narodowościowym, na swoich plecach mocniej niż normalnie.



Niedawno skończyłeś pracę nad muzyką do "Wołynia" Wojtka Smarzowskiego, który również jest opowieścią o przeszłości i tożsamości. Ile z tej niełatwej historii pogranicza usłyszymy na ścieżce dźwiękowej?

Bardzo duża część tej muzyki to ciężka robota Maniuchy Bikont, która zajęła się rekonstrukcją. Ponieważ ważnym elementem filmu jest wesele polsko-ukraińskie to znalazła polskie i ukraińskie melodie z tamtych czasów. Pisząc muzykę też się inspirowałem tymi melodiami. To oczywiście nie jest muzyka dosłownie polska czy ukraińska, ale gdzieś mi się wyśnił taki temat, który będzie motywem przewodnim filmu. Będzie dużo melodii, ale też będzie dużo takiej muzyki, która będzie życiem wewnętrznym głównych bohaterów. Przed każdym filmem zastanawiam się zawsze, jakich narzędzi użyć. Trzeba zobaczyć jaki film ma kolor, jaki jest jego język, jak pada fraza, jaki jest czas. Wiadomo, że nie użyję saksofonu do opowieści z II wojny światowej. I przymierzając się do "Wołynia" pomyślałem, że to jest moment, w którym bym chciał się spotkać z orkiestrą. Ale nie wyobrażam sobie pracy z taką klasyczną orkiestrą w garniturach itd. Trochę się wstydzę takich ludzi. A że miałem wcześniej okazję współpracować z Orkiestrą z Sejn... to są ludzie pogranicza. I pomyślałem sobie, że coś w tym jest, że i oni są z pogranicza i film też. Poczułem, że to jest to. I rzeczywiście dynamika trąb, ich strój lub bestrój, ich moc lub delikatność bardzo zaważa na klimacie. Nie spodziewałem się, że ci muzycy wykażą się tak niezwykłą wyobraźnią. Dali z siebie mnóstwo energii.

Wracając do muzycznych wyborów. Od kilkunastu lat pod szyldem Kilogram Records razem ze swoją żoną Olą prowadzicie wydawnictwo płytowe. To dość wyboista droga...

Absolutnie. Tu na pewno Ola opowiedziałaby dużo więcej, bo ja jestem "tylko" pracownikiem tego wydawnictwa. Staram się zresztą wydawać coraz więcej poza nim, bo chciałbym, aby Kilogram Records wydawał też trochę innych improwizujących rzeczy. Gdyby nie Kilogram to nie byłoby nikogo, kto byłyby w stanie wydać tyle różnych moich rzeczy. A i tak strasznie dużo rzeczy czeka i leży. Finansowo raczej dokładamy do tego wydawnictwa, ale dzięki temu, że są płyty, są koncerty.

Sytuacji nie ułatwia z pewnością to, że dziś słuchanie muzyki się zmieniło. Muzyka dostępna jest w sieci na kliknięcie myszką. Za zgodą twórców trafia do serwisów streamingowych, bez ich zgody – na portale pirackie.

Kiedyś miałem marzenie, by mnie ktoś piratował. Streaming rzeczywiście jest dla mnie czymś, z czym sobie trudniej radzę. Ale ja jednak jestem przede wszystkim muzykiem sceny. Niech mnie ktoś czasem posłucha, nawet zestreminguje, to jednak dostaje zaledwie namiastkę tego, co się dzieje. To jest trochę tak, jakby nakręcić sztukę teatralną na telefonie, a potem próbować to sprzedać. Złapałem się na tym, że często, gdy odwiedzam programy radiowe, to przynoszę swoją muzykę filmową, bo mam poczucie, że moja muzyka albo "przeszkadza", albo jesteś z nią sam na sam. Trochę nie wierzę w to, że ludzie piratują moją muzykę. Raczej wolą mieć płytę z okładką, bo wtedy mają poczucie, że to jest kolekcjonerskie. A empetrójki z płytą Mikołaja Trzaski? Zero intymności. Kto chciałby mieć coś takiego? Ja nie.

Jak byłem mały, to przegrywałem sobie dużo płyt - Coltrene'a, Milesa, różnych rzeczy. Ale potem, po latach zacząłem te płyty kupować. I być może jest taka droga. Poza tym mam wrażenie, że streaming jest jakimś etapem pomiędzy. To się musi zamienić w coś innego. Z urodzenia wierzę w jakąś uczciwość słuchacza. Być może jest tak, że gdybym był gitarzystą z Guns'n'Roses to miałbym słuszne poczucie, że jestem okradany. A tu nie. Streamingujcie mnie, ale przy okazji kupcie bilet i przyjdźcie na koncert, to będę miał z czego zapłacić rachunek. Spotkajcie się ze mną. To mnie urządza.

Rozmawiał: Rafał Pawłowski
Fot. R Plus Jazz Photography



Do góry!