Wpisz e-mail


Rozmowy

O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Tęsknimy za wielkimi tematami

Tęsknimy za wielkimi tematami

Jego dyskografia liczy ponad 140 płyt. Grał i nagrywał m.in. z: Patem Metheny, Marcusem Millerem, Richardem Boną, Anną Marią Jopek, Tomaszem Stańko, Urszulą Dudziak, Leszkiem Możdżerem, Ewą Bem i wieloma innymi twórcami jazzu. Na swoim koncie ma sześć nominacji do Nagród Polskiego Przemysłu Fonograficznego Fryderyki. Najnowsza, tegoroczna związana jest z nagraną wspólnie z Arturem Lesickim płytą "Celuloid". O kinie, historii jazzowej gitary i splatających się ścieżkach jazzu i muzyki filmowej rozmawiamy z Markiem Napiórkowskim.


Jak często chodzisz do kina?

Dosyć często. Mogę powiedzieć, że interesuję się kinem. Jeśli coś ważnego się dzieje, to staram się to zauważyć i docenić.

A jakie miejsce zajmuje w tym kino polskie?

Uwielbiam Romana Polańskiego, Andrzeja Wajdę i wiele kultowych polskich filmów sprzed lat. Dziś też jest wielu interesujących twórców. Na pewno obejrzę w kinie każdy film Wojciecha Smarzowskiego, bo jego język do mnie przemawia. Do kina na polskie filmy chadzam pewnie rzadziej niż na zagraniczne, niemniej kibicuję polskiej kinematografii. Ciesze się ilekroć się komuś coś uda, jak np. filmowi "Ida", który, abstrahując od kuriozalnych sporów politycznych, bardzo mi się podobał. Życzliwym okiem patrzę na wszystkie nowe rzeczy, które powstają.

Na ile zwracasz uwagę na muzykę w filmie? Jest dla Ciebie ważna?

Z natury rzeczy gdziekolwiek się znajduję zwracam uwagę na muzykę. Ale film traktuję jako dzieło całościowe. Taki torcik złożony z wielu składników. Nie jest tak, że idę do kina i moją uwagę przyciąga wyłącznie muzyka. Nie miałem jeszcze okazji pisać do filmu, ale pisywałem muzykę do teatru i mam świadomość jak bardzo dźwięki mogą oddziaływać na całokształt. Bardzo cenię ścieżki filmowe, które potrafią być z jednej strony piękne i charyzmatyczne, a z drugiej lubię muzykę, która pełni taką rolę, jak perkusja Antonio Sancheza w "Birdmanie". Wcale nie potrzeba orkiestry symfonicznej a efekt jest znakomity.



Moim ukochanym kompozytorem filmowym jest Ennio Morricone. Jest taki film, nie do końca zauważony, ale dla mnie fantastyczny "1900: Człowiek-legenda" - opowieść o urodzonym na statku pianiście, który nigdy nie zszedł na brzeg. Poza pięknymi, orkiestrowymi tematami pojawia się w filmie bardzo prosta melodia grana na fortepianie. Melodia oparta jest na czterech dźwiękach, z których tylko trzeci z nich rezonuje z sąsiadującymi dysonansowymi dźwiękami, co powoduje zamierzony i niesamowicie niepokojący efekt. Prosty zabieg ale na miarę geniuszu Ennio. Wspaniałe ścieżki dźwiękowe do filmów stworzyli: Nino Rota, John Williams czy Alexandre Desplat.

Wydaje mi się że mam dosyć szeroką głowę, jeśli chodzi o pojmowanie muzyki. Przekładając to na mój język naturalny czyli jazz: taką samą frajdę sprawia mi słuchanie starej muzyki, także granej dzisiaj w oparciu o tradycję jak i słuchanie grających z przekazem muzyków free jazzowych. Tak samo jest z muzyką filmową. Moja dusza melomana żywo reaguje na przepiękne tematy muzyczne, ale wybitną muzyką jest wspomniana już przeze mnie, niestety z powodów proceduralnych nienominowana do Oscara, muzyka do filmu "Birdman", gdzie jazzowy perkusista wytwarza wspaniałe napięcia grając sam na bębnach. Tęsknimy za wielkimi tematami, ale dziś powstaje ich mniej. Zmienił się rodzaj narracji. Także w kinie. Ja jestem mainstreamowcem. Ciągle największe wrażenie robi na mnie pięknie snuta filmowa opowieść okraszona wielką muzyką, ale przy tym bardzo szanuję wszelkie zabiegi minimalistyczne czy awangardowe, które służą całemu obrazowi.

Tę tęsknotę za wielkimi tematami muzycznymi czuć na stworzonej przez Ciebie wraz z Arturem Lesickim płycie "Celuloid".

Z Arturem gramy i przyjaźnimy się od lat. W momencie, gdy uznaliśmy, ze dobrym pomysłem będzie nagranie płyty z polską muzyką filmową, rozpoczęliśmy poszukiwania. Zależało nam, by wybrać niezwykłej urody utwory, które jesteśmy w stanie zagrać jak najpiękniej ale także przepuścić je przez nasze wrażliwości i muzyczne światy. Tak jak choćby w przypadku utworu Krzysztofa Komedy z filmu "Prawo i pięść". Wszyscy znamy ten utwór, to kultowa pieśń ze słowami Agnieszki Osieckiej śpiewana przez Edmunda Fettinga . Postanowiliśmy że zagramy to na płycie dopiero, gdy pojawił się pomysł na ciekawe opracowanie. Naszym celem nie było bowiem nagranie "ładnej" płyty z coverami. Chcieliśmy opowiedzieć coś własnym głosem i choć nie zmienialiśmy melodii utworów, to stworzyliśmy nasze wersje, oddające klimat tych kompozycji. Nagraliśmy tylko te utwory, na które mieliśmy pomysł. Takim koronnym przykładem jest muzyka z filmu "Polskie drogi" - być może najpiękniejszy utwór, jaki kiedykolwiek skomponowano do polskiego filmu. Wielbię ten utwór, ale nie wiedziałem jak go zagrać. Po co? Uznałem że to doskonała kompozycja, w której nie da się nic zmienić z korzyścią dla utworu.

Swego czasu zachwycił się nim Pat Metheny.

Pat Metheny w duecie z Darkiem Oleszkiewiczem zagrał "Polskie drogi" na płycie Anny Marii Jopek. W przypadku Pata rozumiem zasadność nagrania tego utworu. Przyjechał człowiek z Ameryki - legenda jazzu - i zachwycił się naszą słowiańską tęsknicą, bo ten utwór ma pokłady naszej rodzimej melancholii. Ale ja działałem z innej perspektywy. Szukałem utworów, które mnie wzruszają, ale w których opowiemy swoją historię.



Co w takim razie wybraliście, ale ostatecznie nie trafiło na płytę?

Tych tematów, które wyszukaliśmy, było oczywiście więcej. Były wspomniane "Polskie drogi", byli "Chłopi" Adama Sławińskiego, różne propozycje Kilara m.in. z filmu "Smuga cienia". Ale nie tak znowu dużo. Że tak powiem - nie zawracaliśmy sobie nawzajem gitary, jeśli nie mieliśmy zarysu koncepcyjnego. Weźmy utwór z filmu "Człowiek z żelaza". Dotarliśmy do niego i został on umieszczony na płycie, gdyż Artur usłyszał go w wersji na orkiestrę symfoniczną. Wersja oryginalna nagrana jest przy użyciu instrumentów elektronicznych, które nie przeszły próby czasu, delikatnie mówiąc. Albo, jak w moim przypadku, były to różnego rodzaju konteksty osobiste. Na przykład emocjonalny stosunek do Andrzeja Kurylewicza, z którym miałem przyjemność pracować musiał wpłynąć na wybór "Lalki", ale decyzję o nagraniu tego utworu podjeliśmy dopiero, gdy Artur wymyślił zarys aranżacyjny, a ja dodałem modulację i reharmonizację w środku... ale nie wchodźmy w kuchnię muzyczną. Drugi utwór na płycie to "Pożegnanie z Marią". I tu też było podłoże emocjonalne , bo z Tomaszem Stańką grywałem i bardzo go cenię. Ale największe znaczenie miało chyba to, że na oryginalnej ścieżce dźwiękowej gra ten temat Tomasz Szukalski, który odszedł parę lat temu. Grałem z nim cztery lata w zespole. Niedoceniony geniusz w skali światowej.

A czy jakieś sentymentalne wspomnienia związane z samymi filmami też odgrywały tu rolę?

Pamiętam, że jak byłem młody to bardzo podobał mi się film "Prawo i pięść". Oglądany po latach nie traci nic na jakości. Nadal jest świetny. A już zupełnie kultowa jest ta piosenka. Tu wychodzi cała niezwykłość kompozytorskiego talentu Komedy. To jest niezwykle prosty utwór. Każdy harcerz wykona go przy ognisku bez trwogi, a mimo to ma głębię. To ikona polskiej piosenki filmowej. Zresztą skończyło się tym, że kadr z tego filmu z Gustawem Holoubkiem zdobi okładkę płyty. "Lalkę" oglądałem jako dziecko, skąd pamiętam tę katarynkową melodię, która jest nieprawdopodobnie prosta, a niezwykle piękna i szlachetna.



A "Wojna domowa"?

Na "Wojnę..." załapałem się "na styk". Nie pamiętam dokładnie bohaterów choć zarejestrowałem obecność tego serialu w telewizji. Duduś Matuszkiewicz napisał świetny, bardzo pogodny, zgrabny i ewidentnie jazzowy utwór. Jak Artur zaproponował ten temat, to moja pierwsza myśl była taka: chcemy nagrać metafizyczną płytę, a tu... no nie wiem. Dobrze że ostatecznie, przerobiony nieznacznie, znalazł się na płycie, bo język jazzu zaznaczył się mocno w polskiej muzyce filmowej.

Sięgnęliście też po muzykę Kilara. Nie jest to jednak powszechnie znana kompozycja.

Z Kilarem było tak, że słuchaliśmy dużo jego muzyki pod kątem nagrań i nagle pojawiła się II część "Roberto's Last Chance" z filmu „Śmierć i dziewczyna” Polańskiego. Jest to dość abstrakcyjna kompozycja, ewidentnie związana ze światem poważnej muzyki współczesnej, nieco dysonansowa, pełna niepokojącego napięcia. Pomyślałem, że zinterpretowanie tego utworu dobrze zrobi naszej płycie. Nie chcieliśmy by muzyka z płyty była oparta tylko na wierzbie płaczącej, wolnym tempie i pięknym brzmieniu. Lubię jak cała płyta opowiada jedną, ciekawa historię, ale, broń boże nie nudną.

I jako dopełnienie dwie Wasze autorskie kompozycje.

Moja piosenka powstała wcześniej, przed płytą, ale bardzo skojarzyła mi się z właściwą ścieżkom dźwiękowym ilustracyjnością. To taki utwór do nieistniejącego filmu. Czuć, że ma filmową potencję. Chcieliśmy, żeby na tej płycie było jak najwięcej twórczości, która przejawia się w interpretacjach i aranżacjach. Dodatkowo chcieliśmy też dodać po jednym swoim utworze, oczywiście znając nasze miejsce w szeregu przy arcymistrzach, po których dzieła sięgnęliśmy. Dało nam to też szansę ingerencji w płytę jako całość, by formalnie miała pewien rytm i nerw. Mój utwór mógłby pochodzić z lekkiego i pogodnego filmu, za to napisany przez Artura "Crazy Script" ze swoim abstrakcyjnym skomplikowaniem mógłby dopełniać jakieś dzieło kina awangardowego.



A jak znajdujesz gitarę w muzyce filmowej? W polskiej kinematografii może za wiele przykładów nie znajdziemy, ale w światowej już tak.

Gdyby utwór "Cavatina" z filmu "Łowca jeleni" Michaela Cimino był polski, to byłby mocnym kandydatem do znalezienia się na naszej płycie. Tę wspaniałą kompozycję nagrałem kiedyś na płycie Krzysztofa Pełecha "Not Alone". Piękny utwór, grany na gitarze klasycznej przez Johna Williamsa ale nie tego od "Gwiezdnych wojen" tylko świetnego gitarzystę, noszącego to samo nazwisko i imię. Ten utwór to właśnie przykład znakomitego wykorzystania gitary w filmie. Bardzo lubię też mieszanie mocnych, rockowych gitar z symfoniką w kinie. Ale jak jest dobra muzyka, to nie patrzę czy to jest grane na gitarze, dlatego ciężko mi przywołać konkretne przykłady.

A gitara w jazzie? To instrument, którego raczej nie kojarzy się z tym akurat gatunkiem muzycznym.

Faktycznie jazz powstawał w oparciu o instrumenty dęte, fortepian, kontrabas, bębny. W latach 60. i 70. za sprawą rozwoju rocka, gitara stała się niezwykle popularnym instrumentem. Niektórzy gitarzyści, zafascynowani np. zespołem The Beatles zapałali uczuciem do muzyki jazzowej. Spowodowało to wielki rozwój stylistyki jazz-rock, w której gitara zyskała wiodąca role. Oczywiście byli tez wielcy gitarzyści wywodzący się z klasycznej szkoły, począwszy od Charlie Christiana i Django Reinhardta, idąc dalej Wes'a Montgomery'go czy Kenny Burrella…

W każdym razie od lat 60. gitara zaczęła stawać się bardzo ważnym instrumentem w jazzie a w latach 90. stała się instrumentem wiodącym. Na skutek zmiany sposobu dystrybucji kultury i faktu że żyjemy w globalnej wiosce, niełatwo jest dziś zagrać coś, czego jeszcze nie było. Trudno być dziś indywidualnością taką, jaką byli Thelonious Monk, Charlie Parker, Miles Davis czy John Coltrane. Jeśli miałbym wymienić największymi żyjących muzyków jazowych, to nie licząc Herbie Hancocka, Wayne'a Shortera i kilku starszych od nich mistrzów wymieniłbym gitarzystów. Legendarna trójca lat 90. John Scofield, Bill Frisell i Pat Metheny to bardzo wpływowi artyści, którzy grają swoim głosem. Są absolutną elitą jazzu. Bo jazz wybitny to jazz grany własnym językiem. Bardzo ciężko dziś się wyzwolić młodym gitarzystom spod gigantycznego wpływu tych trzech panów.

A jak wygląda miejsce gitary w polskim jazzie? Są nestorzy jak Jarosław Śmietana i Krzysztof Ścierański, jesteś Ty, a młodzi?

Byłem w tym roku jurorem na międzynarodowym konkursie imienia Jarosława Śmietany, gdzie miałem przyjemność siedzieć w jury ze swoimi niegdysiejszymi idolami: Mike Stern'em i Johnem Abercombie. Wśród gitarzystów z całego świata pojawiło się kilku Polaków, którzy grają bardzo interesująco i rzetelnie. Jest znakomity, mieszkający od lat w USA, Rafał Sarnecki, jest nieco szalony, grający bardziej free Marek Kądziela z Łodzi, jest mainstreamowy Gabriel Niedziela, jest Szymon Mika. Bardzo im kibicuję, ale jak daleko zaprowadzą ich jazzowe ścieżki, czy uda im się zainteresować kogoś swoim przekazem w dobie Spotify? Tego nie wiem.



No właśnie Spotify i inne serwisy streamingowe. "Celuloid" jest tam obecny. Ale widziałem go też w serwisach pirackich.

O... to chyba przejaw sukcesu (śmiech). Teraz są już inne czasy. Ale w 2005 roku byłem zdumiony, gdy zobaczyłem na straganie bułgarską wersję mojej pierwszej solowej płyty "NAP". Żyjemy w nieprawdopodobnie ciekawych, ale i trudnych czasach i potrzebne jest uświadamianie ludzi. I to jest właśnie zadanie Legalnej Kultury. Mówienie, że można zrobić coś legalnie zamiast kraść - choć to zupełnie przewartościowane słowo w tym kontekście. W czasach spiratowanej płyty na bazarze wszystko było oczywiste. To był nieetyczny proceder. Teraz zmieniła się dystrybucja kultury i wszystko stało się płynne. Z jednej strony jest ogromny dostęp do kultury i może ktoś w Mongolii kiedyś usłyszy moje nagrania, bo sobie je włączy. Ale z drugiej strony są bardzo zaburzone relacje. Paradoksalnie dane makroekonomiczne na temat sprzedaży muzyki mówią, że wszystko jest genialnie. Natomiast artysta, którego wyprodukowanie płyty kosztuje kilkadziesiąt tysięcy, ma małe dziś szanse, aby się to zwróciło. Ważne jest, by mówić o legalności, choć to nie wystarczy, w sytuacji kiedy za kilkadziesiąt tysięcy odtworzeń artysta dostaje kilka dolarów. System dystrybucji musi się zmienić, choć nie wiem jak. Artyści, którzy dali się poznać mogą grać koncerty i z tego żyć, ale młody zespół, który właśnie wydał płytę, kiedyś na fali zainteresowania swoją twórczością odzyskałby pieniądze i być może zarobił na kolejną. Dziś praktycznie nie ma to szans.

„Celuloid” przyniósł Tobie i Arturowi nominację do Fryderyka w kategorii „Jazzowy album roku”

Bardzo nas to cieszy. To już moja szósta nominacja, czuje się jak Leonardo DiCaprio.(śmiech) W ubiegłym roku wyszło ok. 90 jazzowych płyt, z czego cała masa naprawdę znakomitych. Stąd cieszy fakt że środowisko złożone z nominowanych wcześniej członków Akademii Fonograficznej doceniło nasza muzykę. Duma bierze się także z tego , że startuję w konkurencji "dla dorosłych". Nie jestem "gwiazdeczką sezonowej wiosny" jak śpiewał Wojciech Młynarski tylko przynależę do grupy tworzonej przez muzyków takich jak Tomasz Stańko, Andrzej Jagodziński czy Henryk Miśkiewicz. To jest mierzenie się z mistrzami a to nobilituje i motywuje.

Czy w związku z tym sukcesem macie jakieś dalsze wspólne plany?

Na razie nie wybiegamy daleko w przyszłość. Zamierzamy pograć w tym roku koncerty w duecie ,a niewykluczone że jesienią zagramy materiał z płyty z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej, co wydaje się wspaniałym i naturalnym połączeniem w kontekście muzyki filmowej.


Rozmawiał: Rafał Pawłowski
Fot. Rafał Masłow



© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!