Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Bycie aktorką to bardzo niewdzięczny zawód

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Bycie aktorką to bardzo niewdzięczny zawód

Bycie aktorką to bardzo niewdzięczny zawód

Kino jest jego żywiołem. Pisze o nim od czasów liceum, a dziś uchodzi za jednego z najbardziej opiniotwórczych polskich krytyków. Na swoim koncie ma m.in. znakomicie przyjęte wywiady-rzeki z Danutą Stenką i Jerzym Radziwiłowiczem oraz bestsellerowy zbiór esejów "Aktorki. Spotkania" i wydaną właśnie jego kontynuację "Aktorki. Portrety". Jego aktywność nie ogranicza się zresztą do pisania. Wykłada na Wydziale Aktorskim Szkoły Filmowej w Łodzi. Zasiada w kapitule Paszportów Polityki. Jest członkiem Europejskiej Akademii Filmowej i ekspertem Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. O trudach i urokach tworzenia portretów i wywiadów, autorskich przygodach, a przede wszystkim niezwykłych bohaterkach jego książek rozmawiamy z Łukaszem Maciejewskim.




Francuskiemu reżyserowi Francoisowi Ozonowi udało się zaprosić na plan swojego najsłynniejszego filmu osiem kobiet, Tobie teraz 14, wcześniej aż 20. Jak się kompletuje taką obsadę?


To jest chyba połączenie intuicji z marzeniami. Myślę, że Ozon też podobnie postępował, wyobrażając sobie taką książkę od zestawu The Best Of... Najlepsze z najlepszych. I zarówno w przypadku pierwszej książki, jak i drugiej, tak to właśnie wyglądało. Wymyśliłem sobie listę marzeń. Początkowo miał być to pomysł na raz. Nie myślałem o kolejnym tomie. Od początku chciałem, żeby to nie była forma wywiadu, tylko esej - bardzo rzadko stosowany gatunek w opisie artystycznej drogi. Esej literacki, ale z wykopiowaniami dawnych recenzji, z wypowiedziami innych artystów. I myślę, że to tak naprawdę zdecydowało o sukcesie tej pierwszej książki. Chciałem sportretować Panie, z którymi być może za chwilę, mówiąc brutalnie, nie zdążymy się już spotkać. I rzeczywiście tak się stało.

Bardzo chciałem napisać np. portret Magdy Teresy Wójcik czyli "Matki Królów", o której po tym filmie prawie przestaliśmy słyszeć cokolwiek. Niestety odeszła w trakcie moich prac. Chciałem bardzo zrobić portret Mirosławy Dubrawskiej - wielkiej aktorki teatralnej... Nie zdążyłem.

Zresztą pierwszy tom o wiele mocniej rozgrywał się w żywiole teatralnym niż na planie filmowym. To były aktorki, które niemal w 100%, poza Beatą Tyszkiewicz, mówiły, że teatr jest dla nich głównym napędem zawodowym. I bardzo trudno było mi przekonać do siebie część z nich. Niektóre, jak Irena Kwiatkowska, były już chore, albo nie miały siły na jakieś wielogodzinne rozmowy, a jednak potrzebowałem dużo czasu, by dowiedzieć się różnych rzeczy. No ale w końcu się udało. Przy drugiej książce było zdecydowanie prościej.

W pierwszym tomie oczywistym się wydawało, że powinny się znaleźć Krystyna Janda czy Maja Komorowska. Ale ja się ich po prostu bałem. Nigdy nie miałem żadnej styczności z Krystyną Jandą. Ona mnie zachwyca i przestrasza. Jest tak silną osobowością i tyle się nasłuchałem, jak autoryzuje teksty, jaka bywa radykalna, że nie miałem śmiałości się do niej zwrócić. Zresztą to nie postać na esej, tylko na książkę. O Mai Komorowskiej z kolei słyszałem, że już nie chce rozmawiać. Że ma taki moment w życiu, w którym twierdzi, że już wszystko powiedziała. Okazało się, że trzeba było tylko spróbować. Spotkanie z Krystyną Jandą okazało się jednym z najsympatyczniejszych w moim życiu. Urocze, wspaniałe, inteligentne. Napisałem ten tekst, który jest jednym z najdłuższych w książce, wysłałem - pamiętam - o 23.00 mailem i po czterech godzinach dostałem odpowiedź od Pani Krystyny Jandy: dziękuję, bardzo mi się podoba. Właściwie bez zastrzeżeń odesłała mi ten esej i dodatkowo napisała bardzo piękny komentarz będący dla mnie zaszczytem. Tak samo teraz napisałem, zakładając, że pewnie będzie w teatrze, bo jest najbardziej zapracowaną aktorką w Polsce, maila z informacją, że 8 grudnia w Łodzi w Muzeum Kinematografii odbędzie się promocja mojej książki i czy byłaby szansa żeby przyjechała? Dostałem odpowiedź: Tak. Przyjadę na promocję Pana książki. Akurat w tym dniu nie mam spektaklu. Kończę próbę i przyjadę. Nazajutrz, o 8 rano muszę być w Poznaniu, ale jakoś to zaaranżujemy. Taka jest Krystyna Janda.



Gdybyś taką książkę chciał stworzyć w Hollywood, to czekała by Cię żmudna przeprawa z agentami poszczególnych gwiazd. Jak to wygląda w Polsce?

W ani jednym przypadku nie korzystałem z pomocy agentów. Zawsze były to kontakty bezpośrednie. I nawet nie za bardzo musiałem Panie przekonywać do siebie. Wiesz, pracuję już 20 lat w tym środowisku, więc większość bohaterek mnie już jakoś tam kojarzyła. W pierwszym tomie chciałem, żeby to były takie teksty, za zgodą bohaterek, które są może trochę nieoszlifowane. Żeby bohaterki nie miały wglądu w to, jak ja je postrzegam. Jak słyszę to, co mówią. Natomiast w przypadku drugiego tomu, dla pewnego komfortu i bezpieczeństwa bohaterek i siebie samego, zabiegałem żeby nie było momentów, o której Panie mogłyby mieć pretensje. Nie ukrywam, że są to książki afirmacyjne. Oczywiście mam swoje gusta i nie wszystkie rzeczy, w których brały udział bohaterki akceptuję czy doceniam. O tym też piszę. Ale chciałem, by był to taki jasny portret aktorek, które bez wyjątku bardzo podziwiam. I to był priorytet w doborze.

Masz na swoim koncie również książkowy wywiad-rzekę z Danutą Stenką. Czy była ona swego rodzaju ambasadorką przy projekcie "Aktorki"?

"Aktorki" były pierwsze. Najpierw ukazały się "Spotkania", a rok później wywiad-rzeka z Danusią. Jest ona tak osobną, promienną postacią, że nawet nie chciałbym mówić, że ona była ambasadorką czegokolwiek. Ona jest ambasadorką czegoś szalenie cennego w tym środowisku. Pamiętam, że mój przyjaciel, Janek Frycz, kiedy zdradziłem mu, że będę spędzał wiele tygodni robiąc wywiad-rzekę ze Stenką, powiedział mi: Danuta jest dobrym człowiekiem. Podpisuję się pod tym.

Teraz w księgarniach jest zatrzęsienie rozbudowanych rozmów. Może nawet powiedziałbym trochę tego już za dużo. Niestety takie są prawa rynku, więc raczej reżyserzy teatralni czy wybitni aktorzy z mniejszych ośrodków nie mają książek, ale Ci, którzy często pojawiają się w telewizji. Do Danuty wielu wydawców zgłaszało się wcześniej. Ona odmawiała, bo jest osobą szalenie skromną. A ponieważ naprawdę długo się znamy, stwierdziła, że jeżeli z kimś ma zacząć tę przygodę, to chciałaby, żebym to ja jej towarzyszył. Spróbowaliśmy bez żadnych pewników, co z tego wyjdzie. I tak doszło do wydania tej książki, która okazała się rzeczywiście wielkim sukcesem.

Nie ukrywam, mam dziś dużo propozycji takich wywiadów-rzek. Trochę jestem sceptyczny. Muszę być w 100 procentach przekonany, że chcę z kimś wyruszyć w długą podróż. Bo tu trzeba zainwestować naprawdę dużo czasu kompletnie bez pewności sukcesu przedsięwzięcia. Bo wszystko może się wydarzyć po drodze. No ale mam na koncie dwie takie książki i nie żałuję ani spotkania z Danutą Stenką, ani z Jerzym Radziwiłowiczem.

Nigdy o to nie zapytałem, ale może masz rację, że część Pań, która mnie nie znała osobiście, na hasło, że to ja byłem autorem książki z Danutą Stenką, tak chętnie zgadzała się na spotkanie.



Powiedziałeś, że jest nadmiar rozmów w wersjach książkowych. Czy ta decyzja o tym, że "Aktorki" będą zbiorem portretów a nie wywiadów była z tym związana?

Bardzo chciałbym powiedzieć, że to był mój wybitny pomysł i że jestem odkrywcą tego formatu, ale nie. To był pomysł wydawcy. Daria Kielan ze Świata Książki znalazła mnie, zaprosiła do siebie i powiedziała, że ma taki pomysł na eseje i chciałaby, żebym to ja je stworzył. I myślę, że tak naprawdę to zdecydowało o sukcesie, bo książek z wywiadami ukazuje się sporo. Zresztą mnóstwo podobnych książek, właśnie o aktorkach, ukazało się już po "Aktorkach. Spotkaniach". Nie ma się na co obrażać ani czemu dziwić. Po prostu patent na sukces. Różnica jednak w wielu wypadkach polega na tym, że dziennikarze piszący te książki nie zadają sobie trudu spotkań z bohaterkami. To są książki bazujące wyłącznie na wykopiowaniach z innych tekstów. Również z moich "Aktorek". Ukazała się np. książka "Damy PRL-u", w której nie pamiętam dokładnie ile, ale znalazło się mnóstwo przypisów z "Autorek. Spotkań". Całe akapity cytowane. To jest żenujące dla mnie. Niczego oczywiście nie można autorce zarzucić, bo są przypisy, ale niesmak zostaje.

Masz różne doświadczenia zarówno z wywiadami, jak i z pisaniem portretów. Którą z tych form uważasz za trudniejszą?

Pierwsza moja książka "Przygoda myśli" to były wywiady z polskimi artystami, ludźmi sztuki. Natomiast pisanie portretów również sprawia mi straszną frajdę. Wymaga jednak o wiele więcej pracy niż robienie wywiadów. Bo musisz zgromadzić ogromny materiał na temat postaci, dokopać się do recenzji, wykonać mnóstwo telefonów prosząc o wypowiedzi na jej temat. To zwielokrotnienie pracy, którą jest sam wywiad. Ale ja też bardzo lubię wywiady. Spotkania z ludźmi, patrzenie im w oczy to jedna z najciekawszych płaszczyzn tej profesji. Szukanie siebie w odpowiedziach, odnajdywanie ich, to wspaniałe doświadczenie. Ostatnio jednak robię dość mało wywiadów. Przez wiele lat pisałem jak stachanowiec. Teraz jestem na takim etapie, że mocno selekcjonuję media, z którymi chcę współpracować. Mam komfort, że mogę sobie wybierać. To muszą być wyzwania, nie biorę już byle czego, to mnie nie interesuje. Nawet kasa nie ma znaczenia. Ale na przykład kiedy pojawia się propozycja książki, która prawdopodobnie ukaże się jeszcze w tym roku, o ludziach z niepełnosprawnością fizyczną lub intelektualną, ale pomysł jest taki, żeby rozmowy pisały osoby kompletnie nie kojarzące się z niepełnosprawnością, to jest to dla mnie superciekawa propozycja. Natomiast coraz rzadziej sięgam po formę wywiadu jako dziennikarz, bo uważam że lepiej napisać książkę niż wywiad do gazety, gdzie niestety krótkotrwałość rozmowy jest wpisana w cenę. Ale z drugiej strony przy "Aktorkach" wiele razy korzystałem z wywiadów, które sam robiłem przed laty.

No właśnie chciałem Ci przerwać, gdy mówiłeś o krótkotrwałości prasowych wywiadów, no bo kto wie, czy za 30 lat nie zacytuje Cię gdzieś jakiś inny Łukasz? Tak, jak Ty przywołujesz publikacje ze starych numerów Kina, Filmu...

Tak, masz rację.

Sięgasz w "Aktorkach" po materiały z lat 70, 80. Odwołujesz się do bardzo dawnych wywiadów i recenzji. No i właśnie... niby żyjemy w świecie cyfrowym, ale jednak analogowym. Większości tych materiałów cały czas nie znajdziemy jeszcze w cyfrowych źródłach... Rozumiem, że to godziny spędzone w bibliotekach.

Tak. Na pewno przydaje się to, że jest się takim "emerytem" w tym zawodzie. Przez parę lat będąc licealistą i potem na studiach jeszcze zbierałem wycinki. Materiały o filmach, o aktorkach. A ponieważ jestem perfekcjonistą, mam to wszystko posegregowane w teczkach opisanych alfabetycznie, więc nie ma problemów ze znalezieniem czegokolwiek. To było jedno ze źródeł informacji do książki. Ale mam też ulubioną bibliotekę - czytelnia prasowa na Rajskiej w Krakowie. Spędzam tam godziny. Czytam, kseruję, wybieram artykuły. Panie już mnie znają, bo jestem tam częstym gościem. Swoją drogą mam ograniczone zaufanie do internetu. Boję się jakiś przekłamań. Bazuję raczej na tej, jak to powiedziałeś, analogowości. Twarde krzesło, czytanie, wyciąganie wniosków.



Czy w czasie tych poszukiwań, a także rozmów, które przeprowadzałeś przygotowując "Aktorki. Portrety" natrafiłeś na coś, co Cię zaskoczyło?

Wydaje mi się, że prawie każda rozmowa była zaskoczeniem. Mamy bowiem utrwalony jakiś stereotyp postaci. Kim jest. Jak się zachowuje. Jaką ma mowę ciała. Jakie role gra. I potem konfrontujemy to z pierwszym spotkaniem. Oczywistą rzeczą jest to, że jeżeli kogoś się wcześniej znało, tych zaskoczeń jest mniej, ale niejednokrotnie byłem bardzo zaskoczony. Na przykład tonem, jaki przyjęła Grażyna Szapołowska. Pani Grażyna zdecydowała się na bardzo szczerą rozmowę, a to było absolutnie nasze pierwsze spotkanie. Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy. To było dosyć zdumiewające, Szapołowska ma status gwiazdy glamour z poczuciem humoru, a mnie opowiedziała o biedzie, w której żyła. O tym, że była zdradzana. Jak ją traktowały władze PRLu. Myślę, że to jest zupełnie inny obraz tej postaci.

Bardzo ważny dla mnie był kontekst pochodzenia. Czytelnik zauważy, że praktycznie w każdej rozmowie pytam o to skąd jest, o pierwsze wybory. Bo myślę, że to bardzo kształtuje. I to też sprawiło, że te aktorki się otwierały. Czasem były to bardzo porażające spotkania, jak na przykład rozmowa z Igą Cembrzyńską, która jeszcze niedawno brylowała na premierach, a teraz jest osobą bardzo schorowaną, nieszczęśliwą. I chce o tym mówić. To przejmujące.

W książce jest też chyba pierwsza tego typu rozmowa, w której Emilia Krakowska opowiada o takim ostracyzmie środowiskowym, z którym się spotkała po tym, jak była w Radzie Narodowej po wybuchu stanu wojennego. Przez kilka lat nie zagrała żadnej roli. To są takie rzeczy nieoczekiwane. Praktycznie w każdej z rozmów byłem czymś zaskakiwany.

Które z tych spotkań było w takim razie największą przygodą?

Nie chciałbym robić tego typu rankingu. Nie wypada. Mogę powiedzieć natomiast, że nie miałem przypadku, w którym bym się wycofał. Czułbym się źle potraktowany, albo wyczułbym rozczarowanie mojej rozmówczyni mną.

To zapytam inaczej. Które z tych spotkań ze względu na miejsce, okoliczności itp. okazało się czymś więcej niż tylko lub aż intymną rozmową?

Pamiętajmy, że te rozmowy są tylko częścią tekstu. Czasami, jak w wypadku Mai Komorowskiej dość znikomą. Takie było jej życzenie. Choć rozmawialiśmy dwie i pół godziny, w tekście są raptem ze trzy jej wypowiedzi. Chciała bym ro ja ją opisał, a nie żeby opowiadała o sobie.

Ale wiele razy miałem takie wrażenie, że czas stanął w miejscu. Rozmawiamy. Ja słucham moich bohaterek, one mówią. To trwa kilka godzin, czasami parę razy się spotykaliśmy. A potem nagle okazuje się, że to już. Że się zasłuchiwałem. A moje rozmówczynie nagle same sobie uświadamiały... Pamiętam, jak Joanna Żółkowska mi powiedziała: "coś mi Pan chyba do tej herbaty dosypał, że ja Panu opowiadam takie rzeczy? Nigdy nikomu nie mówiłam takich rzeczy osobistych, ani nawet emocjonalnych, związanych z zawodem".

Mamy jakiś obraz Doroty Segdy. Wydaje się, że jest osobą szalenie uporządkowaną, a spisując tę rozmowę ja się zaśmiewałem. To mój najzabawniejszy tekst. Tam anegdota goni anegdotę. A wszystkie są pyszne. Kompletnie bym nie powiedział, że Dorota Segda ma taki temperament komiczny. I że będzie to jeden z najjaśniejszych esejów, w którym nie ma żadnej frustracji, żali do losu... No bo jednak los aktorki jest trudny. Gra się jedną rolę za drugą, a potem przestaje grać. I albo się wydarzy jeszcze coś takiego, jak spotkało Danutę Szaflarską, albo się nie wydarzy. Najczęściej się nie wydarza. I trzeba akceptować los, jaki jest.

Każda z Twoich rozmówczyń to wielka osobowość. Zarówno prywatnie, jak i aktorsko. Wracając do początku naszej rozmowy, dlaczego w polskim kinie nie powstają takie filmy, jak "8 kobiet" Francoisa Ozona?

I tak w tym roku nie było najgorzej. Było kilka filmów ze świetnymi aktorkami w rolach głównych: "Noc Walpurgi", "Obce niebo", "Body/Ciało", "Córki dancingu". Pamiętamy takie lata, że w ogóle nie było filmów z rolami kobiecymi. Nie wiem na czym to polega. Pracuję na wydziale aktorskim Szkoły Filmowej w Łodzi i w tym roku o 20 indeksów walczyło jakieś 850 osób. Głównie dziewczęta. Moje studentki są wybitnie utalentowane, ale jest im trudno. To bardzo niewdzięczny zawód, bo ciągle jest więcej mężczyzn, którzy robią filmy. A mężczyźni kręcą filmy o fantazmatach męskich. Upraszczam, ale tak jest. Kobieta ma być urodziwa i być przy facecie. Właściwie lata 80. i 90. spędziliśmy na takim postrzeganiu kobiety w filmie polskim. To się na szczęście zmienia. Nawet wśród mężczyzn, tak, jak wspomniałem "Noc Walpurgi" Marcina Bortkiewicza. Tomasz Wasilewski nakręcił teraz film "Zjednoczone stany miłości", w którym fantastycznie zagrały aktorki. Dawno nie widziałem takich ról. Magda Cielecka, Marta Nieradkiewicz, Julia Kijowska i Dorota Kolak tworzą rewelacyjny kwartet aktorski w tym filmie. Wszystkie są świetne.

Te filmy powstają, ale oczywiście żałuję że nie ma ich więcej. Myślę, że to dlatego, że nie ma u nas po prostu Ozona, nie ma Almodovara czy Agnes Vardy. Czyli kogoś, kto czułby emocjonalność kobiet i potrafił pokazać aktorki na ekranie. W teatrze jest dużo lepiej.

Jakbyś miał pomyśleć o swojej ulubionej polskiej kreacji kobiecej, niekoniecznie spośród grona aktorek, które są bohaterkami Twojej książki. Byłaby to?

Nikt nie zadał mi nigdy takiego pytania. Chyba nie potrafię na nie odpowiedzieć. Bo jest to kwestia z cyklu niemożliwych do odpowiedzi. Powiem jedno, a za pięć minut przypomni mi się coś innego. Ale ulubionej męskiej kreacji również nie mam. Nie mogę jednoznacznie powiedzieć, że byłby to Łomnicki, Cybulski, Frycz czy Gajos... czy z kobiet Janda lub Komorowska. Nie jestem w stanie wybrać.



A jak myślisz, dlaczego polskie kino nigdy nie dorobiło się ikony na miarę Marylin Monroe?

Meryl Streep powiedziała kiedyś, że ona nie jest gwiazdą. Gwiazdą była Marylin Monroe, a ona jest aktorką, która próbuje grać nie robiąc scen. Piękne zdanie. Myślę, że mieliśmy czy nawet mamy postaci, które stworzyły nam gdzieś taki nimb niezwykłości. Kalina Jędrusik bez wątpienia była taką postacią. Myślę, że Grażyna Szapołowska także. Na pewno taką osobą była Nina Andrycz. Postaci z innego świata, do którego my maluczcy nie mamy dostępu. Niezwykle piękne, często wybitnie utalentowane, z wielką osobowością. Nie mamy Marylin Monroe, bo najpierw była komuna, a potem transformacja. Żyliśmy w innych czasach, natomiast w tym najmłodszym pokoleniu mamy aktorki, o których możemy powiedzieć, że są bezpretensjonalne i mądre w wyborach. Magda Cielecka ma w sobie coś takiego. Oczywiście kojarzy się z taką wyniosłą "królową lodu", co jest oczywiście nieprawdą, ale ma w sobie taki dystans. Jest kimś, kto może się wydawać niedostępny w stylu gwiazd lat 20. czy 30. Są też postaci bardzo tajemnicze, które nagle zniknęły, jak Barbara Brylska czy Pola Raksa, które były w polskim kinie, zaświeciły i nagle ich nie ma. Rozmawiałem zresztą z Barbarą Brylską, chciałem by była w pierwszym tomie, to się nie udało. Czy Katarzyna Figura, która również jest postacią z niezwykle wyrazistym pomysłem na siebie, na to jak funkcjonować w showbiznesie. I myślę, że to cały czas trwa. Ona jest cały czas na topie.

Sukces pierwszego tomu "Aktorek" był dla Ciebie zaskoczeniem. Niestety wiąże się to z tym, że książka trafiała również do pirackiego obiegu. Bestseller=piractwo?

Może nie najlepiej to o mnie świadczy, ale nie śledziłem tego. Jestem jednak przekonany, że na pewno tak było. Właśnie z tego powodu e-booki sprzedają się w śladowych ilościach, bo każdy uważa, że może sobie pobrać za darmo. Na szczęście jeśli chodzi o literaturę, to większość kupujących wybiera jednak tradycyjną książkę. Żeby stała na półce, by móc ją wziąć do ręki. Sam tak mam. To jest jakieś przyzwyczajenie.

Natomiast samo zjawisko piractwa dotyka nas niestety w ogromnym stopniu, bo twórczość to nasz zawód. Od czasu do czasu każdy z nas robi pewne rzeczy za darmo i jest to część tej profesji, natomiast ja nie mam planu B na życie i nie mógłbym przebranżowić się na przykład na murarza. Mogę pracować tylko głową. Jest to więc strasznie przykre, gdy dowiadujesz się, że ktoś zarabia na tobie bez twojej wiedzy. Nazywając rzecz po imieniu: to przestępstwo. Wydaje mi się, że to jest cały czas jednak opresja komuny. Całe życie prowokowano nas do tego, żeby ściągać w szkole. Że to, co państwowe, to niczyje. Że można kopnąć śmietnik i nasikać do niego, bo w ten sposób robimy źle jakiejś abstrakcyjnej komunie. Wydaje się, że jeśli się trochę nagnie zasady, zakombinuje, to nic się złego nie stanie , bo nigdy się nic złego nie stawało. Ciężko zmienić ten status. Musimy zdać sobie sprawę, że często są to naprawdę symboliczne pieniądze, żeby zobaczyć coś legalnie, z poszanowaniem dla czyjejś pracy. Żebyśmy przestali żerować na tym, że wolno mi, bo jestem sprytny.



Przygotowujesz teraz trzeci, ostatni tom "Aktorek".

Początkowo, jak już mówiłem, miał być tylko jeden tom. Dlatego też są w nim aktorki z różnych pokoleń. Rzeczywistość wymogła na mnie, żebym kontynuował tę serię. Lubię przypominać opowieść o tym, jak po wydaniu "Aktorek. Spotkań" zadzwoniła do mnie jedna z bohaterek, Zofia Kucówna i mówi: "Panie Łukaszu już drugi raz czytam Pana książkę. I wie Pan co? Mnie się to bardzo podoba, bo całe życie spędziłam w teatrze i jeśli ktoś robił jakąś większą rzecz, to zawsze było to o mężczyznach. Pisało się o Wajdzie, Jarockim, Grzegorzewskim, Swinarskim, Zanussim, Hasie, Cybulskim, Łomnickim, Holoubku, Kobieli i innych. A myśmy zawsze były. Zawsze ciężko pracowałyśmy. Jesteśmy i byłyśmy niezbędne w kinie i w teatrze. Bez nas żaden film ani spektakl by nie powstał. I dopiero Pan nam pozwolił przemówić. Oddał głos nam, aktorkom".

Wydaje mi się, że to bardzo przenikliwa myśl, zarazem dobry moment, żeby doprowadzić tę opowieść do samego końca czyli do ostatnich lat. Mam już wstępną listę i myślę, że kiedy powstanie trzeci tom, wszystko ułoży się w konkretną całość. Opowieść o aktorce, artystce, wreszcie o losie kobiety zanurzonej w określonej rzeczywistości. Od wojny, poprzez stalinizm, komunizm, lata transformacji, po ostatnie dekady. Od Ireny Kwiatkowskiej czy Niny Andrycz, poprzez Maję Komorowską i Krystynę Jandę, kończąc na Agacie Kuleszy, Izie Kunie, Mai Ostaszewskiej. Myślę, że to może być cenne wydawnictwo nie tylko dla zwykłych czytelników, ale także dla przyszłych badaczy kultury w Polsce.


Rozmawiał: Rafał Pawłowski

Fot. Wydawnictwo Znak. Wszystkie fotografie pochodzą ze spotkania promocyjnego książki, które miało miejsce w kinie Atlantic w Warszawie.



Do góry!