Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
O rzeczach istotnych warto mówić w sposób dyskretny

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

O rzeczach istotnych warto mówić w sposób dyskretny

O rzeczach istotnych warto mówić w sposób dyskretny

Uważana jest za jedną z najważniejszych współczesnych francuskich reżyserek i scenarzystek. Świetnie czuje się w kinie gatunków, jak również w odważnych obyczajowo dramatach. Jej filmy koncentrują się na świecie kobiet — analizie ich złożonych motywacji, odkrywaniu namiętności, fascynacji i tajemnic. W przewrotny sposób krytykuje też mieszczańskie zakłamanie i obyczajową dwulicowość. Zdjęcia do jej najnowszego filmu „Niewinne” powstały w Polsce. Na planie pracowała z najlepszymi polskimi aktorkami m.in. Agatą Kuleszą i Agatą Buzek. O fascynacji kinem, różnicach kulturowych, racjonalności i duchowości rozmawiamy z Anne Fontaine.



Należysz dziś do grona najbardziej znanych francuskich reżyserek. Swoje pierwsze kroki w świecie sztuki stawiałaś jednak jako baletnica. Jako zaczęło się Twoje zainteresowanie tańcem?


Zaczęłam tańczyć już jako mała dziewczynka, gdy mieszkałam z rodzicami w Portugalii. Miałam może 10 lat, gdy po raz pierwszy pojawiłam się na zajęciach w szkole baletowej. Taniec bardzo szybko wzbudził moją fascynację. Oczywiście uczęszczałam do zwykłej szkoły, ale każdego dnia chodziłam również na lekcje baletu. Gdy miałam 16 lat, zmieniłam trochę swoje zainteresowania i zaczęłam trenować taniec nowoczesny. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że ta niepozorna decyzja na trwałe zmieniła moje życie.

W jaki sposób?

Pewnego dnia, już we Francji, jeden z moich treningów odwiedził reżyser Robert Hossein, który szukał odtwórczyni roli Esmeraldy w teatralnej inscenizacji „Dzwonnika z Notre Dame”. Zwrócił na mnie uwagę i zaproponował udział w castingu. Początkowo nie chciałam o tym słyszeć, bo – choć miałam doświadczenie w tańcu – w żadnym razie nie czułam się aktorką. Robert twierdził jednak, że widzi we mnie wielki potencjał i uważa, że pasuję do tej roli, więc zgodziłam się i ostatecznie dostałam angaż. Rzuciłam się na głęboką wodę, bo przedstawienie miało wielki rozmach i było grane codziennie przed dwoma tysiącami ludzi w jednym z największych paryskich teatrów. Odnieśliśmy sukces, a ja znalazłam się w kropce, bo nie wiedziałam, czy mam czuć się bardziej tancerką, czy aktorką.

Co sprawiło, że wybrałaś ostatecznie tę drugą ścieżkę kariery?

Pomyślałam sobie, że sytuacja tancerki jest bardziej krucha i przewidywalna. Gdy zbliżasz się do pewnej granicy wieku i twoje ciało się starzeje, nie ma zmiłuj i musisz rozejrzeć się za inną pracą. Aktorki też są uzależnione od wieku i urody, ale mają przynajmniej cień szansy, że będą otrzymywać ciekawe role nawet po tym, gdy przekroczą już czterdziestkę. Zresztą zafascynowało mnie nie tyle samo aktorstwo, co świat kina i teatru. Bardziej niż własne role podobały mi się kreacje kolegów i koleżanek. Chciałam udzielać im wskazówek, mieć wpływ na sposób w jaki kształtują postacie. Stąd w 1993 roku, kilkanaście lat po aktorskim debiucie, po raz pierwszy chwyciłam za kamerę i wyreżyserowałam film.


Jak wspomniałaś, zanim, już jako dorosła dziewczyna, przeniosłaś się do Francji, przez wiele lat mieszkałaś w Lizbonie. Jaki wpływ na twoją twórczość wywarło funkcjonowanie na styku dwóch kultur – francuskiej i portugalskiej?

Zupełnie zasadniczy. Dorastałam w rodzinie artystów – mama była malarką, a ojciec profesorem muzyki. Właśnie ze względu na jego pracę, gdy miałam raptem rok, przenieśliśmy się do Lizbony. Przeżyłam tam całe dzieciństwo i do dziś mówię po portugalsku niemal tak dobrze jak po francusku. Choć od dłuższego czasu mieszkam w Paryżu, nie miałam możliwości, by przesiąknąć charakterystyczną dla tego miasta mieszanką snobizmu i arogancji. Dzięki nietypowym doświadczeniom z młodości jestem dziś otwarta na świat, lubię wymykać się schematom i łatwo adaptuje się do nowych warunków. Ta ostatnia umiejętność szczególnie przydała mi się przy okazji pracy nad dwoma filmami – kręconymi w Australii „Idealnymi matkami” i realizowanymi przez ostatnie miesiące w Polsce „Niewinnymi”.

A jak konkretnie wzbogacił Cię kontakt akurat z kulturą portugalską?

Inaczej niż Włosi czy Hiszpanie, Portugalczycy nie są zbyt wylewni, mogą wydawać się wręcz zimni i zamknięci w sobie. Mają za to bardzo głębokie życie wewnętrzne, wydają się przesiąknięci metafizyką. Gdy mieszkałam w tym kraju, odczuwałam także silną obecność melancholii, która nie jest bynajmniej jakimś wydumanym konstruktem, lecz częścią składową portugalskiej tożsamości. Lizboński poeta i pisarz Fernando Pessoa wyjaśniał, że jego rodaków charakteryzuje coś w rodzaju „melancholii przyszłości”, poczucia, że nie będą w stanie dorównać swym przodkom, nie są już narodem odkrywców i wizjonerów. Taka świadomość jest smutna, lecz jednocześnie piękna i pełna niezwykłej pokory.

Być może właśnie ze względu na te doświadczenia dziś deklarujesz, że w kinie interesuje Cię przede wszystkim napięcie między wewnętrznymi przeżyciami, a zewnętrznymi zachowaniami Twoich postaci?

Jako artystce podobają mi się zwłaszcza momenty, w których spotkanie z drugą osobą uruchamia w człowieku nieuświadomione dotąd pragnienia. Wielu z nas prowadzi normalne i ustabilizowane życie, ale nagle może znaleźć się w sytuacji, w której uczucia skłonią go do opuszczenia strefy komfortu i przekroczenia granic wytyczonych przez społeczeństwo. W każdej chwili jesteśmy w stanie poddać się czemuś, co Luis Bunuel perfekcyjnie określił jako „mroczny przedmiot pożądania”.



Doskonale widać to było choćby w Twojej komedii „Dziewczyna z Monako” z 2008 roku.

Zależało mi w tamtym filmie na pokazaniu sytuacji, w której elegancki, pełen ogłady mężczyzna traci głowę dla płytkiej seksbomby. Żeby jej przypodobać musi zacząć zachowywać się zupełnie inaczej niż zwykle. Podobny wstrząs przeżywał bohater mojego starszego filmu „Dry cleaning” – zdeklarowany heteroseksualista, który nagle ulega fascynacji młodym mężczyzną i nie ma pojęcia co zrobić z tym uczuciem. Punkt wyjścia, w którym bohater zaczyna zaskakiwać samego siebie, wydaje mi się bardzo inspirujący. Z jednakowym powodzeniem można zastosować go w komedii i w tragedii.

Bardzo podobne wnioski można wyciągnąć także, gdy ogląda się filmy Francoisa Ozona.

Francuscy dziennikarze często nas ze sobą porównują. Podobnie jak Ozon uważam, że reżyser powinien pielęgnować w sobie wieczne dziecko, kogoś kto – mimo upływu lat – wciąż pragnie świeżości, nowych doświadczeń i zaskoczeń. Czasem bywa to bardzo trudne, bo jeśli uda ci się nakręcić dobrą komedię albo thriller, widownia i producenci najchętniej chcieliby, żebyś realizował tego rodzaju filmy do końca życia. Pamiętam, że po sukcesie „Coco Chanel” zaoferowano mi stworzenie kilkunastu biografii sławnych Francuzów. Za każdym razem jednak stanowczo odmawiałam, bo chciałam szukać nowych wyzwań. Uważam, że każdy szanujący się reżyser powinien nabyć umiejętność mówienia „nie”.

Czy istnieją twórcy, którzy szczególnie Ci pod tym względem imponują?

Uwielbiam Erica Rohmera, którego uważam za wielkiego oryginała. Pamiętam, że wiele lat temu poznałam go dzięki mojemu przyjacielowi, a jego ulubionemu aktorowi Fabrice’owi Luchiniemu. Byłam wtedy młodą dziewczyną, a Rohmer słynął z nieśmiałości, więc gdy tylko mnie zobaczył, wbił wzrok w ziemię. Po chwili wyjął z szuflady pudełko czekoladek, niepewnym głosem zaproponował mi poczęstunek, a potem nie odezwał się już ani słowem do końca spotkania.

Co może pociągać tak pewną siebie i wyzwoloną osobę jak Ty w filmach realizowanych przez kogoś takiego?

Fascynuje mnie wyrażana przez Rohmera wolność twórcza. Reżyser „Kolana Klary” był w stanie perfekcyjnie wyrażać siebie, a jednocześnie robił filmy za bezcen, przy współpracy bardzo niewielkiej ekipy. Choć był częścią Nowej Fali, na tle Truffauta czy Godarda wyróżniał się wielką oryginalnością. Imponował na przykład zdolnością do tworzenia wykwintnych, błyskotliwych dialogów. Pod tym względem właściwie bardziej przypominał pisarza niż reżysera.

Rohmer szukał w swoich filmach metafizyki ukrytej w codzienności. Czy Ciebie jako artystkę interesuje coś podobnego?


Tak i – zupełnie jak Rohmer – nie znoszę pretensjonalności, pouczania widza i szafowania wielkimi słowami. O rzeczach istotnych warto mówić w sposób dyskretny, nienachalny. Bardzo starałam się osiągnąć podobny efekt w filmie „Niewinne” – opowieści o współistnieniu racjonalności i duchowości, a także ocalaniu człowieczeństwa w obliczu absurdalnego, trudnego do pojęcia zła.



Co sprawiło, że zdecydowałaś się na realizację swojego nowego filmu w Polsce?

„Niewinne” zostały oparte na prawdziwej historii, która wydarzyła się w waszym kraju. Tuż po II wojnie światowej wysłana do Polski pielęgniarka francuskiego Czerwonego Krzyża przez przypadek trafiła na ślad kilku zakonnic, które zostały zgwałcone przez radzieckich żołnierzy i wskutek tego zaszły w ciążę. To bardzo mało znana sprawa, o której miałam tylko podstawowe pojęcie. Niewiele więcej usłyszałam od poproszonych przeze mnie o pomoc historyków. Choć wychodziłam od autentycznego punktu wyjścia, musiałam w całości zdać się na moją inwencję i wyobraźnię. Byłam więc bardzo szczęśliwa, gdy jakiś czas temu, skontaktował się ze mną krewny wspomnianej pielęgniarki. Ów mężczyzna zobaczył film i był pod tak dużym wrażeniem, że podarował mi zupełnie unikatowe zapiski z dziennika tej kobiety.



Co najbardziej zaskoczyło Cię w trakcie pracy w Polsce?

Niezwykle wysoki poziom gry waszych aktorek. Zaręczam, że nie ma w tym żadnej kokieterii. Pracowałam między innymi z Naomi Watts i Gemmą Arterton i jestem w pełni przekonana, że Agata Buzek, Agata Kulesza czy Joanna Kulig nie mają żadnego powodu, by czuć się od nich gorsze. Wszystkie były świetnie przygotowane, szczerze zaangażowały się w opowiadaną historię i nie uprawiały jakiegokolwiek gwiazdorstwa.

Różnice kulturowe w żaden sposób nie dawały się na planie we znaki?

Odniosłam wrażenie, że w Polsce daje się reżyserom mniej swobody niż we Francji. Jestem typem twórczyni intuicyjnej, lubię działać spontanicznie i modyfikować wcześniej ustalone plany pod wpływem impulsu. W moim kraju takie podejście nie rodzi problemów, bo każdy rozumie, że chodzi wyłącznie o dobro filmu. Zauważyłam, że w Polsce ludzie wolą trzymać się z góry przyjętych założeń i pozostają raczej zamknięci na eksperymenty. Ostatecznie udało nam się jednak wypracować rozsądny kompromis.

Czy podczas pracy nad „Niewinnymi” opracowałaś jakiś sposób radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych?

Nie miałam innego wyjścia. Na każdym planie pojawiają się napięcia, a gdy jesteś przy okazji daleko od domu i niemal nikt w pobliżu nie mówi w twoim języku, sytuacje stresowe tylko się potęgują. W takich momentach, z zupełnie irracjonalnych powodów, wracałam myślami do młodości spędzonej w Lizbonie. Przekonywałam samą siebie, że język polski i portugalski mają bardzo podobną melodię. Przypominałam sobie również historię z czasów, gdy – niedługo po zrobieniu prawa jazdy – postanowiłam wybrać się z Portugalii do Francji. Miałam na samochodzie rejestrację z literą „P”, ale z jakichś powodów nie chciałam przyznawać się nikomu skąd naprawdę wyruszyłam. Gdy ktokolwiek mnie o to pytał, za każdym razem odpowiadałam mu, że jestem z Polski. W związku z tą historią, gdy przyjechałam kręcić „Niewinne”, uznałam, że w pewnym sensie jestem u siebie.

A jak czułaś się w naszym kraju poza planem filmowym?

Nieustannie stykałam się z kontrastami. Miałam wrażenie, że spotykam albo postacie niezwykle pogodne, albo skrajnie posępne. Zaskoczyła mnie konserwatywna mentalność, która charakteryzowała także wielu młodych ludzi. Nie chcę powiedzieć, że polscy mężczyźni starają się być macho, ale wielu z nich wciąż okazywało zaskoczenie na wieść, że kobieta może wykonywać zawód reżyserki filmowej. Tymczasem we Francji od dawna nikogo to już nie dziwi. Trzeba jednak pamiętać, że - ze względu na waszą bolesną historię - przez wiele lat żyliście w biedzie i izolacji. Trudno oczekiwać byście błyskawicznie zaczęli zachowywać się jak mieszkańcy Zachodu.



Właśnie przyzwyczajeniami z czasów komunizmu próbuje się tłumaczyć wiele nagannych zachowań Polaków. Jednym z nich brak poszanowania praw autorskich i uprawianie piractwa komputerowego. Czy myślisz, że to istotny problem także we Francji?

Nie mówi się o nim zbyt wiele, bo zapewne nie ma takiej potrzeby. Francuzi jako ogół tworzą dojrzałe społeczeństwo i respektują przepisy dotyczące własności. O ile mi wiadomo, nasze prawo stosunkowo dobrze chroni także interesy artystów. Słyszałam natomiast o przypadku pirackiego obrotu moimi filmami w innych krajach, takich jak na przykład Chiny.

Czy istnieją jakiekolwiek okoliczności, w których piractwo może wydać ci się dopuszczalne?

Tylko i wyłącznie, gdy stanowi reakcję na cenzurę. Kiedy w 2013 roku nakręciłam, inspirowane opowiadaniem Doris Lessing , „Idealne matki”, w niektórych miejscach zakazano wyświetlania tego filmu w kinach ze względu na – zupełnie dla mnie niezrozumiałe - zarzuty o niemoralność i pornografię. Gdyby nie kopie krążące po internecie, widzowie w tamtych krajach nie mieliby żadnej szansy, by obejrzeć mój film. W normalnych, demokratycznych państwach absolutnie nie można jednak tłumaczyć ściągania filmów z internetu potrzebą odczuwania wolności.


Rozmawiał: Piotr Czerkawski
Fot. Tofifest



Do góry!