Wpisz e-mail


Rozmowy
O pracy twórczej, rzemiośle i artystycznych zmaganiach. O rozterkach w kulturze i jej losach w sieci, rozmawiamy z twórcami kultury.
Jeszcze nie raz was wszystkich zaskoczę

CZYTELNIA KULTURALNA

/ Rozmowy

Jeszcze nie raz was wszystkich zaskoczę

Jeszcze nie raz was wszystkich zaskoczę

Ma opinię aktorki, która bardzo starannie dobiera filmowe propozycje. Dlatego też każda z jej ekranowych kreacji nie tylko zapada w pamięć widowni, ale także zyskuje uznanie krytyków i jurorskich gremiów. Dwukrotnie nagradzano ją na Festiwalu Filmowym w Gdyni za najlepszą rolę kobiecą - najpierw w 1998 roku za debiutancką kreację w „Przystani" Jana Hryniaka, następnie w 2000 roku za role w filmach „Patrzę na Ciebie Marysiu" Łukasza Barczyka i „Prymas. Trzy lata z tysiąca" Teresy Kotlarczyk. Jest także laureatką Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego oraz Polskiej Nagrody Filmowej Orzeł. Podczas tegorocznego Festiwalu w Gdyni wspólnie z Małgośką Szumowską dzieliła radość ze Złotych Lwów dla „Body/Ciało", zaś publiczność może podziwiać ją u boku Krystyny Jandy i Katarzyny Figury we wchodzących właśnie do kin „Paniach Dulskich" Filipa Bajona. O dulszczyźnie, aktorskich wyzwaniach i magii wielkiego ekranu rozmawiamy z Mają Ostaszewską.


Bohaterka, w którą wcielasz się w "Paniach Dulskich" Filipa Bajona, z zawodu reżyserka, stwierdza, że bolączką współczesnego kina jest zamiłowanie do ekshibicjonizmu i odzierania bohaterów z intymności. Czy zgadzasz się z taką opinią?

Zdecydowanie nie. Staram się nie dzielić kina na ekshibicjonistyczne i zdystansowane. Filmy mogą być po prostu dobre albo złe. Na gdyńskiej konferencji prasowej Filip Bajon skrytykował – zbyt prowokacyjnego w jego mniemaniu – Ulricha Seidla, który dla mnie jest jednym z największych mistrzów współczesnego kina. Zrealizowany przez niego „Raj: miłość” bardzo głęboko mnie poruszył.

Grana przez Ciebie Melania Dulska na pewno nie jest jednak artystką formatu Seidla.

Oczywiście, to właściwie grafomanka, postać komediowa. Bardzo starałam się, żeby oddać jej pretensjonalność na wielu płaszczyznach, także tej związanej z wyglądem. Lwia część akcji filmu toczy się na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, więc miałam pod tym względem spore pole do popisu. Melania to typ dziewczyny, która nosi martensy, bądź najpewniej ich podróby, i myśli, że czyni to ją zbuntowaną artystką.

Co jeszcze bawi Cię w postaci Dulskiej?

Choć moja bohaterka nie nakręciła jeszcze żadnego filmu, wypowiada się jak przemądrzała, doświadczona reżyserka. Tego rodzaju hipokryzja jest zresztą u niej rodzinna. Melania bardzo chce z nią zerwać, ale okazuje się zakłamana i fałszywa w tym samym stopniu, co jej przodkowie. Pozornie pracuje po to, by pogodzić się z przeszłością, a tak naprawdę żałuje, że w rodzinie nie zdarzyły się większe tragedie, bo wtedy miałaby ciekawszy temat na film.


fot. M. Makowski/WFDiF

Równie przerysowana i zabawna wydaje się psychoterapeutka, w którą wcielasz się w nagrodzonym Złotymi Lwami w Gdyni „Body/ciało”.

Anna to moja ukochana postać, zżyłam się z nią jak z żadną inną ze swoich dotychczasowych bohaterek. Może to kwestia bardzo długich przygotowań do realizacji filmu. Małgośka Szumowska i Michał Englert pisali rolę Anny specjalnie dla mnie, więc już na początkowym etapie ich pracy wiedziałam, że będę musiała zgłębić kwestie psychoterapii i spirytyzmu. To było niesamowite doświadczenie, bo z jednej strony zakładało regularne spotkania z profesor psychiatrii, a z drugiej umożliwiło mi poznanie człowieka, który uważa się za medium.

Co wydało Ci się największym wyzwaniem w tworzeniu takiej postaci jak Anna?

Małgośka chciała, żeby moja bohaterka była jednocześnie niezwykła i bardzo swojska – taka dziwaczka, którą można jednak spotkać w osiedlowym sklepie. Intrygował mnie także stosunek Anny do własnej cielesności. Z jakichś powodów moja bohaterka zupełnie zaniedbuje życie seksualne. Sporo na tym traci, ale z drugiej strony w tej pogardzie dla norm, mód i standardów manifestuje poczucie wewnętrznej wolności.

Rola Anny wymagała od Ciebie także pewnych przeobrażeń fizycznych.

Chciałyśmy z Małgośką podkreślić różnice pomiędzy moją bohaterką, a anorektycznymi dziewczynami, z którymi na co dzień pracuje. Jako osoba z natury drobna musiałam więc do tej roli trochę przytyć. Zmieniłam także fryzurę na taką, która w możliwie największym stopniu zabiera urodę, odseksualnia. W pewnym momencie zaczęłyśmy wręcz bać się, że cała ta stylizacja jest zbyt przeszarżowana. Uspokoiła nas jednak wiadomość od znajomego, który w zwykłym, osiedlowym markecie wypatrzył panią wyglądającą zupełnie tak jak moja bohaterka.



Choć Anna jest postacią wyrazistą, wręcz groteskową, w Twojej interpretacji okazuje się jednak zaskakująco autentyczna. W jaki sposób udało się osiągnąć ten efekt?

Wiedziałam, że nie mogę wykpić się aktorskimi sztuczkami i muszę dogłębnie zrozumieć osobliwą psychikę mojej bohaterki, na czas zdjęć po prostu stać się Anną. Wzbudzało to zresztą sporo śmiechu, bo zwykle jestem osobą towarzyską, a na planie pozostawałam nienaturalnie nieśmiała i zamknięta w sobie. Rola Anny kosztowała mnie więc sporo wysiłku, ale jestem przekonana, że warto było go podjąć.

Do dużych wyzwań przyzwyczajałaś się od początku kariery. Debiutowałaś przecież u samego Stevena Spielberga, epizodem w „Liście Schindlera”.

To prawda, tak jak zresztą połowa mojego roku w krakowskiej szkole teatralnej. Z dzisiejszej perspektywy brzmi to jak bajka: ledwo dostałam się na studia, w październiku poszłam na pierwsze zajęcia, a już miesiąc później pracowałam ze Spielbergiem. Nie dość, że spędziłam na planie cały tydzień, to jeszcze zagrałam scenę z Benem Kingsleyem, którego podziwiałam od czasu, gdy obejrzałam „Ghandiego”. Można powiedzieć, że to spotkanie zmieniło moje podejście do zawodu, bo gdy zdawałam na studia, nastawiałam się głównie na karierę w teatrze. Tymczasem doświadczenie z „Listą…” otworzyło mnie na świat kina.

Czego przede wszystkim nauczyłaś się na planie u Spielberga?

Gdy patrzyłam na Kingsleya i inne gwiazdy, zdałam sobie sprawę, że w aktorstwie nie chodzi tylko o perfekcyjny warsztat, dykcję i ekspresję. Ważniejsze jest to, że do każdej – choćby nie wiem jak niezwykłej - roli musisz przemycić cząstkę siebie. Pozostaję wierna temu przekonaniu do dziś i mam szczęście pracować z ludźmi, którzy je podzielają. Szalenie cenię sobie pozostawanie w zespole Teatru Nowego kierowanym przez tak kreatywnego i wyrazistego artystę jak Krzysztof Warlikowski. Bardzo życzyłabym sobie jednak większej ilości ciekawych ról filmowych.



To dość zaskakujące wyznanie ze strony jednej z najbardziej rozchwytywanych polskich aktorek.

Ostatnio rzeczywiście nie mogę narzekać, ale przecież aktorki w innych krajach europejskich pracują znacznie częściej niż ja. Myślę, że wkroczyłam w bardzo ciekawy, być może najlepszy moment swojego zawodowego życia: jestem już doświadczona i mam sporo autoironicznego dystansu, ale jednocześnie staram się pielęgnować w sobie witalność osoby młodej.

Jednocześnie nie pozwalasz się zaszufladkować. Niemal każda Twoja rola wydaje się inna od poprzedniej.

To prawda, a przy okazji obiecuję, że nieraz jeszcze was wszystkich zaskoczę. Teraz nie mogę na przykład doczekać się premiery „Pitbulla. Nowych porządków”, czyli kolejnego filmu Patryka Vegi. Gram w nim postać w stylu WAG’s, czyli żon i narzeczonych sławnych piłkarzy. O ile do „Body” musiałam przytyć, teraz schudłam, spędziłam wiele czasu w solarium, nosiłam tipsy i miałam przedłużone rzęsy. Do wyglądu dostosowałam zachowanie swojej postaci. Grana przeze mnie Olka jest ostentacyjna, ordynarna i używa wulgaryzmów jak przecinków. Wcielenie się w kogoś takiego sprawiło mi sporo frajdy.

Powróćmy jeszcze na chwilę do „Pań Dulskich”. Czy myślisz, że diagnozowana przez Filipa Bajona hipokryzja ma w sobie coś specyficznie polskiego i jest stałym elementem naszej rzeczywistości?

Niestety, ale trzeba powiedzieć sobie wprost, że jesteśmy krajem zamkniętym, nietolerancyjnym i ksenofobicznym. Wystarczy przyjrzeć się ostatnim dyskusjom na temat uchodźców. Nie rozumiem jak można kwestionować potrzebę pomocy ludziom, którzy uciekają przed wojną. Tym bardziej, że jako Polacy chętnie korzystaliśmy z życzliwości lepiej rozwiniętych państw w czasach komuny. Temat uchodźców, ale też wszelkie dyskusje na temat związków partnerskich czy in vitro, wskazuje, że wciąż paraliżuje nas strach przed innością i musimy przebyć jeszcze długą drogę, by się od niego uwolnić.

Wierzysz, że w ogóle będzie to możliwe?

Cała nadzieja w młodych ludziach, którzy zachwycają mnie, bo są wolni, pozbawieni kompleksów i mają świetny gust. Liczę, że dzięki nim Polska stanie się w końcu przyjemniejszym miejscem do życia.

Czy w związku z filmem Bajona odkryłaś jakieś ślady „dulszczyzny” także u siebie?

Jeśli w ogóle występują, nie jestem w stanie ich zdiagnozować. Mam to szczęście, że wychowałam się w rodzinie artystycznej, tolerancyjnej, wyznającej buddyzm. Zupełnie obce jest mi zatem chociażby chrześcijańskie poczucie winy.


fot. M. Makowski/WFDiF

Dorastając w takich warunkach byłaś skazana na zostanie aktorką?

Rzeczywiście, wymarzyłam to sobie już jako sześciolatka. Rodzice nie wywierali jednak żadnej presji, a za to nieustannie mnie inspirowali. Dzięki mamie i tacie jako nastolatka spędzałam sporo czasu w krakowskich teatrach i chodziłam na spektakle mistrzów: Jarockiego, Wajdy, Lupy. Oglądałam także sporo ambitnego kina i regularnie uczęszczałam na przeglądy filmów Herzoga czy Bergmana.

Czy dziś zabierasz do kina swoje dzieci?

Tak i mam wrażenie, że uwielbiają te wizyty tak samo jak ja. Oczywiście, staram się kolekcjonować swoje ulubione filmy na DVD, ale magia ciemnej sali i wielkiego ekranu wciąż przynosi mi doświadczenia nieporównywalne z niczym innym.

Cieszę się, że o tym mówisz, bo zachęcanie ludzi, by oglądali filmy w kinach należy do ważnych celów Legalnej Kultury. Nawoływanie do przestrzegania prawa to z kolei nasz wkład do walki z „dulszczyzną”.

Znam waszą inicjatywę i kibicuję jej od dawna. Macie jeszcze sporo do zrobienia, bo popularność piractwa wydaje się zakorzeniona w naszej mentalności i związana z traumami z czasów komuny. W tamtych czasach byliśmy przecież nauczeni, że nie szanujemy władzy, a przepisy stanowione są przeciwko obywatelom. Postępowanie na przekór prawu kojarzyło się więc z buntem wobec reżimu i było przyjmowane pozytywnie. Frajdę sprawiały nam nawet tak błahe występki jak jazda tramwajem bez biletu. Dla moich dzieci, które mają dziś sześć i osiem lat, taka postawa jest już nie do pomyślenia. Jeśli przepisy czegoś zabraniają, to trzeba się do nich stosować. Moje pokolenie też zrozumiało w końcu, że dzięki wolności i demokracji powinniśmy nabrać poczucia odpowiedzialności za państwo, które było nam zupełnie obce w czasach komunistycznych.


Fot. Jacek Drygała

W PRL-u upłynęło niemal całe twoje dzieciństwo. Czy łatwo przyszło Ci przystosowanie do nowej rzeczywistości?

Nie odczułam kolosalnej różnicy, bo komuna nie wydawała mi się ogromnie represyjna. Jako kilkuletnia dziewczynka nie dostrzegałam jeszcze grozy systemu. W pewnym sensie cieszyłam się, że mamy stan wojenny, bo nie trzeba było wtedy chodzić do szkoły. Oczywiście potem dojrzałam, peerelowska szarość i brak perspektyw zaczęły mi w końcu przeszkadzać. Dziś moje dzieci startują do życia z zupełnie innego pułapu, chodzą do polsko – francuskiej szkoły i będą mogły swobodnie wybrać miejsce, z którym zwiążą w przyszłości swoje życie. Powinniśmy być naprawdę wdzięczni losowi za to, że ich pokolenie zyskało taką możliwość.

Rozmawiał: Piotr Czerkawski
Fot. tytułowa: Dominik Kulaszewicz


© Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. 2006.90.631 ze zm.) Fundacja Legalna Kultura w Warszawie wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody Fundacji jest zabronione.



Do góry!